Biel. Barwa, której nie ma

Wszechświat bieli

To ma być wpis o fotografii, ale zacznę od tego, że będzie o słowie/słowach.

Anna Bedyńska otwierając wczoraj swoją wystawę „White power” (przypomnijmy, jedno ze zdjęć, portret „Zuzi” został nagrodzony w konkursie World Press Photo 2013 w kategorii portret inscenizowany), potrafiła ciekawie opowiedzieć o tym, czym był dla niej ten cykl, czym spotkania z ludźmi, żyjącymi na marginesie naszego postrzegania rzeczywistości i nie poddających się takim pewnikom współczesnej kultury masowej jak kanon urody, mainstream czy co tam jeszcze nie powiecie, definiując normę i estetykę dominującą.

White Power…

Po pierwsze lubię tę zdolność przezwyciężania  ambiwalencji negatywnych konotacji przypisanych do  pojęcia white power, ruchu (rasistowsko) apoteozującego białą rasę. Definicji,  która tutaj doświadcza definicyjnego odwrócenia proporcji (jest opisem mniejszości) i uwypuklenia (niemal) anielskiego dobra, jako nośnika nowej definicji… To taka lekcja pokory wobec semantycznych powiązań istniejących między słowami i obrazami.  Podważania pewników, stwarzania nowych treści.

Cykl White power jest zbiorowym (proszę o wybaczenie tego określenia) portretem mikro-społeczności polskich albinosów. Opowieścią o tym, czego (niemal) nie widzimy w naszym spektrum barwnym, mniejsza o to czy z powodu zaniechania, czy z braku zdolności do niuansowego postrzegania kolorów.

Obrazy w bieli Anny B. (piszę o obrazach, bo są dla mnie niezwykle malarskie i po raz kolejny na tym blogu wspomnę o monochromatycznych obrazach mistrzów holenderskich, których prace widzę patrząc na kadry Anny Bedyńskiej), to rozpisana na kolejne portrety, nauka akomodacji do bieli. We wszystkich jej zabieleniach, muśnięciach, poruszeniach i odnajdowaniu bieli innej od tej, z którą sąsiaduje ta pierwsza i kolejna.

Biel ma moc – pisze w swoim tekście fotografka, Myślę, że nie tylko z powodu misyjnej i społecznej funkcji tego cyklu. Także dlatego, że fotograficznie biel jest niezwykle bogata i w jakimś sensie dopiero patrząc na te portrety czujemy się obdarowani przywróceniem nas do świata, o którego istnieniu nie wiedzieliśmy. Wyjścia z naszego świata szarości i przejścia do wszechświata bieli.

Dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że biel to najjaśniejsza w naszym otoczeniu emanacja szarości…?

Jeśli pójdziemy krok dalej w tym stwierdzeniu, to taka sytuacja stanowi szansę na wyjście właśnie poza to, co oczywiste, szare i tchnie codziennością (naszego poznania).

Bardzo lubię nieoczywistości artystyczne, fotograficzne. To one kształtują istotną część odpowiedzi na pytania trudne i podstawowe, zaczynające się od słów „dlaczego” i „po co”.

Biel, oscylująca między różnymi odcieniami i temperaturami to barwa, o której mówi się, że jest umowna więc… właściwie nie istnieje? Trochę jak ludzie, o których opowiada Anna Bedyńska w swoim cyklu.

Oświetlona mocniej, biel staje się jeszcze bielsza, a jej poprzedniczka szarzeje… Biel jako barwa zanikania i odzyskiwania kształu, głębi i ludzi w niej zanurzonych?

White power cykl portretowy o ludziach, którzy zerwali z umownością istnienia. Polecam, czekam na kolejne (cykle i odkrycia).

 Anna Bedyńska (fot. Leszek Jodliński)

White Power. Fragment wystawy

Zbliżenie. White Power, fragment wystawy (Katowice, 2015)

'White power' (fragment jednego z portretów prezentowanych na wystawie)

Wernisaż. White Power, Katowice (2015)

 

[Kto: Anna Bedyńska; co: White power;  gdzie: CKKatowice, Galeria 5;

do zobaczenia do: 22 marca 2015 r.]

 

25 metrów… Pociągi pod specjalnym nadzorem…

Czeska prasa czasami jest też taka…

„Sprejarze zwiększyli aktywność. W ciągu ostatnich lat o 40%.”

Pod tym tytułem, kryje się niemal mrożąca krew w żyłach opowieść (niestety ma elementy niezamierzonej pewnie tragikomedii, gatunku tak lubianego tutaj), którą opublikował miejscowy Denik na temat tego, jak to Czeska Kolej Żelazna walczy z rodzimyni graficiarzami.

Jest w niej wszystko. Są pościgi i ucieczki. I walka. Dobrego ze złym, sztuki z wandalizmem, starego z nowym. Są i bohaterowie. Anonimowi grafficiarze (uciekający w ten sposób przed karą) i nieco papierowi, mdli bohaterowie stojący po stronie dobra (czeskich koleji).

„Nic nie tłumaczy graffiti, nawet to że jest sztuką” pisze duet dziennikarski Vilem i Magda. W walce z grafficiarzami nie pomagło póki co powołanie do życia specjalnego teamu (czes. antigraffiti tým), który ściga artystów(?), wandali (?). W tej kwestii dziennikarze, nie zawsze są konsekwnetni. 

Grafficiarze okazują się być jednak lepiej i sprawniej pracującym „týmem”. Trzyosobowa grupa grafficiarzy (czeskich dodajmy, nie wiem jaka jest norma światowa i europejska, polskiej też nie znam), potrafi w ciągu kilku minut pokryć graffiti (często są to faktycznie wandalizujące tagi) 25. metrowy fragment pociągu…

Grupa antygraffiti nie nadążą za nimi…

O tym, czy grupie antygrafficiarzy udało się tych pierwszych dogonić, wkrótce, jeśli tylko tak się stanie…

Ahoj!

Graffiti made in Poland (ścianka w okolicach d.hotelu Forum, Kraków, 2014)

(PS. Wiem, że sprawa jest poważna, ale też m.in. polskie doświadczenia uczą, że można się z problemem jakoś lepiej uporać. A w Opawie nie ma ani jednej oficjalnej ścianki dla graficiarzy, więc jakby trudno, że zdeterminowani sięgają po stare, sprawdzone miejsca i sposoby). 

Kilka słów o fotografii Arkadiusza Goli (tekst z szuflady)

„(…) Fotografia nie powinna też  oplatać tylko jednej chwili,

musi  umieć w jakiś sposób

zakonserwować coś z wymiaru ludzkiej

przestrzeni i czasu, z obrazu świata (…)”

László Bódi, (1998)

Czy znacie Górny Śląsk jaki fotografuje Arkadiusz Gola? Niech Was nie zmylą tytuły cykli fotograficznych. takich jak Riwiera, czy Kobiety z kopalni, Ludzie z węgla. W zdjęciach tych jest cała prawda o miejscach, o których czasami wiemy, że są i o ludziach tam mieszkających, o których wiemy niewiele lub wręcz wolimy ich nie zauważać. Postaci te składają się na korowód charakterów wypełniających katowicką ulicę Wodną, biedaszyby, nieistniejące już osiedle Karmańskie (po którym mkną dzisiaj samochody jadące DTŚ-ką)  czy ulice Świętochłowic-Lipin w święto Bożego Ciała…

Ciągle zresztą pozostaję pod wrażeniem zdjęcia z cyklu Boże Ciało, gdzie zamieramy w oczekiwaniu na nadejście „Jezusa, Syna Maryi”. Jakiż potencjał emocji, niewykrzyczanej, lecz wymodlonej i tkwiącej  w skupieniu i oczekiwaniu na nadejście nieuchronnego i pewnego.

Zdjęcia Goli wysycone są społecznym uwrażliwieniem, polegającym na dostrzeganiu godności osób umieszczanych w kadrze. W tej rejestracji jest próba opisywania i rozumienia, znajdowania sensów, z maksymalnie powściągniętą narracją. Ta zaś rozpina się między sferą symboliczną, a realizmem gestu człowieka, wyrazu jego twarzy, umieszczanego w kadrze przedmiotu czy miejsca (cykl Bezrobotni).

W zdjęciach tych odnajduję zainteresowania i wpływy fotografii portretowej Zofii Rydet, ale to pewnie oczywiste, gdy jak ja „jest się wciąż z Gliwic”. Nawet jeśli to mylny trop, cieszę się, że fotografia ta pozostaje w kręgu śląskiej klasyki i tak domyślnych inspiracji treściowych i formalnych.

Fotografia Arkadiusza Goli realizowana jest zarówno w kolorze, jak i w nie mniej, a może bardziej wymagającej technice czarno-białej. Skutek sięgania po kolor jest humanizujący dla podjętych tematów. Technika czarno-biała pozwala na podkreślanie walorów formalnych, kompozycyjnych i nadawaniu tak tworzonym pracom dynamiki genetycznie wynikającej z pracy reportera prasowego, którym przecież Arkadiusz Gola (wciąż) pozostaje.

[obszerny fragment mikro-tekstu napisanego przy okazji otwarcia kilka lat temu monograficznej wystawy prac Arkadiusza Goli w Muzeum Śląskim; zdjęcie Leszek Jodliński]

 Obok siebie (Siemianowice Śląskie, 2013)

Czesi jak Japończycy, czasami. Słowo na wtorek (4)

Zdziwnienie

To trochę dziwne. Czasami to o Węgrzech i Węgrach pisze się, że to europejscy outsiderzy  i nie wynika to wprost z aktualnych kontaktów Orbana  z Putinem (wspomina sie przy takich okazjach o oryginalnym języku, kulturze innej od sąsiednich, alienacji społecznej, czego skutkiem znaczna na tle Europy liczba samobójstw). A tymczasem ja tutaj o Czechach i Japończykach… Owszem zaskakujące, ale po blisko roku pobytu tutaj, nasuwają się czasami pewne porównania i analogie.

Skąd się biorą te podobieństwa? Nie wiem (jeszcze).

Ale znalazłem dwa (co z pewnością nie stanowi liczby zamkniętej), a właściwie to one mnie znalazły, gdy ostatnio podczytywałem miejscowe gazety. Czytam je sobie spokojnie (i wolno) i czytam, i oto bang! Zauważyłem, że w szybkim czasie przenoszę sie z (O)pavy do tokijskiej (O)daiby i na odwrót. Dwa światy, pozornie tylko odległe… Oba na literę ‚O’.

Języki obce

Japończycy nie mówią po angielsku, sprawa jest znana, zanalizowana. Tak jest. Każdy z nich wymieni całkiem sporo słów w tym języku (mniejsz a oto jak), wykaże się długoletnimi studiami nad językami obcymi (głównie angielskim), ale gdy przychodzi co do czego, na pytanie w jakimkolwiek innym języku niż własnym, przeciętny Japończyk zareaguje bardzo nerwowo.

Ucieka pytany na ulicy, poci się gdy nie może już uciec i powiedzmy niewerbalnie (a to silna strona komunikacji w Japonii) informuje nas, że oczekując od niego znajomości języka obcego, stawiamy go (a to już straszne i niebezpieczne) w bardzo niezręcznej sytuacji. Są wyjątki (oczywiście) i jest ich sporo, ale jak na nację 128. milionową, funkcjonującą na globalnym rynku i w relacjach międzynarodowych, jest rozczarowująco niedobrze.

Sprawę badał kiedys internetowy Japan Today i tam zawarte obserwacje potwierdzają się z moimi doświadczeniami. Winny jest system edukacji (głośnego czytania w klasie i powtarzania treści z podręcznika, przenosimy się do niemal średniowiecznego lektorium), nawyki kulturowe (w Japonii milczenie jest częścią komunikowania, nie ma imperatywu nieustannego mówienia i… w ten sposób pogłębiania znajomości języka). No, a na końcu jest też coś zupełnie niezwykłego i bolesnego, czy to się mieszkańcóm Albionu podoba, czy nie. Tym czymś jest lekko lekceważący stosunek to tego języka (innych języków obcych tym bardziej), jako skutecznego środka porozumiewania się ze światem. W dziwny sposób funkcjonuje domniemanie (graniczące z pewnością), że świat mówi po… japońsku. Cóż, przejaw mentalności wyspiarzy ktoś powie… Może. To znaczy tak to, ale to też jedynie część wyjaśnienia w tej sprawie.

No i wiedząc o tym wszystkim wpadam na krótką notatkę w dzienniku Pravo (z 11.02. 2015) i dowiaduję się, że ¾  populacji Czechów mówi jednym językiem obcym. Jest to albo angielski, albo niemiecki lub (to jest ciekawe) rosyjski. Orędownikiem tego ostatniego i jego lingwistycznym propagatorem jest prezydent kraju Miloš Zeman. Dzisiaj nie o polityce, więc nie będę przytaczał dyskusji mieszkańców, co o tym sądzą.

W grupie mówiących obcymi językami, jednak już jedynie 34% płynnie mówi po angielsku, 20% po niemiecku, no i 13% po rosyjsku. 90% Czechów zna tylko jeden język obcy. Czesi są w tej statystyce dla siebie wymagający i nie uwzględniają jako języka obcego mowy Słowaków, a przecież  znakomicie zmieniłoby to te proporcje. Brawo dla Czechów za tak pryncypialną postawę.

Brawa milkną, gdy widać jak rzeczy mają sie w praktyce. Czesi uczą się języków obcych, ale podobnie jak my i podobnie jak Japończycy, nie wspierają codziennej ich obecności w przestrzeni społecznej, publicznej.

Filmy są bardzo często dubbingowane (przypomina to sytuację żywcem przejętą z tradycji niemieckiej i japońskiej właśnie), a w typowych kontaktach biznesowych, towarzyskich (o ile nie  dotyczą relacji naprawdę międzynarodowych i realizowanych na poziomie korporacji, relacji z UE etc.), jak ognia unika się zejścia na poziom języka obcego. „Mówię po angielsku(niemiecku, polsku),  tylko gdy muszę”, to chyba najczęściej wypowiadane zdanie w języku czeskim, jakiego można się tutaj nauczyć. Nadal zresztą nie bedzie to TA sytuacja i ten rodzaj przymusu. Po takim wyjaśnieniu, już bez stresu naszego rozmówcy, dalsza część konwersacji kontynuowana będzie z pewnością po… czesku.

Biura podróży uspokajają Czechów, że tam gdzie się wybiorą na wakacje miejscowa ludność także bedzie mówiła po czesku (przynajmniej niektórzy) i … będzie prawie jak w domu (bardzo japońskie). Nawet nie wiem kiedy i jak, czuje jakbym odbywał błyskawiczną podróż na… Wyspy Japońskie. Nauka języka obcego w wielu przypadkach wciąż przypomina tradycję zgoła samurajską. Z niektórych opowieści wyłania się obraz typowego zaliczenia lektoratów na studiach wyższych „w nagrodę” za sam fakt bycia i pasywnego uczestniczenia.

Dziwne, ale dotyczy to także przedstawicieli świata mediów. Poznani dziennikarze w różnym wieku i powiedzmy mający za sobą różne ścieżki kariery zawodowej niechętnie identyfikują się z ową ¾ częścią populacji mówiącą inaczej niż po czesku (i słowacku).Choć oczywiście są wyjątki (nic nie zmeiniające).

Obraz zdziwienia i zaskoczenia, że świat takiej kompetencji od nich może oczekiwać zastanawia, a zdziwione oczy moich rozmówców po raz kolejny przypominają mi twarze widziane gdzieś na ulicach kolorowych ulicachTokio i innych większych miast Japonii. Na prowincji (japońskiej) szansa na spotkanie kogoś kto mówi językami… jest naprawdę jest bardzo mała. W tamtych warunkach doradzałbym jednak wzięcie ze sobą rozmówek lub elektronicznego tłumacza, naprawdę ułatwi (uratuje) życie. W Czechach rada dotyczyłaby zachowania ostrożności w używaniu polskiego jako języka czeskiego. Jest tak może jeszcze w Opawie, będzie czasami w Ołomuńcu, ale im dalej (na południe i zachód) tym gorzej i myślę, że prawdziwa jest sarkastyczna uwaga (nie wiem czyjego autorstwa), że mieszkańcy Pragi  mogą niekoniecznie wiedzieć o istnienieniu takiego kraju i języka (jak Polska i polski).

Tutejszy najwyższy urzędnik państwowy (niedawno wybrany), odpowiednik takiego szefa civil service (służby cywilnej) w Japonii lub Zjednoczonym Królestwie, posiada zachwalaną przez media komptencję jezykową na poziomie B2. To nieźle (bo więcej niż nic), ale już w Polsce nie mógłby się ubiegać o większość wyższych stanowisk w administracji publicznej, bo tam jest wymagany poziom C1. Niby drobiazg, ale posiada swoją symboliczną wymowę. Trzymajmy jednak kciuki za niemal-ministra (podobnie jak czynią to tutejsze media), bo wkrótce staje do kolejnego egzaminu w Brukseli i  (jak się tu mówi) ma szanse stać się szczęśliwym posiadaczem certyfikatu C 1 właśnie…

DINX I DISK. Starcie dwóch światów

Inna informacja, która sprawiła, że lektura czytanych z reguły pobieżnie tekstów tutejszych gazet, przykuła moją uwagę, dotyczyła tego, że oto Czesi, nieco jak Japończycy (porównanie jest moje, autor artykułu w Pravie z 23.02. nie czynił takowych, uspokajam), coraz później wchodzą w związek małżenski. W Japonii dało to początek ruchowi konsumencko-społecznemu, który ponad wszystko wynosi konsumpcję i życie w formule singla (DINX, rozwinięcie niżej). Rzecz ma się, jak czytam nieco podobnie w Czechach, albo to tylko moje skojarzenie?

Dzisiaj średnia wieku mężczyzny biorącego ślub to 32 lata. Wiek kobiety to około 30 lat. Jeśli zmiany w tym zakresie bedą tak szybko postępowały, to jak zauważają zaniepokojeni socjologowie, połowa mężczyzn zakładających (za kilka lat) rodzinę, będzie w wieku lat50-ciu.

Przyczyny są i tutaj, i w Japonii podobne.

Praca, praca i nadzieja, że kiedyś będzie czas na to wszystko.. Do tego dochodzi brak dawnych instytucji państwa opiekuńczego, bezrobocie, obawa przed jutrem. No, ale w Czechach egoizmu jest jakby mniej. W porównaniu z Japończykami jest o tyle lepiej, że w choć w nieformalnych związkach, to dzieci się tutaj nadal rodzą. Japońskie Double Income No Kids (DINX), tutaj funkcjonuje raczej jako DISK(?) i oznaczałoby Double Income Some(times) Kids, co daje Czechom zdecydowaną przewagę nad Japończykami i jako takie perspektywy na przyszłość… narodu. Ahoj:)

 Bez tytułu

 

Fotograf z bobrem

Właśnie kończy swój żywot w czeskich kinach film „Fotograf”, będący zbeletryzowaną biografią Jana Saudka (Czesi wolą, gdy podobny gatunek filmowy nazywany jest tragikomedią). To film o liczącej obecnie 80 lat ikonie czeskiej fotografii. Z pomnikiem nie ma jednak nic wspólnego, uspokajam.

Saudek – niepoprawny prowokator

Gdy do drzwi jego pracowni zapukał Mariusz Szczygieł czyniąc go jednym z bohaterów zbioru reportaży „Zrób sobie raj” (2010), czeski fotograf, jak mówił o sobie Saudek, był jednak chyba w lepszej formie, niż jest dzisiaj. Nie tylko dlatego, że miał mniej problemów na głowie niż ma ich dzisiaj, dzieląc się m.in. prawami (i dochodami) do własnych zdjęć ze swoją byłą partnerką i asystentką Sarą Saudkovą.

Na szczęście rutyna i rytuały życia codziennego Jana Saudka niewiele się od tamtego czasu zmieniły. No może nie jest tak trudno się do niego dostać, jak sugerował to Szczygieł. Przynajmniej w filmie  (konsultowanym przez Saudka, ba jest jego współscenarzystą), drzwi do jego mieszkania się praktycznie nie zamykają i właściwie mógłby to być film pod tytułem, „Kto ma klucz do mieszkania Jana Saudka”, bo praktycznie wciąż jest otwarte!

Saudek lubi prowokacje. Na pytanie zadane mu w radiowym wywiadzie ( w tym roku), o której godzinie i z iloma kobietami przy swoim boku dzisiaj się obudził, rozbrajająco szczerze odpowiedział, że o 4. rano i… że było ich kilka. Odpowiedź taka wywołała rodzaj łagodnego rozbawienia u przeprowadzającej wywiad  dziennikarki (pozostającej nota bene bardzo w typie Saudka, a więc blondynki z miseczką D+), niepomnej na to, że – jak dowodzi życie i statystyka – „z takimi warunkami”, przy pewnej dozie braku przezorności, błyskawicznie mogłaby dołączyć do długiej listy modelek fotografa…

Gdy jednak poczytać o Saudku nieco więcej i poznać jego relacje z mediami, to jest się niemal pewnym, że podobnie głupie pytania, sprawiają że Saudek, ku uciesze mediów, natychmiast ulega pokusie i prowokując odpowiada na nie równie „mądrze” i błyskotliwie… To część jego osobowości.

Wydaje się jednak, że dzisiaj dużo bardziej niż kiedyś Jan Saudek doświadcza krytyki swojej najnowszej twórczości i musi się zmagać z opinią, że samo zarabianie pieniędzy nie jest najlepszym źródłem inspiracji artystycznej. Z drugiej strony, gdyby tak nawet było, nie należy się takiemu podejściu Saudka do fotografii aż tak bardzo dziwić. W końcu utrzymanie 12.-14. dzieci  (Saudek znowu prowokowany, nie jest w stanie wskazać ich precyzyjnej liczby…) naprawdę musi kosztować. Zachowanie w brudzie i liszajach jego słynnych ścian, też.

Zostawmy jednak  fotografię Saudka (wydany obecnie album jego twórczości przekonuje m.in. o fantastycznych zdjęciach z wczesnego okresu jego twórczości) i jego samego (tekst ów w żaden sposób, nie ma intencji oceny jego osoby) i przejdźmy do kilku słów, które chce skreślić  na temat samego filmu.

Film

Prace nad jego scenariuszem trwały dwa lata. Uczestniczył w nich dość aktywnie sam Jan, myślę zainteresowany tym, by w narracji tego filmu (tu i teraz powiem artystycznie bardzo nierównego, bywa, że operującego wręcz farsowymi gagami), osiągnąć coś, co nazwałbym szwejkowską estetykę dialogów i obrazów. Bywa to użyteczne (film jest dość długi, więc raczej nie nuży). Bywa jednak też kłopotliwe, gdy wiedząc, że zrobiło się już smutno, nie przestaliśmy się jeszcze śmiać…

Rolę życia w tym filmie, wcielając się w postać Jana Saudka, zagrał Karel Roden, raczej mało znany polskiej publiczności. O jego grze, jeden z krytyków słusznie pisze, że wypadł z oka Janowi Saudkovi, nie doprowadzając jednak – w mojej ocenie – jego postaci, wyborów i epizodów z życia do form karykaturalnych.

Poznajemy w filmie człowieka, który mówi o sobie, że „miłuje kobiety  i chętnie rozmawia”. Głównie o kobietach, własnej samotności (jeśli ktoś to zauważy) no i o fotografii (w filmie pada kilka dobrych, choć na pozór oczywistych słów a temat tego, czym fotografia jest, a czym nie). Film jest w istocie jakąś formą hołdu złożoną sztuce fotografii i pasji jej tworzenia.

Pokazuje (tutaj moim zdaniem twórcy filmu całkowicie zawodzą  rekonstruując  doświadczenia Saudka wyniesione z Holokaustu, zbyt – przepraszam – teatralnie), że fotografia, gdy intensywna i wartościowa, mocno czerpie z naszych przeżyć, lęków i wszystkiego tego, z czego w sferze emocjonalnej jesteśmy ulepieni. Tym tworzywem w przypadku Saudka było doświadczenie Holocaustu i reglamentowana wolność twórcza w komunistycznej Czechosłowacji (także retrospektywa czasów komunistycznych jest w filmie dość schematyczna i scenograficznie mocno niechlujna).

O czym więc jest ten film?

Gdyby odrzucić to, co tylko pozornie wyłącznie zajmuje Saudka, a obraca się wokół  setek kilogramów kobiecego ciała przelewającego się na ekranie i wylewającego się niemal z każdego kadru jego zdjęcia, to najkrócej mówiąc, ten film jest właśnie o namiętności(ach).

Do fotografii, do kobiet, do powabu życia, choć – to pewne –  wielu z nas nie okazałoby zbyt dużo tolerancji dla Saudkowej wizji świata, z brudną i odartą ścianą w tle.

Ale może dzieje się tak dlatego, że Saudek (w tym  kontekście poruszająca scena w łazience, gdzie Saudek prowadzi monolog z samym sobą), próbuje w istocie nic nie udawać. W swojej szczerości nikogo nie ranić i być sobą, choć ma się wrażenie, że jedynie fotografia uprawiana przez niego, jest w stanie sprostać godzeniu tak sprzecznych  postaw i (moralnych) racji.

Ludzie, jak zauważa, nie chcą takiej szczerości, a kobiety zwłaszcza w jego filmowo – fotograficznym świecie, wpadają w pułapkę własnych nadziei, nie wierząc na początku Saudkowi, że czas i emocje im poświęcone są niewiele dłuższe od spustu migawki…

Z drugiej strony Saudek, gdyby koniecznie szukać innych, a podobnych postaw, nie jest tak bardzo wyjątkowym artystą. Z niemal wszystkimi swoimi modelkami sypiał Nobuyoshi Araki (polecam recenzję z jego wystawy w Galerii Leica na moim blogu), czy nobliwy Gustav Klimt. I na tym skończę tę wyliczankę, by podobną  listą nie zapełnić kolejnej strony wpisu na tym blogu.

Saudek wpisuje się (czy nam się to podoba czy nie) w nurt sztuki, u której źródeł stoi inspirująca, a może po prostu atawistycznie napędzająca postawę twórcy zachłanność na seksualność, a kobiety uczestniczące w tym procesie, być może (to teza) odzyskują przez tak zdefiniowane poznawanie własnej seksualności, swą tożsamość? Ten rodzaj interpretacji seksualności kobiet jako obszaru ich samopoznania (zaproponowany dla innych obszarów przez Evę Illouz) może być przydatny w rozumieniu i twórczości Saudka, i fascynacji nią, której ulegają liczne rzesze modelek i admiratorek jego twórczości… Do dyskusji (kiedyś?).

Film „Fotograf” miał swoją premierę czeską 8 stycznia 2015.

Czy trafi do polskich kin? Nie wiem i nieco wątpię. Ale jeśli ktoś ma blisko do jeszcze bliższej zagranicy, to zachęcam, w mojej ocenie warto film zobaczyć. Nagrodą będzie spotkanie z legendą czeskiej fotografii, a właściwie metalegendą Jana Saudka. Jeśli nawet on sam (pojawia się symbolicznie w filmie na jego początku i zakończeniu) nas nie przekona do siebie, to rola Karela Rodana, na długo zostanie w naszej pamięci.

No i do tego muzyka, dobra, czasami porywająca, a czasami tkliwa Jirego Chlumecky’ego. Tę na pewno będę chciał mieć kiedyś w swojej (czeskiej) kolekcji muzyki filmowej…

Fotograf (wlepka promująca film, repr. Leszek Jodliński)

Wczoraj w Pławniowicach

To była walka z czasem, z zachodzącym słońcem i narastającym chłodem.

Pachniała już obudzona ziemia.  Mimo to miejsce wydawało się mniej gościnne niż oczekiwałem.

Stare odchodzi do lamusa. Zostanie na zdjęciach, jak most nad kanałem, przy którym ks. Pawlar znalazł dwóch zabitych żołnierzy. W styczniu 1945 roku.

Za mało czasu, by podążać jego drogami, czynić porównania, jak było, a jak jest.

Kilka zdjęć i powrót i ponownie wyścig z czasem…

[Pławniowice, 17 lutego 2015 r.]

 Kanał przed zachodem

Widok ze starego mostu

Krzew gorejący (zabudowania pałacowe)

Modlitwa

Wejście do kaplicy

Sygnaturka. Pławniowice (zabudowania pałacowe, w oddali dom urzędników majątku)

Zanikanie

Pałac. Pławniowice