Pierwsza Polka dzisiaj

31 sierpnia 2014 roku, w jakiś oczywisty sposób każe cofnąć się do tego z 1939 roku. Nieświadomie, od dziecka kolekcjonowałem opowieści osób, które w moim otoczeniu wspominały i pamiętały to, co zdarzyło się, dzień później, 1 września 1939 roku.

Wśród tych wspomnień, było to między innymi to, związane z obrazem zamkniętego na głucho banku w Kamionce Strumiłowej na Kresach II RP i straconych jednego dnia oszczędności całego życia. To wspomnienie początku nędzy doświadczonej podczas II wojny przez kilkunastoletnią dziewczynkę  i bezpowrotnie utraconego na całe życie poczucia bezpieczeństwa. Od tego czasu wszystkie swoje oszczędności lokować będzie w materacu, a łóżko stanie się jej najbardziej zaufanym i jedynym sejfem.

Te inne, wiązały ten dzień, ze zrzucanymi z powietrza, przez niemieckie samoloty, ulotkami pisanymi po polsku, po które nikt nie ważył się schylać. Pokrywały, wypełniając powoli, jak ogromne płatki śniegu, ulice Lwowa. Czytano je manipulując tak stopą, by zatrzymać kartkę leżącą na ziemi i przeczytać, co też takiego strasznego ma do powiedzenia niemiecki najeźdźca, że lektury tej zakazuje Policja Państwowa pod karą więzienia i szerzenia defetyzmu.

1 września w niektórych miejscach, w wielonarodowej Rzeczypospolitej, witano wkraczający Wehrmacht, pośpiesznie budowanymi bramami tryumfalnymi. Pisze o tym Melchior Wańkowicz, wspominając kampanię na Kresach Rzeczpospolitej. Odnoszą się do nich, przypominając te tragiczne fakty, historycy września 1939 roku (por. Apoloniusz Zawilski, Bitwy polskiego września, 2009)

Mieszkańcy niemieckich osiedli z okresu kolonizacji józefińskiej beztrosko witali żołnierzy III Rzeszy. Tak było w Mużyłowicach (Münchental) koło Jawora i Lwowa. To chyba najbardziej spektakularne i tragiczne wydarzenie kampanii wrześniowej na tych terenach.

Z 15 na 16 września 1939 roku doszło tam do rozgromienia stacjonujących w tej miejscowości i niespodziewających się niczego żołnierzy Pułku SS „Germania”. Dzień wcześniej byli entuzjastycznie ugoszczeni przez niemieckich mieszkańców polskich wciąż jeszcze Mużyłowic.

Dla niemieckich żołnierzy tego pułku wojna skończyła się tragicznie i niespodziewanie szybko. I słusznie, nie byli proszonymi gośćmi. Miejscowości, na której opłotkach wywieszano napisy „Herlzlich Wilkommen” pozostała wieczna niesława skrajnej nielojalności wobec państwa, w którym do tej pory żyli.

Szybko zresztą pożałowali swojej nadgorliwości. Już w grudniu 1940 roku w ramach porozumienia Hitler-Stalin, przy 20-stopniowym mrozie, musieli opuścić swoje gospodarstwa i domy, by już nigdy do nich nie powrócić. Ich synowie i ojcowie, czego chyba nie byli świadomi we wrześniu 1939 roku, często bez mogił, oznaczeń miejsc ich śmierci, przedpadli pod Stalingradem i na innych polach bitew II wojny światowej. Na początku ich drogi ku nicości i unicestwieniu był ów 14 września 1939 roku.

Okolice osady Mużyłowice (dawniej Muenchental), stan 2010 Mużyłowice (dawniej Munchental), widok ogólny

„Pierwsza polka”, gdy biorę ją dzisiaj do ręki, jest lekturą wyjątkową. To takie „pożyczone”, zasłyszane, wspomnienia tego, co zawarte jest między datami 31 sierpnia i nieopisaniem 1 września 1939 roku.

Daje mi, za co jestem wdzięczny Horstowi Bienkowi, wgląd w środowisko, którego wspomnień nie poznałem, nigdy.

Po pierwszej lekturze „Pierwszej polki”, nie mijałem już innego budynku u zbiegu ulic Zwycięstwa i M. Strzody (Wilhelmstrasse i Margrafenstrasse), jak dawnego Haus Oberschlesien, irracjonalnie nasłuchując odgłosów wesela z 31 sierpnia 1939 roku.

„Osoby i zdarzenia w tej książce są zmyślone. A może i nie” pisze Bienek rozpoczynając i kończąc swoja opowieść o Gliwicach w dniu 31 sierpnia 1939 roku.

Ilekroć ją czytam, a 31 sierpnia jest dobrą do tego okazją, zastanawiam się, które z faktów opisanych są, a które nie są, prawdziwe. I dlaczego, tak wciąż fascynuje mnie ta ambiwalencja (nie)pewności zdarzeń i osób.

Gliwice/ Gleiwitz około 1934 roku. W środku Haus Oberschlesien po prawej budynek domu towarowego DEFAKA (reprod. z pocztówki)

Sale konferencyjne Haus Oberschlesien, Gleiwitz/Gliwice

Restauracja w Haus Oberschlesien, po 1929. Jedno z miejsc akcji "Pierwszej polki".

Haus Oberschlesien, lata 30-te XX wieku, Gliwice/Gleiwitz

Nóż do ryby z wybitą puncą hotelu Haus Oberschlesien (zbiory własne)

Punca ze znakiem (herbem) własnosciowym Haus Oberschlesien (fragment noża do ryb)

Szkoła "Leśna" na gliwickim Zatorzu. Lata 20-te XX wieku. Szkoła, do której uczęszczał H. Bienek, mieszkając w jednym z pobliskich domów wielorodzinnych (prawa strona pocztówki)

Ulica Wilhelmstrasse, późne lata trzydzieste 20 wieku. Gliwice/Gleiwitz. Tak mógł wyglądać 31. sierpnia 1939 r.

Śląskie, nie-śląskie. Mikrorefleksje o odbieranej tożsamości.

Moja mapa mentalna Śląska, tego Górnego, ostatnio się zmienia. Powiększa każdego dnia. Ale z mojego punktu widzenia to odzyskiwanie go. Odnajdowanie w zagubieniu?

Sprawdźcie to sami, wybierzcie się w podróż do Opavy, Ostravy, a może nawet do Raciborza. Pisze „nawet”, bo czasami tak naprawdę nie wiecie nic o tej części Górnego Śląska. Pomknijcie A1 na południe i zrozumiecie, że jest tam jest więcej Górnego Śląska, niż pod Częstochową, gdzie, go po prostu nie znajdziecie, choć to część województwa śląskiego?

Zachęcam do tego rodzaju podróży, by pomogą w odzyskaniu czucia i oddychania Górnym Śląskiem, takim jakim jest, a nie jakim dostajemy go w popularnym przekazie aktualnego dyskursu politycznego i medialnego?

Współcześnie serwowany nam „Śląsk” (poza tym z Koszęcina, Boże uchowaj), pozostaje wymysłem niedorobionych inżynierów społecznych i pokłosiem unijnych NUTS 2 i 3 kreujących twory regionopodobne, jak owo województwo śląskie. Docelowo zainteresowanych tym, by kategoria Górnego Śląska, rozpłynęła się w nieostrości definicji Śląska Opolskiego, Podbeskidzia i podobnych pseudo-oznaczeń.

Polityka tego rodzaju odnosi swój skutek.

Z jednej strony, gdy na potrzeby wystawy stałej historii Górnego Śląska, pytaliśmy w 2011 roku Polaków, czym jest dla nich Górny Śląsk i jakie obszary, miejsca składają się na to pojęcie, to ku swojemu zaskoczeniu usłyszeliśmy, jak z listy tej ‘znikają’ kolejno Kędzierzyn –Kożle, Opole, Góra Świętej Anny, czy Mysłowice…

Jak można pielęgnować język, tradycje regionu, którego… nie ma?! Którego istnienie jest tak nieostre, że nie wiemy gdzie jest początek, a gdzie jego koniec?

Z drugiej strony, gdy coś dzieje się „na Śląsku” (uwaga ta odnosi się do wszystkich nadawców komercyjnych i publicznych) to dzieje się to na… Górnym Śląsku, w Zagłębiu, nieważne bo tak naprawdę gdzieś między Rudą Śląską, a Będzinem, w jakimś utopijnym kraju króla Ubu, którego istotę nic nie definiuje, poza tym, że jest nierzeczywisty, choć nazwany.

Odebrana tożsamość? No, co najmniej systematycznie relatywizowana. Dzień po dniu, od newsa do newsa.

Odra o zachodzie Słońca, Opole

dwujezyczny-napis-G.-Sw.-Anny-2013-fot.-L.-Jodlinski

Zagubienie. Mikrohistorie

W filmie ‘Der Adel in Schlesien’ w reżyserii Andrzeja Klamta (pisałem o nim kilka tygodni temu, przy okazji wernisażu wystawy w Goerlitz), dzieci von Donnersmarcków, wychowane w Świerklańcu (Neudeck), wspominają nie tylko sam pałac, lecz (a może przede wszystkim) otaczający go park.

Park w ich opowieściach, był całym ich światem, który (po)znały.

To w jego obrębie mogli się swobodnie poruszać, bawić. Był ich tajemniczym ogrodem, w którym spełniali swoje dziecięce marzenia, tutaj zdarzały się ich przygody i spotkania ze światem Indian i średniowiecznych rycerzy. Wyprawy poza park, były już poważnymi eskapadami, jak ta wspominana przez nie do Kołobrzegu (Kolberg), gdy poczucie odizolowania i odseparowania od zewnętrznego świata ich nie opuszczało. Jechali własnym, wynajętym wagonem. Ponownie byli ludzie „tam” i „ich świat” tu, czyli to, co działo się w mikroprzestrzeni pociągu mknącego nad Bałtyk.

W Świerklańcu nie mogły wychodzić poza obręb parku i jak wspominają, kontakt z dziećmi spoza ogrodzenia, spoza limesu tego świata, był surowo zakazany.

Gdy byłem tam ostatnio, było późno. Było coraz ciemnej. Nieprzenikniona szarość i czerń. Miękkość czarnego aksamitu, z przebłyskami światła; to tam, to gdzieś. Ów świat, który da się ogarnąć i opisać za dnia, nagle stał się nieprzebyty, nieostry, na tyle wielki, by zaczął przytłaczać. Poczucie zagubienia narastało. Paradoksalnie, to samoloty przelatujące wysoko ponad parkiem dawały ulotne (nomen omen) poczucie opisania tego, gdzie jestem i szanse na odnalezienie drogi.

A co robiły dzieci, gdy się gubiły?

Dwa światy

(Roz)graniczenie (2)

Zmierzchanie

Parkowe kolosy

Glob i gracje

Zagubienie - odnajdowanie

O wiarygodności dziennikarskiej.

O dziennikarstwie Teresy Semik, tekst zacytowany.

Obraz-276

 

W tzw. debacie na temat wystawy poświęconej historii Górnego Śląska, raz po raz redaktor T. Semik kreowała się na obrończynię wolności słowa i przede wszystkim rzetelności dziennikarskiej. Nie chce mi się pisać, co o tym myślę i jak ochoczo w stylu podobnym do bredzenia Semki i Poniedzielskiego, prezentowała wówczas swe prawdy objawione (np. tą, że na wystawie nie będzie Korfantego, a Goethe to złym, bo niemieckim poetą był itd.), mijała się z prawdą, ociekała tanią potrzebą satysfakcji.  Nie będę pisał więcej (bo naprawdę mi się nie chce ani o niej gadać jak mówił klasyk, ani pisać właśnie), ale skoro na/w Wikipedii (takież źródło) pojawia się coś na ten temat jej warsztatu dziennikarskiego (sprawa znana, ale umiejętnie pomijana w laurkach na jej temat), postanowiłem użyczyć miejsca na swoim blogu tej sprawie. By obraz był obiektywny właśnie?

Oto i ona:

„W 2003 roku przed Sądem Okręgowym w Katowicach [Teresa Semik] przegrała proces o ochronę dóbr osobistych, które naruszyła w artykule Nonszalancja adwokata?, opublikowanym przez Dziennik Zachodni 16 grudnia 2002 roku.

Apelacja, wniesiona w 2003 roku okazała się bezskuteczna. Następnie w 2006 roku Sąd Najwyższy odmówił rozpatrzenia skargi kasacyjnej, którą wniosła Semik. Jesienią 2006 roku dziennikarka w tej sprawie zaskarżyła Polskę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (skarga 39900/06). Trybunał uznał m.in.: Opublikowany przez skarżącą artykuł pozbawiony był obiektywizmu, zawierał nieuzasadnioną krytykę pod adresem powoda, i nastawiony był raczej na wywołanie sensacji niż wyważone informowanie czytelników o sprawie karnej. (…) Należy zauważyć, że skarżąca miała otwartą możliwość zapoznania się z aktami sądowymi w celu sprawdzenia, czy i na jakim etapie postępowania pojawił się konflikt interesów pomiędzy oskarżonymi w sprawie. Podobnie, mogła się ona skontaktować z adwokatem w celu wyjaśnienia całej sytuacji. Jednakże, nie padło nawet twierdzenie – nie mówiąc już wykazaniu tego – że przynajmniej próbowała ona to uczynić.

W konsekwencji 15 listopada 2011 roku skarga Teresy Semik została jednomyślnie odrzucona.

Za rzetelność dziennikarską nagrodzona jednym z Hanysów 2011 – nagrodą przyznawaną od 1995 przez kabaret Rak.”

Moją dla niej nagrodą, jest ten tekst, tu teraz do poczytania.

Praska fotografia dekoracyjna / Prague Decorative Photography (Pdf)

To był długi dzień. Może za długi? Dlatego sięgnę po cytat z książki Mariusza Szczygła (Zrób sobie raj), gdy przytacza wypowiedz Jana Saudka, fotografa czeskiego (jak pisał na drzwiach do swojej pracowni).

„Moje zdjęcie musi charakteryzować jedno: ono powinno być do powieszenia na ścianie. Jestem za dekoracyjną rolą fotografii”.

Na dzisiaj musi to wystarczyć, nawet jeśli nie wszystkich ta wypowiedź i zdjęcia satysfakcjonują.

Są (i słowa, i zdjęcia) potrzebą uczynienia gestu…

…bycia, oddechu, świadomości.

Kreślenia znaków, punktów odniesienia.

Miejsce / Place  (Vaclavske nam.)

Legenda / Legend (Lucerna, Prague)

Powierzchnie / Surfaces (Prague)

A building / Budynek  (Prague)

Lśnienie / Shine (Prague)

M2M (Monument to Museum), Prague (Muzeum Narodowe)

„Powiedz mi kawaii”. Zapiski z klawiatury. Japonia (9)

Kawaii to słowo, wyrażenie w pewnym sensie, które prędzej czy później usłyszymy będąc w Japonii.

To be kawaii or not to be?

To słowo klucz do rozumienia tego, czym jest współczesna japońska estetyka popkulturowa i w ogóle perspektywa ocenna, tak ją nazwijmy, którą Japończycy przyjmują w stosunku do rzeczywistości. Szczególnie tej, którą uznają za bliską sobie i przyjazną… To część kultury masowej, która może rozczarowywać i zaskakiwać, gdy myślimy o Japonii i konfrontujemy nasze o niej wyobrażenia…

Kawaii znaczy między innymi „słodki”, „uroczy”, „ładny”, „śliczny”, „różowy” i w ogóle „bardzo ładny”. Może to taki nasz „milusiński” (?), „do przytulenia” i „pogłaskania”. W warstwie estetycznej, symbolicznym ucieleśnieniem tej estetyki są produkty „Hello Kitty”, czasami tak śliczne i tak miłe, że aż oczy bolą. Esencja kiczu, smaku landrynki… Estetyczne nic… w kolorach tęczy?

Zewnętrzny obserwator staje wobec pytania, jak to się dzieje, że w kraju, który z naszej perspektywy uchodzi (słusznie zresztą) za ostoję minimalistycznej estetyki, jakości projektowania (designu), połączonej z miejscową tradycją, rzeczy i ludzie mogą być kawaii i tworzą przedmioty kawaii.

Kobieta i kawaii

To dosyć proste. Powiedzieć kobiecie kawaii, to powiedzieć jej komplement, który wyrasta ponad przeciętne i płaskie stwierdzenie, że jest piękna. Kawaii zdobywa życzliwość kobiety i jej uwagę. Będzie powodem do wzmocnienia jej poczucia wartości i społecznej akceptacji.

Czy każda Japonka, chce być kawaii? Nie wiem. Takiej, która by nie chciała, nie spotkałem.

Może jedynie te zwesternizowane, mające częstszy kontakt z kulturą ‘spoza wysp’, wykazują pewien dystans do terminu kawaii i słysząc, że coś jest kawaii, wolą by ktoś doprecyzował, co autor takiego komplementu miał na myśli…

Wątpliwości nie będą miały natomiast dziewczyny i kobiety, tkwiące w okowach różnych subkultur wyrastających z tradycji kultury masowej, ruchów społecznościowych, takich jak cosmo czy manga. Tak, one są kawaii i o to w istocie w tym wszystkim chodzi, by  być maksymalnie kawaii.

Mężczyzna i kawaii

No, tutaj już jest mniej jednoznacznie.

Nawet ostatnio (sprawa musiała wzbudzić kontrowersje, skoro sięgnięto po metody statystyczne) sprawdzono, jaki jest stosunek mężczyzn do kawaii. Okazało się, że tylko (?) 52, 6% ankietowanych panów uznało kawaii za komplement, równoważny z uznaniem ich za przystojnych i (cokolwiek to znaczy) ładnych.

Dla reszty Japończyków kawaii  jest synonimem zniewieścienia. Do pewnego stopnia to kategoria wpisana w świat kobiet. Faceci, którzy nie chcą być kawaii, wierzą, że są po prostu cool.

Kawaii i reszta świata

Jest całe spektrum rzeczy, które są lub staną się kawaii, prędzej czy później połknięte przez japońską popkulturę.

Ulubiony pies i kot, są kawaii. To jak jedzą, siedzą, biegają i… Tak, to też jest kawaii.

Centra handlowe operujące kulisami rodem z północnych 18.wiecznych Włoch i ogólnie bazujące na popularnych wyobrażeniach Japończyków na temat tego, czym jest cywilizacja Zachodu, są bardzo kawaii.

Rzeczy nieznane i wzbudzające uznanie, zachwyt.

Uroczystość ślubna w obrządku chrześcijańskim jest bardzo kawaii i dlatego „sięgnie” po nią wielu Japończyków; buddystów, wyznawców shinto…  Taka uroczystość jest przypomnieniem wyidealizowanych obrazów, jakie na wyspy japońskie przyniosło onegdaj amerykańskie kino i kultura masowa Made in Europe

Sukienka i książka, zdjęcie i obraz, ogród i widok w górach, zachód słońca…

Wszystko może być kawaii. I to jest piękne, i to jest straszne…

I to jest kawaii

Sweet, sweet pinky, Tokio

Centrum handlowe. Tokio. Odaiba...

Opadanie liści jest kawaii... Tokio Fotografowanie kwitnących drzew wiśni jest kawaii z pewnością... Tokio, okolice pałacu cesarskiego

Ceremonia ślubna jest też kawaii. Sala ślubna w Odaibie; próba generalna

Naprawdę kawaii... desu ne (czyż nie?) Iluminacja świąteczna jest baardzo kawaii (Roppongi, Tokio) Kawaii, nie kawaii, wygląda ślicznie... (Ueno park, Tokio)

Semka i inny świat, inna Europa…

Bez względu na to, co nie otworzę, z tego czegoś, wylewa się Pan Semka. Raz to jest radiowa Trójka, innym razem Dziennik Zachodni,

Uttemann-i-slup-graniczny-26-czerwca-2013-2

który z wiadomych tylko sobie powodów promuje poglądy (jak kiedyś demagogie spod znaku T. Semik), które nie wnoszą nic konstruktywnego do debaty na temat przyszłości Górnego Śląska. Tak, przyszłości, ponieważ, co powtarzałem wielokrotnie, projekcja przeszłości Śląska, jej interpretacja, stanowi pewien rodzaj odpowiedzi na pytanie o to, jakiego Śląska chcemy. Śląska wg Semki (nota bene, jak dowodzi jego publicystyka, rojącej się od błędów, które były przedmiotem sprostowań prasowych redakcji; odsyłam do archiwów w tej sprawie), czy Śląska, który będzie przedmiotem otwartej, nieskrępowanej debaty. Nigdy do niej nie doszło, bo wbrew temu co pisze w swoim tekście „Inna Europa, ten sam Śląsk. Głos w debacie” na łamach Dziennika Zachodniego, to środowiska, które reprezentuje Semka, dokonały próby zawłaszczania historii Śląska (nie tylko jej zresztą).

Zawłaszczenie, polegające na tym, że wszystko, co nie mieści się w oficjalnej i uznanej za obowiązującą interpretacji historii Górnego Śląska, jest odsądzane od czci i wiary, etykietowane jako treści antynarodowe. Bo przecież nie o autonomii jest tutaj mowa, co pewnie znawca „salami”, na jakiego się kreuje w artykule, pojmuje, ale o podmiotowości tych, którzy tworzą wspólnotę, zgromadzenie samorządowe (by może w ten sposób lepiej przemówić do percepcji autora Innej Europy…) zamieszkujące dzisiaj  historyczny teren Górnego Śląska. Śląska rozmywanego, rozpuszczanego  (by odwołać się do słów Michała Smolorza) w etniczno-religijnym amalgamacie  rozciągającym się od Częstochowy do Cieszyna. W jakimś sensie z premedytacją lekceważącego kontekst konfesyjny Górnego Śląska, rozpięty między katolicyzmem i  protestantyzmem tego regionu. Tak samo zresztą z pogardą i nonszalancją odnoszącego się do zróżnicowania tożsamościowego współczesnych mieszkańców Górnego Śląska.

Pamiętam Semkę  wykrzykującego (bo „spieszę się na pociąg do Warszawy” tłumaczył zgromadzonym) w Sali Sejmu Śląskiego, że „Jedliński (oryginalna wymowa) musi odejść”. I wówczas i dzisiaj, razi jego indolencja faktograficzna (to kolejna z osób, która pisała o Śląsku pozostającym pod pruskim zaborem) i bezgraniczna pewność tego, że poruszanie się w obrębie retoryki  ‚prawdziwego patriotyzmu’, daje gwarancję bezkarności i spolegliwości wszystkich środowisk, bo w końcu po tragedii smoleńskiej i jasno rozdanych rolach tego, kto Polak, a kto nie, nikt nie-Polakiem być nie chce.  Żałosne i godne odrzucenia.

Zatem tak owszem,  Semka to inna Europa… Europa, bliższa wizji zakłamanej, dyspozycyjnej wobec panujących systemów, znanej z przeszłości i totalitaryzmów opartych na dogmacie nieomylności.

Instrumentalnie traktująca historię, jak w przypadku wieży spadochronowej, na której pamięć ów dziennikarz się powołuje.

Odrzucająca ustalenia naukowców i archiwistów lub zakłamująca obraz i dokonania tych działaczy i polityków z Górnego Śląska, których selektywnie wynosi na ołtarze poprawnego i właściwego myślenia o Górnym Śląsku, Postacią tak traktowaną jest bez wątpienia Wojciech Korfanty, o którym też coś pisze. Szkoda tylko, że nie o tym, jak sanacyjny system sprawowania władzy II RP pozbawił go zdrowia, aktywności politycznej i skazał na wieloletnią banicję.

Myślenie o podmiotowości Śląska (Górnego), to nie jest myślenie o RAŚ, mniejszości etnicznej, takiej czy innej. Dzisiaj to rozumienie, że podmiotowość wspólnoty zamieszkującej Górny Śląsk jest naglącą potrzebą dyskusji i odwracania się do problemu plecami  patriotycznymi komunałami. Elity RP musza się z nią skonfrontować i tak samo jak niestosowne jest pisać „Gorole raus„, innym rodzajem głupoty, którą ucieleśnia Semka, jest nie pojmować, że potrzeba dialogu musi uwzględniać rozpoznawanie tych aspiracji, aspiracji podmiotowości (o jakiej pisał przywoływany przez niego Korfanty).

Pisanie komu jest gorzej w Polsce niż Ślązakom, co uwielbia czynić Semka, jest infantylne, jeśli czynić z niego wyjaśnienie, dlaczego jest źle (na Górnym Śląsku).  W Europie mojej, nie tej innej Semkowej, rozwiązywanie problemów, to przedmiot uczciwej debaty, a nie sięgania po oszustwo, manipulację, jak miało to miejsce w ostatnich miesiącach.

To wiara (jak u Korfantego), że to system demokracji zachodnioeuropejskiej ma rację bytu i przyszłość. I to jest wniosek, jaki zainteresowani powinni wyciągać z zawirowań w Europie.