Ziemia Święta / Holy Land. Spojrzenie / A Glimpse (1)

Zapis podróży. Wrażeń. Marzec 2013 roku. Pierwsze spotkanie z Izraelem, Palestyną.

Notatnik subiektywny, pozbawiony potrzeby kategoryzacji.

Zdjęcia wyciągnięte z archiwum, odkurzone.

Fragment, spojrzenie, a glimpse…

***

The record of the journey. Impressions. March of the year 2013. The first visit to Israel and to Palestine…

Subjective notes, done without the  need to place motives in any specific order.

Taken from the personal archives. The dust been taken off to recall the colors and shadows…

A piece, a glimipse, spojrzenie…

Początek. Lotnisko Bena Guriona, Tel Awiw / The Beginning. Ben Gurion Airport, Tel Aviv

Via Dolorosa - Rzymska droga / Via Dolorosa (Roman Road) (Jerusalem)

W drodze na targ / Going to the market (Jerusalem in the morning)

 Idący / A walking man (Jeruzalem, Jerusalem)

Grób Boży / Holy Sepulchre (Jerusalem)

Krzyże, Krzyżyki, krzesło... / Crosses, Coptic crosses and a chair (the Monastery of the Egyptian Coptic Monks, Jerusalem)

Światło / Light (Grób Boży - Holy Sepulchre, Jerusalem)

Wetern Wall / Mur Zachodni (Jerozolima, Jerusalem)

Ściana Płaczu, część kobieca / The Wailing Wall, female section

Biblioteka / Library (The Western Wall / Ściana Płaczu, Jerusalem)

  Ściana Zachodnia / The Western Wall /

 Standstill - Zatrzymanie (The Wailing Wall / Ściana Płaczu ) Tak, słucham? / Yes, who's on line? (The Western Wall / Ściana płaczu)

Prośby i modlitwy / Requests & Prayers (Western Wall)

Góra Oliwna / Mount of Olives (to the right)

Dolina Cedronu, Grób Zachariasza / Kidron Valley, Tomb of Zechariah (Jerusalem)

Mur / Wall (on the Israeli-Palestinian Border; illegal photo since the tourists are discouraged to take any)

 

 

Pielgrzymowanie. Jerozolima Męki Pańskiej

Wędrówki śladami męki i śmierci Chrystusa w Jerozolimie, to spotkanie światów: sacrum i profanum. Sfery te zresztą przenikają się czasami bardzo niejednoznacznie…

Bo czymże innym jak swoistą ambiwalencją dla przestrzeni sacrum jest status quo obowiązujący w Bazylice Grobu Pańskiego od połowy XIX wieku (ostatnie firmany sułtana osmańskiego z 1852 i 1853 roku). Nie sam status naturalnie, precyzyjnie określający rozgraniczenie praw poszczególnych kościołów w obrębie świątyni, lecz jego następstwa. Postawa najpotężniejszych rodzin religii chrześcijańskich (Ormian, koptów, prawosławnych i katolików), które nie potrafią wyjść poza własne ograniczenia. Skutkiem tego jest widoczna niechęć, skłócenie, a w efekcie stan zaniedbania i opuszczenia, którego doświadczamy niemal na każdym kroku w jednej z najważniejszych świątyni chrześcijaństwa…

Do Bazyliki nie wchodzimy pierwotnym wejściem  (jest zamknięte; należy bodaj do Ormian lub prawosławnych, w sumie jakie to ma znaczenie do kogo, skoro zamknięte?), wielokrotnie potykamy się o śmieci, a wiele z miejsc w kościele, ma raczej piwniczny niż sakralny wymiar. Są odrapane, brudne, pachnące wilgocią i tym co w nich zostało. Świątynia, bywa remontowana tylko po to, by przeciwdziałać ewentualnym katastrofom budowlanym. Bodaj najbardziej spektakularnym przykładem tego stanu rzeczy jest stalowa konstrukcja Anastasis (budowli skrywającej grób Chrysytusa) opinająca ją „ratowniczo” od… 1947 roku.

W Bazylice trwa typowy dla tego miasta i trzech dominujących tu religii rwetes. Niemal taki sam jaki spotkamy na uliczkach Via Dolorosa. Hałas, atmosfera rozpięta między piknikiem, a miejscem naznaczonym.

Pielgrzymi w pospiechu przechodzą przez trasę w obrębie Bazyliki. Prędzej czy później trafiają do kolejki stojącej do grobu Chrystusowego, gdzie – gdy bywa bardziej gorąco – porządku poza mnichami prawosławnymi, strzeże izraelska policja.

Lśniąca powierzchnia kamienia ostatniego namaszczenia (pochodzi w istocie z początku XIX wieku) bywa tak samo celem adoracji wiernych, jak i nachalnych czynności poświęcania wszystkiego co znajdzie się w plecaku turysty, pielgrzyma, czy handlarza „świętościami”. Tam ich wino z Ziemi Świętej, staje się jeszcze bardziej święte, bo na kilka sekund położone na zimnym kamieniu. Na marmurze lądują też liczne woreczki ziemi z Ziemi Świętej, różańce, części garderoby…

Miniaturowa forma Grobu Bożego („pomniejszona” skalą całej Bazyliki) spętana w stalowym uchwycie, stoi poczerniona, ogorzała od tysięcy świec, których światło niesie modlitwę wiernych lub jest rodzajem upamiętnienia obecności w tym miejscu.To dla tych,  dla których bazylika, to jedna z wielu i kolejnych atrakcji Jerozolimy…

Trudno jest w tym miejscu znaleźć  czas i miejsce na coś, co nazwać można wyciszeniem, rozmową wewnętrzną, chwilą modlitwy…

Ale też wiem, że istotną zmianą która nastąpiła od czasu mojego pobytu w Jerozolimie, jest i to także, że wymiar tamtych zdarzeń nabrał zupełnie nowego, konkretnego kształtu. Mogę z obrazem tym polemizować, spierać się o to jaki jest (wówczas gdy rozczarowuje lub zaskakuje), ale jest ze mną i już pozostanie.

 

Droga (Jerozolima, 2013) Życie o poranku na Via (Jerozolima, 2013)

Kaplica Adama (pod Skałą Golgoty)  (Jerozolima, 2013)

"Niewiasty nakładły wonności do martwych rąk, koło nóg i pod nogi" (z objawienia Bł. Anny Emmerich) (Jerozolima, 2013; kamień ostatniego namaszczenia)

Grób (Jerozolima, 2013) Grób i pielgrzymi (Jerozolima, 2013)

Świece przy Grobie (Jerozolima, 2013)

Wejście do Grobu... (Jerozolima, 2013)

Historia zapisana... Krzyżowcy (kaplica św. Heleny; Jerozolima 2013)

Miejsce (umieszczenia Krzyża Świętego; Jerozolima, 2013)

 

 

Hanami. Delikatne muśnięcia wieczności… Zapiski z klawiatury. Japonia (16)

Patrzę przez okno. Na drzewach pojawiają się pierwsze kwiaty. Są przypomnieniem tamtych… odległych, których zwiastunem były płatki kwiatów rozsypane w świątynnych tsukubai (źródła wodne znajdujące się w świątyniach shinto dla rytualnego oczyszczenia). Na przełomie marca i kwietnia, woda szemrząc w świątynnych ogrodach, unosi z sobą ów delikatny zapach owocu wiśni…

Lektura japońskich gazet, gdy zbliża się czas kwitnienia wiśni (sakura) sprowadza się do śledzenia publikowanych w tym czasie map, na których zaznaczane są obszary Japonii, gdzie pojawiły się już ukwiecone drzewa.

Pamiętam to napięcie towarzyszące oczekiwaniu na hanami (zbiorowe oglądanie kwitnących drzew owocowych) i rodzaj powszechnego rozczarowania i niecierpliwości, która poprzedzała hanami wiosną 2007 roku. Zima nie była wówczas ciężka, ale to wiosna  jakoś się ociągała z nadejściem i podobnie było z porą kwitnienia wiśni. Miała już być, a… jakoś jej nie było. Japońscy znajomi chodzili lekko nieswoi i widać było, że w oczekiwaniu tym jest coś więcej niż niespełniona potrzeba uczestniczenia w wyjątkowym spektaklu przyrody, jaki się w tym czasie dokonuje na oczach setek tysięcy osób. Nie tracili jednak czasu. Rezerwowali miejsca pod drzewami, z mozołem rozkładali maty, tradycyjnie w kolorze niebieskim, choć nikt nie wie dlaczego… (niebieskie są właśnie), gromadzili piwo i sake…

Moja niecierpliwość była innego rodzaju. Dotyczyła w istocie pragnienia zobaczenia czegoś, o czym wiedziałem, że jest niezwykle mocno wpisane w kulturę i tradycję japońską. Oczekiwanie zawierało w sobie symboliczną wymowę hanami. Miało tę słodko-gorzką emocję, że być może będzie to pierwsze i jedyne hanami, które kiedykolwiek zobaczę… Nastrój bliski  temu jaki odnaleźć można w niemieckim filmie Hanami – kwiat wiśni (2008; reż. Doris Dörrie).

Był schyłek marca 2007 roku, gdy drzewa zakwitły.  Szczęśliwie stało się to pod koniec tygodnia i już nic ani nikt nie mógł powstrzymać mnie, by hanami stało się i moim doświadczeniem…

Pchany ciekawością poszedłem najpierw do ogrodów świątyni Yasukuni, by przy okazji zgromadzić materiał fotograficzny do pisanej wówczas pracy. Zaraz potem, zawróciłem, by oddać się zbiorowemu oglądaniu kwitnących drzew wiśni wokół cesarskiego pałacu w Tokio.

Wyposażony w zestaw lunchowy bento rozsiadłem się pod jednym z setek drzew i posilając się zieloną herbatą serwowaną na wysokości teatru narodowego, kontemplowałem urodę miejsca, smak bentowego nigiri i wnikałem w prostą metaforę czasu kwitnienia wiśni. W chwilę potem krążąc pośród rzeszy Japończyków, doświadczałem ulotnego charakteru piękna i symboliki życia i przemijania jaką z sobą niesie… kwiat wiśni. Pączkowania, a potem kwitnienia – narodzin i krótkiej egzystencji, kończącej się na kwietnym kobiercu ułożonym poniżej drzew, czy równie  malowniczo, na wodach okalających pałac… Wiem, że tak napisane brzmi to banalnie, fotograficznie ociera się o kicz absolutny, ale dokładnie ten rodzaj emocji odczuwałem i podzielałem wraz z tymi, co wokół…

Myślę, że nie byłoby to możliwe chłonięcie atmosfery hanami, bez wcześniejszego doświadczenia koyo, zwyczaju zbiorowego oglądania opadania liści z drzew jesienią. Schyłek roku i moment zbliżającego się końca wegetacji roślin jest kolejnym momentem doświadczania cykli życia przez Japończyków. Te dwa pozornie odlegle bieguny odczuwania łączy bardzo wiele… Początek i koniec.

Reszta opowieści o hanami to historia czasu spędzonego pod zielonym listowiem drzew czereśni, wiśni czy moreli. Mikro historie płatków kwiatów opadających na kulki sushi i ciasteczka z pasty sojowej. Smak piwa Asashi z odległego Hokkaido i schłodzonej sake z nie wiem skąd. I godzin rozmów, które jak rzadko w tym kraju były okazją do odnajdowania wspólnoty i rozbudzenia tęsknoty za kolejnym hanami, choć to wciąż jeszcze trwało…

Prognoza kwitnienia wiśni (wiosna 2007; źródło: The Japan Times)

Sacura & seven boats (Tokio, fosa pałacu cesarskiego, 2007)

Widok (Tokio; okolice pałacu cesarskiego, 2007)

Moja sakura (Tokio, 2007)

Zanim opadną (cykl: Hanami, Tokio 2007)

Sakura, saakurra! (cykl: Hanami, 2007)

Sakura, sakura... (Tokio, 2007)

Cesarska sakura (Tokio, 2007)

A o poranku błękitne maty pustoszeją... (seria: Hanami, 2007)

Two men and sacura (in the background) (Tokio, 2007)

Catching the moment (2) (Tokio, Sakura 2007) Catching the moment (seria: Hanami, 2007)

Sakura za oknem... (GRIPS, Tokio, 2007)

Sacura and boats (2)

Inna perspektywa…

Czy pomyśleliście jak to jest nie chodzić? No tak myśleć, że „chodzę”, ale gdy przychodzi co do czego, to nie móc?

Życie jest jakby bardziej niejednoznaczne i chwiejne. Trzymasz w rękach kule albo to one cie niosą (co za absurdalna poetyka) i doświadczasz niejednoznaczności pojęcia równowagi… Gubisz ją niemal z każdym krokiem i błogosławisz jej odzyskiwanie?  Nagle przydaje się jedna z tych asan (vrksasana) zwana po ludzku „drzewem” i utrzymywanie równowagi jest przez chwilę prostsze… No do czasu jak nie rąbniesz o podłogę i zrozumiesz, że brak tej drugiej nogi to problem…

Bywa też śmiesznie. Na przykład w toalecie. Nie, nic obscenicznego. Umyjcie głowę jedną ręką… To naprawdę ubaw po pachy i podłoga cała w mydlinach. Ale głowa czysta. No powiedzmy. Mokra z pewnością.

Nie pokoi listonosz dzwoniący (nawet) dwa razy (co za brak taktu i nieznajomość historii kina), bo nikt mu i tak nie otworzy.

Jedzenie i przygotowanie posiłku może zmienić stosunek do teorii Brunona Tauta i jego koncepcji projektowania kuchni (z wczesnych lat Bauhausu), doradzającą, by tak ją projektować, by kobieta nie ruszała się z miejsca… (ku własnej wygodzie). Przyznaję, że ceniąc go za inne słowa i projekty, tę wypowiedź potępiałem za tkwiący w niej rodzaj męskiego szowinizmu… Nic bardziej błędnego, facet wiedział co pisał i dzisiaj marzyłbym o takim cudzie planowana przestrzeni intymnej 2x2m… (z eleganckim standem na kule).

Ten tekst jak każdy tutaj, powstaje z … (odsyłam do tekstu pierwszego na blogu) i potrzeby ocalenia (co ja bym zrobił, bez Olgi Tokarczuk). Zachowania siebie, myśli, emocji. Mam wręcz taką nadzieję, że służyć będzie memu pamiętaniu. Jak to jest nie móc, jak to jest przyjąć (chcąc nie chcąc akceptować) stan odmienny od zastanego, jeszcze wczoraj uznany za oczywisty.

Kiedyś irytowały mnie pytania, dlaczego robiłem, to co robiłem dla niewidomych w Muzeum Śląskim?! „Masz kogoś niewidomego w rodzinie?” – pytano. Tamten rodzaj empatii wydawał mi się oczywisty (dla mnie). Był podobny do tego u Kennedy’ego, gdy mówił berlińczykom „Ich bin ein Berliner”. Takie gesty dodają otuchy.

Teraz, gdy łapie równowagę, obiecuje sobie nie zapomnieć tego stanu i jak to jest. A bywa i śmiesznie i strasznie… Dobry powód, by nie zapomnieć. Już mam pomysł na kule, co się nie przewracają… Bardzo ułatwiłyby mi życie…

Metropolis i Lewiatan

Niedawno, z ròżnych powodòw obejrzałem te dwa filmy. „Metropolis i „”Lewiatan”. Odległe. Dzieli je prawie sto lat. Rok 1927 i 2014. Dwie różne wizje świata.W jakimś sensie to smutne, gdy utopia przeradza się w antyutopie.

„Metropolis” genialnie opowiada o świecie przyszłości ( a mówi to ktoś kto nie jest zagorzałym sympatykiem Philipa K. Dicka i gatunku si-fi w ogóle), w którym mamy biegunowy, klasowy podział na światy, tym którym jednym jest dobrze, a inni są ofiarami tego podziału i tej formy redystrybucji. Jasne i proste przesłanie. Film ma zresztą, jak w klasycznej analizie Panovsky’ego kilka warstw i odniesień. Skupiam się na tej jednej. Na końcu jednak tej opowieści utopijnie i bardzo w duchu awangardy politycznej tego czasu, obie grupy odnajdują wspólny język i tworzą jedno, zgodne społeczeństwo. Pewnie ta ida ein Volk (jednego narodu) w istocie bardzo ekpresjonistyczna, tak uwiodła nazistów i przekonała też do dzieła F.Langa. To taki smutny przypadek kiedy artysta traci wpływ na interpretację swego dzieła… choć kto nie lubi opowieści o światach dla siebie idealnych.

„Lewiatan” był rosyjskim kandydatem do OSCARA 2014. Tym razem to antyutopia świata i systemu. Uniwersum, w którym nie ma innego ładu niż tego opartego na złu. Dobra tam niewiele, leje się morze rosyjskiej wódki i jeśli istotą życia jest uprawianie zła, to trafiliśmy pod właściwy adres. Takim jest obraz Rosji, gdzieś tam na dalekowschodnim wybrzeżu. Obraz tyleż metaforyczny, co dziwnie rosyjsko przekonujący. Przynajmniej dla każdego kto był na Wschodzie.Tamtym.

„Lewiatan” jest filmem o świecie, w którym nie spełnia się mit sprawiedliwości triumfującej jak w innym klasyku „Dwunastu gniewnych”(1957). Taki obraz musi więc poruszać, czynić pesymistą co do tego, co dalej i w jakim świecie żyjemy. Co dalej ze światem, w którym ludziom odbierane są marzenia i nadzieja na jutro?

Pisanie ocala. To dobrze. Chce w to wierzyć. Gdy leżę złożony chorobą, mam nadzieję, że kogoś poza mną ocalam też…

bez tytułu