Zapiski z podróży. Dolny Śląsk

Dziwna podróż. Niejasny cel.

Zdjęcia, jako rekompensata?

Światy odkrywane i utrwalane.

Zachwyt nad urodą miejsc mijanych.

Zdjęcie podwórza – wspomnienie Gabinetu Doktora Caligari…  Dreszcz emocji…

 

Pejzaż (okolice Kamienca Ząbkowickiego)

Góry (Bila Voda, pogranicze polsko-czeskie)

Most (Kłodzko, o poranku)

Elektrownia (Kłodzko)

Podwórze / Monochromat niemal doskonały (Kłodzko)

Znak (cmentarz żydowski w Karnowie/Krnovie)

 Przebarwienia. Cmentarz żydowski w Krnowie (dedykowane)

Anioł z księżycem w ręku

Wczorajsza podróż była dla mnie niezwykła. Droga, prowadziła od Pałacu w Kuninie, przez wyludniony Nowy Jiczyn, by wreszcie, na chwilę, zatrzymać się na równie (jak w Nowym Jiczynie) opustoszałym rynku we Fulneku.

Niezwykłość tej podróży dotyczyła wyłącznie mnie. Miejsca, które wymieniam, niczym szczególnym się wczoraj nie wyróżniały, choć łączyła je właśnie owa czasami przygnębiająca, a czasami nostalgiczna pustka. Myśląc o tych smutnie wyludnionych ulicach Fulneka, Nowego Jiczyna, w jakimś sensie życzyłem tym miastom, by wróciło do nich życie. Jakieś. Kiedyś. Pamiętane przez niektóre z ulic, którymi szedłem.

Na miejscu odniosłem  wrażenie, że słupy morowe które wzniesiono na rynkach obu miast w XVIII wieku dotyczą w istocie kataklizmów zupełnie niedawnych i stąd tak przerażające, smutne i nieludzko puste przestrzenie wokół nas.

Pozostając pod wrażeniem tego co wokół, moja lekko filmowa wyobraźnia natychmiast się uruchamia. Pewnie dlatego, szczególnie Fulnek, jawi mi się jak klaustrofobiczne kulisy jedynego polskiego ‘westernu’ „Prawo i pięść” (1964 r.; z wyjątkową muzyką Krzysztofa Komedy) z nieobecnymi mieszkańcami.

Na ogromnym rynku we Fulneku (współcześnie plac Komeńskiego) mocniej zaciskam w dłoni aparat, gdy mija mnie wypity nędzarz czy trzech Romów, bez celu zmieniających co jakiś czas jedną ławkę na kolejną. Wiem, stereotypy i uprzedzenia, ale naprawdę wyglądają źle. Po chwili rozumiem, że to ja jestem dla nich większą atrakcją, niż oni dla mnie. Gram więc swoją rolę, gdy z zaciekawieniem wspinam się po schodach na wzgórze zajmowane przez Kościół Najświętszej Trójcy, dominujący (obok górującego nad miastem zamku), ponad rynkiem miasta. Kościół istotnie (odnoszę to „istotnie” do tego, co piszą o nim moi koledzy po fachu) jest wybitny i piękny w swoim barokowym kostiumie (pochodzi z 1749 roku, a zaprojektował go architekt arcybiskupa z Ołomuńca, Nikolaus Thallherr). Gdy patrzę na jego fasadę w promieniach zachodzącego słońca, wiem że mam szczęście, bo może właśnie dla tego widoku tutaj jestem?  Na zamek nie dotrę. Jest zbyt późno, a ja nadal nie mogę tyle i tak intensywnie chodzić, by w krótkim czasie, nim zapadnie zmrok powrócić z zamkowego wzgórza.

Fulnek wyznacza geograficzny koniec czeskiego Śląska. W znakomitej części należy do Moraw, jego jedynie północny fragment znajdujący się za miejscowym potokiem (Husi Potok) to ostatnie skrawki także mojego Śląska…

Tej pograniczności tu nie ma i sensu szukania jej także. Wygnano ją w 1945 roku w całości deportując miejscowych Niemców (podobnie jak z Nowego Jiczyna). I znowu nie mogę się oprzeć wrażeniu, że to co widzę bardzo mocno przypomina mi obrazy skądinąd i podobną wyrwę, jaką po 1968 roku nosił w sobie krakowski Kazimierz, a którą widać było tam jeszcze w późnych latach 80.tych XX wieku. Tam była pustka po Żydach, tutaj po Niemcach.

Obecność przez nieistnienie. A w tym wszystkim miasto, które nie może sobie z tą nieobecnością mieszkańców poradzić. Pytanie o to „co zrobię dzisiaj”, które zazwyczaj beztrosko sobie stawiamy budząc się w sobotni poranek, tutaj może nie znajdować dobrej odpowiedzi… Przygnębiające.

Jeszcze na chwilę powracam wzrokiem na wzgórze i zaglądam do oczu figurom aniołów stojących u szczytu klasztornych schodów. I widzę jak w dłoni jednego z nich pojawia się księżyc… Widok zapada w pamięć i ten zabieram ze sobą. Jest inny od zionącego pustką rynku i mniej przygnębiający od obrazu męczeństwa św. Nepomucena rozgrywającego się na jednym z sąsiadujących z rzeźbą anioła cokołów…

Beskidy ( widziane u wrót miasta, Fulnek) Zamek (Fulnek) widziany z drogi do...

Kościół Najświętszej Trójcy (Fulnek, 2015)

Anioł (Fulnek; wzgórze kościelne)

Codzienne męczenstwo sv. Nepomuka (św. Nepomucena, Fulnek; kolumna figury na wzgórzu kościelnym)

Fulnek płonie... (skojarzenie z "Wyszków tonie" przypadkowe, if) Kontury z wieżą ratusza (Fulnek, 27.04)

Detal (drzwi do kościoła Najświętszej Trójcy, Fulnek, 2015)

Wzgórze zamkowe (Fulnek)

Gasnąc... (Fulnek, 27.04)

Schody i samochody (Fulnek, rynek miasta)

Anioł z Księżycem (real photo) Anioł z Księżycem (wersja 2)

Historia (simple story). W tle dywizjonu 303 i innych walczący w Bitwie o Anglię

To było już blisko dwadzieścia lat temu. Zakładam, że osoby, które opowiedziały mi tę historię już niestety nie żyją. Wierzę jednak, że ktoś w małej wiosce koło angielskiego Herstmoceux w East Sussex, opowiada ją tak, jak ja Wam teraz, by po po prostu trwała. To smutne, że pewne historie blakną, zapomniane, nie powtarzane. Płowieją, tracą ostrość, a osoby nazwiska i tożsamość. Coś w ten sposób uratuję? Nie wszystko, wiem.

Niestety, tak będzie trochę w tym przypadku. Nie będzie zbyt wielu dat, nazwisk. Tych ostatnich niemal w ogóle. To źle. Odbiera historii smak i aromaty. Tworzy wyłącznie legendę, ludowe podanie. Mimo to spróbuję.

Opowiedziano mi tą historię w pobliżu bajkowo (do dziś) wyglądającego zamku w Herstmonceux. Sprawdźcie na mapie i u Pana Google’a. Jeśli będziecie w okolicy przy okazji, zaglądnijcie, koniecznie!

W pobliskiej okolicy mieszkało w tym czasie (1997) nadal wielu ludzi, którzy pamiętali dobrze II wojnę światową i Bitwę o Anglię. Opowiadali o niej chętnie, a w kimś takim jak ja znaleźli wiernego, choć – widzę to po latach – niezbyt uważnego i dociekliwego słuchacza. Zresztą może historia była kompletna, tylko ja ją zapomniałem?

Opowiedziano mi ją w małym klasycznym angielskim domku, takim cottage, który pamiętał czasy babci równie nobliwej pani domu, która opowiadała mi tę historię. Dom więc był stary. Bardzo. Pełno w nim było przedmiotów, które pamiętały poprzednie pokolenia jego mieszkańców, a serwowana English Tea, podawana była w ślubnej zastawie gospodyni. Nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie fakt, że była to zastawa odziedziczona po owej babce i wciąż istniała. Sekret wyjaśnił się szybko, przez kolejne dekady niemal w całości się wytłukła, wymieniano ją systematycznie zastępując nowymi sztukami, a z „tamtej, babcinej” pozostał zaledwie jeden talerzyk deserowy i filiżanka (to coś ku nauce polskich producentów porcelany, nieważne).

Piliśmy tą herbatę, pogryzając ciastem i smakując dżemem truskawkowym, gdy nagle nobliwa pani uśmiechnęła się (bardziej do siebie miałem wrażenie), tak „do środka” i opowiedziała mi TĄ historię. Bo skoro jestem z Polski, skoro mogę to zrozumieć, to zapewne będzie to dla mnie interesujące (może nawet zauważyła, że będzie to ciekawsze niż opowiadania męża o jego przygodach w parkach narodowych całego świata, które tak chętnie zwiedzał).

Hmm, no dobrze – pomyślałem – herbaty było dość w filiżance, ciasta też, jakoś przetrwam.

Był rok więc rok 1940 i trwała bitwa o Anglię. I była wojna – pani zawiesiła głos, a ja pomyślałem, wiem, że była („od roku”, dodałem z sarkazmem). A na naszym niebie późnym latem tego roku wciąż latały klucze samolotów naszych, niemieckich, pojedyncze lub w grupach.

(Tu dodam, że jak tylko popatrzycie na mapę, to zobaczycie jak blisko jest z Herstmonceux do kanału La Manche/English Channel i znajdującego się niemal na wysokości Herstmonceux, cypla skalnego Seven Sisters. Miejsca magicznego, wyniosłego, o spektakularnej urodzie. Wapiennego klifu skalnego, bielejącego z oddali i wyglądającego jak nasze pienińskie Trzy Korony (x2,3). To miejsce ikoniczne, typowa sceneria (aż do jej zbanalizowania), którą pokazywano przy okazji różnych produkcji historycznych z okresu bitwy o Anglię, czy jako plenery dla historii z wczesnego średniowiecza, gdy Jan bez Ziemi, wkraczał na ziemię Korony, właśnie na wysokości Dover i owych siedmiu bielejących skał).

Wróćmy do naszej historii.

Latały więc owe samoloty, a miejscowa ludność od czasu do czasu widziała też że niektóre z nich spadają z nieboskłonu, po czym bliżej lub dalej rozlegała się jakaś (cichsza lub głośniejsza) eksplozja. No wojna. Wiadomo.

Po okolicy szalała Home Guard, do której zaciągnęli się ochotniczo mężczyźni z racji wieku i innych powodów nie zmobilizowani do armii J.K. Mości.

Pewnego razu niemal nad ich wioską (niestety nie pamiętam gdzie dokładnie mieszkali moi gospodarze, jak wierzę gdzieś przy Church Road, nieco właśnie na uboczu Herstmonceux)  pojawił się samolot, zbyt szybko by zobaczyć jaki, niemiecki czy RAF-u, po czym niewiele później z hukiem eksplodował (gdzieś od strony wybrzeża).

Wkrótce nad ich głowami wystrzeliła w powietrze czasza spadochronu, pewnie za późno, bo bardzo szybko opadła i znajdujący się pod nim pilot, osiadł na drzewie… Z oddali już było słychać jęki nieszczęśnika. Ten mimo to odciął się od spadochronu i spadł (?), skoczył (?) na ziemię. Nie miał już siły iść, raczej lekko czołgając się pozostawał niemal w tym samym miejscu. Wkrótce otoczyła go Gwardia Domowa i… rozkazała nieszczęśnikowi by się poddał, podniósł ręce do góry (scena w jakimś stopniu podobna do tej z filmu ‘Bloody Foreigners. The Untold Battle of Britain’, właśnie). Co prawda nie widziano nigdy wcześniej  niemieckiego pilota, ale  ten w dziwny sposób nie wyglądał przekonująco, gdy zaczął mówić, że jest pilotem RAF-u… Właściwie, to nie wiadomo co powiedział, bo nikt go nie zrozumiał… Tak źle „mówił – nie mówił” po angielsku. Staruszkowie z HG szybko ustalili między sobą (miał podobno wykrzyczeć też, że I’m Polish, ale nikt tego potem nie potwierdzał), że wygląd i jego angielski predestynuje go wyłącznie do jednej roli: zestrzelonego niemieckiego szpiega (bo mundur istotnie był jakby-brytyjski).

Żołnierz się nie poddawał, więc po okrążeniu zaczęto go niemiłosiernie okładać drągami. Chcąc pochwycić żywego, a nie martwego, nie używano broni. Pobito go całkiem poważnie, aż przestał się ruszać i… pozbawiony przytomności „poddał” się żołnierzom z HG, ku uciesze bojowników z Gwardii. Zaniesiono na posterunek miejscowej policji, powiadomiono wojsko.

Już na posterunku (był równie mały, jak miejscowy pub uważany za najmniejszy w Anglii) zrozumiano, że nie jest to Niemiec, a naszywka Poland i rozmowa z przedstawicielem wojska jednoznacznie potwierdziła, że to żołnierz, pilot RAF-u i Polak właśnie (cokolwiek to znaczyło).

Konsternacja i zawstydzenie było ogromne. Co prawda, coś tam mówiono o fatalnym angielskim tego niby pilota RAF-u (kto to widział, by tak źle mówić po angielsku nosząc brytyjski mundur), ale nie wiedziano tak naprawdę co w tej sytuacji zrobić.

Pomysł przyszedł nagle i spontanicznie. Uznano, że tak jak niemal wszyscy przyłożyli rękę do jego zmaltretowania, tak teraz cała wioska, solidarnie się nim zajmie i dopiero zdrowego, wypuści do bazy, w której stacjonował.

Kolejne tygodnie upłynęły na leczeniu i pielęgnacji Władysława(?- no właśnie, tutaj zaczyna się problem, imię mi umknęło, ale może to był właśnie Władysław). Polak powracał do zdrowia i dodatkowa korzyść, coraz lepiej mówił po angielsku! Minęło sześć tygodni i już dość dobrym stanie mógł samodzielnie chodzić (miał złamaną nogę) odwiedzając kolejne domy, gdzie go obficie karmiono (niezbyt typowe w Anglii), przepraszano i serdecznie podejmowano. Gdy opuszczał wioskę, był chyba najbardziej znanym (zapewne jedynym) Polakiem w okolicy, o którego istnieniu widział każdy, od malca po starca. „Super hero, nasz Polak”.

Władysław szczęśliwie latał dalej. Każdego lata odwiedzał wioskę i jak wówczas, gdy  po rekonwalescencji wracał do jednostki, tak po każdym z tych wakacyjnych pobytów, otrzymywał (cenne w tych czasach) kosz jedzenia, piwo i wszystko, co wioska zebrała, by „ich pilotowi”, niczego nie brakowało.

Po 1945 roku lub nieco później Władysław zdecydował się na powrót do Polski. Chyba w 1947 r., ale to dla historii nie ma znaczenia. Dość na tym, że zanim wyjechał odwiedził swoją wioskę i ludzi tam mieszkających, by się z nimi pożegnać. Zostawił adres. Były rzewne łzy i pytania, czy na pewno dobrze robi i zapewnienia, że oni nigdy nie zapomną.

Kontakty z polskim pilotem nie ustały (miał mieszkać gdzieś na południu Polski), a wioska każdego roku na święta, urodziny Władysława słała mu paczki, nie wprost mówiąc „przepraszamy i pamiętamy”. Aż do jego śmierci, gdzieś w latach osiemdziesiątych 20. wieku.

Taka historia, o polskim pilocie i osadzie w East Sussex, w której o nim pamiętano, a wcześniej nie wiedząc że walczy i za ich dom, obito przykładnie wbijając do głowy potrzebę nauki angielskiego.

Ucukrzona historia? Może. O tyle jednak wyjątkowa, że autentyczna i poruszająca. Kobieta, która mi o niej opowiadała miała łzy w oczach. Ja chyba też bym miał, gdyby nie fakt, że tak się (zasadniczo) dobrze skończyła… i była jednym z wielu (był rok 1997 przypomnę) przykładów ogromnie żywej pamięci o polskich pilotach z czasów bitwy o Anglię, z jaką się spotkałem.

Niech trwa (opowieść). O pamięć ludzi tam żyjących (nie polityków) jestem też spokojny, bo opowieść o polskim pilocie wrosła w miejscową historię, jak wiekowe dęby przy All Saints Church w Herstmonceux i nie zmiecie jej nic, podobnie jak serwisu ślubnego Pani Smith (o, przypomniało mi się jej nazwisko)…

 ***

Historia zainspirowana dokumentem: Bloody Foreigners. Untold Battle of Britain polecam.

 

Pochłonięcie

Lubie takie wieczory jak ten dzisiaj. Krążę między Opawą, a Raciborzem i zatapiam się w bezkresie pól, kolorów, zapachów.

Nie mogę się oprzeć temu, by nie stanąć koło kaplicy przed wjazdem do Rohova. Niemal automatycznie zatrzymuje samochód,  by być choć na chwilę, zrobić zdjęcie, zaciągnąć się i odurzyć powietrzem.

Gdy robi się szarawo, rzeczy tracą kontur i zmieniają fakturę. Miękną, zapadają się w sobie. Niektóre nabierają cech futrzanych przedmiotów Meret Oppenheim. Może tak właśnie wpadła na pomysł  swojej futrzanej zastawy i raz ciach ciach (bo tak chyba się sprawia się zwierzęta) powołała ją do życia, pozbawiając je ostatniego tchnienia ? Idea okupiona odarciem ze skóry?

To moja surrealistyczna wizja pośrodku pustych pól i kwitnących drzew (rozpoznaję to po zapachu. bo już nic nie widać).

Miasto. Lubię też domy takie jak ten. Ktoś go zbudował w 1910 roku. Dzisiaj oglądam go i wiem, że jego stan opuszczenia jest tym, który mnie pcha ku niemu. Stanowi zagadkę. Tajemniczość miejsc,  których istnienie jest coraz bardziej problematyczne.

Czym innym jest poddasze. Czuję bliskość nieba, jest jakby na wyciągnięcie. Cienie i światłocienie. Anachronizm estetyczny w dobie iPada.

Kapliczka

Rozmycie (przybieranie nowej formy)

 

(Pod) ziemią (Piwniczka)

Poddasze

Znaki i godzina zero

Opawa ma kolosalne problemy z pamięcią.

Gdy dzisiaj świętuje się tu rocznicę 1945 roku, pisze się i mówi o „umarłym mieście” i  „godzinie zero”. Zero, czyli wcześniej czy potem niczego nie było? Co umarło? A co zostało?

Spacer po ulicach miasta, które przetrwały tamten czas uświadamia, że z pamięcią nie byłoby tak może źle, gdyby dokładniej rozejrzano się dookoła.

Są kościoły, które nie są świątyniami,  puste i zamknięte kościoły, do których nie wejdziemy. Ślady komunizmu i negowania wszystkiego, co było.

Na ścianach domów przeczytamy wypisane cyrylicą ogłoszenia o kwarantannie do 1 lipca… 1945 r.? Napisy nieczytelne z godziny „zero”. Jakiej zero skoro są?   Istnieją. Zostały.

Nie potrafię przejść obojętnie koło budynku przy nieistniejącej synagodze (a był jej częścią) nie patrząc na cegły noszące ślady ludzkich dłoni. Odciski sprzed godziny „zero”. To też null, nic, bo ich nie ma, bo milczą świadkowie i budowniczy?

Relief będący pochwałą tego co było po 1945 roku, sąsiaduje z reklamą dawnej wytwórni neonów, tak samo nierealnych jak „prawda” socrealistycznej propagandy. Potykam się o znaki, tyle ich wokół. Tylko ja je widzę?

Opawa naznaczona. Przed i po godzinie zero…

Kwarantanna

Rosjanie napisali (1945)

Ślady dłoni (sprzed 1945 r.)

Relief (lata 50-te XX wieku)

Zgasły neon (lata 60-te XX wieku)

Wpółotwarte drzwi

Widziane przez kraty (wnętrze jednego z opawskich kościołów)

Spotkanie. Zapis (Dzienniki Franza Pawlara)

Przyjechałem wczoraj do Bieńkowic z ogromnymi nadziejami. Była też trema. To oczywiste. Nie wiedziałem jak uda się spotkanie z siostrzeńcem księdza Franza Pawlara, Franciszkiem Korczokiem… Nie godom po ślonsku, a moje krakowskie numery niekoniecznie bywają w takich razach pomocne… No i nie zawsze równoważą fakt, że moim miejscem na ziemi są po trzykroć bardziej Gliwice, niż inne z miejsc, w których dane mi było żyć i mieszkać.

Wszystkie te obawy były zupełnie niepotrzebne…

Przywitał mnie pogodny starszy człowiek, podobny do swego nieżyjącego wuja. Podobieństwo to ujawnia się w czasie. Narasta i jednym z jego przejawów jest wspólne im obu zamiłowanie do historii.

Rozmawiamy niejako równolegle o człowieku, którego każdy z nas poznał inaczej. Ja wyłącznie za sprawą jego czteromiesięcznych zapisków z 1945 roku, a Franciszek Korczok mówi po prostu o swoim „ujku”, postaci z krwi i kości. O kimś (na przykład) kto będąc na emeryturze każdego dnia, przez osiemnaście lat jadał w jego domu obiady…

Spędziłem w domu państwa Korczoków blisko trzy godziny, odbywając fascynującą wyprawę do przeszłości, znacznie lepiej poznając śp. księdza Franza Pawlara, autora Dzienników, które jakiś czas temu, w odcinkach publikowałem na moim blogu. Niektóre z domysłów i przypuszczeń na temat Franza Pawlara się potwierdziły, inne przerosły moje najśmielsze oczekiwania (jak na przykład to, że znał osiem języków obcych, a w czasach nazistowskich był wielokrotnie (z pamiętników wynikało, że raz) aresztowany i więziony.

Materiał fotograficzny i dokumentacyjny jaki zgromadziłem podczas tego spotkania jest naprawdę bogaty i już teraz jestem ogromnie wdzięczny za jego udostępnienie. To kilkadziesiąt zdjęć z życia księdza Pawlara. Z okresu studiów we Wrocławiu, prymicji, posługi w Pławniowicach i z czasu po 1945 roku.

Wyjątkowo tym razem nie będę ich publikował, poza jednym jedynym zdjęciem pochodzącym z okresu, gdy już na emeryturze bywał w domu, w którym i ja wczoraj się znalazłem. Zdjęcia znajdą się w pamiętnikach, który – już to wiem – na pewno opublikuję. Tam wzbogacą, uzupełnią obrazy skreślone przez księdza w 1945 roku.

Gdy opuszczam o zachodzie Bieńkowice, mijam pomnik który pierwotnie powstał w 1871 roku (po wojnie prusko-francuskiej), potem wraz z kolejnymi wojnami był rozbudowywany i… niszczony. Takim, by był jak dzisiaj, zrekonstruowano go w 2004 roku.

Przy wejściu w obejście wokół krzyża, umieszczono dwujęzyczną tablicę z rozpoczynającym tekst zapytaniem „Dlaczego?” Nie mam dobrej odpowiedzi na to pytanie, ale wiem, że wciąż czeka ono na swoją odpowiedź. Jest dobrą metaforą losów Górnego Śląska.

Odpowiedz, która czeka na współczesne, nowoczesne opisanie losów Śląska i Ślązaków. Takimi będą dzienniki księdza Pawlara.

 Ksiądz Franz Pawlar u schyłku życia

Pan Franciszek Korczok

Pomnik (Bieńkowice, 2015) Dlaczego?

Bieńkowice, zanim zapadnie zmierzch (wczoraj 21 kwietnia 2015 r.)

Cielesność Natalii LL lub banan, jako mroczny przedmiot pożądania…

Wystawy Natalii LL już nie ma. Trwała do niedzieli 19. kwietnia 2015 r., więc to raczej opowieść o czymś czego już nie zobaczycie, choć tworząc ten wpis miałem nadzieję, że zdążę przed jej zamknięciem. Mimo tego, że piszę o czymś już obiektywnie nieistniejącym, to jednak poświęcę tej wystawie kilka słów uwagi, bo była naprawdę świetna i z kilku powodów wyjątkowa.

Wyjątkowa, bo po niemal 16 latach, była pierwszą tak dużą monograficzną prezentacją twórczości  Natalii LL.  Dodatkowo miała to szczęście (co nie jest w Polsce normą, o czym wie każdy odwiedzający polskie muzea i galerie), że uzyskała naprawdę doskonałą oprawę scenograficzną autorstwa Małgorzaty Szcześniak. Dyspozycja kolorów i płaszczyzn oraz kształtowanie przestrzeni sal ekspozycyjnych świetnie dopełniało fotograficzne wydruki i zdjęcia oraz wideo-instalacje artystki.  Szcześniak kreowała w wielu przypadkach swoistą camerę obscurę, przez którą oglądaliśmy  obrazy Natalii LL  i ich  zwielokrotnienia. Czasami natomiast, my widzowie zanurzaliśmy się w tej przestrzeni, podobnie jak banan ginący w ustach modelki w cyklu „Sztuka konsumpcyjna”

„Sztuka konsumpcyjna” (1972) była pracą, która otwierała wystawę. Ten bodaj najistotniejszy i najbardziej znany cykl  od razu konfrontował nas z legendą artystki, pracą wręcz ciążącą nad tym, co stanowi o jej „ludycznej” percepcji. To nadal jej znak rozpoznawczy, jej dzieło ikoniczne, jej jogurt wypływający z ust modelki, wargi zwilżane zmysłowym ruchem języka.  Kiedyś skandalizująca, idąca w kontrze do obyczajowości Natalia LL… Artystka, którą „znamy”  z podręczników polskiej sztuki współczesnej

Praca ta, co też było wyjątkowe i miało miejsce po raz pierwszy w historii prezentowania fotografii Natalii LL, pokazana została w Warszawie w formie fryzu. Ten przeglądał się w filmowej rejestracji z tytułowej konsumpcji, czyli pochłaniania banana (między innymi).

„Sztuka konsumpcyjna”  to praca, która dotykała wówczas (mówimy o roku 1972!) śmiało i prowokacyjnie potraktowanej kobiecej zmysłowości, łamiącej tabu seksualnego spełnienia. Śmiałe obyczajowe wyzwanie i wyznanie  artystki, widzącej w seksualności (kobiecej, raz jeszcze) i intymności, temat wart zainteresowania i demitologizacji na oczach zadziwionej i bulwersującej się (wówczas) gawiedzi.

Pojawiający się w obrębie wideo-instalacji i na fotografiach Natalii LL banan (także w jej późniejszych pracach z lat 90-tych (praca Banan II, 1995), każe mi powrócić do jego wyobrażenia na wystawie Andy’ego Warhola (co za koincydencja formy i czasu…) „15 minut sławy” , którą wciąż jeszcze można obejrzeć w Opawie. Banan tu i tam. Owoc zakazany, ulubiony motyw popartowski…

U Natalii LL poza oczywistymi treściami symbolicznymi (fallicznymi, erotycznymi), banan to symbol luksusu i świata niedostępnego, widzianego z perspektywy ówczesnej naszej (PRL-owskiej) małej stabilizacji,by sięgnąć po wypróbowanego Tadeusza Różewicza. Konsumpcji, powiedzmy to sobie wprost, bardziej wymarzonej niż realnej. Banan u Natalii LL to element (co dla mnie oczywiste) oddziaływania popartu (także warholowskiego) na wrocławską artystkę.

U Andy’ego Warhola było to szydzące odniesienie się do zawartości lodówki z  lat 60-tych XX wieku i nowych fetyszy amerykańskiego konsumpcjonizmu. Nam wówczas nieznanego, a poznanego kilka dekad później za sprawą m.in. amerykańskiego serialu TV „Mad men” (2007-), w którym czarodzieje reklamy zamieniają kartony proszku „Brillo” w obiekty konsumenckiego uwielbienia i grzesznego pożądania (przez gospodynie domowe).

Natalia LL przez kolejne dekady konsekwentnie operowała nagością jako kluczem do szukania między innymi odpowiedzi na pytania o granice traktowania ciała i seksualności jako prowokacji artystycznej lub/ i opisywania podmiotowości i intymności kobiety w zmaskulinizowanym świecie. Sama była zjawiskiem niezwykłym w sztuce (fotografii) zgrzebnego i poprawnego PRL-u, szczególnie gdy pojęcie sztuki feministycznej praktycznie nie istniało, a sukienki wciąż (oficjalnie) zapinano wysoko pod szyją…

Cała wystawa (i jak rozumiem był to zabieg świadomie podjęty przez Ewę Toniak, kuratorkę wystawy),  ułożyła się w bardzo spójną opowieść o przemijaniu człowieka i zdecydowanie wykroczyła poza swoją feministyczną perspektywę.

Osią zuniwersalizowanej narracji stała się kondycja człowieka postrzegana przez pryzmat jego cielesności. Ta ostatnia u Natalii LL jest definiowana zarówno przez wyzwalającą nas erotyczną przyjemność, jak i gorzką choć głęboko humanistyczną  refleksję, że w pewnym wieku ciało jest dla nas wyłącznie tym, co nas ogranicza…

I tak jak kiedyś skandalizujące było ze strony Natalii LL pokazanie nagości młodzieńczej, kipiącej potrzebą spełnienia (cykl Rejestracja intymna, 1968), tak współcześnie równie odważne (w ramach cykli zdjęć Walkirii i Odyna: bohaterów mitologii germańskiej), jest sięgnięcie przez nią po obraz ciała starczego, zużytego, zawstydzonego swoją nieprzystawalnością do współczesnego ideału piękna wpisanego w kod rozmiarów 90-60-90 playmate na ostatnich stronach tabloidów. Starość i jej fotograficzna dokumentacja, portret JEJ i JEGO –  skazanych na obumieranie, marszczenie się i starczą deformację, dominuje w najnowszych pracach Natalii.

Wątki eschatologiczne, po które sięga (czaszki, malowane pośmiertne maski, które Ona – modela – Natalia LL – Walkiria – stara kobieta – zakłada i używa na zdjęciach) wprowadzają do jej prac stan narastającego, niepokojącego (choć nie smutnego) kontrapunktu do opowieści o tym co stanie się z ciałem i  z nami, już za chwilę… lub za jakiś czas.  I tego, co jest na końcu konsumpcji jaką jest… sztuka życia.

***

Co: wystawa „Secretum et tremor” (Tajemnica i drżenie); dostępna do 19 kwietnia 2015 r.)

Gdzie: CSW Zamek Ujazdowski (zakończona)

Kto: Natalia LL

Kurator: Ewa Toniak

Scenografia: Małgorzata Szcześniak

Katalog: jest

Tytuł zaczerpnięto z filmu ‚Mroczny przedmiot pożądania’ (Luis Bunuel, 1977)

Secretum et Tremor...

Sztuka konsumpcyjna (1972; jedno ze zdjęć cyklu)

Sztuka konsumpcyjna, 1972 (zdjęcie wideo-projekcji) Sztuka konsumpcyjna (1972; fragment wideo-rejestracji)

Sztuka konsumpcyjna - interpretacja (na podstawie projekcji wideo, fot. Leszek Jodliński)

Fragment aranżacji wystawy, CSW, 2015

 Rejestracja intymna (1968) Topologia ciała, (1967)

Banan II, fragment wystawy

Ptaki wolności  - zjawa podwójna (2004)

 Transfiguracje Odyna, fragment wystawy

Odwrócenie, fragment wystawy...  Mówiąc o Natalii LL... (rejestracja filmowa  przestrzeni wystawy, 17 kwiecień 2015 r.)

Kruk Odyna (2004; lewa strona), fragment aranżacji wystawy