Raduńska Arkadia

Zamków na Opawskim Śląsku jest wiele. Łatwo do nich dotrzeć i może dlatego, gdy pokonuję jeszcze jeden zakręt na drodze, patrzę, czy zza drzew nie wyłania się sylwetka kolejnego…

Droga z Opawy jest, jak zwykle tutaj, malownicza. Pobocza obsadzone jabłoniami. Już teraz uginają się pod ciężarem owoców. Dzisiaj kwaśne, może za chwilę, za moment będą słodkie?

Równy asfalt prowadzi wyżej i wyżej. Około 5 kilometrów na południe od Opawy leży miasteczko Raduň. Domy stawione krótszymi bokami do drogi. Niemieckie osadnictwo. Pusta, dawna karczma. Od niej, droga wijąca się już tylko kilkadziesiąt metrów w górę. Mijamy stary cmentarz i miejscowy kościół. Gdy przechodzę obok, wychodzą z niego starsze, opatulone w chusty kobiety. Upewniają mnie, że dobrze idę, gdy pytam o drogę. Coraz lepiej rozumiem czeski.

Zamek, od strony podjazdu wyłania się z gęstej zieleni. Klasycyzująca fasada. Prawdę mówiąc, nic wyjątkowego. Jej forma, skala, to coś bardzo zwykłego w pejzażu Śląska Opawskiego i porównywalnego z innymi pałacami.

To, co uderza i może się podobać, to malownicze założenie zamku widoczne od strony jednego z trzech stawów go otaczających. Wyniesiony ku górze, z dominującą okrągłą wieżą, może się podobać. Gdy jest pochmurno i niebo wyżera szarość nijakości, zamek nieco się kurczy i przypomina wiele podobnych mu rezydencji z przełomu XVIII i XIX wieku. To wówczas, w uznaniu dla pierwotnego piękna drzemiącego w naturze, w zachwycie dla rustykalnego i romantycznego kostiumu, tworzono takie i podobne założenia.

Przebudowę zamku w Raduňi zapoczątkował w 1780 roku wielmoża Jan Václav Mönnich. Park angielski, który otacza pałac, stanowi kulisy dla położonych  wokół niego zabudowań gospodarczych (częściowo zrujnowanych). Pozorny nieład na swoją skrywaną logikę.

Przestrzeń parku. Wzniesienia i łagodne ich opadanie, drzewa i woda pogrzebana w zarastających stawach, wzmagają wrażenie sielskości, spokoju i nostalgicznego nastroju. Opawska Arkadia? Tak trochę, jak z obrazów Nicolasa Poussin, jeśli zapomnieć o biegających po parku dzieciach, z ciekawością patrzących na mnie, robiącego zdjęcia i po raz kolejny obchodzące staw, by mi się przyjrzeć raz jeszcze. Dla niepoznaki lub wierząc w moją krótką pamięć, już po raz trzeci mówią mi – ‘dobry den’.

W XIX w., zamek stał się własnością rodu Blücherów. Przybyły wówczas mury zamkowe, wieża w kształcie walca i piętro mansardowe.

Blücherowie pozostali właścicielami zamku do 1947 r. Potem, zamek przez dekady był unicestwiany. Po 1989 roku systematycznie  odnawiano go, zrekonstruowano niektóre zabudowania gospodarcze. Część budynków, jak ten z 1812 roku, mocno przypominający dworkowe siedziby szlachty polskiej, jest dzisiaj w ruinie.

Samo miejsce i jego pogrążenie w „samozapomnieniu”, a może zwróceniu ku sobie, zmusza do pytania, o powody trwania tutaj ludzi. Prostego ustalenia, co też ich tu trzyma? W dawnych czworakach, mieszkaniach pourzędniczych, wiejskich czworakach…

Rozglądam się i myślę, że chyba nie uroda i ‘malowniczość’ miejsca, Dobra na chwilę, ale nie na całe życie?  Zwłaszcza, że w pewnym, symbolicznym sensie, zamek zwrócony ku stawowi, był i pozostał odwrócony do nich plecami…

Gdy byłem, zamek był zamknięty.

Może powrócę.

Może. Nie wiem na pewno. Czas jest tutaj wartością względną, a dróg tak wiele…

Zamek (2)

Zamek

Porastanie.Fragment elewacji pałacowej

Park

1812  (Jeden z budynków wokół zamku - 2014) Znak

Miejscowy cmentarz.

 

Surrealizm po śląsku. W sprawie Muzeum Śląskiego po raz ostatni?

Sprawa obsadzenia stanowiska dyrektora Muzeum Śląskiego, to kolejny przykład przedmiotowego traktowania kultury i historii Górnego Śląska. Informacyjnie to przykład skrajnej dezinformacji, czyli jakby powiedziano „robienia Ślązakom piany z mózgu…”

Uttemann-i-slup-graniczny-26-czerwca-2013-2

Czytam te wszystkie wypowiedzi, wywiady i deklaracje polityków, nowej dyrektor muzeum i myślę, że idea „Śląska wymyślonego” śp. Michała Smolorza osiąga szczyty absurdu i demagogii.  Przebija przez te wypowiedzi rodzaj pewności i bezkarności w upowszechnianiu przekonania, że Ślązakom można wcisnąć każdy kit. Największy, najgłupszy, byle nagłośniony we właściwy sposób i z przekonaniem opartym na nadziei kreatorów kultury z Warszawy, że naród to kupi. Zmęczony, nierozumiejący regulacji prawnych, dobrych praktyk w dziedzinie zarządzania kultury, no i taki naprawdę beznadziejnie naiwny. Naiwny, bo tak naprawdę to społeczeństwo pozbawione tradycji posiadania własnych instytucji pamięci.

Zawsze były czyjeś, ale nie ich. Tak będzie i tym razem.

I niestety, choć społeczeństwo to okazało się hojne w ramach akcji „Dopisz się do historii”, to dzisiaj jest bez szansy na pisanie owych dziejów samodzielnie.

POLITYCY W ROLI KONSULTANTÓW SCENARIUSZA WYSTAWY STAŁEJ

Zacznijmy od oryginalnego zdania, które padło w jednym z wywiadów, a w którym usłyszeliśmy słowa Alicji Knast, że:

„(…) Politycy mogą zawsze dyskutować z historykami i z tych dyskusji z reguły wynika wiele dobrego” (GW, 26.06. 2014) (…)”.

Jestem pod wrażeniem tej wypowiedzi, zważywszy na skalę i bezdenną nijakość dyskusji polityków na temat kształtu wystaw w muzeach warszawskich (Powstania Warszawskiego, Chopina) czy też innych, planowanych wystaw w muzeach: Historii Polski (Warszawa), czy II Wojny Światowej (Gdańsk). W dziwny sposób, właśnie to politycy spowodowali, że  muzeów tych wciąż nie ma (jak w przypadku Muzeów Historii Polski i II Wojny Światowej), a scenariusze wystaw stałych w obu muzeach zostały skrytykowane przez polityków, zanim powstały!!! Bardzo śląskie…

Udział polityków w kształtowaniu treści muzealnych może też mieć taki finał, jak w przypadku Muzeum Powstania Warszawskiego. Tam placówka muzealna operuje jedyną słuszną wizją historii opisywanych zdarzeń, odrzucając dialog i dyskusję, niezbędną, gdy toczymy rzetelny spór o zasadność blisko 200 tysięcy ofiar tego zrywu narodowego.

Pomijając ten wątek, Muzeum Powstania Warszawskiego to dobry przykład tego, jak jego kierownictwo wciska, za przeproszeniem, opinii publicznej ciemnotę, mówiąc, że nie ma nic wspólnego z polityką. Dzieje się tak nawet wówczas, gdy jego dyrektor ma w swojej karierze posłowanie do Sejmu z ramienia PiS.

Kontynuując ten wątek spytajmy wprost, czy ktoś pamięta ogólnonarodowe dyskusje (polityków także) nad scenariuszem wystawy stałej w Muzeum Powstania Warszawskiego ??? Oczywiste, że nie, bo takich nie było. Podobnie jak nie miały miejsca aroganckie wypowiedzi na temat wystawy w Warszawie, porównywalne do głosów „ekspertów” pokroju Piotra Semki, czy Jana Pospieszalskiego, gdy ci ostatni wykorzystując dostęp do mediów publicznych, ingerowali w śląską wystawę. Także z dnia na dzień wyrośli na demagogów jedynie słusznej historii G. Śląska… a jeden z nich nawet wówczas powtarzał bzdurę o Górnym Śląsku, jako składowej zaboru pruskiego… i tak definiowanym „powrocie Śląska do Macierzy”.

Innym przykładem jest Muzeum Chopina.

Chopin i jego muzyka, jako bohater wystawy stałej w Muzeum Chopina, nie urażając nikogo, przedmiotem kontrowersji w tym kraju być nie mógł. To nie był trudny temat. I nim nie będzie. Umiędzynarodowiony Chopin (jak i jego muzyka) zawłaszczony być nie może. To proste i oczywiste, nawet dla osób mających tego rodzaju pokusy. Dlatego ekspozycja w Pałacu Ostrogskich nie wywoływała innych dyskusji poza tymi na temat proporcji użytych multimediów i oryginałów (tych ostatnich jest tam bardzo niewiele), kosztów i spraw personalnych, które toczyły się na obrzeżach wystawy i którymi żyła wyłącznie Warszawa. To nie był temat polityczny, o ile nie dotyczył obchodów Roku Chopina 2010 i tego, jak pisał Stefan Friedmann w kabarecie Radiowej Trójki, kto, za co i ile wziął.

Dlatego, z tych rożnych względów, kwestionuję i odrzucam przekonywanie nas (na Górnym Śląsku) do pozytywnego udziału polityków w tworzeniu scenariuszy wystaw. To nonsens, który ma już bardzo złe precedensy w historii współczesnego polskiego muzealnictwa (poczynając i kończąc na Muzeum Śląskim).

Jest dla mnie oczywiste, że w swojej lwiej masie politycy kierują się wyłącznie interesem partii i środowisk, które reprezentują. Polityka historyczna po katastrofie smoleńskiej, dobitnie pokazuje, że politycy nie są obiektywni i powinni być trzymani z dala od tworzenia narracji historycznej. Są niekompetentni i tendencyjni. I jest to bardzo delikatnie powiedziane.

Z dwojga złego niech lepiej balują za publiczne pieniądze w restauracjach, prowadząc „prywatne” rozmowy o sprawach państwa. Rżnąc głupa, jak by powiedziała ulica, że to normalne…

Jest to tak normalne, jak konsultowanie przez polityków wystaw w muzeach. W muzeach, w których nota bene nie bywają…, o czym kpiąco mówiono podczas Kongresu Kultury Polskiej w Krakowie w 2009 roku (por. słynną wypowiedz Michała Zadary wygłoszoną na Kongresie na ten temat).

NAJLEPSZY DYREKTOR POCHODZI Z NADANIA POLITYKÓW…?

Rozbrajająca jest uwaga nowej dyrektor (wywiad w DZ, 24.07. 2014), że jej „(…) wybór bez konkursu to uznanie jej kompetencji (…)”. Ktoś chyba naprawdę, nam wciska skrajną ciemnotę. A może to właśnie konkursy służą zaprezentowaniu owych kompetencji…?  Skąd ta obawa, by zmierzyć się z innymi i zaprezentować skalę talentów i własnej kompetencji w ramach konkursu??? To wspomnienie zmanipulowanego konkursu z czerwca 2013 roku, powstrzymało przed jego organizacją, a zainteresowaną przed udziałem w takiej weryfikacji swojego dorobku?  Pytania więcej niż oczywiste. Kto startuje w konkursach? No chyba ci bez kwalifikacji idąc rozumowaniem zaprezentowanym w tym wywiadzie…

A i zapewne ”uznaniem dla kompetencji” poprzedniego dyrektora Muzeum Śląskiego było mianowanie go dyrektorem, w sierpniu 2013 roku; też bez konkursu??? „W uznaniu kompetencji”??? Czyjej? Chyba Zarządu w tworzeniu standardów polityki kadrowej rodem z krajów Trzeciego świata…

Hmm, to może lepiej powiedzieć (a nie tumanić ów lud śląski), że stanowiska obejmowane są bezkonkursowo… i że tylko takie nominacje dają politykom bezpośredni wpływ na osoby kierujące instytucjami kultury?  I nie chrzanić, że nie ma wpływu polityków na pracę tak mianowanych dyrektorów, bo to oczywiste, że wpływ taki jest częścią zawieranego dealu…, przepraszam… umowy o pracę.

No i jak to jest, że na G.Śląsku jest tak łatwo i bezkonkursowo, a w ważnych ośrodkach i instytucjach kultury w Polsce nie… Tam konkursy i weryfikowanie kompetencji, jak na przykład ten z maja 2014 roku na dyrektora Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie? Lub wcześniej na dyrektora Muzeum Narodowego we Wrocławiu?

Jaki to powód, że standardy dla Muzeum Śląskiego są tak zaniżane i nie rodzi to zdumienia (mediów, większości środowiska muzealnego) i niepokoju (społecznego), że sprawy dziedzictwa i instytucji pamięci,  to część łupów politycznych rządzącej (aktualnie) partii?

Skąd naiwność, że podobnie nie zachowają się ci, którzy patrzą na to dzisiaj z pozycji partii i środowisk kontestujących tego rodzaju praktyki, praktyki, powtórzę, rodem z krajów rozwijających się i ustrojów niedemokratycznych?

7 lat…Tłustych, czy chudych?

Czas pokaże.

Jest jasne, że obecnie będzie jedno wielkie pompowanie pieniędzy w tzw. nowe muzeum. Do czasu. Do 2015 roku.

Wówczas może się okazać, że te obecnie zastosowane „standardy” użyte przez drugą stronę wywrócą wszystko i jak powiedziałby Grek Zorba, będzie to kolejna (niestety) „piękna katastrofa”. Wówczas jednak jeszcze bardziej smutna i gorzka.

Podniesione wówczas larum nikogo już nie obudzi, bo ile razy można mówić, że coś jest ważne, a potem zniszczyć to koncertowo.

„Sprawdzę na jakim etapie jest nowy scenariusz”, mówi dyrektorka muzeum… A na jakim powinien być, skoro było gotowe 29 marca 2013 roku?  Na jakim, skoro jury dokonało swojego wyboru w październiku 2012 roku?

Teraz nowe, to znaczy czyje? I komu wystawimy rachunek za te zmiany?

Bez kozery powim sedum (7)

There must have been a moment, at the beginning, where we could have said — no.

But somehow we missed it.

Tom Stoppard, Rosencrantz and Guildenstern are Dead

To będzie krótki komentarz. Nie dlatego, że ogarnia mnie strach (jak większość środowiska, jakiegoś tam rozpiętego miedzy muzeami, a polityką), ale z powodu rodzaju zniesmaczenia tą sprawą.

To dzisiaj rozpoczyna się, w sferze symbolicznej i historycznej, nowy etap w historii muzeów prowadzonych przez samorząd województwa śląskiego. Oto, bez konkursu, bez weryfikacji, stanowisko w Muzeach: Śląskim i Górnośląskim zostaje powierzone nowej dyrektorce na 7 (słownie: siedem) lat. Ci, którzy pracują w tej branży, wiedzą, że to niezwykłe.

Nie jest to kwestionowanie kompetencji (bo nie zostały zweryfikowane w konkursie), nie jest to atak osobisty, bo też jestem od niego daleki (wręcz bardzo).

To skandal i folwarczne traktowanie instytucji kultury, które nie są własnością niczyją inną, tylko społeczną, jest faktem, który bulwersuje.
Wasalizacja Muzeum Śląskiego dokonała się rok temu. Osoba, którą się do tego celu posłużono, już jest na „zielonej trawce” i niestety poczuła, co znaczy przystępować do tego rodzaju porozumień i wierzyć, że po użyciu, nie będzie się już potrzebnym. Lepsze studiowanie dziejów ludzkości i Śląska, uchroniłoby ją przed tą sytuacją.

Dzisiaj, myśląc kategoriami kadencji, interesu własnej formacji, mając świadomość perspektywy przegrania wyborów samorządowych, lokalni (bądź regionalni) kacykowie PO zapewniają w tak prymitywny sposób, autorski system kontroli nad tą instytucją. Także wówczas, gdy mogą nie mieć już wpływu na to, co się dzieje i co ludzie mają myśleć.  To tragiczne (bo dowodzi ich niekompetencji), że nie wiedzą (z historii, na której się podobno, tak świetnie znają), że to droga donikąd…

Żałuje również, że odbywa się to w ciszy i pozornej oczywistości faktu, że mandat zarządzania instytucją jest wręczany (bez systemu selekcji i weryfikacji) na 7 lat. Koncepcja, strategia zarządzania? Po co? Za tą ciszę przydzie wielu osobom zapłacić.
Motto poprzedzające tekst komentarza zostawiam, jako jego dopełnienie i konkluzję.

Sprawa Muzeum Śląskiego, bez zmiany społecznego nastawienia, bez woli świadomych tej sytuacji polityków, środowiska kultury (naiwnością jest myśleć, że ‚nas’ to nie dotyczy; nie dotyczy do czasu),  jest dzisiaj pozornie zamknięta. Pozornie;  jak wówczas, gdy rok temu też tak myślano.