Polityka i kultura ( i muzea też)

W jakimś sensie bez większego rozgłosu i komentarzy (i może w tym sensie słusznie, bo to zdrowa reakcja społeczeństwa na aberracje w świecie polityki), przetoczyła się konwencja wyborcza PO zorganizowana we wciąż formalnie nieotwartej siedzibie Muzeum Śląskiego w Katowicach. Do happeningu doszło 23 maja 2014 roku i właściwie nie byłoby potrzeby szerszego komentowania tego zdarzenia, gdyby nie kilka przemyśleń i obserwacji, które rozgrywają się na granicy absurdu i farsy. A to już temat dla blogera (chyba).

Po pierwsze, w przeciwieństwie do niektórych uczestników spotkania nie byłem specjalnie dumny, z tego powodu, że spotkanie odbywa się w nowym Muzeum Śląskim, w sercu Górnego Śląska. Nota bene, ktoś chyba powinien odprowadzić tantiemy na rzecz Muzeum, bo to hasło żywcem wzięte z kampanii 2012 roku, którą muzeum prowadziło.

Jeszcze bardziej martwi mnie, że nazwa „muzeum” staje się powoli niezrozumiała i zupełnie anachroniczna w przypadku Muzeum Śląskiego. Pokazuje się tam modę, gra w warcaby, rżnie durnia, no i urządza konwencje wyborcze. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić w nowym Muzeum Śląskim owego „Muzeum”… gdzie ono się podziało, skąd ta myląca nazwa?

Może w tej praktyce łączenia polityki z kulturą (która jest jej prostym wasalizowaniem i prostytuowaniem), jest jednak jakiś pomysł na jej dofinansowanie?!? Bo przecież takie wynajęcie muzeum na konwencję partii, to doskonała okazja do podreperowania pustego budżetu Muzeum. Muzeum nie może przecież (umowa z Komisją Europejską) stosować innych cen niż rynkowe, każdy takie wynajęcie tzw. Muzeum, to imponujący przychód dla placówki. Wyobrażam już sobie, jak oto szerokim strumieniem (po)płyną doń środki ze wszystkich partii, które urządzać w nich będą konferencje prasowe, aukcje zużytych frazesów i obietnic wyborczych, spotkania z kandydatami jakich świat nie widział i którzy – z definicji – powinni znaleźć się od razu w muzealnym magazynie? (są duże, pomieszczą największych oszołomów). Hmm, tak to pewnie o to w tym wszystkim chodzi i jednak dowiemy się, ile poza kapitałem politycznym, muzeum na tym zarobiło…

Na konwencji byli politycy, którzy „zrobili wiele dobrego, ale nie zawsze potrafili o tym powiedzieć…” (to cytat z zapisu z konwencji).  Świetnie, powiedzmy może zatem za nich, żeby zostawili kulturę w spokoju, nie ingerowali w przestrzeń, której nie rozumieją. Są bowiem kraje, gdzie GDP ich gospodarek w 25% uzyskiwany jest z przemysłów kultury, a kulturą należy zarządzać, kształtować normy prawne i ekonomiczne, by była nowoczesna i służyła społeczeństwu, a nie czynić z niej przedmiotu dowolnego używania. Dlaczego politycy, tego nie rozumieją?  Piszę to, mając jeszcze w uszach prośbę o mój komentarz dziennikarki TV Silesia, odnoszący się do informacji na temat planowanego obsadzenia stanowiska ministra kultury przez Mirosława Sekułę? Ile trzeba w Polsce nie wiedzieć, by zarządzać kulturą? Nic, czy mniej niż zero?

PS.

Cieszę się, że uczestnikom konwencji już nic nie kapało na głowę i nie chlupało w butach. Przecieki (domniemane) w Nowym Muzeum Śląskim powstrzymane. Jak słodko, jak swojsko…

 

Życie obok

Dolni Vitkovice, te z okolic np. ulicy Kutuzowa, placu przy ratuszu, a wiec znajdujące się może kilometr od zrewitalizowanej części kompleksu przemysłowego, odbiegają od wymuskanej rzeczywistości hali „Gong” i urody, przydanej mu przez miliony euro…

Dawne osiedla patronackie, z połowy i II połowy XIX wieku.

W tej części Dolnich Vitkovic przybysza z aparatem wita się nieco nieufnie i z lekkim zdziwieniem, co też tutaj robi i po co? Co prawda spotkać tu można wielu cudzoziemców (w pobliżu znajduje się urząd wydający zgody na pobyty stałe lub czasowe w Czechach), ale ci, (o ile otrzymali ową zgodę) szczęśliwi umykają z okolic ulicy Vystavni 55 i nie rozglądają się niepotrzebnie po okolicy… Narożne sklepiki z „niewiadomo-czym”, śnięte restauracje ożywające w porze obĕda (lunchu), sklepy z częściami samochodowymi, mini kasyna do pozbycia się pieniędzy z opieki społecznej. Taki świat. Dawne osiedla robotnicze, częściej zaniedbane niż „zrobione”. Mikrokosmos w pobliżu uniwersum przemysłowego Made in Ostrava? Trochę brudu i bylejakości. Światy niezupełnie odległe od tego, co znamy z Polski. No i Romowie. Jest ich tutaj więcej, bo i życie trudniejsze, mniej wygodne… Życie obok. Dobra przestrzeń, co stała się złą…

 Kosciól sw. Pawła. D. Vitkovice Pęknięcie

Powtarzalność. D. Vitkovice Neparkuj. Dolni Vitkovice

Na drzwiach odlecę...

Inny, piękniejszy świat

Sprężone powietrze.

Spotkanie

 

Petycja Franza Bernheima (wersja rozszerzona)

Między literacką fikcją, a biografią (re)konstruowaną

Losy urodzonego w Salzburgu pod koniec XIX w. Franza Bernheima czekają na dociekliwego biografa. Jednym z wielu paradoksów tej historii jest to, że jej główny bohater wciąż pozostaje w cieniu wydarzeń, z którymi związane jest jego nazwisko. Bernheim powoli wychodzi z zapomnienia, w którym, świadomie pozostawał.

Powiedzmy sobie też od razu, mając na uwadze siłę oddziaływania fikcji literackiej, że postać Franza Bernheima wykreowana przez Wojciecha Kuczoka w jednym z jego opowiadań, radykalnie różni się od prawdziwych losów Bernheima. Nie po raz pierwszy dzieje się tak w literaturze.

Korzenie, czyli co mamy najlepszego

Franz Bernheim pochodził z rodziny niemieckich Żydów Herzfelde, którzy osiedlili się na terenie Górnej Austrii. Na świat przyszedł 15 września 1899 r. w Salzburgu, w którym nie zachowały się żadne dokumenty rodzinne. W czasach nazistowskich pamięć o Żydach skrupulatnie wymazano z historii miasta. Zniszczono synagogę, księgę urodzin członków gminy żydowskiej. Na zdewastowanym cmentarzu żydowskim po dziś dzień znajduje się jedynie grób Sigmunda Bernheima (1865-1933), wuja bohatera tej opowieści. To jedyny namacalny dowód  życia Bernheimów w tym mieście.

Na początku 20. wieku zaniepokojona nastrojami antyżydowskimi, rodzina Bernheima powróciła do Wirtembergii. Tam młody Bernheim zdobył zawód kupca. Po tym fakcie na krótko przenosi się do Berlina, gdzie, choć jest człowiekiem z tzw. prowincji, trafia do kręgów bohemy artystycznej i ówczesnej lewicy politycznej. Dzieje się tak za sprawą jego powiązań rodzinnych. Jego szwagier Wieland Herzfelde jest właścicielem komunistycznego wydawnictwa Malik-Verlag i bratem słynnego dadaisty Johna Heartfielda.

Po dojściu Hitlera do władzy, berlińskie lata będą kładły się cieniem na życiu Bernheima i jego najbliższych. Gestapo już zawsze interesować się będzie jego krewnymi śledząc i ścigając całą trójkę w Niemczech i Czechosłowacji.

Do Gleiwitz, czyli donikąd

Do ówczesnych Gleiwitz, Franz Bernheim przyjechał latem 1931 r. To rodzaj skazania i ucieczki. Jest jednym z wielu przybyszy, których los wygnał na rubieże Republiki Weimarskiej. Nie jest to jego dobrowolny wybór. Gliwice to nie Berlin. Bernheim, jak można wnosić z nielicznych relacji, czuje się tutaj jak na zesłaniu. Obcy w obcym kraju.

Przed przyjazdem do Gliwic, Bernheim pracował w Münster w tamtejszym oddziale Niemieckiego Rodzinnego Domu Towarowego ( Deutsches Familien-Kaufhaus G.m.b.H), zwanego w skrócie DeFaKa.   Zwolniono go 28 listopada 1930 r. Jako oficjalny powód podano niezadowolenie z wykonywanej przez niego pracy. Możliwą przyczyną odejścia z DeFaKi mogły być jednak  jego lewicujące poglądy polityczne.

Zwolnienie zakończyło się przeniesieniem Bernheima do odległych Gliwic. Plotka wiązać będzie ten fakt ze wstawiennictwem wuja pracującego w berlińskiej centrali firmy. Czy tak było naprawdę? Nie wiadomo. Intryguje jednak okoliczność, że mając negatywną opinię z oddziału Münster, Bernheim zostaje zatrudniony w innym oddziale tej samej firmy. W Gliwicach pracuje przez niemal dwa lata, od 3 sierpnia 1931 do 30 kwietnia 1933 r.

Mieszkanie, które wynajął Bernheim, znajduje się w nowo wybudowanych domach przy Schillerstrasse 6b (obecnie ul. Wybrzeża Wojska Polskiego 6). Kamienica, w której zamieszkał, jest przykładem współczesnej architektury komunalnej i chlubą miejskiego architekta Karla Schabika, marzącego o przekształceniu Gliwic w miasto ogrodów. Właścicielem mieszkania był gliwiczanin, niejaki Habermann.

Lokalizacja mieszkania ma dla Bernheima bardzo praktyczną stronę. Położone jest bardzo blisko miejsca pracy. Gdy wyjrzeć przez okno, można dostrzec gmach domu towarowego DeFaKa.

DEFAKA widok ogólny. Miejsce pracy Franza Bernheima

DeFaKa jest dumą modernizujących się Gliwic. To funkcjonalistyczny budynek projektu Justusa Fieglera, który wzniesiono w 1929 roku, u zbiegu ulic Kłodnickiej (niem. An der Klodnitz) i metropolitalnej Wilhelmstrasse 19 (obecnie ul. Zwycięstwa). Jego parter zajęła filia amerykańskiej sieci domów towarowych Woolworth. Pod tą nazwą, „sklepu Woolwortha”, zapamiętają to miejsce najstarsi mieszkańcy miasta, gdy po latach odnosić się będą do tej historii i dziejów miasta przed 1945 rokiem.  Powtarzać ją będą repatrianci ze Wschodu, zanim zastąpią ją wszędobylskie i swojsko brzmiące PeDeTe (Państwowe Domy Towarowe).

Gliwice, dom DEFAKA, miejsce pracy Bernheima. Na parterze widoczny sklep 'Woolworth Co.'

Pod gliwickim adresem Bernheim przebywać będzie do 15 kwietnia 1933 r. Data opuszczenia Gliwic jest tym razem pewna i policyjnie potwierdzona. Tego dnia Bernheim się oficjalnie wymelduje, wskazując czeską Pragę, jako miejsce przyszłego zamieszkania. Po drodze, nic nikomu nie mówiąc, zatrzyma się w Katowicach. To bardzo słabo znany epizod w historii petycji Bernheima i w jego biografii. Ważny i interesujący.

Outsider

W Gliwicach w tym czasie, zgodnie ze spisem miejskim, zamieszkuje 1 899 Żydów, a miasto liczy 110 339 osób. Gmina żydowska, jak po latach pisał Erich Schlesinger tylko w jednej trzeciej składała się z ortodoksyjnych Żydów, pozostałe osoby reprezentowały liberalne i laickie kręgi tego środowiska. Wedle Schlesingera była to społeczność mocno zintegrowana, bo jak zauważał w innym miejscu, posiadająca 1200 miejsc synagoga, w takie święta jak Jom Kippur wypełniona była po brzegi. W mieście była silna wspólnota syjonistyczna i bardzo aktywnie działająca Loża B’nai-B’irth. Ta ostatnia była najstarszą organizacją żydowską opowiadająca się za prawem Żydów do utworzenia własnego państwa Izrael. Najwidoczniej jednak i z nimi Bernheim nie utrzymywał żadnych kontaktów lub – znowu – nic o tym nie wiemy.

Losy Bernheima w powiązaniu z historią miejscowej gminy żydowskiej, to zmaganie się bardziej z domysłami, niż z osobą z krwi i kości. Uderza niemal całkowita nieobecność Bernheima we wspomnieniach gliwickich Żydów. Jego nazwisko nie pojawia się w ocalałych dokumentach gliwickiej gminy przechowywanych w zasobach warszawskiego Żydowskiego Instytutu Historycznego i Archiwum Państwowego w Gliwicach.

W jakimś stopniu sytuacja taka nie dziwi, skoro Franz Bernheim nie był rodowitym gliwiczaninem i przez blisko dwa lata swojego pobytu w Gliwicach najprawdopodobniej nie utrzymywał bliskich kontaktów z gliwicką gminą. Zdaniem jego przełożonego, Paula Förstera, którego słowa wielokrotnie przywołane zostaną w tej opowieści, „jego stosunek do miejscowej społeczności żydowskiej był, co najmniej, obojętny”.

Bernheim, według tej relacji, „nie utrzymywał żadnych związków z gliwicką gminą żydowską i – co tłumaczyłoby milczenie na jego temat – wypowiadał się negatywnie o miejscowych Żydach i nazywał tę wspólnotę Mischpoche”, co w języku jidysz było negatywnym opisem społeczności zamkniętej, opartej na wielowiekowych więziach i odrzucających tego, co nowe. To, co wręcz zdumiewa, bo zdradza głęboką ignorancję w ocenie miejscowego środowiska, to odwołanie się przez Bernheima do języka jidysz i pojęcia, które bardzo jednoznacznie osadzało kulturę i tradycję Żydów gliwickich we wschodniej, ortodoksyjnej domenie kulturowej, wrogiej m.in. syjonizmowi. Słowa Bernheima, interesujące z punktu widzenia tego, jak jako przybysz postrzegał gliwicką gminę żydowską, były też symbolicznym opisem mentalnego charakteru żyjących tutaj Żydów.

To co wylania się z dostępnych tekstów źródłowych to postać Bernheima jako typowego oustsidera. To osoba stojąca na uboczu, niewierząca i nieuczestnicząca w życiu religijnym gminy, skrzętnie chroniąca swoją prywatność.

Również po marcu 1933 roku, gdy jego skarga staje się przedmiotem obrad Ligii Narodów, we wspomnieniach gliwickich Żydów nie pada jego nazwisko. To tym bardziej zastanawiające, że postępowanie przed Radą Ligi Narodów było na bieżąco relacjonowane przez lokalną prasę i niemal zawsze przy tej okazji padało nazwisko Bernheima, „pewnego Żyda z Górnego Śląska”, jak dodawano z lekką pogardą i irytacją. Z niezrozumiałych powodów, nigdy w doniesieniach tych nie padła także nazwa miasta Gleiwitz, w którym do niedawna zamieszkiwał.

Erich Schlesinger, w latach trzydziestych wzięty gliwicki adwokat, w 1947 roku pisał jedynie o „jakimś pracowniku firmy DeFaKa zwolnionym z pracy z powodu bycia Żydem, który skierował sprawę do Ligi Narodów w Genewie”. W podobnym tonie wspominał ten czas gliwicki lekarz dr Artur Blumenfeld. Padają nazwiska adwokatów broniących praw Żydów na Górnym Śląsku, ale nie samego Bernheima, choć są to wypowiedzi najważniejszych przedstawicieli gliwickich Żydów w tym czasie, świadomych znaczenia postępowania w Lidze Narodów.

Podobnie jest w przypadku innych relacji i pamiętników gliwickich Żydów przechowywanych w archiwum Instytutu Leo Becka w Berlinie. Choć w każdym przypadku obyczajowo i historycznie to fascynująca lektura, to nie natknąłem się w jej trakcie na nazwisko Bernheima. Nie pada ono w ciekawie skreślonych wspomnieniach Freunda Oswalda, Wilhelma Lustiga, czy Bertholda Nothmanna. Nic, ani słowa!

Herzlich willkomen in DeFaKa, bo Pan Bernheim tu już nie pracuje

Gdy 3 sierpnia 1931 roku Bernheim podejmuje pracę w gliwickim oddziale DeFaKa, perspektywy rozwoju firmy wyglądają obiecująco. To nowa, ogólnoniemiecka sieć handlowa, założona w 1925 roku i z sukcesem rywalizująca z takimi ówczesnymi potentatami w handlu detalicznym, jak domy towarowe Braci Schocken (jej oddział znajdował się w Gliwicach), Barasch czy Tietz.

Bernheim otrzymuje posadę pracownika prowadzącego kartotekę i księgi finansowe firmy. Jest lubiany, ale chyba niezbyt cenionym pracownikiem firmy. Taki obraz wyziera z zeznań cytowanego już tutaj Paula Förstera, które ten złożył w latach 1933 -1934  przed Komisją Mieszaną dla Górnego Śląska w Opolu. Franz Bernheim był, jego zdaniem, osobą „posiadającą dobry kontakt z klientami, jednak o przeciętnych kwalifikacjach w zakresie prowadzenia ksiąg rachunkowych, popełniającą błędy rachunkowe, nieodpowiedzialną i zapominalską”.

Również wedle Förstera, Bernheim komunizował i zachęcał do komunizmu inne osoby, co nie podobało się jego pracodawcy. Wydaje się, że do przytaczanych tutaj obficie zeznań Paula Förstera można mieć zaufanie. To on właśnie, w 1934 roku przed Komisją Mieszaną w Opolu, wbrew oficjalnemu stanowisku dyrekcji DeFaKa i wykazując się cywilną odwagą, zezna, że Bernheim, „został wydalony z pracy, podobnie jak inni pracujący tam Żydzi, wyłącznie z powodu swojego żydowskiego pochodzenia”.

Rok 1933 – drugi rok pracy Bernheima w DeFaKa. W nowym katalogu firmy klientów kusi oferta wiosenna. Moda damska i męska, meble. Ceny atrakcyjne, jak przekonują reklamy, ale interesy idą źle, a nawet bardzo źle.

Druk reklamowy firmy DEFAKA, okładka. 1933 r. Ostatnia strona druku reklamowego z gliwickim adresem firmy DEFAKA. Wiosna 1933 r.

DeFaKa to firma, w której pracują Żydzi, a to już nie odpowiada części klientów i rodzimym ideologom z NSDAP. Przypomnijmy, że marzec tego roku upływa w Niemczech w atmosferze szalejącej nagonki i kampanii nienawiści skierowanej przeciwko Żydom. Są odsądzani od czci i wiary, obarczani winą za klęskę Wojny światowej, kryzys, brak patriotyzmu. Dochodzi do powtarzających się aktów fizycznej agresji.

Przedsiębiorstwo, w momencie przejęcia władzy przez nazistów w marcu 1933 roku, przez krótki czas zatrudnia żydowskich pracowników. Żydzi pracują także w zarządzie firmy. Niemiecki z nazwy i niearyjski w praktyce, Rodzinny Dom Towarowy, staje się solą w oku dla nowej władzy.

Presji sytuacji politycznej ulega również DeFaKa. W połowie marca zmieniony zostaje jej zarząd. Nowy, podporządkowuje się dyrektywom NSDAP. 31 marca 1933 roku organizuje w Berlinie, przy Rosenthalerstrasse 40-41 konferencję prasową i – odwołując się do języka goebbelsowskiej propagandy – informuje, że blisko 4000 personel firmy jest już Judenfrei (wolny od Żydów). Jeszcze tego samego dnia, DeFaKa, jak kraj długi i szeroki, pozbywa się bezceremonialnie zatrudnionych u siebie żydowskich pracowników.

Gliwice. Ten sam piątek 31 marca 1933 r. Ciepłe, już niemal wiosenne popołudnie. W gabinecie dyrektora Romana Esden-Derra, szefa gliwickiej DeFaki, Franz Bernheim otrzymuje pismo z wypowiedzeniem. Jest jednym z trzech żydowskich pracowników gliwickiej DaFaKi, którzy otrzymują taki dokument. Dwaj inni Żydzi zwolnieni tego dnia, znani tylko z nazwiska, to Steinitz i Plotke.

Gdy dzień później w Gliwicach rozpoczyna się bojkot m.in. żydowskich sklepów, kancelarii adwokackich i przychodni lekarskich, nie dotyka on już domu towarowego DeFaKa przy Wilhelmstrasse 19. Ulotki rozdawane przez SA-manów na ulicach Gliwic będą rekomendowały dokonywanie zakupów właśnie w tym sklepie.

BMW – jak – bohater mimo woli

W biografii Franza Bernheima i historii petycji, jego zwolnienie jest punktem przełomowym.  Z Bernheima nieznanego, wyrasta na osobę zdeterminowaną, gotową podjąć walkę z systemem, a może raczej stać się twarzą tej rewolty. Ma dość odwagi, choć świadkowie podkreślają, że bał się, bał się bardzo podejmując tę decyzję. To początek walki środowiska Żydów Górnego Śląska oraz społeczności międzynarodowej przeciwko ustawodawstwu nazistowskiemu skierowanemu przeciwko własnym, żydowskim obywatelom.

Oficjalne świadectwo pracy, które wręczone zostaje Bernheimowi, nie zawiera żadnych powodów zwolnienia, tym bardziej nie odnosi się do jego żydowskiego pochodzenia. Komisja Mieszana Ligii Narodów rozpatrując potem skargę Bernheima oprze się na tym właśnie dokumencie i nie da wiary dyrekcji DeFaKa, gdy jej przedstawiciele przez kolejne miesiące postępowania przed Ligą Narodów będą utrzymywali, że do zwolnienia Bernheima doszło z powodu jego błędnej, a często złej pracy, a nie żydowskiego pochodzenia. W opinii tej upewniają Komisję raz jeszcze świadkowie zeznający w Opolu. Paul Förster, wyzna tam rozbrajająco szczerze; „Dla nas było oczywiste, że jako Żyd nie mógł pracować w biurze”.

Po wypowiedzeniu pracy Bernheimowi, zdarzenia przyśpieszają. Nie tracąc czasu i świadom czekających go zagrożeń, 15 kwietnia opuszcza Gliwice i Niemcy. Deklaruje zamiar przeniesienia się do czeskiej Pragi. W kwietniu 1933 roku w Pradze przy Placu Wacława powstaje Biuro Pomocy Uciekinierom kierowane przez Kurta Grossmanna, żydowskiego emigranta z Niemiec. W kwietniu, tylko od lutego 1933 roku, jest ich w Pradze już dwustu…

Bernheim jednak z Gliwic jedzie na… Wschód i dociera do Katowic. W Pradze nikt nie wie gdzie jest. Przepada na kolejne tygodnie… Tutaj, w głębokiej tajemnicy powstaje tekst skargi Bernheima do Rady Ligii Narodów, skarżący Niemcy o naruszenia konwencji genewskiej na Górnym Śląsku.

Miejscem, gdzie redagowany jest tekst petycji, jest Kancelaria adwokacka doktora Marka Reichmanna przy ul. Mariackiej 3. W jego przygotowaniu uczestniczą Georg Weissmann, być może Arthur Kochmann, na pewno dr Marek Reichmann. Bernheim z tekstem napisanym w Katowicach, nie niepokojony przez nikogo, na krótko przed 12 maja 1933 roku, dociera wreszcie do Pragi.

Niepokój w Pradze

W Pradze żydowskie organizacje czekają na niego z rosnącym niepokojem. Kurt Grossmann w swoich wspomnieniach napisze, jak pewnego majowego dnia odebrał telefon od zdenerwowanej i zaniepokojonej Marie Schmollka, dyrektorki żydowskiej organizacji pomocy uciekinierom HICEM, z zapytaniem, czy wśród uciekinierów nie ma niejakiego Bernheima, bo jest pilnie poszukiwany i nie wiadomo, co się z nim stało. Grossmann pamiętał, jak odparł – „Jest. Siedzi obok mnie” i po drugiej stronie słuchawki zapadło milczenie, i wyraźne westchnienie ulgi.

Jeszcze tego samego dnia doszło do spotkania Bernheima z adwokatem dr. Emilem Margulies. Margulies mieszkał w tym czasie w czeskich Litomierzycach (niem. Leitmeritz). Rreprezentował międzynarodowy Komitet Delegacji Żydowskich i był prezydentem Żydowskiej Partii Czechosłowacji. Wspólnie z dr. Reichmannem, będą tymi którzy poprowadzą do końca sprawę Bernheima. To Margulies powie, że Bernheim spadł środowisku Żydów niemieckich i europejskich „z nieba” i drżał jedynie potem, by ten, w obawie przed konsekwencjami, nie wycofał się ze sprawy przez Ligą. Bernheim marionetką w ręku Marguilies’a? Znowu, nie wiemy dość dużo, by tezę tą obalić lub uznać za prawdziwą.

Tymczasem jest 12 maja 1933 r. Tekst petycji jest gotowy i z tą datą, i Pragą, jako miejscem jego powstania, skarga trafia do sekretariatu Ligi Narodów w Genewie. Cofnijmy się jednak do marca i kwietnia 1933 roku.

Czas przed bojkotem

Marzec 1933 przyniósł narastające przypadki przemocy i ataków na niemieckich Żydów. Agresja ta nie była jednak zjawiskiem nowym.

Gdyby wczytać się w lekturę niemieckiej prasy górnośląskiej z lat 1930-1932, to nie było rocznicy plebiscytu, zakończenia Wojny Światowej, przy okazji której nie dochodziłoby do bezpardonowej krytyki i obrażania niemieckich Żydów. Dziwić to mogło tym bardziej, że była to społeczność, która jak niewiele innych, dała liczne dowody lojalności wobec państwa niemieckiego. Symbolicznym świadectwem tej postawy był odsłonięty w lipcu 1930 roku, a umieszczony na nowym cmentarzu żydowskim w Gliwicach, pomnik 57 gliwickich żołnierzy żydowskich, którzy zginęli za Niemcy w I wojnie światowej…

Po styczniowych wyborach 1933 roku i objęciu urzędu kanclerskiego przez Hitlera do aktów przemocy, poniżania i dyskryminacji Żydów dochodziło już w sposób otwarty i bezkarny. Doktor Artur Blumenfeld, mieszkaniec Gliwic, opisuje, jak po takim styczniowym spotkaniu Związku Lekarzy w Gliwicach, na którym władzę przejęli członkowie partii nazistowskiej, wychodzących lekarzy żydowskich powitał poszturchujący ich szpaler umundurowanych SA-manów. Od następnego dnia wszystkich 28 lekarzy żydowskich objęto bojkotem.

Powtarzały się ataki na żydowskich adwokatów, lekarzy. Ich liczba rosła niemal każdego dnia. Na terenie Górnego Śląska spektakularnym przykładem takiego ataku była napaść 22 marca 1933 r. na żydowskich adwokatów, w tym na dr. Arthura Kochmanna w gmachu gliwickiego sądu, przy ówczesnej Schlageterstrasse (obecnie ul. Powstańców Warszawy 23). Stała się faktem szeroko komentowanym w prasie krajowej, jak i zagranicznej.

Obawy niemieckich Żydów o zarzut nielojalności sprawiły, że choć ich położenie z każdym dniem stawało się bardziej krytyczne, to nadal deklarowali oni bezwzględną lojalność wobec państwa. Centralny Związek Obywateli Niemieckich Żydowskiego Wyznania, kierowany przez Juliusa Brodnitza, i Syjonistyczna Federacja Niemiec, ustami Kurta Blumenfelda, jeszcze 26 marca 1933 r. skierowały do Żydowskiego Komitetu Amerykańskiego w Nowym Yorku kategoryczny apel o wstrzymanie się z wszelkimi protestami potępiającymi prześladowania Żydów w Niemczech i z podejmowaniem jakichkolwiek akcji odwetowych z tym związanych, takich jak bojkot niemieckich towarów w USA. Apel ten dotyczył wprost manifestacji w Nowym Jorku  27 marca 1933 w nowojorskiej Madison Square Garden. W szeroko komentowanej przez prasę górnośląską manifestacji, podczas której przypomniano m.in. napaść w gliwickim sądzie, uczestniczyło ostatecznie 52 000 osób!

W wielu krajach organizowano bojkot towarów niemieckich. Działo się tak m.in. w USA i Europie. W niektórych, w tym w Polsce, doszło do samorzutnego bojkotu niemieckich towarów. W Warszawie zorganizowali go kupcy żydowscy.

Narastająca skala krytyki i reakcje rządów spowodowały, że Hitler, wciąż liczący się z opinią międzynarodową uznał, iż zarówno wizerunek Niemiec na arenie międzynarodowej, jak i trudna sytuacja gospodarcza kraju, wymagają pozornego uznania części krytyki skierowanej pod adresem Niemiec i deklaratywnego złagodzenia polityki władz nazistowskich wobec niemieckich Żydów. Dyplomacja niemiecka w kontaktach z krajami Europy i z USA prowadziła intensywne zabiegi zmierzające do ograniczenia bojkotu ekonomicznego Niemiec, zapewniając o „ludowym”, „spontanicznym” i narodowym charakterze ataków na Żydów, nad którym państwo niemieckie skutecznie zapanuje.

Inną postawę prezentowali naziści w samych Niemczech. Na potrzeby wewnętrznej polityki, osamotnienie Niemiec na arenie międzynarodowej tłumaczono „wrogą propagandą nienawiści” spowodowaną „rzekomym” prześladowaniem Żydów. Zgodnie z takim poglądem krzywdzące i nieprawdziwe oceny pod adresem Niemiec inspirowane były przez niechętne im światowe i rodzime środowiska żydowskie. Takie tłumaczenia wzmagały narastanie niechęci i agresji Niemców w stosunku do „nielojalnych” Żydów.

W wyniku podsycanej przez aparat partyjny i państwowy nagonki na Żydów i przy rosnącym poparciu społeczeństwa, „spontanicznie” organizowane były komitety obrony przeciwko bojkotowi Niemiec. Akcja ta, kierowana przez aparat partyjny nazistów, doprowadziła w połowie marca 1933 r. do powstania Centralnego Komitet Obrony Przeciwko Wrogiej Propagandzie (das Zentralkomitee zur Abwehr jüdischer Greuel- und Boykottpropaganda).

Komitet na swoim walnym posiedzeniu z udziałem Hitlera i Goebbelsa 26 marca 1933 r., do którego doszło w Bertechsgaden, podjął decyzję o organizacji 1 kwietnia 1933 r. „społecznego” bojkotu żydowskich firm i sklepów, praktyk lekarskich, kancelarii notarialnych i adwokackich. Bojkot 1 kwietnia miał być odpowiedzią na nieuzasadnioną i wrogą w ocenie samych Niemców międzynarodową kampanię w obronie Żydów niemieckich. W zamyśle organizatorów akcja ta miała uczynić z kwestii żydowskiej wyłącznie sprawę wewnętrznej polityki Niemiec i usankcjonować dalsze represje wobec Żydów.

Hitler w swojej grze pozorów, jeszcze w ostatnich dniach marca szantażował szefów państw Europy możliwością odwołania bojkotu i lepszego traktowania Żydów, o ile rządy Anglii, USA, Francji, Polski i innych państw podejmą kroki zmierzające do zapobieżenia bojkotu towarów niemieckich w tych krajach i w ogóle zakażą krytyki postępowania Niemiec. Dzisiaj już wiadomo, że bojkot, jako instrument zapoczątkowujący zorganizowaną opresję w stosunku do Żydów, i tak odbyłby się bez względu na skalę osiągniętych przez nazistów ustępstw ze strony rządów państw Zachodu.

Centralny Komitet kierowany przez skrajnego antysemitę Juliusa Streichera opublikował 31 marca 1933 roku wykaz zasad i celów bojkotu. Wytyczne Komitetu wyłączały z bojkotu sieć sklepów Woolworth (sklep posiadał większościowe udziały kapitału amerykańskiego), określały zasady, na podstawie których  definiowano „żydowski” charakter firm i osób objętych bojkotem. Po raz pierwszy oficjalnie wprowadzano, znany z czasów Holokaustu, system oznaczania miejsc będących w posiadaniu Żydów przez namalowanie lub umieszczenie w tych miejscach gwiazd Dawida w kolorze żółtym na czarnym tle. Dyspozycje Komitetu wymieniały w punkcie 12. „użyteczne” i właściwe hasła, takie jak „Żydzi są naszym nieszczęściem” (niem. „Die Juden sind unser Unglück”), które należało umieszczać na witrynach sklepów, drzwiach prowadzących do kancelarii adwokackich, czy gabinetów lekarskich.

Ukazujący się w Gliwicach Der oberschlesische Wanderer również w piątkowym wydaniu 31 marca 1933 r., podobnie jak inne tytuły prasowe Niemiec, zamieścił na pierwszej stronie informację o zaplanowanym na 1 kwietnia, od godziny dziesiątej, bojkocie żydowskiego handlu i przedstawicieli wolnych zawodów.

Lektura tego i innych tytułów pozwala na uchwycenie niezwykłej histerii, jaka rozpętała się w Niemczech i obecnej w przekazie prasowym żądzy odwetu na niemieckich Żydach. Obok tego gazety prasowe pełne były ostrzeżeń o zakazie stosowania przemocy wobec Żydów. W ten sposób, chciano zadać kłam rzekomym – jak pisano – gwałtom dokonywanym na tej ludności.

Leipziger Tageszeitung  z 1-2 kwietnia 1933 r. informujący o bojkocie 1 kwietnia

Bojkot 1 kwietnia 1933 roku

Sobota 1 kwietnia 1933 roku była w Gliwicach dniem słonecznym i ciepłym. Wiadomo, że pikiety SA-manów nie dopuszczały chętnych do gabinetów żydowskich lekarzy czy biur prawników. Jak pisał lekarz, Artur Blumenfeld, „także przed moimi drzwiami stał niejaki von Gellech, który odsyłał ode mnie wszystkich aryjskich pacjentów”.

1 kwietnia 1933 r. większość mieszkańców Gliwic podporządkowała się bojkotowi żydowskich firm, a przynajmniej taki obraz wyłania się z relacji Der Oberschlesische Wanderer w poniedziałkowym wydaniu tej gazety z 3 kwietnia 1933 r. Bojkot w Gliwicach dotknął 28 lekarzy żydowskich i 14 adwokatów, ponad 100 pracowników i właścicieli drobnego i średniego handlu. Wydaje się, że pomimo poważnych wątpliwości również ta w Gliwicach uwierzono, że bojkot był uzasadnioną odpowiedzią na niesłuszne, jak podkreślano, ataki skierowane przeciwko Niemcom, a inspirowane przez środowiska żydowskie całego świata.

Bojkot 1 kwietnia 1933 roku pojawia się we wszystkich wspomnieniach gliwickich Żydów. Piszą o nim Erich Schlesinger, żydowski adwokat. Stosunkowo dokładny opis zdarzeń z 1 kwietnia 1933 r. zawarł w swoich wspomnieniach cytowany wcześniej doktor Blumenfeld.

Myśląc o kontekście społecznym i ekonomicznym bojkotu należy pamiętać, że naziści skutecznie odwoływali się do obecnych w społeczeństwie odczuć krzywdy i niedostatku, za które od wielu lat obwiniano Żydów i którym zazdroszczono ich pozycji ekonomicznej. O sytuacji ekonomicznej Żydów w Gliwicach Max Wattenberger, żydowski kupiec przybyły do Gliwic z Wrocławia, pisał jeszcze w 1935 roku „(…) Gliwice były najbogatszą gminą na terenie Górnego Śląska. Liczyły 2 000 Żydów, przeważnie kupców, którzy dorobili się znacznych majątków.” Nie dla wszystkich stan taki był do zaakceptowania. Rozbudzana atmosfera nienawiści rasowej skłaniała do znajdowania prostych rozwiązań. Takie podsuwał bojkot. 1 kwietnia 1933 r. dokonał się – jak zauważył Laurence Rees – symboliczny podział rzeczywistości ekonomicznej i społecznej Niemiec na aryjską i żydowską.

Jak argumentują historycy, umiarkowane rezultaty bojkotu (spodziewał się większych) ostatecznie uświadomiły Hitlerowi konieczność oparcia się w prześladowaniach Żydów na odrębnej polityce rasowej i systemie prawnym, który dokona ich faktycznego wykluczenia i usankcjonuje bezprawie. Bojkot potwierdził częściową akceptację społeczną dla polityki wyłączania Żydów z życia publicznego, z drugiej jednak uświadomił, że są obszary aktywności społecznej i gospodarczej, w których pozycja społeczności żydowskiej w życiu Niemiec jest tak znacząca, iż jej nadwyrężenie byłoby przedwczesne i odrzucone przez społeczeństwo Niemiec. Dotyczyło to m.in. lekarzy zatrudnionych w kasach chorych, czy też pracowników potężnych korporacji handlowych, takich jak sieć domów handlowych TIETZ, w której 60% zatrudnionych stanowili Niemcy.

Takie i inne racje spowodowały, iż od 1934 r. do 1938 r. obowiązywała niepisana zasada, iż przedmiotem ataku nie może być znaczący kapitał żydowski, lecz jedynie drobny i mały handel. Ta ostatnia sytuacja spotykała się już z faktycznym poparciem ze strony przedstawicieli niemieckiego handlu detalicznego, podobnie jak z niekłamaną radością przyjmowano odejście z zawodów prawniczych sędziów i prokuratorów żydowskich. Podczas, gdy w marcu 1933 r. stanowili oni jeszcze 70% wszystkich praktykujących adwokatów, sędziów i prokuratorów w Niemczech, to już w czerwcu 1933 r., po wprowadzeniu kryterium aryjskości w dostępie do tych zawodów, udział ten spadł do 16%!

Bernheim idzie ze skargą do Ligi Narodów

Zwolnienie Bernheima z DeFaKi z powodu jego żydowskiego pochodzenia, można uznać za incydentalne w całej tej historii. W jakimś sensie, jak zauważyłem, środowisko Żydów niemieckich czekało na taką okazję i na taką osobę. Powtarzające się przypadki łamania prawa w stosunku do niemieckich Żydów sprawiły, że gwałtownie zaczęto poszukiwać skutecznych metod powstrzymania tego procesu. Uznano prawo międzynarodowe za instrument, który może powstrzymać nazistów.

Wśród pomysłodawców przygotowania petycji wymienia się w pierwszej kolejności Louisa Lipsky’ego, przewodniczącego Amerykańskiego Komitetu ds. Palestyny (American-Palestine Committee). Lipsky  już w marcu 1933 r. proponował zwrócenie się w sprawie sytuacji Żydów w Niemczech do Ligi Narodów. Trzeba w tym miejscu jednak zaznaczyć, że decyzja samego Bernheima była niezwykle ważna i pozwoliła uruchomić potencjał całego środowiska, nadając zbiorowy wymiar sprawie, której stał się symbolem.  Nie bez powodu, czekając na jego przybycie do Pragi, do ostatniej chwili bano się, czy Bernheim się nie wycofa i nie zrezygnuje z podpisania petycji. Odwaga i odpowiedzialność, jaką brał na własne barki, była ogromna. Żył z tą świadomością do końca życia.

Petycja Bernheima zostaje przyjęta

Petycja, zgodnie z postanowieniami art. 147 konwencji polsko-niemieckiej z 15 maja 1922 roku dotyczącej ochrony praw mniejszości na terenach plebiscytowych na Górnym Śląsku, była przewidziana prawem konwencji, jako oficjalne wystąpienie skierowane do Rady Ligi Narodów i służące skarżeniu naruszeń jej postanowień.

Okładka Konwencji Górnosląsiej z 1922 r. Okładka raportu Ligi Narodów  z 1933 r., zawierający informację na temat Petycji Bernheima Petycja Bernheima - fragment raportu LN na temat jego petycji (początek - dół, strona 28)

Konwencja nie zakreślała formalnego charakteru dokumentu, jakim miała być petycja. Ta, pod którą złożył podpis Franz Bernheim, była ośmiostronnicowym dokumentem, sporządzonym na maszynie do pisania, po francusku i niemiecku. Skarga, poza zaskarżeniem bezprawnego zwolnienia Bernheima z pracy, zawierała wyliczenie ustaw i innych aktów prawa niemieckiego, które pozostawały w sprzeczności z postanowieniami Konwencji Górnośląskiej z 15 maja 1922 r., łamiąc kolejno artykuły 66, 67, 75, 80 i 83 Konwencji.  Wymienione artykuły odnosiły się do równego traktowania mieszkańców terenu objętego działaniem konwencji ze względu na rasę, religię, narodowość, język oraz dotyczyły swobody wykonywania praw publicznych, wyboru i wykonywania zawodu i dostępie do szkolnictwa.

Petycja Bernheima, pomimo intensywnych zabiegów dyplomatycznych III Rzeszy, została dopuszczona przez Sekretariat pod obrady Rady Ligi Narodów, co nie było takie oczywiste. Dla ścisłości faktograficznej należy tutaj przypomnieć, że była to w istocie jedna z trzech skarg złożonych do Rady Ligi Narodów przez środowiska żydowskie.

Poza petycją Bernheima, przekazano do Genewy dwie inne. Jedna z nich powstała wśród żydowskich posłów Sejmu polskiego. Kolejna przygotowana została przez organizacje żydowskie na świecie, w tym przez Kongres Żydów Amerykańskich, Komitety żydowskie w Wiedniu, Warszawie, Sofii. Petycje w obu tych przypadkach odrzucono, ponieważ uznano, że wnoszące je osoby nie były związane wprost z prześladowaną mniejszością. Bernheim pozostał sam na placu boju.

Procedury i tryby

Historia petycji Bernheima w sensie formalno-prawnym i chronologicznym rozpada się na dwa okresy.

Pierwszym, datującym się od 12 maja 1933 roku do lipca 1933 roku, jest czas, w którym petycja złożona do Rady Ligi Narodów była przez nią procedowana. Uczyniono to na wniosek Bernheima w trybie pilnym, przewidzianym artykułem 147 konwencji. Oficjalna redakcja petycji przyjęta w dokumentach Rady Ligi Narodów brzmiała następująco: Petycja Pana Franza Bernheima z dnia 12 maja 1933 r. odnosząca się do sytuacji mniejszości żydowskiej na niemieckim Górnym Śląsku.

Tryb pilny uzasadniono nagłym charakterem sprawy i potencjalnym zagrożeniem dla bytu materialnego Żydów na Górnym Śląsku. Skarga zgodnie z obowiązującymi procedurami została dopuszczona pod obrady Ligi Narodów podczas siedemdziesiątej trzeciej sesji Rady i miała być procedowana w oparciu o uchwałę Ligi Narodów z 8 sierpnia 1928 r.

Drugim etapem było postępowanie przed Komisją Mieszaną dla Górnego Śląska w Opolu, po zamknięciu sprawy przed Rada Ligii Narodów. Trwało od 17 października 1933 do 2 grudnia 1935 roku.

Petycja w Radzie Ligi Narodów

Petycja i jej złożenie do Rady Ligi Narodów było niewątpliwie ogromnym zaskoczeniem dla Niemiec i wywołało trudno skrywaną furię nazistów. Podejmowano kolejne zabiegi, by do postępowania przed Radą Ligi Narodów nie doszło.

Rozliczne kontrowersje natury prawnej, podsycane w pierwszym rzędzie przez dyplomację niemiecką, miały doprowadzić do odrzucenia skargi bez jej rozpatrzenia. Przedmiotem polemiki był przede wszystkim tytuł prawny Bernheima do reprezentowania społeczności Żydów górnośląskich. Po ich wyjaśnieniu przez niezależne grono ekspertów, Rada Ligi Narodów uznała prawo Bernheima do reprezentowania praw mniejszości żydowskiej zamieszkałej na terenie niemieckiego Górnego Śląska.

Obrady Rady odbyły się kolejno 26 i 30 maja oraz 6 czerwca 1933 r. 26 maja Liga Narodów rozpoczęła rozpatrywanie skargi. Obrady Rady niechętnie i tendencyjnie relacjonowała niemieckojęzyczna, prasa górnośląska. W swoich relacjach minimalizowała wydźwięk skargi, definiując zmiany w prawie niemieckim po objęciu rządów przez nazistów, jako nieistotne dla postanowień konwencji.

prasa o postepowaniu w sprawie Petycji Bernheima, maj 1933 Gliwicka prasa o postępowaniu w Lidze Narodów. 28 maja 1933 r.

Bernheim w tych relacjach nie ma imienia, jest „Żydem w Górnego Śląska”, niesłusznie skarżącym niewinne Niemcy. Zarówno w doniesieniach prasowych, jak i w oficjalnych wystąpieniach przedstawicieli niemieckiego MSZ, rząd Niemiec cynicznie podkreśla, iż w całej tej sprawie doszło do pomyłkowego i niezamierzonego „przeoczenia” zobowiązań Niemiec przyjętych w międzynarodowych umowach.

Sprawozdawcą petycji był Irlandczyk Seana Lestera. Opracował wnikliwy raport na temat naruszeń prawa konwencji, m.in. wskazując na nową ustawę dotycząca szkolnictwa, która  pozostawała w całości w konflikcie z postanowieniami konwencji. W ślad za raportem, jak również w następstwie kolejnych posiedzeń Rady Ligi Narodów w dniach 30 maja i 6 czerwca 1933 r., przedstawiciel Niemiec, Friedrich von Keller, zobowiązał się w imieniu rządu Rzeszy do przywrócenia stanu prawnego na Górnym Śląsku sprzed 1 kwietnia 1933 r. i do przestrzegania postanowień konwencji genewskiej, które Rada Ligi na wniosek sprawozdawcy Seana Lestera, uznała za wiążące. Pełny sukces! Rozstrzygnięcie to formalnie kończyło w postępowanie przed Radą, przywracając społeczności Żydów niemieckich ich prawa na obszarze obowiązywania konwencji.

Nie był to jednak, jak już wiemy, koniec sprawę Bernheima.

Rada Ligi Narodów, w oparciu o konwencję paryską z 1929 r., zarekomendowała odesłanie jej do rozpatrzenia przez Komisję Mieszaną i Urząd ds. Mniejszości w Opolu w części dotyczącej bezpośrednich powodów zwolnienia Bernheima z DeFaki i ewentualnego zadośćuczynienia za doznane krzywdy. Prezydent Komisji Mieszanej w Katowicach, Felix Calonder, miał na podstawie przeprowadzonych wyjaśnień ostatecznie zawyrokować o tym, czy konwencja genewska i w tej indywidualnej sprawie została pogwałcona.

Petycja Bernheima powraca na Górny Śląsk… Bernheim jedzie do USA

Postępowanie prowadzone pod numerem 1347, stanowiące w istocie drugi etap rozstrzygania o skardze Bernheima, toczyło się od 17 października 1933 r. do 2 grudnia 1935 r. w Opolu. Także w tym przypadku postępowanie to zakończyło się sukcesem Bernheima i reprezentujących go adwokatów.

W tym kontekście powraca postać katowickiego adwokata dra Marka Reichmanna, mało znana i zdecydowanie niedoceniana w historii petycji Bernheima. Mecenas Reichmann do 1935 roku prowadził całą sprawę w Opolu i w Katowicach, reprezentując przed Komisją Mieszaną mieszkającego już poza Europą Franza Bernheima.

W toku prowadzonego postępowania dowodowego i wyjaśniającego Franz Bernheim został uznany za poszkodowanego w rozumieniu postanowień konwencji. W wyniku zaproponowanej ugody Bernheim otrzymał zadośćuczynienie od DeFaKi w wysokości 1 600 RM, choć początkowa kwota odszkodowania zaproponowana 16 marca 1934 r. przez dyrekcję firmy miała wynieść… 380 RM, co stanowiło dwukrotność miesięcznego uposażenia Bernheima.

Z otrzymanej kwoty zadośćuczynienia 100 RM dostali jego adwokaci: dr M. Reichmann i dr E. Margulies. Płatności dokonano 29 lipca 1935 r., o czym z widocznym zadowoleniem i niekłamaną ulgą towarzyszącą zakończeniu tej bolesnej propagandowo dla nazistów sprawy poinformowano Nadprezydenta Prowincji Górnośląskiej pismem z 22 listopada 1935 r.

Postępowanie przed Komisją Mieszaną w Katowicach decyzją jego prezydenta, F. Calondera, zamknięto 2 grudnia 1935 r., o czym powiadomiono pisemnie Urząd ds. Mniejszości w Opolu.

Nowe życie w Nowym Świecie

Do wiosny 1934 r. Franz Bernheim mieszkał w Pradze w XII dzielnicy, najpierw przy  Nerudowej 36, a pod koniec trwania postępowania w Opolu przy ulicy Moravskiej 36. Przez długie lata trop urywał się w tym miejscu. W wielu opracowaniach historii Holokaustu, w tym tej prezentowanej na stronach internetowych Muzeum Yad Vashem, nie podawano daty, ani miejsca śmierci Bernheima. Dzisiaj, dzięki pracy historyków i relacjom bliskich Bernheima wiemy już nieco więcej.

Bernheim, po zakończeniu sprawy w Genewie i w trakcie postępowania w Opolu, opuścił Czechosłowację. Posługując się paszportem tego kraju wyemigrował wiosną 1934 roku do Stanów Zjednoczonych i osiadł w Nowym Jorku. Margulies do końca pobytu Bernheima w Europie zapewniał mu będzie środki na utrzymanie. On także sfinansował jego wyjazd do USA, gdzie drogi obu mężczyzn rozejdą się już definitywnie.

W Nowym Jorku Bernheim pozostawiony zostanie sam sobie i przez kolejne lata, zanim się nie usamodzielni, cierpieć będzie spory niedostatek.

Jak podkreślają bliscy i znajomi, Bernheim nie utrzymywał kontaktów z organizacjami żydowskimi i syjonistycznym, takimi jak Światowy Kongres Żydów. Wyglądało to tak, jakby uznał, że jego doświadczenia na stanowisku sprzedawcy zatrudnionego w gliwickim domu towarowym, wykorzystane raz w słusznej sprawie, stanowią definitywnie zamknięty rozdział w jego życiu. On sam wolał o sobie mówić, że jest bardziej humanistą, niż – co składało się na jego europejską reputację – komunistą czy syjonistą. Również jego najbliżsi, jak siostrzeniec George Wyland-Herzfelde, wspominają go raczej, jako ciepłego, nieco zamkniętego w sobie człowieka, który od czasu do czasu zabierał go do czeskiej restauracji, by wspominać swoje praskie lata. Nawet wówczas jednak niechętnie wracał do historii petycji, mówiąc o niej, że była jedyną możliwą metodą powstrzymania Hitlera i dlatego brał w tym procesie udział.

Wspomnienia Emila Margulies’a, adwokata Bernheima i jego opiekuna podczas pobytu w Czechosłowacji, rzucają nowe światło na postać Bernheima. W miejsce bohatera i osoby ideowo zaangażowanej, jaką znamy m.in. z zeznań świadków w Opolu, otrzymujemy opis uciekającego przed nazistami człowieka, który po wielu wahaniach i nie tracąc wątpliwości podpisuje petycję. Również po to, by uzyskać przyrzeczenie i środki na emigrację do USA. To możliwy, inny powód wycofania się Bernheima z życia środowisk syjonistycznych.

Poszukując jednak powodów, które faktycznie pchnęły Bernheima do wzięcia udziału w postępowaniu przed Radą LN, nie powinniśmy zapominać o ryzyku, które podejmował, podpisując się pod ową petycją. Jest wielce prawdopodobne, że to właśnie strach o życie przesądził o tym, że swego udziału w tej sprawie nigdy nie nagłaśniał. Potwierdzone doniesienia o śmierci niemieckich emigrantów z rąk nazistowskich agentów scenariusz taki uprawdopodabniają. Zresztą, nie kto inny jak sam Margulies, w gorących dniach maja 1933 roku obiecywał Bernheimowi nie ujawniać publicznie, o ile nie będzie to konieczne, nazwiska wnioskodawcy petycji. On też miał świadomość zagrożenia życia Bernheima.

Naziści nigdy nie zapomnieli o Bernheimie i nie wybaczyli mu jego roli w postępowaniu przed Radą Ligii Narodów. W miesiąc po zakończeniu obowiązywania Konwencji górnośląskiej, 15 sierpnia 1937 roku, rozporządzeniem Ministra Spraw Wewnętrznych III Rzeszy Wilhelma Fricka, oficjalnie pozbawiono Bernheima obywatelstwa III Rzeszy.

Bernheim nigdy nie założył własnej rodziny. Do końca życia pozostał w Nowym Jorku, gdzie zmarł w domu starców w grudniu 1990 roku, przeżywszy wszystkich innych bohaterów tej historii.

Epilog

Petycja Bernheima poza symbolicznym znaczeniem zwycięstwa w Radzie Ligii Narodów i przywróceniem prawnej ochrony Żydom mieszkającym na niemieckim Górnym Śląsku, dała impuls wszystkim pokrzywdzonym do wystąpień przed Urzędem ds. Mniejszości w Opolu.

Do 15 lipca 1937 roku, a więc do czasu obowiązywania konwencji górnośląskiej, Urząd ten rozpatrzył 148 skarg Żydów niemieckich z terenu objętego jej działaniem. Skarg wygranych lub polubownie rozstrzygniętych. Spraw, tych nie byłoby bez Petycji Bernheima.

Sukces petycji Bernheima nie byłby możliwy bez zaangażowania środowiska prawniczego Górnego Śląska. Wymagało to odwagi i wiary w sens obrony praw człowieka, gdy te są deptane. To imponujące i współcześnie inspirujące, że osobom tym nie zabrakło odwagi i ludzkiej przyzwoitości.

Historia ludzkości, to historia gestów drobnych i wielkich, niosących nadzieję, zdradzających rozpacz bądź będących oznaką tryumfu. Petycja należy do tych aktów sprzeciwu, o których pamięć powinna zostać utrwalona i zdecydowanie szerzej znana. Szczególnie na Górnym Śląsku, gdzie tak naprawdę została napisana.

Sceptycy i krytycy orzeczenia Rady Ligi Narodów w sprawie Bernheima podkreślają, że było to zwycięstwo, które nie uratowało tej społeczności przed Holokaustem. Przeniesienie tych samych zasad na ogół Żydów niemieckich okazało się w latach 30. XX w. niemożliwe. Nie pozwoliły na to nazistowskie Niemcy, dla których eksterminacja Żydów stanowiła jedną z ideologicznych i ekonomicznych osi konstruującej zbrodniczą ideologię państwa. Niestety, na marginesie tej opowieści warto też pamiętać o tym, że na ochronę praw mniejszości narodowych nie były też przygotowane inne państwa Europy i świata, cynicznie obawiające się, że ingerencja w ochronę praw Żydów w Niemczech stworzy precedens na przyszłość i służyć będzie ochronie praw mniejszości narodowych w innych krajach.

Pamięć o petycji Bernheima przetrwała; ba, zyskuje wciąż na zainteresowaniu. Wiele tymczasem zrobiono, by postać Franza Bernheima, uwikłana w kontrowersje związane z powstawaniem petycji, wyblakła. Może dlatego właśnie, od czasu mojego pierwszego z nim spotkania, osoba Bernheima wydawała się czasami tak nieuchwytna i intrygująca? I może dlatego warto, by coś z niej pozostało?

 

 

Słoik z wodą. Muzealne post scriptum do Dnia Matki

W Ruhr Museum w Essen można zobaczyć eksponat doskonały. Tak mi się przynajmniej wydaje. Opowiadam o nim studentom muzealnictwa. Jak by powiedział profesor Piotr Szacki, to przedmiot, który poprzez swoją historię „przemówił” w sposób wyjątkowy i ma pogłębioną, wielokrotnie złożoną strukturę znaczeniową.  Kreuje inną rzeczywistość emocji i obrazów, choć znajduje się w gablocie i jest na pozór zwykłym słoikiem z wodą…

Dlaczego? Co to za słoik

Był koniec marca 1945 roku, gdy Pani Keuter, podczas przerw miedzy nalotami, wymykała się nocami do parku wokół pałacu Borbeck, dzielnicy Essen, w której mieszkała przez całe swoje życie.

Essen, jak i całe Zagłębie Ruhry przeżywało wówczas nieustające, wyniszczające naloty dywanowe. Wzmagał się ostrzał artyleryjski poszczególnych dzielnic miasta. Pani Keuter, sama wychowując swoje dzieci (niespełna półroczne niemowlę i trójka starszych dzieci) obawiała się o to, jak je wykarmi, czy przetrwają czas wojny… W mieście nie było już wody, a ludzie coraz więcej czasu spędzali w bunkrach. Codzienne poszukiwanie i zapewnienie wody stawało się zadaniem ponad siły jednego człowieka. Postanowiła więc zgromadzić i przechować tyle wody ile to możliwe, licząc się z tym, że w pewnym momencie, nie będzie mogła opuszczać schronu ani na chwilę…

W pobliskim, bodaj najpiękniejszym przed wojną parku Essen, znajdującym się wokół pałacu w Borbeck, woda wciąż była. Było tam źródło zasilające sztuczną kaskadę, którą zdążono już zniszczyć. Po wodę chodziła nocą i napełniała nią słoiki, wekowała je i znosiła do bunkra. Przyniosła tam także małą kuchenkę (rodzaj prymusa) i na niej gotowała jedzenie dla dzieci. Gdy 11 kwietnia 1945 roku wkroczyli Amerykanie, miała jeszcze dwa, ostatnie słoiki…

Gdy w 2010 roku uroczyście otwierano Ruhr Museum w jego nowej siedzibie na terenie Zollverein w Essen, pośród eksponatów tam prezentowanych znalazł się jeden ze słoików Pani Keuter. Na witrynie, w której go umieszczono, napisano coś, co opisuje sens ludzkiego trwania i woli przetrwania, także w tych najtrudniejszych czasach… „Musiałam przecież coś zrobić”. A słoik Frau Keuter dyskretnie, bez wykrzykiwania swojej historii opowiada o tym, czym jest wojna postrzegana z perspektywy matki drżącej o życie swoich dzieci. Dla mnie to absolutnie wyjątkowy przedmiot.

Słoik pani Keuter. Ruhr Museum, Essen Ruhr Museum. Wjazd/zjazd do Muzeum.

 

Most łez

To miasto odkrywałem powoli. Nie sam. Byli ludzie. Opowiadali. Tłumaczyli. Zarażali emocjami.

Moje pierwsze wspomnienie jest koloru piaskowo-szarego. Nie znajdziecie go na zdjęciach. Nie lubiłem go. Tamto Görlitz, to miasto przyjaźni polsko-niemieckiej, której nie było. Miasto nieistniejącego państwa NRD, które coraz bardziej staje się nieprawdopodobnym tworem. Tak odległym, że w jego istnienie wątpią nie tylko pokolenia urodzone po 1989 roku, ale też ci z nas, którzy wczoraj uwierzyli, że zmarły generał był dobrowolnym twórcą zmian w Polsce i właściwie nasz sprzeciw wobec komunizmu miał (jeśli wierzyć tym słowom), drugorzędne znaczenie… Piasek w oczy…

Inne Görlitz,, wyłaniało się z traumatycznych opowieści Niemców, wypędzanych z terenów przyznanych Polsce układem poczdamskim. W ich historiach pojawiał się ten sam most kolejowy, po którym wjeżdżał do NRD mój pociąg, zanim wtoczył się na szaro-żółty dworzec w honeckerowskich Görlitz. W tych opowieściach miał niezrozumiałą i niepokojącą nazwę „mostu płaczu”. Niezrozumiałą, do czasu, gdy swoją historię powrotu do Niemiec, opowiedziała mi stara Niemka i przywołała zbiorowy płacz, jaki rozległ się w bydlęcym wagonie, gdy ten przejeżdżał ponad Nysą Łużycką, zamykając dwutygodniową podróż przesiedleńców do nowej – starej ojczyzny, dając im nadzieję na koniec upokorzeń, gwałtów i poniżenia. W dziwny sposób, mnie pokoleniu wyrosłemu w cieniu lektury „Dwóch miast” Adama Zagajewskiego, opowieść ta była bardzo bliska w tym współodczuwaniu utraty ojczyzny i tego, czym jest poczucie wykorzenienia. Görlitz było miejscem powracania Niemców do Niemiec i przynoszenia z sobą doświadczenia wypędzenia. Bogatszy o tę wiedzę zrozumiałem wtedy, że przyjaźń nie mogła tutaj rozkwitnąć. A na pewno nie tak od razu i bez pamięci o moście, mokrym od łez.

Miast miało swoje też śmieszno-smutne tajemnice. Oto, za każdym razem, gdy był w nim z wizytą Erich Honecker, malowano fasady domów i remontowano dachy… Zrobiono to dwa razy (tyle razy był tutaj wielki Erich), za każdym razem pośpiesznie i byle jak malując fasady ulic, którymi przejeżdżał (na ów piaskowo-żółty kolor) i te tylko te fragmenty dachu, które mógłby dostrzec patrząc na szczyty świeżo pomalowanych domów… Podwórza i oficyny tych samych domów popadały w ruinę, dachy się zapadały…

Tamtego Görlitz, na szczęście nie ma. To też bywa zmartwieniem, choć w inny sposób. Oto, gdy przygotowywano plan filmu „Lektor” (2008), zdecydowano się na użycie plenerów Görlitz, miasta, niemal wyjętego z przeszłości i gotowego do grania Niemiec po 1945 roku. Wkrótce okazało się jednak, że miasto tak szybko się odzyskuje urodę, skrytą pod kurzem koloru piaskowo-żółtego, że trzeba środkami scenograficznymi je postarzać. Ulice, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej były pokryte patyną czasu i zaniedbania, ku rozpaczy scenarzysty i reżysera były już wyremontowane! Oglądając „Lektora” i „Bekartów wojny” (2009), rozglądajcie się uważnie. To Görlitz.

Nie liczę moich przyjazdów do tego miasta. Czy liczymy spotkania z przyjacielem, ukochanym, -ą?  W pamięć zapadają pożegnania. Było ich 9. Są częścią tej relacji. Smutku i nadziei powrotów.

Gdy byłem w nim ostatnio, nogi zaniosły mnie na Przedmieście Mikołaja (Nikolaivorstadt). Dlaczego mam jechać do Pragi, by zobaczyć Złotą uliczkę, skoro jest ich tyle tutaj?  Uliczka w uliczkę, dom kata, fragmenty murów miejskich. Wiekowy Cmentarz (z XVII wieku, rozbudowany w połowie XIX wieku), kościół św. Mikołaja, a w nim ekspresjonistyczny pomnik(?), instalacja z lat 20-tych XX wieku, poświęcona ofiarom I wojny światowej. Ich nazwiska, rangi i stopnie wychodzą z murów. Nieme, twardo wypisane, wypełniają wnętrze świątyni. Rysunek i kolor rozkołysują filary kościoła, unosząc dusze zmarłych ku górze, a może to tylko złudzenie?

Na pobliskim cmentarzu leży jeden z najbardziej znanych mieszkańców Goerlitz, XVII-wieczny mistyk  i filozof Jacob Böhme. Fanatyczny szewc, jak o nim mówiono, urodził się po polskiej dzisiaj stronie Nysy. Tam ma swój dom i tuż obok świetną restaurację, „U Jakuba”. Po tej stronie jest jego grób. Pierwszy filozof piszący po niemiecku leży pośród zgorzeleckich mieszczan, choć za życia nie był przez nich rozumiany.

Goerlitz, Goerlitz… Poznajcie je może nocą? Jak u Rembrandta, krąży sobie po mieście taka Straż nocna i towarzystwo snuje swoje opowieści, przysiadając od czasu do czasu na kufel piwa. Ja zrobię to następnym razem. Wciąż tak mało wiem o moim Goerlitz…

Follow me... if you can. Goerlitz

Stones. Goerlitz Wilgoć. Goerlitz

Use me... Goerlitz

Przedmieście Mikołaja. Goerlitz Doręczyciel. Goerlitz. Dolny Rynek

Stary Cemntarz. Goerlitz Pamięć i niepamięć. Goerlitz. Przedmieście św. Mikołaja. W tle wieże kościóła św. Piotra i Pawła. Goerlitz

Historia życia. Goerlitz Grób Jakuba (Boehme). Goerlitz

Pamięć 1914-1918. St. Nikolai Kirche. Goerlitz

Jezusowa piekarnia. Przedmieście Mikołaja. Goerlitz

 Yellow&Red. Goerlitz

Dwaj panowie z Rudaw... Goerlitz.

Para. Goerlitz. Sklep Bożonarodzeniowy...

Nocna straż? Goerlitz.

„Świat z drzewa wygląda inaczej”. Pisane z Kato

Lektury przypadkowe, są chyba jak spotkania, które się nam przytrafiły. Niosą sporą dawkę nieznanego i mogą zaskakiwać, czasami bywają odkryciem. No, tak są i takie, od których uciekamy, zapominamy, wypieramy.

Stoję przed dylematem, do której kategorii zakwalifikować tę sytuację. Wątpliwość trwa krótko. Oto wpadłem do „Dobrej karmy”, a w moim przypadku do „Jacka” [czyt. dzeka; takie skrzywienie językowe, gdy najpierw do głowy wpadają słowa i skojarzenia angielskie, a potem okazuje się, że to nasza swojska ulica św. Jacka 1… ] i nieopatrznie sięgnąłem po książkę stojącą na półce (jedną z wielu, wielu), Cecyli Malik, pt.  „365 drzew”.

Cecylia (poznanie przez książkę, skutkuje bliską więzią, wierzcie mi) przez cały rok 2009 (co ja wówczas robiłem, a tak coś tam budowałem i drzew w pobliżu było jak na lekarstwo; trzy platany, zostały dwa…) zdobyła 365 drzew. Są zdjęcia (365!!!) i teksty. O projekcie pisze Autorka, a wspierają ją w tym off-streamowo wypowiadający się recenzenci, przyrodnicy. Ludzie powiedzmy spoza dziedziny art-movement/art climbing, należałoby powiedzieć. Choć, choć czy dendrolog to ktoś w tej sprawie obiektywny? No, nie wiem.

Czytam, oglądam. Ciekawe (słowo, zero kpiny). Mnie zdumiewa rzecz, która umknęła im zupełnie z pola widzenia. Oto wśród drzew, na które wspięła się Cecylia Malik, była palma autorstwa Joanny Rajkowskiej, znajdująca się na Rondzie de Gaulle’a w Warszawie. Taka interakcja sztuki w przestrzeni publicznej z… No właśnie. Kim?  Widzem? Intruzem? Eksperymentatorem? A może wandalem? Nie wiem. W tekstach (Autorki i recenzentów jej akcji) nic o tej akcji, a szkoda. Mnie poruszyła myśl jednak zgoła inna i tchnąca optymizmem.

Podczas niedawnego wykładu na temat sztuki współczesnej w bytomskiej „Kronice” (wykłady – dobry pomysł, ekspresja i forma też całkiem, całkiem), publiczność i prowadząca spotkanie, odbijali się od nieprzekonującej formuły aktywności performatywnej, jako sztuki wolnej, ciekawej i inspirującej, a nie tylko opartej na prowokacji (taniej dodajmy). Dominowały przykłady, powiedzmy kontrowersyjne. A tutaj proszę. Jest palma (a nie krzyż na ten przykład). Jest wejście na palmę i jest inna perspektywa. Z palmy. W naszym klimacie sankcja poznawcza tego, co widzimy z palmy jest zdecydowanie inna, ba dodajmy wyjątkowa! Sztuka, może być zatem inspirująca. Nawet, jeśli zdarza się przypadkiem (sic!) lub nadal nie jesteśmy pewni swoich racji, czy nią jest. Z czubka drzewa, racje jakoś zyskują na wartości?  Ahoj

Czwórka. Drzewostan symboliczny   Blue and a palm

„Mostem”, czy „pod mostem”?

Zostawiam to zacytowane przez Profesora Dana Gawreckiego pytanie, bez odpowiedzi. Patrzyłem, słuchałem, ale myślę, że paradoksalnie przyszłość tego, czy Śląsk Czeski to odkrywana, czy zapomniana wspólnota, most czy nie, rozwiążą naprawdę młodzi ludzie… To chyba dobrze.

(Refleksja po spotkaniu promującym ostatni numer „Fabryki Silesia” poświęcony relacjom polsko-czeskim).

Przed spotkaniem. Dan Gawrecki i Jan F. Lewandowski (bokiem) Okno na Śląsk (Czeski)