Zmiana / (Ex)change (6)

Projekt „Posta 1” doczekał się komentarza odautorskiego.

Ożył, uzyskał impuls interpretacyjny…

Czarno – biała rzeczywistość?

Prawdy i półprawdy?

Tak i Nie?

Milczenie, słowa…

New surfaces / Nowe powierzchnie

Milcz lub mów. Posta 1 (wrzesień 2014)

Posta 1. OpisMów lub milcz... (2)

 

 

 

Świat Techniki (2)

 Centrum Nauki i Technologii (Świat techniki) korzysta z doświadczeń podobnych instytucji i ośrodków. Mimo to jest inne.

Wejście / Entrance (Form in orange)

W tym sensie nie wiem czy tworzy odrębną i całkowicie nową jakość. Nie jest to jednak najważniejsze. Sporo pomysłów z zakresu świata przyrody zaczerpnięto z Niemiec (Zollverein w Essen; stamtąd także pomysł na pomarańczowe, a tutaj żółte wejście; Gasometer w Oberhausen). Inne pochodzą z prezentacji znajdujących się w podobnych centrach nauki i techniki istniejących na całym świecie (jeśli światem jest bogata Północ, a nie jego biedne Południe, kiedyś też nazywane pogardliwie Trzecim Światem). W niektórych z instalacji rozpoznamy proste urządzenia demonstracyjne, jakie pamiętamy z naszego dzieciństwa i lat szkolnych, o tyle nowe, że wyposażone w ekrany LED-owe, skanery czy drukarki 3D.

Ale – i oceniam ten aspekt programu Centrum bardzo pozytywnie –  jego idea  jest czymś więcej niż tylko trasą, której przejście (jak w przypadku każdej drogi) wzbogaca wędrującego w wiedzę i własne doświadczenie. To co oferuje program, to poznawanie siebie, człowieka, jakim jest dzisiaj (stąd każdy może siebie przeskanować i – jak w tomografie komputerowym – zajrzeć w każdy zakątek swego ciała) i jak mądrze lub niemądrze, buduje swoją relację ze światem.

Cross - section / Przekrój  I jak się dzisiaj mamy? / How do I look today? (Looking into my body)

Kontekst wystawy  poszerzony został o prezentację dokonań ludzkości (w tym sensie ekspozycja nawiązuje do idei wystaw światowych XIX i XX wieku) w dziedzinie rozmaitych technologii (m.in. są prezentowane, niestety dość skromnie i pasywnie, a nie interaktywnie, wydruki 3D), tym energii odnawialnych.

Cieszy, że wystawa pokazująca, dlaczego i jak coś działa, wzbogacona została o istotne pytania, w części przeznaczone może bardziej dla dorosłych odbiorców ekspozycji. Pytania te dotyczą, najogólniej biorąc, oddziaływania technologii i naszego stylu życia, na egzystencję współczesnego człowieka.  Na wybory, przed jakimi staje, mogąc dewastować lub chronić przyrodę… niszczyć lub oszczędzić swój własny gatunek.

Pytanie / Question

Taka forma prezentacji, to dobra okazja do budowania dialogu międzypokoleniowego (podobny był założony dla odrzuconego projektu wystawy stałej w Muzeum Śląskim), w którym dzieci i dorośli uczą się od siebie, korzystając z różnych poziomów wiedzy i wrażliwości, którymi dysponują.  Można tylko przyklasnąć takiej formule wystawy.

Są rzeczy śmieszne (np. penisy zwierząt, jako przykład różnorodności biologicznej i różnych systemów prokreacji) i typowe, jak tropy zwierząt, czy instalacje udowadniające, że stworzenie perpetuum mobile, jest niemożliwe. Można poznać możliwości światła, jako źródła  energii stosowanej we współczesnych urządzeniach, czy też zmierzyć się ze spektakularnymi wytworami świata przyrody, doświadczając m.in. skali największych roślin świata i – w istocie – po raz kolejny uczyć się sensu chronienia przyrody.

Prowadzenie światlem / Steering with the light

Life is Light

Na wystawie nie brak pytań i kwestii trudnych. Czasami prowadzi do nich instalacja uzmysławiająca biegunowy rozwój świata (instalacja on-line prezentująca zagęszczenie przesyłu danych we współczesnym świecie), która za chwilę przeradza się w wyartykułowane pytanie o to, czy wiemy, że każde z naszych słów, znaków umieszczonych we współczesnej czasoprzestrzeni tam trwa, pozostanie i… może być użyte przeciwko nam?

Każde słowo / Each word...

Wystawa już cieszy się zainteresowaniem. Mediów, zwiedzających, ekspertów od wystawiennictwa. Będzie ono rosło. W Czechach, ostrawskie Centrum  jest właściwie jedynym tak dużym. Czasami widać, że śpieszono się z jego otwarciem. Sklepik jest niemal pusty, gastronomia więcej niż skromna. Także, zwłaszcza w części poświęconej fizyce, jest wciąż jeszcze pusto lub może skala obiektu przerosła twórców ekspozycji?

W niektórych przypadkach mam też wątpliwości, czy obecnym kształcie, centrum wytrzyma napływ zwiedzających. Choć byłem jednym z pierwszych gości Świata techniki i mój dostęp do eksponatów nie był utrudniony, jest dla mnie oczywiste, że do niektórych urządzeń wkrótce ustawiać się będą kolejki, a one same szybko zaczną się psuć (czego dobitnie doświadczyło Centrum Nauki Kopernik w Warszawie). Myślę, że autorzy i menedżerowie projektu staną przed podobnymi wyzwaniami i koniecznością rozwoju, ba, poszerzenia programu prezentacji. liczby stanowisk.

Póki co, jest entuzjazm, a prasa pyta pierwszych zwiedzających, co im się najbardziej podobało. W odpowiedzi słyszymy, że są to drukarki 3D i eksperymenty z zakresu fizyki.

Warto zobaczyć coś, co miało powstać u nas, a powstało i jest w (morawskiej, bo Witkowice to już Morawy) Ostrawie.

Na polską publiczność, jak wspomniałem wcześniej,  już czekają i są dobrze przygotowani. Obsługa mówi po polsku. Obiekty i urządzenia są bezbłędnie i wyczerpująco opisane w języku polskim.

Zatem, warto wpaść do Dolnych Witkowic, tym razem do Świata Techniki. Mają moją rekomendację.

Może dzięki temu Centrum, lepsze (jeśli w ogóle), powstanie kiedyś na Górnym Śląsku. Ahoj.

Świat techniki / Center for Science&Technology (interior), DOV Ostrava Toczenie / Rolling

Światło / Light

 Sekwoja / High-tech Sequoia

Prokreacja / Procreation Spalanie / Burning calories Kalendarz / Calendar

Przeżycie Guliwera / Gulliver's Experience / a part of Science and Technlogy Center Exhibition, DOV, Ostrava

Muszla / Shell

Me and my brain /

Ostrawski Świat Techniki (1)

W nieodległej Ostrawie otwarto 26 września coś, co zamierzano zorganizować kilka lat temu w Katowicach, Bytomiu…

Świat Techniki / center for Science and Technology (Arch. J. Pleskot), DOV, Ostrava

Tym czymś, jest  centrum edukacyjne Świat techniki (Science and Technology Center), posiadające może o tyle mylącą (czeską) nazwę, że poza prezentacją współczesnych dokonań świata techniki, poszerzymy tam swoją  wiedzę z fizyki, medycyny i świata przyrody.

Projekt już „na wejściu” jest sukcesem. Architekt centrum, Josef Pleskot, autor znajdującego się obok GONG-u (audytorium umieszczonego w dawnym gazometrze), właśnie kilka dni temu otrzymał tytuł Architekta Roku, właśnie za ostrawski projekt siedziby Świata techniki.

To zresztą tylko początek success story, jaki przewiduje w tym przypadku . Świat techniki  będzie coraz bardziej zachwycał i bawił Czechów i przyjeżdzających tu gości. Wiem, że wkrótce przed centrum (podobnie jak kiedyś w Centrum Kopernika w Warszawie) ustawiać się będą długie kolejki; dorosłych i dzieci. Właściwie już pisze nieprawdę. Kolejki są. Nie było ich tylko w piątek, w dniu otwarcia, gdy w samo południe otwarto je dla publiczności.

Prawdę mówiąc to projekt, z którego można się wiele nauczyć, gdyby pójść śladami Czechów, choć nie wiem czy na naukę nie jest za późno. Co więcej, dzisiaj to jedyne takie centrum na terenie polskiego i czeskiego Górnego Śląska i Moraw. Smutne? A może też lekko zawstydzające?

Myślę, że i jedno i drugie. Po raz kolejny (innym takim projektem jest projekt Dolna Obłast Witkowice – DOV), okazuje się, że w Czechach poważnie i bardzo kreatywnie myśli się o dziedzictwie postindustrialnym, jako o zasobie ekonomicznym. Atrakcyjnym, wartym inwestowania, istotnym dla tożsamości i przyszłości regionu. Nikt już nie ma wątpliwości, że dziedzictwo odpowiednio zaadaptowane, wpisane w potrzeby współczesnego odbiorcy może być konkurencyjną ofertą na runku czasu wolnego i kultury. I Centrum, jest kolejnym krokiem w tym kierunku.

Centrum Świat techniki jest symboliczną klamrą spinająca to, co jest przemysłową przeszłością miejsca, z jego nową przyszłością, egzemplifikowaną przez najbardziej aktualne tematy poznawcze i wyzwania cywilizacyjne początku 21. wieku, bo ku nim się dzisiaj DOV zwraca.

Świat techniki jest tworem na wskroś komercyjnym. Powstało w ciągu ostatnich dwóch lat i jest pośrednio odpowiedzią na pytanie, jak należy podobne projekty realizować.

Ma swojego dobrego ducha, wizjonera zakochanego w tworzeniu nowej rzeczywistości. Jana Svĕtlika, patriotę ostrawskiego, jednego z najbogatszych ludzi tego regionu. Ten wierzy w kompetentnych ludzi (potwierdzeniem tego jest m.in. trwała współpraca z architektem tej klasy co Josef Pleskot) i w to przede wszystkim, że jak czegoś sam nie zrobi, to do niczego nie dojdzie.

Dzisiaj jest kojarzony z sukcesem Witkowic, które uchodzą za symbol całej Ostrawy (nikogo już nie interesuje ulica Stodolni) i w istocie to ten kierunek wyznaczać ma przyszłość regionu, który nie odwraca się od swojej przeszłości, tylko ją mądrze urynkawia.  Kolejna nauka dla polskiego Górnego Śląska, tryskającego… pozytywną energią.

W Katowicach projekt ugrzązł nie tylko w sporach o lokalizację takiego centrum. O jego losie dyskutowały poważne, ale rynkowo pasywne instytucje nauki, stowarzyszenia i podmioty, dla których rachunek ekonomiczny nie był najważniejszy, bo korzystają ze środków publicznych lub po prostu w podobnych projektach nigdy nie uczestniczyły.

Misja mieszała im się z rachunkiem ekonomicznym, atrakcyjność oferty, ze źle rozumianym prestiżem instytucji nauki. Nie to było rzeczą najgorszą. W końcu doszłoby do znalezienia tej jednej, jedynej drogi. Przypomnę, że jakby dyskusji tych było mało, debata o centrum koncentrowała się w równym stopniu na lokalizacji centrum (rozpatrywano m.in. przez krótko tereny północne dawnej kopalni Katowice, należące do Muzeum Śląskiego), ale także na imienniku dla takiego ośrodka.

Kością niezgody, jeśli ktoś to jeszcze pamięta, była prasowa debata, podsycana przez nieobecnych już dzisiaj w tej sprawie polityków (w końcu nic niekosztująca dyskusja nad takim, czy innym patronem, to coś innego niż trud tworzenia centrum…) i spór rozgrywający się między wyborem na rzecz polskiego (Maria Skłodowskiej Curie) i śląskiego/niemieckiego, patrona (Maria Goeppert-Mayer). Najwyraźniej wszystko w Polsce musi mieć swoje odniesienie… Centrum w Ostrawie takiego (ani innego) patrona nie ma i pewnie dlatego już… stoi, działa i cieszy.

Na to, ulokowane „nie wiadomo gdzie” (Bytom, Chorzów, Katowice?), przyjdzie nam, Wam drodzy czytelnicy, jeszcze poczekać, jeśli w ogóle powstanie. Ta wątpliwość dotyczy sensu ekonomicznego takiej inwestycji. Do Ostrawy jedzie się z Katowic nieco ponad godzinę, a połączenie tego miasta z Gliwicami, Bytomiem, Zabrzem czy Chorzowem jest równie dobre i wygodne (autostrady A4 i A1). Z perspektywy Śląska Cieszyńskiego, wybór (Ostrawy) jest więcej niż oczywisty.

Wiedzieli to także twórcy Centrum. Wola polityczna i biznesowa były spójne. Każdy rozumiał tę podstawową zasadę w interesach, że time is money i że pewne szanse nie zdarzają się dwa razy (i że jest to klasyczne window opportunity, które trzeba wykorzystać).

Zresztą, przechodząc już do krótkiego opisu tego, jak i dla kogo zorganizowano centrum (odsyłam do tekstu: Świat Techniki 2), należy podkreślić, że pomysłodawcy i organizatorzy Świata pamiętali o polskich odbiorcach. Narracja językowa w obrębie Centrum odbywa się w całości w trzech językach.  Są nimi czeski, angielski i… polski wlaśnie.

Dolne Witkoiwice widziane z Centrum / DOV as seen from the Center, Ostrava

 

Intymność ujawniona. (Osobista) recenzja z wystawy Vnitřni okruh

Autorzy wystawy (również w przekazie medialnym), pisząc o tej wystawie, podkreślają, że prezentuje nowe zainteresowania fotografów czeskich po 2000 roku. To istotnie wystawa wyjątkowa. Wystawa o Czechach, jakimi są dzisiaj i nie jest to coś, czego spodziewalibyśmy się po spadkobiercach lektur Haška i Hrabala. Jest skrajnie współczesna, szczera  i odarta z mitologizowania na własny temat.

Wewnętrzny krąg. Ołomuniec.

Punktem odniesienia i zainteresowania tej części fotografii czeskiej są relacje z najbliższymi, opis wewnętrznego rozedrgania. To fotografia cokolwiek ekshibicjonistyczna, nieco wiwisekcyjna, naruszająca poznawcze tabu w odniesieniu do najbliższych im osób i własnej relacji do/ i ze światem.

Czasami,  mówiąc o intymności, miast ludzi fotografia ta używa przedmiotów. Postępują tak Anna Gutova i Gabriel Fragner. W pracy Kocham moja rodzinę (2011), opisują świat relacji z najbliższymi sięgając po przedmioty, symbolicznie „wkładając” nas w pudełkową przestrzeń, trójwymiarowej instalacji, będącej gotowym kadrem fotograficznym.  Nawiązania do kultury pop-artu i instalacji tego okresu są, w tym przypadku, aż nadto oczywiste. Wrażenie oglądania ‚obrazów wtórnych’ szczęśliwie łagodzi forma pastiszu, którym to „zdjęcie” jest wysycone…

Czeska intymność, to portrety, zdjęcia najbliższych. Postępuje tak Petra Steinerova (Tata, 2005-2007).

Szczerością przekazu i ładunkiem emocji, poruszają zdjęcia Libuse Jarcovjakovej (cykl Mama, 2012). To fotografie, których eseistyczna wartość jest spójna, głęboko humanistyczna i odwołuje się do nieczęsto stawianych w tym społeczeństwie pytań o przemijanie, starość i trwanie sfery emocji. To kadry na temat wyjątkowej relacji łączącej córkę i matkę, podniesionej tutaj do wymiaru uniwersalnego.

Obcość i bliskość – postawy przynależące do (o)kręgu istnienia i ustawania intymności – podejmuje Radek Brousil, w kilku zdjęciach zatytułowanych „Oddzieleni oceanem” (Seperated by the Ocean, 2007). Bliskość oparta na kodzie DNA, choć oczywista i widoczna w przypadku braci bliźniaków, zanika pozbawiona możliwości bycia i (współ)istnienia. Pozostaje wyzwaniem, zaciekawieniem, niespełnioną bliskością?

Prace prezentowane na wystawie przekonują, że tytułową intymność czescy twórcy najczęściej odnajdują i opisują poprzez własne relacje ze światem i najbliższymi.

Zdarza się jednak i tak, jak w przypadku Dity Pepe, że dokonują jej opisania, skupiając się na intymności zastanej (Autoportrety z rodzinami (2007), pokazując intymność samotności (Petr Willert, Bez tytułu, 2010-2012) lub niekoniecznie paradoksalnie, odnajdując własną intymność w dokumentowaniu zachowań ludzi połączonych tą samą pasją; obcych i równocześnie sobie bliskich (Vaclav Podestat, Stefan, 2003).

Intrygujące i już tradycyjnie odważne, tym razem w definiowaniu nieco onirycznego świata dziecięcej wyobraźni i poznania, są prace Lenky Klodovej (Naprawdę? / żeby rodzice mieli naprawdę robić coś podobnego? 2007). Jej prace to coś więcej niż fotografia. Na prostopadłościennych ekranach, znalazły się niewinne dziecięce twarze. W ich oczach, nieco makabrycznie wydrążonych w powierzchni zdjęć, jak we Freudowskim peryskopie, w odległym planie, znajdujemy obrazy widziane i zapamiętane przez dziecięce oczy. To sceny fizycznej miłości, bliskości kobiety i mężczyzny, ojca i matki, widziane z perspektywy dziecka, poznającego swoje obrazy pierwsze.

Fotografia czeska tą wystawą, nadrabia w jakimś sensie zaległości siermiężnego komunizmu, gdy eskapizm twórczy oznaczał w istocie zero intymności i zajmowanie się wszystkim innym, poza mówieniem o kondycji i emocjach jednostki, OSOBY, będąc raczej kręgiem zaklętym i zamkniętym.

Także z tego powodu, czyni to wystawę w Ołomuńcu (wcześniej prezentowaną w Galerii Miasta Pragi; kuratorem odsłony w Ołomuńcu jest Štĕpánka Bieleszová) istotną.

Jeśli fotografia jest sztuką rejestracji tego, co rozgrywa się w przestrzeni światów widzialnych i symbolicznych, rozpinaniem kadru w czasoprzestrzeni trwania i mówienia o uniwersalnym sensie i jakości egzystencji człowieka, to takiego człowieka i taką fotografię znaleźć można w Intymnym kręgu. Jeśli nie zdążycie, jest katalog. I zdjęcia, obrazy, do których Was odsyłam.

I koniec (tej recenzji). Krąg się domknął.

 

Ołomuniec, Be Light!

Podróże (nagłe, dodajmy) do miejsc, których nie znam, miewają różne podłoże. Ten był chyba najbardziej irracjonalny, na pozór.

be light... stop the time (part of Graffiti. Olomouc)

Gdy wstałem od swojego biurka, a wcześniej przeczytałem kilka słów o wystawie w Muzeum Sztuki (Muzeum Umeni) w Ołomuńcu, wiedziałem, że muszę tam pojechać. A, że bak był pełny (to nie jest typowe), na niebie słońce (także rzadkość ostatnio), to już w oczywisty sposób nogi poniosły mnie w stronę samochodu, a dalej poprzez malownicze Góry Odrzańskie.

Malownicze z perspektywy wędrowca. Po 1945 roku wiało tu grozą. Wysiedlono stąd całą ludność niemiecką i do lat dziewięćdziesiątych, zajęto na potrzeby wojskowego poligonu wojsk sowieckich. Droga prowadzi przez strome serpentyny, równie karkołomne podjazdy. Nagrodą są osady przytulone do zboczy gór, rynki miasteczek z figurami świętych, małe ratusze, malownicze szkoły i pałace, najczęściej w 19.wiecznym kostiumie architektonicznym, którego nie dało się tak łatwo „odniemczyć” lub po prostu zkomunizować…

Warto wybrać właśnie tę drogę, a nie łatwiejszą wzdłuż autostrady A1, od strony Ostravy. Będzie płasko i jakby nudno… wokół i na drodze (przypominam o 130 km/h i raczej nie liczymy na zmiłowanie czeskiej policji).

***

Ołomuniec mnie zachwycił. Byłem za krótko, by to zdanie obrosło przymiotnikami i błyskotliwymi porównaniami, odnoszącymi charakter jego przestrzeni i skali architektury do innych, znanych mi miast. Ołomuniec to Rzym Północy? Czeskie Kioto? A może „Miasto kościołów i świętych”? „Strzelistych kolumn i rzeźb” wzbijających się ku niebu? Nie wiem, zdecydowanie nie pozostawia obojętnym. Jest uszyty na ludzką miarę, a sacrum i profanum współistnieje tam w bardzo naturalny sposób…

Zresztą, nie to było wyjątkowe. To raczej ogólna aura, jaką roztacza miasto. Raczej młodzi ludzie na ulicach tego wiekowego miasta, brukowane ulice śródmieścia, wieże kościołów lśniące, a potem krwawiące złotem, gdy zachodzi słońce. Domy obrosłe starością, podwórka i podcienia oddychające wilgocią, umęczone wiekiem, dające schronienie kawiarniom, piwnicom win. Tak, miasto ma swój charakter i nawet te z miejscowości i miast, które tutaj poznałem, nie mają tak daleko posuniętej autentyczności. To real world, w niektórych przypadkach wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO i mam nadzieję, że tłumy turystów szybko nie będą chciały tego sprawdzić, zadeptując miejscowe place, ulice i nabrzeża obu rzek (Bystrzyca, Młyński Potok), malowniczo przecinających Ołomuniec. Przemawia przeze mnie czysty egoizm, ale co tam!

Gdy przyjechałem miasto przygotowywało się do festiwalu światła i video mappingu. Jego apogeum nastąpi dzisiaj, 25 września i potrwa do piątku, oferując już zaledwie kilka projektów do niedzieli. Ulice rozbrzmiewały wczoraj muzyką techno / acid jazzu i Bóg wie  czym jeszcze. Na tych węższych uliczkach i w zaułkach starówki, przy winiarniach, w snującym się delikatnie dymie papierosów, wystawali smakosze morawskich win (może to był popularny tutaj Modry Portugal) , z pewnym zaciekawieniem ustalając, kto mąci ten błogosławiony spokój.

Niemal naprzeciwko Muzeum Sztuki, przy Denisowej 47, ruszył właśnie performance, Be Light, Be Alive. Na murach wąskiego przejścia światło, kolor i dźwięk zaczęły kreować swoją odrębną rzeczywistość.

Be Light… Dobry slogan, w miejscu położonym vis a vis wystawy współczesnej fotografii czeskiej. Be Alive, bo wystawa odnosi się do fotografii intymnej, osobistej, poszukującej i utrwalającej relacje. Vnitřní okruh – The Intimate Circle, to tytuł wystawy. Kuratorem jest wybitny czeski fotograf Vladimír Birgus. O niej, bo jest wyjątkowa (wystarczy powiedzieć, że na wystawie są prezentowane m.in. zdjęcia Lenki Klodovej), w kolejnym poście.

Intimate circle / W wewnętrznym kręgu

Follow the light / Podążaj za światłemDotyk / Touch

Święci i wieże / Saints and spires

Stairs / Schody (Olomouc)

Memo

Lines / Linie (Olomouc)

 

Ostrava. Powitanie jesieni

Ostrawa. Krótki spacer. Takie pożegnanie lata i powitanie jesieni?

Lato odchodzi z kieszeniami wypchanymi  kasztanami. Syte owocami, żegnane smutkiem, tych co już za nim tęsknią. Asfalt ulic wystyga… Dzień po dniu…

Jesień pozostaje niewiadomą? Niekoniecznie. Poza tym, że przyniesie deszcz, liście skręcone jak tytoń i słońce ozłacające największą brzydotę. I nostalgię czająca się za drzwiami?

Ostrawa. Miasto, o którym można powiedzieć rzecz banalną, bo prawdziwą w odniesieniu do każdego miejsca. Ma wiele twarzy?

Ostrawa jest upiornie szpetna (brzydka), zaniedbana, bo stare przegrywa z nowym.

Centrum handlowe Karolina stwarza pozory nowego świata (jak nawiano na początku XX wieku), ale to ersatz miasta. Za 10 lat będzie tak samo paskudne jak te widziane przeze mnie w USA. Tandeta konsumpcji, która zadławi się sama sobą. Centrum to ucieczka od tego, co za oknem.

A tam potężne kamienice, których nie zmiotły naloty dywanowe. W różnym stanie. Bywa, że porośnięte krzakami, małymi drzewami, zawilgocone i skazane na wyburzenie. Przedmiot bezwzględnej spekulacji.

Ulica Stodolni pachnąca kebabem, bez szans na dobry knedlik i świcczkową na śmietanie. Piwo jest.

Straceńcy wygrzebujący coś z koszy, bezrobotni opijający piwami przy koszach  system opieki społecznej.

 

Mieszkańców Ostrawy nie lubili w okolicy. Zawsze zarabiali lepiej, ale – jakby na pocieszenie – byli dla innych brudni; pracą pod ziemią i w hucie…

Nie lubili ich, ale zazdrościli. Talonów, pieniędzy, splendoru płynącego od święta. Pracy pod ziemią, chyba mniej.

Pamiętają tutaj do dzisiaj autobusy pełne urobionych robotników, górników, wylewających się z autobusów po szychcie do piwiarni i zalewających się do nieprzytomności. Czasami pijących już przed pracą, by pracować i nie myśleć.

Ostrava ma też swoje piękne miejsca. Splendor przeszłości, relikty przemysłu, co zatruwał. Dzisiaj używanego, by wzbudzać niegroźną fascynację czasem Ziemi obiecanej. Łatwa kasa w tanich kasynach, dla znudzonych zwiedzaniem.

Ulice z końca XIX wieku, architektura, nawet jeśli tak okaleczona, jak barbarzyńsko potraktowany dawny dom towarowy Bachner.

Nie można nie lubić miasta, w którym sprzedają Harley-Davidsony i są galerie sztuki, jak ta fotografii ‚FIDUCIA’, schowana na półpiętrze, na ulicy Młynarskiej 8.

Niebo oplata pajęczyna drutów, a mimo to słońce świeci, jak w pierwszy dzień lata, choć to jego koniec.

Pierwsze popołudnie w Ostrawie, gdy jesień już.

Ostrava, miasto, na szczęście, niejednoznaczne.

Sieć / Web (Ostrava)

Żółta fasada / Yellow facade

Blue and white Landscape / Pejzaż niebiesko - biały (Ostrava)

Kiedyś Bachner / Once Bachner Department Store (Ostrava)

Stairs / Schody (Bachner department store)

To co zostało. Dawny dom towarowy Bachner / What has remained? Former Bachner department store (detail)

Art Nouveau Window / Secesyjne okno (Ostrava)

Katowickie rurki / Katowice dessert (what's a surprise!)

 

 

Gliwickie witraże końca XIX i I połowy XX wieku

Witraże, nie tylko ze względu na kruchość tworzywa, znikają z pejzażu Gliwic.

O nich samych i ich losach pisałem kilka lat temu… Tekst z niewielkimi skrótami  (m.in. bez przypisów), publikuję poniżej.

Śląsk, zarówno Dolny jak i Górny, doświadczył swoistego odrodzenia sztuki witrażowej w II połowie XIX wieku. W istocie odrodzenie to było ściśle powiązane z ożywieniem się sztuki witrażownictwa w południowych krajach niemieckich, m.in. w Bawarii, gdzie już w 1827 roku założono Königliche Glasmalereinstalt. Działalność warsztatów z tego obszaru promieniowała także na Śląsk, konkurując z w II połowie XIX wieku z ośrodkiem berlińskim (zwłaszcza w wyposażaniu kościołów Śląska).

Zarówno witraże tradycyjne, jak i te malowane emaliami oraz inne formy dekoracji, które odwoływały się do spuścizny sztuki witrażowniczej, stały się w 2 połowie XIX wieku istotnym elementem dekoracyjnym i ideowym w architekturze sakralnej Prus (i innych prowincji Niemiec). W pewnym sensie było to naturalną konsekwencją odwoływania się tej dziedziny rzemiosła artystycznego do tradycji gotyckiej (i średniowiecznej w ogóle), w niemieckim obszarze językowym podniesionej do rangi sztuki narodowej.

Obok sakralnej, witraże przeżywały swoją ogromną popularność także w architekturze świeckiej tego czasu.

Witraże gliwickie, kruche, przemijające...

Witraże w 2 poł. XIX i 1 poł. XX wieku – źródła odrodzenia

Upowszechnienie się witraży związane było w pierwszym rzędzie z nawrotem do stylów historycznych w architekturze i w sztuce XIX, i początku XX wieku (w tym do tradycji neogotyckiej odwołującej się do witrażownictwa średniowiecznego). Stan ten, choć w zmienionej postaci, utrzymywał się także w okresie międzywojennym, gdy tzw. styl około 1800 odcisnął swoje piętno na półmodernizmie końca lat dwudziestych.

Niewątpliwie poza odrodzeniem się stylów historycznych w XIX wieku i popularności samego neogotyku w Prusach i krajach niemieckich, na popularności witraży w architekturze XIX wieku i początku XX wieku zaważyła Wagnerowska koncepcja Gesamtkunstwerk i czerpiące z historyzującej teorii sztuki ruchy odrodzeniowe w sztuce przełomu wieków.

Dekoracja i wzmacniane treści ideowych

Witraże pełniły lub wzmacniały funkcję dekoracyjną w architekturze bogatych kamienic będąc dopełnieniem programu ornamentalnego fasady i ogólnego wystroju budynku. W przypadku architektury użyteczności publicznej ich rola rosła niepomiernie. Witraże w sposób autonomiczny, posługując się własnymi środkami wyrazu, wzbogacały warstwę znaczeniową architecture parlante, identyfikując lub podkreślając ideowe i społeczne funkcje gmachów użyteczności publicznej. Te ostatnie  wciąż pozostawały „świątyniami cywilizacji” XIX i początku XX wieku.

W architekturze mieszczańskiej Gliwic, witraże nie wyszły nigdy poza swoje tradycyjne zadania: dekoracji oraz wyrażania treści programowych i symbolicznych. Gliwickie witraże wzmacniały i opisywały funkcję obiektu (kościoła, gmachu użyteczności publicznej, siedziby prywatnej firmy) lub realizowały swoje podstawowe zadanie, dekorując przestrzeń gliwickich kamienic i innych budowli. Przy ich komponowaniu posługiwano się repertuarem form stylowo spójnych z formami architektonicznymi, akcentując motywy dekoracyjne charakterystyczne dla danego nurtu stylowego. W okresie secesji były to m.in. maski i temat źródła, wody lub motywy floralne eksperymentujące z dynamiką i malowniczością wici roślinnej.

W okresie międzywojennym i czasie modernizowania się architektury, sztuka witrażowa także na terenie Gliwic sięgała po rozwiązania malarsko i dekoracyjnie bliskie m.in. manierze art-déco, Nowej Rzeczowości czy wręcz (co w Gliwicach należało do zjawisk mniej spotykanych) wykorzystując formy abstrakcyjne. W skrajnie minimalistycznej i ubogiej artystycznie formie, prasowane i barwione szkło służyło do dekoracji okien korytarzy, nadproży drzwi, „upiększając” cokolwiek zużyte formy historyzujące.

Gliwickie witraże na przełomie wieków

Z całą pewnością Gliwice nie doświadczyły eksperymentów ze szkłem, podobnych do tych, jakie wniósł do architektury XX wieku Bruno Taut ze swoim Szklanym Pawilonem z 1914 roku w Kolonii, czy nawet Dolny Śląsk w późniejszych dziełach m.in. Hansa Poelziga czy Ericha Mendelssohna we Wrocławiu.W przypadku Gliwic, jeśli nawet (por. projekty autorstwa Josepha Kluge; Liceum im. Eichendorfa i państwowe gimnazjum w Gliwicach; obydwa z lat dwudziestych 2 poł. XX wieku), budowle te posługiwały się przeszkleniami ścian, to szkło było tam potraktowane tradycyjnie, jako materiał wypełniający, a nie konstruujący ściany budowli, jak u modernistów.

W Gliwicach przeszklenia i zmiany konstrukcyjne związane z nowymi technologiami budowlanymi przełomu wiekównie dotknęły architektury miasta w sposób tak rewolucyjny, a architektura tego czasu, oscylowała wokół kreacji historyzujących (zwłaszcza do końca drugiej dekady XX wieku) i półmodernistycznych. Oznacza to, że witraże Gliwic, zarówno w XIX, jak i w 1 poł. XX wieku pozostały wierne swojej dekoracyjnej roli i były niezwykle silnie powiązane z kostiumem stylowym, którego cześć stanowiły.

Witraże gliwickich kamienic pełniąc rolę dekoracyjną, pozostawały w stylowej spójności z architekturą lub – jak miało to miejsce w niektórych realizacjach – osiągały ten cel operując kontrastem zawartym między bogactwem (także kolorystycznym) dekoracji witrażowej i zmodernizowanej, prostej struktury architektonicznej. Było tak m.in. w przypadku nieistniejących witraży państwowego gimnazjum im. Fryderyka Wielkiego w Gliwicach (współcześnie Wydział Elektryczny Politechniki Śląskiej).

Popularność witraży wiązała się z dynamicznym wzrostem liczby hut szkła i zakładów witrażowniczych. Na ternie Dolnego i w mniejszym stopniu Górnego Śląska w 2 poł. XIX i w 1 połowie XX wieku czynnych było 105 hut szkła. Wiele z ich w swojej ofercie handlowej posiadało rodzaje szkła stosowane w witrażownictwie. Również w najbliższym sąsiedztwie Gliwic znajdowały się huty szkła i wytwórnie szkła artystycznego  w Szobiszowicach (Petersdorf). Była to Josephinenhütte oraz Petersdorfer Glashütte. W asortymencie wyrobów tej ostatniej znalazło się „Kunstgläser”. Huta szkła znajdowała się m. in. w Zabrzu, gdzie produkowano m.in. szkło butelkowe, barwione.

Rachunki firmy Scharff Glasfabrik z lat 1892 i 1905; Wrocławska firma miała swój oddział także w Gliwicach. (wł.L. Jodliński)

Niewątpliwie znacząca liczba hut szkła i dostawców tego materiału, wpływała na szybkie upowszechnianie się dekoracji witrażowej w architekturze Gliwic. Prasa i wydawnictwa specjalistyczne przynosiły informacje o zakładach dostarczających budowlane szkło artystyczne, co dowodzi stosunkowo dużej popularności dekoracji witrażowej i oszkleń witrażowych w pierwszym trzydziestoleciu 20 wieku. Wydawnictwa tego czasu wymieniają m.in. zakłady Roberta Sindermanna, czy Paula Klemenza z Gliwic.

Szczęściem Gliwic jest to, że w przeciwieństwie do innych miast Śląska, świeckich witraży zachowało się stosunkowo wiele. Reprezentują one różne tendencje stylistyczne i poziom, jednak właśnie dzięki temu dają nam stosunkowo spójny obraz tego, co dzisiaj można określić mianem gliwickich witraży mieszczańskich i szklanej dekoracji artystycznej w architekturze.

W kręgu Berlina, Wrocławia, Raciborza i Wiednia

Gliwice, jak można wnioskować na podstawie cech stylowych zachowanych witraży znalazły się, jak i cały Górny Śląsk na przecięciu oddziaływań płynących w pierwszej kolejności z Berlina i Wrocławia,  oraz z południa Europy Środkowej. Ważnym ośrodkiem witrażownictwa był Racibórz i funkcjonująca tam pracownia Otto Lazara. Z tej pracowni pochodzi reprodukowany w tym tekście, art decowski  witraż z kamienicy przy ul. Zwycięstwa 33.

 Art decowski witraż, III piętro, ul. Zwycięstwa 33 (stan 2007)

Tradycja neogotycka (a następnie modernizmu kształtowanego przez tą estetykę) jest obecna w (sakralnych i) świeckich witrażach Gliwic.  Neogotyckie realizacje witrażowe Gliwic w swojej stylistyce i repertuarze użytej dekoracji, jak wiele zespołów witrażowych na Śląsku, bliskie są manierze malarstwa ukształtowanego obrazowaniem Nazarejczyków.

Wpływy te na terenie Gliwic reprezentują potwierdzone i prawdopodobne realizacje Wrocławskiego Instytutu Witrażowego Adolpha Seilera z jego późnego okresu. W tym ostatnim przypadku wpływy te dotyczą m.in. witraży zachowanych w Willi Neumanna, właściciela największej drukarni Gliwic (obecnie przy ul. Rybnickiej 27, dawniej Dom Współpracy Polsko-Niemieckiej). Znajdująca się tam podwójna kwatera witrażowa (po 1926 roku) wykazuje ogromne cechy podobieństwa do zespołu witrażowego z Wrocławia z ok. 1915 roku (zwłaszcza w odniesieniu do kompozycji i dekoracyjności wazonów oraz kwiatów). Analiza stylistyczna pozwala nam na ich stosunkowo pewne powiązanie z produkcją witraży w Instytucie Seilera z lat latach 1903-1945.

Potwierdzoną źródłowo obecność wyrobów berlińskich pracowni w Gliwicach należy wiązać z okresem międzywojennym, choć dzisiaj trudno precyzyjnie określić, czy i które z prac przełomu k. XIX i początku XX wieku powstały bezpośrednio w Berlinie. Berlińskim warsztatem potwierdzonym źródłowo i realizującym zlecenia w Gliwicach była pracownia A. Wagnera, o której pisze poniżej.

To jednak, co w jakimś stopniu stanowi o wyjątkowości Gliwic, to fakt obecności wpływów płynących z Wiedniem, a z pewnością powiązanych z tym nurtem secesji europejskiej.

Secesyjna linia, motywy roślinne to elementy często pojawiające się w gliwickiej architekturze pierwszej i drugiej dekady XX wieku. Nie powinno to jednak dziwić w mieście, w którym pojawiali się architekci wprost związani z Wiedniem, by wymienić Maxa Fleischera, architekta Domu Przedpogrzebowego na nowym cmentarzu żydowskim.

W architekturę Gliwic końca XIX wieku wpisany był eklektyzm i synteza stylowa. Tworzona tutaj architektura luksusowych domów czynszowych i kamienic (miejsc w których witraże zagościły na dobre na przełomie wieków), nawet jeśli stylistycznie zapóźniona, to swoje wzorce czerpała z wielu źródeł stylowych i odzwierciadlała kosmopolityczne upodobania środowiska mieszczańskich Gliwic i szybko bogacącej się przemysłowej burżuazji niemieckiego Górnego Śląska.

Wielość stylowa i ambicje artystyczne prywatnych inwestorów znajdowały swoje odzwierciedlenie w bogactwie form dekoracyjnych i ikonograficznych, po które sięgano tak w sferze dekoracji architektonicznej jak i wystroju wnętrz. Przemieszane, dostosowane do lokalnych upodobań, do 1914 roku, preferencje stylowe inwestorów prywatnych doprowadziły do tego, że w stylu witraży dominowały tendencje historyzujące (głownie w budowlach o monumentalnych formach, jak w przypadku gmachu Nowego Sądu w Gliwicach) i z pewnym opóźnieniem secesyjne, bardziej typowe dla „eksperymentujących” formalnie gliwickich kamienic. W warstwie kompozycji dominowały układy symetryczne, operujące stosunkowo dużymi, pustymi płaszczyznami. Secesyjne witraże wprowadzały więcej swobody w tym zakresie i w sposobie traktowania szkła.

Witraże w okresie międzywojennym

Sytuacja uległa istotnym zmianom po 1922 roku, kiedy miasto ponownie przeżywało swój modernizacyjny epizod, tym razem skoncentrowany przede wszystkim w obrębie architektury użyteczności publicznej i masowego budownictwa, w tym ostatnim przypadku siłą rzeczy miej podatnego na sięganie po wciąż kosztowną dekorację witrażową.

Niestety, witraże, które powstały na potrzeby gmachów użyteczności publicznej, doświadczyły największych zniszczeń i choć stosunkowo dobrze opisane, pozostają już dzisiaj niemal wyłącznie obiektem ustaleń historycznych, znanych z opisów i czarnobiałych reprodukcji.

Po 1922 roku w warstwie formalnej gliwickie witraże zdecydowanie przesunęły się w stronę oddziaływań związanych z Berlinem (w tym w zakresie wykonawstwa witraży) i przeżywającego dni świetności artystycznej Wrocławia, w którym projekty witraży tworzyli wybitni twórcy związani z akademiami w Monachium, Berlinie, jak również artyści powiązani z miejscowymi szkołami: Państwową Akademią Sztuki, czy Miejską Szkołą Rzemiosła  i Przemysłu Artystycznego. Dziełem takim był (znany tylko z reprodukcji czarno-białych) witraż Ludwiga Petera Kowalskiego z gliwickiej siedziby Towarzystwa Górniczo-Hutniczego.

Stwierdzenie to nie zmienia ogólnej obserwacji, że świeckie witraże Gliwic najczęściej nie były sygnowane i pozbawione data fundacji, czy wykonania. Istotną zmianą w stosunku do poprzedniego okresu jest jednak to, że witraże przestały być dekoracyjnym i prestiżowym wyróżnikiem pięknych ulic i luksusowych dzielnic miasta. Pojawiają się natomiast w gmachach użyteczności publicznej, siedzibach firm, dyrekcjach zarządów.

Świeckie witraże Gliwic z okresu międzywojennego pozostają obecnie w kręgu niepewnych bądź nieznanych atrybucji. Pośród potwierdzonych projektów i realizacji dominują witraże gliwickich kościołów oraz wybrane realizacje, które znamy z zachowanej, skromnej dokumentacji fotograficznej oraz z opisów w prasie codziennej i fachowej.

Do grupy tej, obok wspomnianych już witraży projektu Ludwiga Petera Kowalskiego z końca lat trzydziestych, należą prace m.in. Martina Pautscha, który na początku lat trzydziestych zaprojektował witraże dla państwowego gimnazjum im. Friedricha Wilhelma, wykonane we wspomnianej już wcześniej w firmie Puhl & August Wagner, Gottfried Heinersdorf z Berlina-Trepetow. Pracowni znanej w Gliwicach z powodu licznych zamówień na terenie Gliwic, które utrwaliły historyczne związki miasta z berlińskim ośrodkiem witrażownictwa. Szczególnie po 1933 roku firma ta należała do stosunkowo najaktywniejszych na terenie Gliwic. Popularność witraży w willach i kamienicach okresu międzywojennego, choć mniejsza w stosunku do okresu przed 1914 rokiem, była wypadkową kilku czynników.

W budynkach prywatnych inwestorów nadal stanowiły one formalną składową neostylów. Relacja taka dotyczyła również witraży umieszczanych w architekturze poddanej modernistycznej dyscyplinie. Witraże były wyznacznikiem prestiżu, organizując wystrój klatek schodowych, spoczników latek schodowych, nadproży drzwi.

Obok tego, co niezwykle interesujące, to witraże właśnie służyły swoistej modernizacji wystroju starszych kamienic, jak miało to miejsce w przypadku historyzującej kamienicy przy ulicy Zwycięstwa 33, której klatka schodowa posiada dekorację art-déco.

Fragment dekoracji witrażowej, ul. Zwycięstwa 33, Gliwice Witraż, detal (ul. Zwycięstwa 33, Gliwice; stan 2007 r.)

Ikonograficzna i narracyjna funkcja witraży pozostawała aktualna w budynkach użyteczności publicznej, gdzie niemal dosłownie ilustrowały one program ideowy związany z przeznaczeniem budynku, światopoglądem właściciela i odzwierciedlały poglądy estetyczne inwestora. Działo się tak m.in. w przypadku części gliwickich szkół wznoszonych w okresie dwudziestolecia międzywojennego.

Witraże o rozbudowanej funkcji programowej i ikonograficznej realizowane były nie tylko przez instytucje publiczne i samorządowe, lecz także przez firmy handlowe, banki, koncerny przemysłowe, których siedziby znalazły się w Gliwicach po podziale Śląska lub zostały przeniesione do Gliwic po 1922 roku. Bardzo interesującym przykładem zespołu witraży zrealizowanych na potrzeby inwestora prywatnego jest w całości zachowany zespół znajdujący się w obecnej przychodni lekarskiej, przy ulicy Lipowej 36. Dekoracja witrażowa wykonana została na zlecenie firmy budowlanej A.& H. Rösner z Gliwic. Motywy odnoszące się do narzędzi murarskich, czy symboliczne postaci murarzy są czytelną identyfikacją zawodu i funkcji pełnionych przez ten obiekt.

W tym okresie głównie ze względów natury ekonomicznej, dekoracja witrażowa zastępowana była w architekturze świeckiej formami prostymi, tańszymi i stosowaną bardziej abstrakcyjnie dekoracją wykonywaną ze szkła piaskowanego, barwionego lub za pomocą innych substytutów dekoracji witrażowej. Popularność witraży przekładała się na wzrost popularności oszklenia witrażowego i liczby miejscowych zakładów szklarskich oferujących tego rodzaju usługi.

Nie bez znaczenia na odchodzenie od witraży w architekturze wznoszonej przez prywatnych inwestorów miało było podążanie za nowymi tendencjami stylowymi, przywoływanie czystej, krystalicznej metafory szkła, odmienne koncepcje doświetlenia wnętrza i opowiadanie się po stronie oszczędności formalnej będącej w warunkach gliwickich odzwierciedleniem tradycji Nowej Rzeczowości. Sytuację taką potwierdzić może wystrój wnętrz hotelu Haus Oberschlesien (ukończonym 29 czerwca 1928 roku), gdzie np. wystrój sali recepcyjnej (Empfangshalle) był przykładem bardzo powściągliwej, zgeometryzowanej, abstrakcyjnej dekoracji witrażowej bliskiej tradycji Nowej Rzeczowości.

Witraże tego czasu w lwiej części wolne są jednak od poszukiwań formalnych, zachowują pozycje konserwatywne stylistycznie, a śledząc ich ewolucję w tym okresie zauważyć, iż stosunkowo szybko wpisały się one w manierę syntetyzowanego realizmu i postulatu narodowego charakteru sztuki, podyktowanego zarówno funkcjami budynków, które zdobiły, jak i ogólnego klimatu ideowego, który w dalszej perspektywie stymulował artystyczną nadbudowę ruchu nazistowskiego i estetyki, jaka wyrosła na jego gruncie.

Nieco inaczej sytuacja przedstawiała się w przypadku witraży o wyłącznie dekoracyjnym charakterze, przesłon szklanych pełniących określone zadania w porządkowaniu przestrzeni architektonicznej. Dzieląc przestrzeń, wydzielając lub stwarzając strefy intymne lub ogólnodostępne, posiadały one cechy formalne o znacznie ciekawszych, modernizujących cechach.

Słowo zamykające

Prace inwentaryzujące gliwickie witraże znajdujące się w obiektach niesakralnych podjęto na szerszą skalę w latach siedemdziesiątych XX wieku. Niestety, w części przypadków nie uchroniło to ich przez postępującym zniszczeniem i dewastacją.

W wyjątkowych przypadkach poddane one zostały świadomej ochronie, jak ma to miejsce w przypadku zespołu witraży w budynku obecnego Medycznego Studium Zawodowego przy ul. Chudoby 10.

Gliwickie witraże [poza publikacją Gliwickie witraże – przyp. L.J.], nie posiadają odrębnej monografii poświęconej zarówno witrażownictwu w budowlach sakralnych, jak i świeckich. Odnosząc to do innych ośrodków miejskich na terenie Prus i Niemiec, takich jak Poznań, można z dużym prawdopodobieństwem założyć, iż wiele z zachowanych dzisiaj witraży powstało w oparciu o lokalne, śląskie warsztaty, korzystające z rozpowszechnionych w tym czasie wzorników i katalogów. W istotny sposób ogranicza to możliwości ustalenia autorstwa projektów witraży i pracowni, z których pochodziły.

 

[Tekst z 2007 roku]

Kartki z przeszłości. Korespondencja intymna

Kartki/ karty pocztowe z lat 1908 – 1931. Wybór

Zapis skrócony. Czas bywa, że odległy. Stan emocji i myśli współczesny?

Interesujący wgląd w życie intymne Ślązaków.

Coś na co nie zwracamy uwagę oglądając pocztówki dzisiaj…

Fragment korespondencji, która pojawi się w obrębie wirtualnej wystawy historii Górnego Śląska.

***

Życie codzienne. Moda

Panna Margarete Sperling, Modystka

Oberwallstrasse 24

Gleiwitz

Pielahütte (Huta Piła k. Rudzińca), 1908

Droga Pani,

Po powrocie do domu jeszcze raz informuję, że suknia pasuje i podoba mi się bardzo. Proszę o przesłanie za nią rachunku. Jeśli pozostały z niej resztki, proszę o zarezerwowanie ich, odbiorę je u Pani przy najbliższej okazji.

Podziękowania i serdeczne pozdrowienia od

Marie Schiffner

Portret kobiety. Gleiwitz, Atelier C. Volkmann  (przed 1910)

 ***

Życie codzienne. Namiętności (nie-) skrywane

Pan Zielosko

Kattowitz / Katowice

Holzerstr. 7

Zabrze, 1921

Moja Najłaskawsza! Cos się stało? Pozwoli Pani, że spytam! Skąd nagle to lodowate milczenie? Czy nie dostała Pani mojej ostatniej karty (pocztowej –L.J.), A może nie wróciła Pani jeszcze z K(atowic)? Mogę chyba liczyć na łaskawe wyjaśnienie? Pozdrawiam Panią ze znanymi Pani wyrazami uszanowania, /-/

 ***

Życie codzienne. Wydarzenia historyczne

Lądowanie Sterowca Graf Zeppelin

Panna

Lotte Pietsch

Matthiaststr. 48

Breslau (Wrocław) X

Postamt X

Gleiwitz, 5 lipiec 1931

Droga Lottchen,

Jestem dziś w Gleiwitz (Gliwicach) z okazji lotu i lądowania Zeppelina. Przesyłam Ci najserdeczniejsze pozdrowienia. Dziękuję za miłe słowa , serdeczne pozdrowienia (…) Fred

Graf Zeppelin nad gliwickim lotniskiem, lipiec 1931r.

 *

I wojna światowa

Poczta polowa

Pani Johanna Dobroschke

Görlitz,

Transport Szpitalny,

1 Pluton Piechoty (stacjonowanie Gleiwitz/ Gliwice)

Kochani żono i synu,

Od wczoraj, od pierwszej godziny w nocy stacjonuje w Gleiwitz. Kwateruje u maszynisty lokomotywy. Wyżywienie dobre. Obejrzałem już miasto, zobaczcie sami na karcie.

Pozdrowienia, Gustav

 ***

Zycie codzienne. Podróże  i życie rodzinne…

Wielmożny Pan

Kazimierz Golniewicz

Gostyń

Bahnstrasse (Dworcowa), 1907

(pisownia oryginalna)

Kochani Szwagrze i Siostro!

Abyście o tych dawniejszych moich głupich sprawach zapomnieli przesyłam na to kartkę z widokiem i życzeniami jak najlepszego powodzenia.

Z serdecznymi pozdrowieniem i uściskiem,

wasz przywiązany Jan

 ***

Witkowice w ogniu… / Vitkovice on Fire

Deszcze, wilgoć.

Nieuchronny proces oddychania i starzenia.

Powstaje nowy obraz miejsca.

Naznaczony rdzawym kolorem utlenionego żelaza, zacieków, ropiejących konstrukcji dawnej huty.

Witkowice flamboyant

                                            – płomieniste.

Gong and the rusty ribbon / Gong i rdzawa wstążka

Kolory Witkowic / Colors of Vitkovice

Bleeding / Krwawienie (zaciekanie)

Red / Czerwony

Turning into red / Zaczerwienienie