Christmas cake, onsen i miso soup. Opowieść o Japonii, jakiej nie znacie.

Przegrani nielubiani…

Żebraczka widziana na dworcu PKP w Katowicach w 2007 roku wykrzykuje swoje nieszczęście w sposób, w jaki nikt by nie robił tego w Japonii.

Mimo to postać kobiety w Katowicach przypomniała mi podobne widziane na dworcach Tokio, w Shimbashi, czy w parku Ueno. Tam jednak ciche, nieobecne, jakby pogodzone ze swym losem. Prawdę mówiąc nie niepokojone także przez samych Japończyków, dla których są niemym wyrzutem, iż nie wszystko jest tak doskonałe, jak by tego chcieli. W jakimś sensie tacy ludzie, źle potraktowani przez los, chorzy (zwłaszcza tacy), bezdomni są tym mniej dostrzegani przez system, im w wprost negują japoński styl życia, uznanie dla sukcesu, ba fetyszyzowanie go do momentu, w którym okazuje się, że zwycięzca może być tylko jeden.  Japonia nie lubi przegranych. Nie pasują do ich perfekcyjnej wizji świata…

Światło

Japonia jest krajem Słońca. Wpisanie go do Hinomaru, japońskiej flagi narodowej, wydaje się tak samo oczywiste, jak uroda malowniczych wschodów zachodów słońca, które obserwowałem na kolejnych wyspach Japonii, poczynając od malowniczych perspektyw nad Zatoką Tokijską, a kończąc na wulkanicznej Oshimie… Ta ostatnia, jest wyspą na której narodziła się popkulturowa Godzilla. Mnie przy pierwszym kontakcie przypominała opowieści ze świata Kiplinga, gdzie wilgoć, mistyka i nieprzebrana zieleń umiejscawia nas, przybyszy, w roli petentów rzeczywistości…

Plemię Nipponu

Japończycy są wielkim 138 milionowym wielkim plemieniem, jak piszą kulturoznawcy, socjolodzy, historycy… Lud dumny i zapatrzony w siebie. Bezwzględny wobec obcych. Wciąż pomimo deklarowanej publicznie poprawności politycznej, odwrócony plecami do Koreańczyków, Filipińczyków, Tajów, Wietnamczyków… Narodów, które w hierarchii społeczeństw regionu postrzegane są  przez nich jako gorsze, mające mniejszy dorobek cywilizacyjny  i z tego powodu nie zasługujące na szacunek…

Ten stosunek do Koreańczyków widziałem w salonach hazardu Pachinko. To mniejszość, której odmówiono prawa do potraktowania Japonii, jak swojego drugiego domu. I oni i ja, pozostają dla Japończyków „aliens”, obcymi… Oni jednak bez prawa powrotu i zbyt zakorzenieni, by powrócić do podzielonego kraju praojców.

Prawda Ostatniego Samuraja…  

W przypadku Japonii, na początku jej nowoczesnego istnienia był nie chaos, lecz desperacka i chwilami okrutnie przeprowadzona modernizacja kraju, wynikająca ze wiadomości, iż porażką w tym wyścigu z czasem, może być uzależnienie Japonii od obcych i kolonizacja kraju, jakiej doświadczały niemal wszystkie narody regionu.

Ceną rozwoju były wojny domowe i bratobójcze zmagania w latach 60-tych XIX wieku o to, jaka ma być Japonia aspirująca do grona rozwiniętych państw świata.

Myślę, ze świat, płaski czy nie, odwołując się do teorii Th. Friedmana, nie ma pojęcia, jak wielkim, heroicznym wysiłkiem i ludzkimi dramatami okupiony był japoński skok w nowoczesność. Przypominam w tym miejscu ten film raz jeszcze tylko dlatego, że jeśli nie dane będzie komuś doświadczyć tego osobiście, film ten daje namiastkę tego czym była Japonia w czasach, gdy część samurajów ginęła w obronie starego porządku, część podjęła się przebudowy państwa.

Christmas cake, onsen i zupie miso nie napisze tym razem. Ale kto powiedział, że tytuł nie może być mylący?

 Zagubiony.

 

Z rolki wzięte

Czytam tą prasę czeską i czytam, i wpadam w zdumienie liczbą tekstów poświęconych Polsce i temu, że jest tu autentyczne zainteresowanie tym, co  dzieje na północ od Bramy Wielkomorawskiej.

Co prawda nie jest to coś, co interesowałoby może najbardziej polskiego czytelnika, zero w prasie o wyborach i o tym, że mamy problemy z liczeniem do trzech, ale zawsze i te doniesienia, które są wzbudzają w czytelniku takim jak ja niekłamane zainteresowanie. Przeglądanie się w lustrze… Wiecie, co mam na myśli? A nóż będzie lepiej niż myślimy, że jest?

Media (m.in. poczytne Pravo) odnotowały śmierć Stanisława Mikulskiego, alias Hans Kloss (jak napisano), zauważając, że pomimo ciągłej ucieczki od swojej życiowej ( zawodowo) roli, na zawsze także dla czeskiego widza, pozostanie w pamięci agentem J23.  Śląski akcent w tych doniesieniach także się pojawił, bo pisząc o schyłku życia aktora przypomniano jego obecność przy otwieraniu w Katowicach Muzeum Hansa Klossa. Zresztą tymi zdjęciami tekst ten zilustrowano…

Lokalno-regionalny tytuł Denik, nabrał natomiast ponadregionalnego charakteru, donosząc o… warszawskiej premierze benefisu 50-lecia pracy aktorskiej Mariana Opanii. Wydarzenie to na pewno przeszłoby bez echa i pytanie kim jest Marian Opania nie znalazłoby tutaj dobrej odpowiedzi, ale obecność w repertuarze spektaklu Cohen-Nohavica, tego drugiego (spektakl w Studio Buffo, premiera dzisiaj), sprawia, że wiadomość zyskała na atrakcyjności w oczach miejscowej prasy. Dziennikarz piszący o koncercie i spektaklu w Warszawie jest nawet tak spolegliwy w stosunku do Opanii, że wybacza mu to, że jeszcze 7 lat temu nie wiedział tego, kim był Jaromir Nohavica… Użyty w tekście czeski rodzaj „opakowania” kontrowersyjnej wypowiedzi aktora w anegdotę („Dzisiaj wiem, że jest geniuszem”, powiedzieć miał aktor) i dystans, sprawia że rzecz całą czyta się z przyjemnością i nader lekko.  Nie tracę nadziei,  że miejscowe media równie dociekliwie napiszą o tym, jak koncert się udał i co powiedział na interpretację swoich piosenek sam mistrz Nohavica (Cohen może też). Przy okazji  wypowiedzi Mariana Opanii padły takie nazwiska jak Młynarski, Grechuta i człowiekowi mojego pokolenia zrobiło się jakoś milej na sercu.

A co poza tym… Grzane wino się leje po ulicach miast czeskiego Śląska, zapalane są pierwsze choinki lub wieńce adwentowe. Dzisiaj rozpoczyna się też śpiewanie pieśni adwentowych i kolęd (wprawianie się na czas świąteczny może?). W niemal w każdym z okolicznych miast i przysiółków inaugurowane są Jarmarki Bożonarodzeniowe. Jeden z piękniejszych będzie w Krnowie. W Opawie, jarmark  zacznie się już za godzinę… tak, ahoj!

 Bez tytułu

Ukryte losy (Skryte osudy) Zdenka Stuchlika

I znowu o fotografii, czeskiej poniekąd.

To nie jest wystawa, którą trzeba zobaczyć. Pozornie nie wnosi nic do tego, co nazwać można kondycją współczesnej fotografii (czeskiej też). No, może poza tym, że potwierdza niepisaną zasadę, praktykowaną także przez autora tego wpisu, że fotografować może (dzisiaj) każdy (niestety?) To trochę niebezpieczne myślenie, bo sugerować może, że to sztuka niezwykle demokratyczna, a chyba nic bardziej mylnego.

Dlaczego więc poświęcam jej tutaj w ogóle uwagę?

Na wystawę Zdenka Stuchlika, amatora fotografa, powiedzmy dla jasności, natkniecie się… podróżując regularną linią trolejbusową po Opawie. Miast oglądania tego co za oknem (czasami może to być całkiem rozsądna decyzja), będziecie mogli obcować z jego światami egzotycznymi. W sposób dosyć typowy dla mieszkańców tego kraju Stuchlik zdradza czeską fascynację  pejzażami i scenami egzotycznymi, im poświęcając swoją uwagę… („Opawy nie fotografuję”- mówi). Mniejsza o to i jego brak przywiązania do pejzaży rodzimych. Nie to jest tu ważne.

Wernisaż wystawy (pod lekko pretensjonalnym tytułem „Ukryte losy”), miał miejsce na Dolnym Rynku Opawy, w ustawionym specjalnie w tym miejscu nowoczesnym trolejbusie, a zdjęcia Stuchlika umieszczono tam, gdzie przyzwyczailiśmy się zwykle oglądać reklamy. I to jest coś!

Powodów do wspomnienia o tym wydarzeniu jest więc co najmniej kilka. Skupie się na dwóch.

Fotografia trafia „pod dachy” komunikacji miejskiej, gardząc przestrzeniami galerii i sal muzealnych. To dobrze. Niektórzy z pasażerów poczują się zachęceni, by do tych galerii kiedyś zaglądnąć, inni nigdy tego nie zrobią (tak po prostu już jest), więc choć tyle (dobrego) dla sztuki obrazowania…

Dobrze mi też jest z myślą , że refleksja nad urodą świata, fascynacja odmiennością  ludzkiej kondycji i zwykła potrzeba utrwalania naszych emocji, wygra w tym przypadku z prozą konsumpcji i tego, że … na przykład mandarynki są za 29 koron za kilogram lub czyjeś  pieczywo jest zawsze świeże…  W końcu i tak tego nie czytamy…

To  pomysł (jak kiedyś Świąteczna jazda Muzeum Śląskiego) zdecydowanie do powtórzenia. I nie tylko tutaj w małej, a złośliwi powiedzieliby, prowincjonalnej Opawie…

Fotografia, jako medium innego doświadczania przestrzeni i pokonywania odległości? Wyzwolenie obrazowania kadrem spod dyktatu galerii i domorosłych kuratorów? Kusząca perspektywa.

Pretekst do zbliżenia między pasażerami? Zauważenia emocji sąsiada? Proč ne? (dlaczego nie?) Ja wsiadam i jadę. Bo lubię…

Ukryte losy (Skryte osudy) Zdenka Stuchlika

Opawskie trolejbusy. Impresja

Oficjałki. Wernisaż (4)  Wernisaż

Wernisaż. Otwarcie

Wernisaż (3)

Zapatrzenie...

Co my tam mamy? Ogląda... burmistrz Opawy

 Wernisaż Wystawa. Zanim ruszy w trasę...

Wernisaż (2)

Po (wernisażu). To gdzie jest ten kierowca?

Filip Singer i jego zdjęcie

Właśnie wyłoniono zwycięzcę w dwudziestym już konkursie Czech Press Photo 2013. Został nim Filip Singer. Wystawa w Pradze potrwa do 31 stycznia przyszłego roku.

Wystawy nie widziałem, więc tym razem tylko krótka historia zdjęcia, które wygrało w konkursie, a o którym pierwotnie myślano, że zostało zaaranżowane przez fotografa.

W istocie, jak sam przyznaje Singer w wywiadach, fotografii na miejscu nie widział, bo natychmiast po jej wykonaniu przesłał ją do Pragi, podobnie, jak kolejne zrobione tego dnia. Zdjęcie „wróciło” do niego po raz wtóry przy okazji konkursu na  czeską fotografię prasową…

Singer wykonał swoje zdjęcie 30 listopada 2013 roku podczas pierwszej pacyfikacji Majdanu i po pobiciu protestujących w Kijowie. Jak wspomina był tam już od 10 dni. Zmarznięty, brudny, zmęczony i wychłodzony 10-cio stopniowymi mrozami, wracał do hotelu, gdy utrwalił to, co widzimy na zdjęciu.

Tego dnia krążąc wokół placu, mijał klasztor św. Michała Archanioła, miejsce posiadające wyjątkowy wymiar symboliczny i religijny dla Ukraińców. Zobaczył wówczas na tle malowidła znajdującego się na klasztornym murze skrwawioną, obitą twarz jednego z protestujących. Nacisnął spust migawki.

Singer do dzisiaj nie wie kim był ów człowiek. Nie spotkał go później, choć próbował. Mówiono mu że był to jeden z handlarzy z Majdanu, który w trakcie protestu dołączył do manifestujących i – jak chce tradycja – był pierwszą, krwawą ofiarą pobić Birkutu.

Człowiek ten stał się medialnym bohaterem tego dnia i symbolem przemocy na Majdanie, nim zdjęcie wykonane przez  Singera, zastąpiły kolejne, bardziej wstrząsające.

Mimo to wydaje mi się, że zdjęcie Filipa Singera jest wyjątkowe i rozumiem wybór praskiego jury.

Tłem dla fotografii jest  procesja świętych i aniołów, a  postać na zdjęciu  staje się mimowolnie jedną z osób tego korowodu. Orszaku świętych i męczenników ukraińskich. Kadr nadaje całości zupełnie nowy, historiozoficzny  wymiar. To opowieść o współczesnej Ukrainie,  ludziach Majdanu i o tym, że obrazy z przeszłości w dziwny i zaskakujący sposób pozostają w związku z tym, co współczesne.

Obecnie zdjęcie Singera zyskuje jeszcze inny, polityczny i aktualny wymiar. W Czechach trwają zażarte dyskusje na temat tego, gdzie kończy się świat interesów narodowych i korzyści ekonomicznych uzyskiwanych za cenę przyzwolenia na nieprzestrzeganie praw człowieka, a gdzie jest miejsce dla postawy wsparcia i obrony praw ludzkich.

Symbolem postawy reprezentującej zbyt daleko idący interes gospodarczy państwa i – zdaniem Czechów – niebezpiecznego relatywizowania kwestii łamania praw człowieka, są wypowiedzi i gesty obecnego prezydenta Czech wykonywane wobec Rosji. Te sprawiły, że Milos Zeman gwałtownie traci poparcie społeczne i z ponad 54%, stopniało ono do 31% w ciągu ostatnich trzech tygodni!

Na przeciwległym biegunie (nie tylko w kontekście agresji na Ukrainę, ale też doświadczeń, jakie wynieśli Czesi z własnej historii), odzywają się pytania o to, kiedy następuje ten moment, gdy powinniśmy reagować na deptanie praw człowieka. Tę drugą postawę reprezentują politycy definiujący się jako spadkobiercy spuścizny Vaclava Havla, a przez otoczenie prezydenta lekceważąco nazywani kawiarnianymi politykami.

Wystawa, jeśli traktować ją jako coś więcej niż zdarzenie artystyczne, jest głosem w tej dyskusji. Głosem tej części społeczeństwa, które zdecydowanie inaczej niż ich prezydent widzi i opisuje świat  powstały na i po kijowskim Majdanie.

***

Zdjęcie nagrodzone w Pradze, jest pierwszym, które prezentowane jest w portfolio Filipa Singera na jego stronie:

http://www.filipsinger.com/portfolio

 

Design w bieli kafelek

Trafiłem tam z przypadku. Skusiła mnie architektura. Autoportret. Szyszko-Bohusz opisany językiem pasjonata. Nazywa się Michał Wiśniewski.

Ludzie, teksty, refleksja o przestrzeni. Dobra fotografia opisująca architektoniczne 3D.

Dobrze, że są miejsca i osoby myślące o tym, co wokół. Inaczej definiujące potrzebę tożsamości, ekspresji. Architektura, jako sposób widzenia i odczuwania.

Krok dalej i… trafiłem do Forum designu.  Biel dawnych kuchni hotelu Forum. Dziwne uczucie.

Klimat jak z Lotu nad  kukułczym gniazdem. Atrakcyjna niespójność przedmiotów i miejsca. Niespójność funkcjonalna, mentalna. Pęknięcie, a w nim zanurzone przedmioty. Inne. Nowe, odzyskane.

Recykling materii, kreacja idei. Pytanie o sens relacji przedmiotu i użytkownika. Lubię ten rodzaj ustanawianego związku. Antycypowanego, niepewnego, brzemiennego w następstwa – odrzucenia lub akceptacji.

To nie jest facebookowa sympatia. Gdy mijam przedmioty design zyskuje teksturę konktretu: obrysu sklejki, duktu starych płyt winylowych zamienionych na przedmioty bezdźwięczne, porowatości.

Przypadki wytrącają z rutyny, ale w tym przypadku odczuwam rodzaj satysfakcji, że pomyliłem kierunek i odnalazłem kolejny.

Generujemy pryzmy przedmiotów tandetnych i bezużytecznych. Tych tutaj jest jakby mniej.

Za oknem graffiti. Świat przypomina, że istnieje w formach bardziej oczywistych.

Sign / Znak

Whisky light

Splot / Plait

Haystack / Kopka siana

Red square with white stripes / Kwadrat w białe pasy

Red radiator / Czerwony grzejnik

Szpital / Hospital scenery

Popzombies

Krótko, bo interwencyjnie

No niestety, nie jest do końca jest tak – jak to mi się wydawało – że oto mijam granicę polsko-czeską i zostawiam za sobą sprawy, które tak czy inaczej dotykają „przyległości” Muzeum Śląskiego.

Ampelmann / Incomer from the East/

„Nie chcem, ale muszem”, jak mawiał klasyk. Czas na komentarz.

Oto po raz kolejny w muzeum, w którym była już konwencja PO (śp. Michał Smolorz napisałby zapewne w swojej estetyce dziennikarskiej o parteitagu śląskiej formacji PO), pokazywano na wybiegu zgrabne modelki, organizowano castingi do programów telewizyjnych, a dzisiaj lub za chwilę będzie tam obchodzone święto Dni Użyteczności Społecznej, ma miejsce kolejny, ciekawy  eksperyment.  (Przy okazji tego wyliczenia naprawdę mniejsza o nazwy owych „eventów”,  bo i  tak to wszystko dzieje  się we wciąż  nieotwartym – otwieranym  muzeum, obiekcie bardziej z nazwy niż jak widać z funkcji muzealnym).  

Jak czytam zatem, mamy  scenariusz, wyłoniony  w konkursie (2012), który choć nie jest zmieniamy, to zmieniany jest (btw już jest zmieniony!), a politycy choć nie będą się do sprawy mieszać, to będą. Dobre, to „przebija”  kreatywność  PKW.

Czytam  o tym wszystkim w podesłanym mi (ludzie nie mają sumienia? mam pracę, obowiązki i ograniczoną ilość czasu) wywiadzie bez tytułu, ale z rozbudowanym cytatem, z obecną dyrektor Muzeum Śląskiego. Dowiaduję się w nim przy okazji i tego, kto się do czego w muzeum podczepił. Dobry trop. Lubię –  I like it, używając języka najpoczytniejszej Twarzoksiążki (Fb).

Lubię więc, gdy nagle się okazuje, że scenariusz wystawy jest, ale firma mająca na to niemal DWA lata, gotowa do podpisania umowy 29 marca 2013 roku, tak długo nie potrafiła (?),  nie mogła (?!) opracować scenariusza. Zapewne z tego mi.in. powodu, by i jedni i drudzy mogli się wystarczająco „nakonsultować”, a politycy cyt. „poznać bieżący stan wiedzy” .  Fantastyczne. Scenariusz wystawy jako projekt edukacyjny dla polityków. Pyszne i BARDZO drogie (jako metoda edukacji)! Ciesz się,  śląski podatniku…

Ale co my tu mamy jeszcze? Oto problemem są zamówienia publiczne? Bo ograniczają, bo stanowią utrudnienie? Ciekawe jak zbudowano muzeum, bo opierając się na zamówieniach właśnie, więc jednak możliwe?

Wierzę zatem,  że to trudność, zawsze tak było, ale też chodzi o wydanie 10 (słownie: dziesięciu) milionów złotych polskich (co najmniej). Mało? No chyba nie. Gdy w obecnych warunkach skandalu z  liczeniem głosów przez PKW, słyszę, że i tam ograniczyły Komisję  zamówienia publiczne (tęgie sędziowskie głowy poległy na ustawie, jednej, tylko???), to myślę, że owe utyskiwania na zamówienia i brak czasu w przypadku tego muzeum są mocno zastanawiające i muszą martwić. Podobnie jak to, jak to szybko przeprowadzić, by była jedna firma, która przygotowała scenariusz, a potem ta sama lub jej „podobna” fizycznie go wykonała… tzn. zbudowała wystawę. No, istotnie  zamówienia są tutaj pewnym ograniczeniem. Fakt. Czas wówczas też. Imperatyw wyborów parlamentarnych da mu jednak radę… Jestem o to dziwnie  spokojny.

Cieszy mnie też ten brak dystansu do przeszłości (nietypowe u muzealników, chwali się takie nieobciążanie brzemieniem czasu w tym zawodzie), „niewnikanie w relacje marszałka z poprzednim dyrektorem”…

Hmm, choć człowiek ten nie był z mojej bajki w żadnym przypadku i zafundowano mu to, czego pewnie się nie spodziewał, a powinien, to jestem pełen uznania dla tej nieznośnej lekkości myślenia o tamtej relacji. Wnioski mogłyby być bardzo użyteczne.

Wyliczanka

I wreszcie z rzeczy w rodzaju „podczepmy się”.

Raz

7- letni kontrakt. Tak, to istotnie norma, zapewne oczywistość tego rodzaju umowy. Oczywistość, którą można wciskać śląskiej opinii publicznej. Pytanie tylko czego dowodem jest taki pogląd? Założeniem, że lud to kupi? Bo się nie zna, jest bezkrytyczny? Powody nieuczestniczenia w konkursie już padały i były bardzo ciekawe. Zostawiam temat.  Gdzieś to tu jest na blogu. Jest pisany dla przyjemności, a nie z musu, więc powtarzać się nie będę.

Dwa

Wystawa o historii Górnego Śląska nigdy nie była pomyślana jako „kompednium” wiedzy o Górnym Śląsku. Była pomyślana jako synteza tych dziejów. Nowe otwarcie  dla Śląska, jak ma to miejsce (podobno)  w Muzeum Po-lin.

Nie trzeba więc dopisywać, generować kolejnych fragmentów ekspozycji, by nieudolnie satysfakcjonować kolejne grupy odbiorców, a zwłaszcza lokalnych polityków. Kresowiacy? Dlaczego opowiedzenie np. o losach Politechniki Śląskiej (m.in.) nie wystarczy, by była to tak naprawdę opowieść o jej twórcach, Lwowiakach, Kresowiakach właśnie! Lub historia Opery Bytomskiej. Będziemy tworzyli ahistoryczne parytety etniczno-regionalne…

Dwa i pół

Ciekawe i anachroniczne.  Podobnie jak nierozumienie (a pisze to spadkobierca wygnanych ze Wschodu i czuję tytuł do zabrania głosu w tej sprawie), że problemem nie jest tutaj wystawa w Muzeum Śląskim, a raczej to, że nie rolą tego muzeum jest budowanie pamięci o Kresowiakach i Kresach w ogóle. Takie muzeum miało powstać i… nie powstało. I tak (niestety) dbamy, jako społeczeństwo o pamięc tamtej Polski (źle dbamy, dodam, podpowiadając). I ubolewam nad tym głębiej, niż może się to komuś wydawać. Żyłem wśród tych, którzy przeszli coś, co można nazwać nieodwzajemnioną tęsknotą za Kresami i doświadczenie ich bezpowrotnej straty. Oczekuję tym bardziej  szacunku dla tych ludzi i ich pamięci, a nie ich instrumentalnego używania.

Trzy

I drobiazg ostatni, właśnie a propos, „podczepiania się”.

Bardzo podoba mi się nowe (?) logo Muzeum. Nie jest tak jednak nowe i cieszę, się, że praca mojego zespołu w ostatnich miesiącach urzędowania na tym stanowisku została doceniona przez kolejnego, nowego dyrektora. To dobrze. Nie było o tym mowy przy okazji jego prezentacji? Hmm, pewnie mi to umknęło, zresztą tu gdzie jestem, nie ma to aż takiego znaczenia. To drobiazg. Na zdrowie i ku chwale… Muzeum oczywiście.

Pałac Dożów

Wyprawa  do Nowej Huty. Jak wielu przybywających do tego miejsca, nie znam go dobrze.

 Do huty marsz

Dzisiaj, gdy  wyciągam te zdjęcia z zakamarków komputera, nagle tu i teraz stają się dla mnie pretekstem  wybrania się do pobliskiej, ostrawskiej Poruby, gdzie także straszy inna komunistyczna wersja miasta idealnego. Prawdziwe jest w nim to, jak w Nowej Hucie, że idealne nie jest i może dlatego potrafią w nim żyć ludzie?

W kadrze aparatu znalazł się tym razem opuszczony już jakiś czas temu (właściwie wciąż opuszczany) gmach dyrekcji dawnej Huty im. Lenina. Zaprojektowany  przez Janusza Ballenstedta oraz Marię i Janusza Ingardenów kompleks dwóch symetrycznie usytuowanych budynków tkwi w tym sama mym miejscu od 1955 r. Przetrwał zmiany systemu, upadki i wzloty polskiego przemysłu stalowego. Jak w Ostrawie tak i tutaj rządzi teraz ArccelorMittal.

Na  tamtym etapie istnienia Nowej Huty, budynki te zamykały eksperymenty formalne  z nowym stylem, nowego miasta. Kompleks przewrotnie nazywany pałacem Dożów, ociera się o kicz nowonarodowego stylu, wytworu konającego homo sovieticusa, w którym przemieszane zostały cytaty z niemal wszystkich realizacji krakowskich: Wawelu, kaplicy Zygmuntowskiej, krakowskich sukiennic czy malowniczo odrealnionych attyk Zamościa i Kazimierza razem wziętych.

Budynki budowane na chwałę systemu i go legitymizujące, do bólu szczerze odzwierciedlały porządek tamtego świata.

Budynek „Z”, twierdza dyrekcji huty (to ten po lewej stronie gdy zbliżamy się do huty od strony Krakowa) onieśmielał splendorem piaskowców i marmurów kieleckich pogardliwie i dobrodusznie równocześnie nazywanych przez adeptów historii sztuki „salcesonem”. Ten po prawej, budynek „S” służył, odarty z urody okładzin i drogich materiałów, ludowi pracującemu, by się spotykał, obradował, uchwalał, bawił się i czytał (od czasu do czasu).

Z opisu i komentarza widać, że nie jest to moje ulubione miejsce. Fakt nie jest.

Jego pseudowawelskie formy dziedzińca, zgubione proporcje bryły zamku, attyka grubo ciosana, to dla mnie źródło tego, co nazwałbym systematycznym niszczeniem architektury w Polsce przez kolejne dekady po 1945.  Estetyczna  chała, czasami uratowana rękami rzemieślników, którzy trochę jakby z innego świata, stawali ponad poziom tego, czego oczekiwała od nich socjalistyczna estetyka i bylejakość. Przestrzeń publiczna zepsuta i nijaka. Coś na co współcześnie wpadamy przy okazji lektury „Wanny z kolumnadą”, bo przecież kogoś, to coś ukształtowało.

Świat, który odchodzi w niepamięć? Miejmy nadzieję, że nie. Świadek czasu, który powinien trwać.Tutaj zatrzymany w kadrze.

Dwie odsłony. Kolor i czerń&biel.

A wspomnienie Nowej Huty mam dobre.

To stamtąd w roku 1988 roku płynęła do Krakowa (i Polski) nadzieja na zmianę, na wolność. Ma dzisiaj wydźwięk pustosłowia, wtedy brzmiała bardzo odpowiedzialnie. Nowa Huta  miała postać umęczonych, prostych robotników z Solidarności, jakich nie można było znaleźć przy kawiarnianych stolikach u „Noworola”, gdzie o wolności rozprawiano, a w Nowej Hucie ją uprawiano.

Na przekór sukom milicyjnym, w których wywożono, tych złapanych, do komendy wojewódzkiej. Pomimo pękatych krów, z których przepastnych brzuchów lano na demonstrantów wodę i ich załzawiono gazem. Może tego gmachu dyrekcji jako symbolu opresji, też tak naprawdę mieli dosyć i zostawiali go za sobą wychodząc z huty? Nie wiem. Może.

Dzisiaj po prostu jest. Punkt zbiegu pamięci  i emocji, które powinny zostać z nami.  Pałac Dożów. Taka PRL-owska kpina z wolności Republiki św. Marka.

Krzywizny. Budynek dyrekcji

Sala teatralna z widokiem na lepszą przyszłość

Senatorska poręcz (Walwelska inspiracja). Budynek dyrekcji

 Klatka paradna (wspomnienie Wawelu)

Kolumnada. Wspomnienie na modernę

The reds have gone and the red chairs are still there / Czerwoni zniknęli. Czerwone (krzesła) zostały

Lenin i jego krzesło

Splendor Pałacu (fragment sali konferencyjnej). Budynek dyrekcji

Sala konferencyjna (Niemi świadkowie)

Tunel (Łącznik klasowy)

Klatka schodowa (budynek "S")

Brązy i marmury. Klatka schodowa budynek "Z"

Zdjęcie, które lubię (budynek "Z")

Patrząc w niebo (a go tam nie ma...)

Katalogi

Biblioteka (budynek "S")

Pustka

 

 

Doge’s Palace / Pałac / Photo story/ Esej fotograficzny

Some say that Doge’s Palace‚ does not recall anything  neither from the past of the Polish nor from the  European architecture.

Others think that it really does. But they say that the place was in fact inspired by the architecture of Free Republic of Saint Marcus (Venice). Of course it is irony. I hope you sense it.

In the remote suburbs of Cracov, in the place called Nowa Huta these very special buldings were erected almost 60 years ago. It’ s a rare chance to take a closer look at them. And I hope they will survive…?

***

„Pałacu Dożów” mówią, że nie przypomina niczego z przeszłości polskiej i europejskiej architektury. Inni przeciwnie widzą takie inspiracje, ale odnajdują je w architekturze Państwa św. Marka i w weneckim Pałacu Dożów. Mam nadzieję, że jesteście świadomi tej ironii i ją rozumiecie?

W odległej dzielnicy Krakowa, w miejscu zwanym Nowa Huta, blisko 60 lat temu powstał ten wyjątkowy zespół budynków. Byłem tam i zrobiłem zdjęcia. Składają się na poniższy esej fotograficzny i obraz świata, który przetrwa?

Idąc do... / Heading for steelworks Pałac / Palace

Windows / Okna / Fenstern

Curves / Krzywizny

Puste krzesła / Empty chairs

 

He is still there / Wciąż tam jest

Stairways to... / Schody do...

Ślimak / Snail

Poczekalnia / Waiting room

Vertical Accents / Akcenty pionowe

Formy / Forms

Stairways / Klatka schodowa (office building)

Formy / Forms (no. 3)

Tunel / Tunnel / Raumflucht (Nowa Huta)

Dwa światy / Two worlds (library)

Library / Biblioteka (detail)

Ślady / Fingerprints (library)

Books are gone (and so am I ) / Książek nie ma (mnie też już nie)

 

 

Poetycko w Opawie…

Nie zamierzam być kronikarzem tego co tutaj, ale o tym słów kilka.

Za sprawą długiego, nocnego czytania poezji  niemieckojęzycznej  Opawa na krótko zmieni się w miasto rozpięte między poezją Goethego, a powiastkami braci Grimm…

Idę posłuchać dalej… Aura jakby sprzyja?

Widok jaki miałby Schiller, gdyby nadal patrzył na Opawę

Poetycko pod dachami Opawy, dzisiaj...

Rotkäppchen... wyśpiewany (Opawa, 19.11. 2014)

Dywany z liści miłorzębu...

Światła (Opawa)