Formy

Intensywne oglądanie. Formy, miejsca, ludzie. Tworzenie, a może stwarzanie rzeczywistości?

Rozpięcie pomiędzy fado i światami wymyślonymi (ci, którzy byli na spotkaniu w Domu  Śląskim, wiedzą o czym piszę), a dawnymi hałdami i miejscami opanowanymi przez współczesne formy „kreacji”.

Jak formy wyimaginowane można uznać za sprawcze?

Klatka po klatce, opis powściągliwy…

[widziane w Kato, 25 czerwca 2015 r.]

Odnajdowanie formy (1) (Katowice)

Odnajdowanie formy (2)

Obserwacja (1) Obserwacja 2

Obserwacja (3) (Katowice, superjednostka)

Za(wieszenie)v

Za(mknięcie)

Zapiski z klawiatury. Japonia. Boskie strzały…(18)

Pogoda, ani dzień nie wróżył takich emocji.

Zatłoczone metro, choć nie tak bardzo jak oczekiwałby tego przybysz z „naszego” świata, przyzwyczajony do obrazów „dopychaczy”, upychających pasażerów na każdym wolnym centymetrze podłogi… Jest wciąż dość miejsca, by znaleźć jakieś dla siebie, poczytać lub podpatrywać to, co dzieje się w wagoniku kolejki. Pasażerowie. Senni i śpiący, niektórzy zagłębieni w lekturze komiksów manga. Inni mają nieco tępo wlepiony wzrok w jakiś nieodgadniony punkt w przestrzeni kończącej się gdzieś przed szybą wagonu. A za nią Tokio.

Dojazd do parku Meiji. Linia Yamanote biegnie gdzieś dalej. Mnie interesuje stacja Harajuku. Świat, ten dalej dzisiaj nie ma znaczenia.

Przed wejściem do parku festiwal ekspresji zagubionej generacji DINKS-ów. Duchy anime i mangi zapełniają pasaż biegnący w stronę parku Meiji. Jedna z zielonych wysp w morzu betonu i stali tego miasta. Pobliskie drzewa prowokują, by sprawdzić czy to co widzę jest tym czym jest, a nie ersatzem natury. Tak. To park, to zieleń, to prawdziwe drzewa.

Założony w 1920 roku, Park Meiji. Na cześć cesarza, który zastał Japonię drewnianą i zostawił murowaną i odmienioną… Park porównać można do londyńskiego St. James Park i Hyde razem wziętych, czy też paryskiego ogrodu Luksemburskiego czy berlińskich Tiergarten.

Mijam kolejne sintoistyczne bramy torii (dłuższa wymowa „i” niż krótsza), na tyle duże, że wciąż konkurują z pobliskimi drzewami. Ich skala nadaje im nadnaturalne, boskie cechy. Sakralizuje przestrzeń, wycisza głosy spacerowiczów. Pewnie także dlatego, że jak wierzą prowadzi do oczyszczenia ich serc i dusz… Dziesięć minut spaceru od południowej bramy i trafiam do kwartału głównej świątyni dedykowanej cesarzowi.

Na przyświątynnych terenach, w istocie na granicy tego parku i przenikającego się z nim parkiem Yoyogi trafiam na spektakl, który mnie tutaj sprowadził.

Jest ciepłe, nadzwyczaj ciepłe październikowe przedpołudnie. Dobiega mnie tęten kopyt końskich i co rusz rozlegajace się okrzyki publiczności przeplatane moementami absolutnej ciszy.

Przed mną i tysiącami zgromadzonych widzów rozgrywa się ceremonia, konkurs(?), zawody (?) yabusame, strzelania z łuku.

Dla Japończyków to ceremonia poświęcona bogom. Dla takich obserwatorów jak ja, to wyjątkowy spektakl i zawody w jednym, które wymagają od jego uczestników wyjątkowej sprawności, odwagi i skupienia. Miejscem rozgrywania się tych „zawodów” jest blisko 250.metrowy tor do jazdy konnej. Po nim kolejno, na dany sygnał, w pełnym galopie, ubrani w historyczne stroje z okresu Edo pędzą barwni i egzotyczni w tych strojach jeźdźcy. Jadąc muszą trafić do trzech tarczy, ustawionych niemal jedna po drugiej.

Istnieją dwie szkoły yabusame i tradycyjnie kilka miejsc, gdzie można je obserwować. Tokijskie yabusame nie jest najsławniejsze (przodują Nikko, Kyoto i pobliska Kamakura, której wówczas jeszcze nie znałem), ale i tutaj emocje sięgają zenitu, gdy kolejni jeźdźcy kończą swój wyścig z czasem i celnością. Na ich głowach, pomimo zawrotnej prędkości z jaką nas mijają, niewzruszone pozostają jingasy, lekkie hełmy, rozcięte na środku, by nie spadały właśnie. Każde trafienie nagradzane jest aplauzem i okrzykami radości i uznania publiczności. Na trybunie, gdzieś daleko ode mnie jest specjalne podestr, a na nim grono osob oceniających kunszt i zdolności jeźdźców. I choć to nie zawody, ci najlepsi i wyróżnieni, dostają w dowód uznania biały szalik…

Pisałem tutaj już kilka razy, że są momenty, kiedy Japończycy pokazują nam swoje inne, zaskakujące oblicze. Powściągliwość i pewne zdystansowanie, do którego się szybko tutaj przywyka, zastępuje w takich razach entuzjazm, śmiech, radość  i spontaniczność. Tak dzieje się i tym razem. I wiem, że jak w dworskim teatrze gagaku, choć widzę spektakl,  to to co najważniejsze (w Japonii i Japończykach) pozostaje wciąż nieodgadnione…

Powracam na stację. W drodze widzę sprzątaczy omiatających ogromnymi miotłami ścieżki i drogi parku, i świątyni… Spektakl i tutaj dobiega końca…

Tokijskie metroKoloryt Harajuku (Tokio, 2006)

Torii (Park Meiji, Tokio)

Jeźdżiec yabusame

1/4 km metrów (tor do yabusame; Tokio, 2006)

Start

Nie tym razem (Meiji Park, Tokio, 2006)

Po zawodach (prezentacja wyników i najlepszych)

Powrót / Dwóch sprzątaczy (Tokio, Meiji Park)

Prosta historia

Takie historie pobudzają wyobraźnię. Czasami po prostu znajduję je, wysłuchuję z natężeniem. Jak tą o pewnym marzycielu z  miasteczka na Dolnym Śląsku… Wysłuchana dzisiaj w dość niezwykłym miejscu.

A było to tak.

Rzecz działa się w małym, zapyziałym miasteczku na Dolnym Śląsku. Nic w nim się nie działo, poza tym, że trzeba było żyć. Dużo? Nie dużo? W sam raz dla tych, którzy w tę prawdę uwierzyli.

Żył tam chłopiec wyrosły w biedzie i niedostatku. Marzył o szerokim świecie i wzbogaceniu się. Radości i smutków było tam w sam raz by jedne i drugie celebrować i odpędzać kwaśnym dolnośląskim winem… pochodzącym z winorośli rosnących na okolicznych zboczach i wzgórzach. Na ich szczytach, bliżej i dalej, ożywiając wyobraźnię chłopca, wciąż wznosiły się średniowieczne zamki lub ich malownicze ruiny.

Patrząc na rynek miasteczka śnił swój sen o podroży za ocean i złocie, i o tym, że po powrocie skąpie w nim kopułę ich rodzimego kościoła. Marzenie, dobre czy złe, ale jego własne.

Brzmi nieprawdopodobnie? A jednak tak było naprawdę. Nazwiska zatarł czas, fakty zamieniono w legendę. Właśnie spotkałem potomka owego marzyciela. Opowiadał o nim z przejęciem. Udzieliło się ono i mnie…

Na początku była więc podróż do odległego Hamburga i zamustrowanie się na jeden ze statków płynących do Holenderskich Indii Wschodnich… Potem lata spędzone na Sumatrze i bogactwo zgromadzone na handlu tytoniem.

Gdy pod koniec życia powrócił do miasteczka nad Nysą, nie różniło się ono wiele od tego, jakie zapamiętał. Był mały, a może jeszcze mniejszy rynek i kościół jeszcze bardziej pochylony ku ziemi. Wydawało się, że jedynie w dni nabożeństw unoszony był modlitwą ku niebu i wówczas wzruszając go, wyglądał jak ten zapamiętany z czasów jego młodości. Gdy chodził do niego z rodzicami i rodzeństwem. Po powrocie wszyscy oni byli już jedynie wspomnieniem…

Wkrótce po jego przybyciu do miasta wszystko się zmieniło.

Świątynia, jak chciał i marzył, faktycznie odzyskała proporcje i kształty, a jego protestancką kopułę pokryło najprawdziwsze złoto. Rozbłyskiwało w promieniach słońca, gdy zachodziło i długim cieniem otulało dolinę i samo miasteczko.

Ludzie i ich marzenia. Taka opowieść. Znakomity materiał na książkę, która – mam obawy – nie powstanie, choć byłaby dowodem na to, że noszenie w sobie pragnień i podążanie za marzeniem ma sens. Przypomniała mi, że trzeba być wyjątkowym realistą by wierzyć w cuda i marzenia. Po prostu.

Miasteczko. Gdzieś na Dolnym Śląsku... w XIX wieku...

Haute Silésie czyli jak francuscy żołnierze kartki ze Śląska pisali…

Zamiast wstępu

Odnaleźć je można na kartkach pocztowych z początku dwudziestolecia międzywojennego. Zwykle nie przykuwają uwagi filokartystów. Czasami zainteresują historyków, choć i to nie zdarza się zbyt często. Listy żołnierzy francuskich… na kartach pocztowych z terenu plebiscytu na G. Śląsku.  Korespondencja, która sprawiła, że we Francji na aukcjach kolekcjonerskich (jak w żadnym innym kraju poza Niemcami i Polską) wciąż znaleźć można leciwe pocztówki  z Gleiwitz, Kattowitz, czy Oppeln…

Kartki, listy i pocztówki

Listy i krótkie informacje wysyłane przez żołnierzy francuskich z miast Górnego Śląska spisywane były bardzo często na kartkach pocztowych, umieszczanych pojedynczo lub po kilka w kopertach i w ten sposób wysyłanych do Francji.

Współcześnie często uniemożliwia to dokładną identyfikację adresatów i nadawców tej korespondencji, a brak stempli pocztowych przybliżony czas jej wysyłki, jeśli w treści listu informacji takiej nie zamieszczono.

Mimo tych ograniczeń teksty te są ciekawym dopełnieniem wiedzy na temat warunków życia żołnierzy francuskich, którzy przybyli do odległego i nieznanego im kraju, jakim był wówczas Górny Śląsk. Kraju, którego skomplikowanej historii nie próbowali nawet zrozumieć,  często niezadowoleni i rozgoryczeni, że dla nich wojna i służba trwała nadal…

Górny Śląsk to Haute-Silésie…

Pobyt na Górnym Śląsku w oczywisty sposób prowokował żołnierzy do formułowanie opinii i sądów na temat Śląska i jego mieszkańców. Wiedzę tą zdobywali podczas przepustek, rozmów z miejscową ludnością (doceniając m.in. urodę Ślązaczek) czy też, a może przede wszystkim, w trakcie pełnienia służby.

Lektura korespondencji dowodzi, iż zachowane kartki wyszły spod pióra osób słabo wykształconych, prostych żołnierzy, robiących liczne błędy ortograficzne i w składni. Pisząc je posługiwali się wręcz transkrypcją fonetyczną języka francuskiego, co współcześnie znakomicie utrudnia ich tłumaczenie…

Błędy te czasami dotyczyły tak  pozornie oczywistych faktów, jak pisownia powszechnie znanych osobistości tego czasu. W korespondencji (prawdopodobnie z maja-czerwca 1922 r.)  nieznany autor pisze o generale „Leraud”. Jest jasne, że uwaga ta dotyczyła dowodzącego tymi wojskami generała H. Le Ronda.

Ciekawe światło na to zjawisko rzuca treść kartki żołnierza o imieniu Joseph (Józef).  Tłumaczenie na j. polski  próbuje oddać nieporadność tekstu sporządzonego po francusku. Zobaczcie sami –

*

Opole 25 listopad 1921

Drogi bratowo i bracie,

Odpowiadam nawasz list który zrobiłmi dużą pżyjemnoś że jesteście w dobrym zdrowiu i co do mnie zdrowie je ciągle dobre i aby wam powiedzieć że dostałem moje książki, bo głupio mi było prosić mamę wreszcie jestem przyzwyczajony do zawodu jeszcze raz. Nie ma jusz wiencej coby wam rzec na razie kończę całujonc fszystkich mocno. Józef (nazwisko nieczytelne)

*

Przy wyborze zdjęć i motywów na awersach pocztówek dominowały miejsca, o których autorzy pisali (np. koszary),  typowe dla danego miasta (np. gliwicki Rynek miasta) lub wizerunki ulic, centrów miast. Wydaje się, ze w tych ostatnich przypadkach o wyborze tematu karty mogła decydować chęć pochwalenia się przed rodziną, znajomymi czy ukochaną miejscem, w którym zainteresowany odbywał swoją służbę.

Wysyłane i przebadane przeze mnie pocztówki były różnej jakości. Niektóre litograficzne, ale dominują te oparte na czarno-białej fotografii i współczesne żołnierzom. Karty, co ciekawe, nie noszą śladów jakiejkolwiek cenzury wojskowej. Ich ogólnikowy charakter w odniesieniu do sytuacji politycznej i wojskowej rodzi domniemanie, że żołnierze dokonywali swoistej autocenzury nie chcąc narażać się na ryzyko zatrzymania korespondencji.

Żołnierze listy piszą…

Korespondencja żołnierzy francuskich to swoiste okruchy pamięci, obraz ich życia codziennego. To mozaika emocji, faktów i drobnych obserwacji, jakie dopełniają  narrację historyczną, tworząc odrębną „historię historii” obecności wojsk Komisji Międzysojuszniczej i rozgrywających się w ich tle wydarzeń z lat 1920-1922.

To co uderza w korespondencji to ogromny ładunek tęsknoty za ojczyzną.

„(…) Dużo serdeczności od waszego syna, który Was czule kocha”, napisał do rodziców z 13 lutego 1921 roku, stacjonujący w Kluczborku  Pierre.

Analizując inne, dostępne  kartki z tego czasu można uznać, iż tęsknota za rodzinną wioską, miasteczkiem, rodzicami, czy rodziną, była pośród żołnierzy zjawiskiem powszechnym i niemal wszyscy kierowali do swoich biskich „(…) najsłodsze czułości (…)” (tak pisał żołnierz na kartce – liście wysłanej z Gliwic (Gleiwitz) 24 lipca 1921 r.), dziękowali za dodatkowe jedzenie (kartka z 7 kwietnia 1922 roku nadana z Gleiwitz). Dopraszali się wieści z domów, których byli spragnieni. Pisali listy miłosne do swoich ukochanych [kilka takich przykładów – L.J.].

Ważnym tematem  były obserwacje bardziej praktycznej natury odnoszące się do warunków służby w wojsku, jak  ta pozbawiona patriotycznego patosu, krótka wiadomość do kolegi (bez daty, prawdopodobnie wysłana z Gleiwitz/Gliwic)

 „(…) co do roboty, nie jest źle można wytrzymać, bo jestem ciągle portierem. Kończę kartkę Twój kumpel który ściska ci piątkę. To jest 254 dzień do cywila (…)”.

Joel stacjonujący w dawnych koszarach 22 pułku ułanów w Gliwicach, w kartce z 3 kwietnia 1921 roku chwalił warunki zamieszkania.

Wielu podkreślało czas dzielący ich od demobilizacji i w ten sposób dodatkowo określali czas na pisanych przez siebie kartach pocztowych. O swoim 348 dniu służby pisze 2 kwietnia 1921 roku do kolegi,  żołnierz George stacjonujący w Gliwicach w 12-tym regimencie huzarów, w 2-gim szwadronie, 4 plutonie, w sektorze 184 Armii Górnego Śląska…

Górny Śląsk w oczach Francuzów

W korespondencji nie brak naturalnie obserwacji żołnierzy na temat miejscowej ludności i kraju, w którym przyszło im pełnić służbę, a który swoim charakterem (często) dalece odbiegał od ich stron rodzinnych.

Nieznany z nazwiska i imienia żołnierz przebywający w Gliwicach, tak pisał w marcu 1920 roku do swoich kuzynów –

„(…)Moi drodzy (…), pozwólcie, że na pamiątkę, wyślę wam ten widok. Z miasta które okupujemy. Jak widzicie, to są całkiem ładne miasta gdyby nie straszna temperatura [czyli niska-L.J.],  byłoby idealnie (…)”.  

Roland Kiper w swojej interesującej pracy o pobycie wojsk francuskich na Górnym Śląsku podczas plebiscytu również przypomina, iż żołnierze francuscy bardzo źle znosili klimat i niskie temperatury na Górnym Śląsku. Odczucia te pogłębiały czasami spartańskie warunki koszarowania i wyżywienia żołnierzy (np. w Kluczborku / Kreuzburg).

Inny z żołnierzy, na kartce datowanej na dzien 7 marca 1922 r. tak opisywał swoje wrażenia z Górnego Śląska –

„(…) Przedwczoraj pojechałem z sierżantem do Petersdorf [Szobiszowice, obecnie dzielnica Gliwic – L.J.], miejsca gdzie ostatnimi czasy mieliśmy spotkanie z powstańcami. Mogłem stwierdzić zniszczenia i zobaczyć miejsce które jest bardzo piękne. Zresztą czy są tutaj jakieś miejsca, które nie byłyby ładne i uprzemysłowione?(…)”.

Karta ta zresztą jest jedyną, w której autor wspomina o powstańcach.  Jest to jedna z najpóźniejszych kart pocztowych, do których dotarłem. Był to czas już po rozstrzygnięciu kwestii podziału Górnego Śląska, kiedy żołnierze niecierpliwe czekali na rozkaz opuszczenia Górnego Śląska i go lepiej poznawali, częściej opuszczając koszary. W jakimś sensie ich rola na obszarze plebiscytowym się zmieniła i nie rodziła już wcześniejszych emocji i tak ostrych konfliktów w relacjach z (głównie) niemieckojęzycznymi mieszkańcami Górnego Śląska.

Akceptacja, a czasami wręcz entuzjazm dla tego co zobaczyli żołnierze na Górnym Śląsku nie był jednak powszechny. Zdarzały się i takie głosy, jak ten z 13 czerwca 1922 roku, gdy oczekujący na rozkaz wyjazdu z Gliwic żołnierz pisał do swoich kuzynów –

„(…)Powinniśmy wrócić do Francji,  z końcem czerwca jedziemy do Montpellier i bardzo jestem zadowolony, że opuszczę ten paskudny kraj, bo to nie jest raj.(…)”.

Listy do bliskich przynoszą zarówno relacje z bieżących wydarzeń, ale też prognozy na temat plebiscytu w dniu 20 marca 1921 roku.

“(…) w następną niedzielę będzie ciężko(…)– odnotował  14 marca 1921 roku w Gliwicach żołnierz o imieniu Roquer. Kartkę wysłał do swoich rodziców.

Wcześniej relacjonował wypadki z 14 marca 1921 podkreślając napiętą sytuację w Gliwicach i próby konfrontacji między żandarmerią, konną policją, a protestującymi urzędnikami. Ten sam autor mile wspominał równocześnie tańce w restauracji w „Neue Welt”, miejscu wówczas nie cieszącym się najlepszą reputację wśród mieszkańców Gliwic.

List ten potwierdza zresztą, że te i im podobne rozrywki były współorganizowane przez francuskie władze wojskowe z myślą o zagospodarowaniu czasu wolnego żołnierzy. Kroki te miały przeciwdziałać szerzącym się na coraz szersza skalę patologiom dotykającym także żołnierzy jakimi była m.in. kwitnąca na obszarze plebiscytowym prostytucja, bójki i awantury i powiązany z czarnym rynkiem przestępczy półświatek…

Przebywając na Górnym Śląsku, żołnierze wciąż żyli sprawami swoich najbliższych pozostawionych we Francji, martwiąc się, a to o handel, a to o spóźnioną wiosną 1921 roku orkę…Często odżywają w niej kwestie innych prac gospodarskich (jak np. białkowania drzew w sadzie; ten sam Roquer na kartce spisanej w Gliwicach 14 marca 1921 r. ).

Post scriptum

Obraz Górnego Śląska widziany przez często krzywo i nierówno stawiane litery żołnierzy to mozaika drobnych i osobistych refleksji. Śląsk jakiego nie znamy, widziany z perspektywy żołnierzy mających świadomość bycia wśród obcych im i (czego dowodem zamachy w czasie plebiscytu) nieprzychylnych mieszkańców.

Były sporządzane na gorąco, powierzchownie, ale choć nieporadne, to pozwalają na rekonstrukcję fragmentu świata, który blisko 11 tysięcy żołnierzy francuskich odkrywało po przybyciu na teren Górnego Śląska od lutego 1920 roku.

Dodać należy, iż zapewne m.in. ze względu na liczebność wojsk francuskich, korespondencja w tym języku z terenu objętego działaniem Komisji Międzysojuszniczej  jest najobfitsza. Na tle innych formacji wojskowych obecnych na G. Śląsku w latach 1920-1922, korespondencja żołnierzy francuskich stanowi samodzielny, ciekawy i wyjątkowy materiał poznawczy. To tylko skromne jego omówienie.

W swojej pracy badawczej i muzealnej nie zetknąłem się z podobną korespondencją zredagowaną w języku włoskim lub angielskim. W przypadku żołnierzy brytyjskich mamy do czynienia z opisem Górnego Śląska obecnym głównie na kartach pamiętników i wspomnień spisanych przede wszystkim przez oficerów.

Myślę, że w wybranych przypadkach opracowywanie korespondencji żołnierzy francuskich powinno znaleźć  swój ciąg dalszy, stając się inspiracją dla badaczy i autorów literatury popularnonaukowej podejmującej nowoczesne dzieje Górnego Śląska i powstań śląskich.

Przypadkiem wartym tutaj odnotowania była historia ślubu córki żydowskiego radcy miasta Gliwic (Gleiwitz) doktora Arthura Kochmanna, Susanne Kochmann z włoskim majorem Giuseppe Renzettim, który stacjonował na Górnym Śląsku w latach 1920-1922. Ze względu na swój dramatyczny epilog w latach czterdziestych XX wieku (to już temat na inną opowieść), jest zdarzeniem tyleż wymownym co niezwykłym i odnoszącym się do historii Żydów górnośląskich  i ich zagłady. To jedna z historii, których początek sięga trudnych i gorących miesięcy plebiscytu…

***

Tekst jest skróconą wersją  artykułu opublikowanego w 2010 roku.

Żołnierze francuscy na Wilhelmstrasse w Gliwicach (Gleiwitz). Prawdopodobnie marzec 1921 r. (zbiory własne; fragment)

Muzyczne trzy po trzy (moje). Literska i Vorbrodt

To z jednej strony taka zaległość, z drugiej  powracajacy zachwyt nad odkrywaniem istnienia muzyki i muzyków, bez których mój świat odczuwania, wzruszeń byłby zdecydowanie uboższy.

Literska

Gdy pierwszy raz usłyszałem Multikino Technokolor w wykonaniu Joli Literskiej (płyta Małe rzeczy, wspólnie z Rafałem Rękosiewiczem) wiedziałem, że będę ją (płytę) chłonął i chłonął. Nie wiem dlaczego (a może wiem?) nagranie to przypominało mi moją wyprawę do Krainy wielkiego nieba (Big sky country), jak nazywają Montanę… Dziwne? Wiem, że dziwne, ale takie skojarzenie było tym pierwszym, które mnie dopadło. Oglądany tam doroczny indiański Pow-wow odgrywany w rezerwacie Czarnych Stóp, mimo że w nie do końca  zrozumiały sposób, to jednak idealnie pasował do tego co czułem zasłuchany w Multikino… I tym wspomnieniem wciąż otulam tę piosenkę i po części całą płytę…

Vorbrodt

Wczoraj natomiast wpadłem (z niemal trzyletnim opóźnieniem?!) na muzykę, słowa i emocje Joanny Vorbrodt… Jej kreacja w Chorzowskim Centrum Kultury, przy okazji XIII edycji Portu Poetyckiego (tego ostatniego już tak komplementować nie będę, bo sądzę że tym razem było na nim łatwiej o dobrą muzykę niż o wybitną poezję) sprawiła, że  dołączyłem do rosnącego grona wyznawców  alternatywnego, ekspresyjnego i bardzo indywidualnego stylu jej brzmienia.

Wiem, że na Śląsku Vorbrodt jest szczególnie lubiana za piosenkę „Idą górniki drogą”, ale ja chyba wolę jej warszawsko-prasko-bałkańskie brzmienie i teksty, które (jak niegdyś w innej konwencji i tradycji muzycznej utwory Grzesiuka, czy Stanisława Staszewskiego) wpadają w otchłań czarnych dziur stołecznej Pragi, miejsc (nie)nazwanych lub po prostu w otchłań niesklasyfikowaną, jak gdzieś, ktoś trafnie napisał w cyberprzestrzeni (klimaty tego rodzaju uwodzą mnie w utworze Zagraj osła).

A obok tego swobodnie płynące nuty, słowa i dźwięki własne – wymyślone (w takich razach mam nieodparte skojarzenia z aranżacjami Laurie Anderson), które tworzą całość mocno niezwyczajną i pozwalają się rozpływać, zatapiać w słuchaniu i… odczuwaniu.

Zwiewność, subtelność. Dotyk poranka i chłód nocy, mgieł sunących brzegami Wisły i po zakamarkach duszy, zakochanej kobiety? Rodzaj zatrzymania, na które w życiu nie możemy zbyt często sobie pozwolić… Cieszę się, że teksty są równie dobre jak muzyka, a autentyzm tchnący ze sceny nie pozostawia obojętnym. To coś. Autentyzm i niepowtarzalność.

Czekam na kolejne koncerty i płyty…(obu pań).

 ***

Kilka zdjęć z wczorajszego koncertu Joanny Vorbrodt w ramach XIII edycji Portu Poetyckiego [Chorzów, 20 czerwca 2015 r.]

Kolor

Koncert (Joanna Vorbrodt, Chorzów, 20.06. 2015)

Koncert (2) Joanna Vorbrodt

Śpiew (Joanna Vorbrodt, Chorzów, 20.06. 2015)

Black&White

Koncert (Joanna Vorbrodt, Port poetycji, XIII edycja, Chorzów)

Koncert (Joanna Vorbrodt)

"Czy jest tam ktoś..." Joanna Vorbrodt (Chorzów, 20.06. 2015)

 

Londyn wczoraj / London yesterday…

Szalona i intensywna.

Podróż do Londynu.

Są miasta i te miejsca, które mają swój genius loci.

Gdy samolot płynął ponad biało-zielonymi wzgórzami Seven Sisters i wybrzeżem w okolicach Dover, zrozumiałem, że to  powrót do siebie i wspomnień związanych z tym miejscem, krajem, ludźmi. Londynem wreszcie i wyjątkowym latem 1997 roku, gdy każdy z weekendów spędzałem krążąc po jego ulicach, parkach, galeriach i pubach, wsłuchując się w niezrozumiałe (na początku) dźwięki dialektu cockney…

Tym razem na bardzo krótko, pewnie dokładnie tyle, by przypomnieć sobie, że zaniedbałem to miejsce… przez niebywanie…

Zapomniałem jak to jest być w Londynie i pozostawać pod wrażeniem elegancji dwóch dziewcząt spotkanych w wagoniku metra i widzieć ich twarze ocienione szerokimi rondami ażurowych kapeluszy.

Londyn jako miejsce kultywowania tradycji?

„Metro” w metrze, jak wszędzie indziej wieszczy koniec swiata, donosi o zbrodniach, perwersjach i ostrzega przed okrucieństwem światem.

Podróżni z pewną niewiarą, odkładają gazetę puszczając kolejkę. Londyn is diffrent – myślą. I ja też. Nawet jeśli to iluzja, chętnie jej ulegam. Płyną kolejne godziny, minuty i sekundy.

Londyn w mikroskali czasu jaki mam intensywniej niż kiedyś opowiada mi swoją historię, mówi jaki to dzień i kusi kolejnymi…

Londyn wczoraj.

[Londyn, 19 czerwca 2015 r.]

Sky (and the country lies below) / Niebo, a kraj do którego zmierzam w dole

Britania (1) Old England

Underground. Painted bird

15.15

Zagubiony / Lost  - so many of them (museums)

Karuzela / Merry-go-round and London is still there

Pomysł na dzisiaj? / Idea for today (London street)

 

Pytania

Kilka dni temu otrzymałem maila z Muzeum Śląskiego, w którym dyrekcja muzeum pytała mnie, czy chcę, aby moje nazwisko umieszczono na tablicy zawierającej nazwiska tych, którzy pracowali przy tworzeniu wystawy i którą 25 czerwca zobaczymy w tym muzeum.

Dokładnie, chciano tam umieścić informację, że byłem autorem wytycznych do założeń do scenariusza wystawy stałej. Dziwne to, bo ktoś w Muzeum uznał (wykazując się taką ignorancją(?), bezczelnością (?) tupetem(?) , że istnieje znak równości między tym, jaką miała być ta wystawa w 2013 roku (gdy przygotowywałem owe wytyczne) i tym, co powstaje obecnie, czyli dwa (sic!) lata później, a co wkrótce zobaczy publiczność…

Moje wytyczne dotyczyły (co oczywiste dla każdej przeciętnie inteligentnej osoby) planowanej wystawy sprzed dwóch lat, a nie obecnej, której (jak niemal wszyscy) nie znam…

Bo jaką będzie ta wystawa dzisiaj wie jedynie (mam nadzieję) dyrektorka muzeum i bardzo wąskie grono „wtajemniczonych” (choć umówmy się doświadczenie Sowy i przyjaciół uczy, że nic w Polsce nie jest tajemnicą). Głównie zaś tych mających na sumieniu losy tego muzeum i wystawy, którą w zaciszu gabinetów i w cieniu „pałacu”, w aurze „niezależności” od wszystkiego (zwłaszcza polityków) wykreowali…

To poszukiwanie głupca jest pewną metodą. Tak jest, że jak swój szuka swego, to niechybnie go znajdzie. Cóż, nie ja układałem wytycznych TEJ wystawy i przede wszystkim nie podpisuję czegoś… w ciemno.

Nie podpiszę się więc pod wystawą, której nie znam, a w której zmieniono tak wiele i za sprawą której tak dużo zła uczyniono na Górnym Śląsku (w jakimś sensie zbierając teraz tego owoce). To jasne.

Zadziwił mnie jednak inny fakt.

Oto na owej „tablicy” brak jest osoby dla projektu wystawy niezwykle zasłużonej i ważnej.

Nie ma na niej dr. Andrzeja Krzystyniaka, który jest wciąż – jak czytam w „Rzeczpospolitej” z 9 czerwca 2015 roku – pełnomocnikiem marszałka województwa śląskiego do spraw wystawy stałej w Muzeum Śląskim. Tego samego, niezgrabnie powołanego, by rozpędził i utopił nowoczesną narrację historyczną o Górnym Śląsku, jaką planowano pokazać w tym muzeum. I tego zresztą nie potrafił zrobić do końca, ale żyrował machinacje ówczesnej władzy wokół wystawy.

Upominam się więc o pamięć i tytuł do chwały dla  dr. Andrzeja Krzystyniaka. Nie może i nie powinno zabraknąć jego nazwiska na tej tablicy. Ma tam swoje szczególne i wyjątkowe miejsce.

To ten sam pełnomocnik powołany przez marszałka Matusiewicza, a jak rozumiem nie odwołany przez kolejnych. Taka cecha polityki historycznej uprawianej niegdyś na Górnym Śląsku.

Byłoby więc szczytem niesprawiedliwości (wołającej o pomstę do nieba), by pominięcie jego osoby na owej tablicy mogło się zdarzyć… Pamiętajmy, komu i co zawdzięczamy…

***

A tym, którzy piszą o budowaniu współczesnych stosunków z Niemcami i nowym otwarciu w tych relacjach, polecam uwadze tekst jaki „pełnomocnik” opublikował w „Rzeczpospolitej” pod tytułem Niemieckie puzzle (numer z 9 czerwca 2015 r.).  „Mniejszość niemiecka pragnie udowodnić, iż to Niemcy mają większe prawo do Śląska niż Polska” – to jedna z kilku oryginalnych myśli pełnomocnika. Głupoty nie popieram, więc innych równie oryginalnych  tez artykułu przytaczać tutaj nie będę.

Huta – esej fotograficzny

Byłem tam dzisiaj. Królewska Huta w Chorzowie. A właściwie to, co z niej zostało.

A zostało niewiele. To smutne. Trochę budynków, pustych przestrzeni i piachu, i gruzu (i… kuriozalny zakaz fotografowania przez obecnego właściciela dawnej huty Arcelor Mittal).

Puste miejsce, jak wyrwane serce. W środku miasta i wspólnoty, którą żywiła. Osierocona Cwajka.

Z nieodległymi wieżami kościoła Elżbiety, Królowej Prus (ciekawe, że patronka kościoła nie dostała się jeszcze na ząb pseudohistoryków i orędowników jedynej prawdy objawionej o dziejach Śląska).

Industriada to świetny projekt edukacyjny.

Pomysł na to, jak inaczej mówić o przeszłości, która uczyniła Górny Śląsk, tym czym był przez ostatnie 200 lat. Takie poszukiwanie korzeń, tam gdzie jeszcze są, ich resztki, ślady, cienie…

Było gorąco. I były spotkania i serdeczne rozmowy.

Widziałem wzruszenie tych, którzy w ślad za muzykami z zespołu Oberschlesien, powtarzali  – Mój Górny Śląsk, to mój ojciec i moja matka…

Zapis fotograficzny z miejsca.

[Chorzów, dawna Huta Królewska, 13 czerwca 2015 r.

Temperatura powietrza –  32,5 stopnia Celsjusza; temperatura serc – nieskończenie wyższa…]

Była huta...

I gdzie jest ta huta ?

Widok zza muru. Kościól Elżbiety

Ja nie mam już nic (Baildon)  i  ty nie masz nic (von Reden).... Industriada. Dawna Huta Królewska (Chorzów)

Data (na ścianie dawnej elektrowni Huty Królewskiej) Okno (detal hali dawnej elektrowni)

Graffiti  Bez tytułu

Koncert

Przeszklenie (fragment wystroju hali)

Huta, która trwa (1) Huta, która wciąż trwa (2)

Hala z 1911 (Huta, która odchodzi)

 Pożegnanie / Forma linearna