Podróż (4). Luksus i piękno detalu

Dzisiaj i wczoraj Krynica. Taka trasa i wybory topograficzne.

Po drodze pensjonat PATRIA, który  wciąż wyróżnia się na tle nijakiej, czasami tandetnej architektury Krynicy. W Krynicy nie zawodzą zapewne źródła mineralne, lecząc i uzdrawiając (mam nadzieję).  Reszta jest standardem jakości jaką odnaleźć można od Krynicy, po Zakopane właśnie. Tłumnie, głośno i wciąż prowincjonalnie. Może z tego powodu to dobre miejsce dla spotkań biznesu uprawianego na nieco Bliższym i Dalszym Wschodzie. Krynica jako polskie wschodnie Davos, jak chcą niektórzy? Lubię te zbitki pojęciowe, które nic nie znaczą. Leczą kompleksy i torują drogę ku dobremu samopoczuciu. Wszyscy mogą się czuć tutaj jak u siebie i bez kompleksów, że ktoś jest lepszy.

Jest tam jednak (wciąż i wbrew wszystkiemu) taka PATRIA i wnosi nadzieję, pomimo swojego podupadającego stanu, że skoro kiedyś było dobrze, to kiedyś też będzie…

Pensjonat PATRIA, inwestycję stojącego u szczytu swojej kariery Jana Kiepury, wybudowano w latach 1932-1934. Budynek zaprojektowany został przez Bohdana Pniewskiego, jednego z najbardziej znanych architektów środowiska warszawskiego, już wówczas mającego za sobą kilka udanych realizacji, między innymi siedzibę Poselstwa Polskiego w Sofii (1928 r.).

Pniewski był jednym z tych architektów, który stosunkowo szybko porzucił pozycję awangardowego funkcjonalizmu i puryzmu o proweniencji  Le Corbusiera.Zamienił ją na estetykę modernizującego klasycyzmu. To taki przykład pragmatycznego konformizmu niedawnego przedstawiciela awangardy, który zapragnął odnieść sukces i funkcjonować w ówczesnym politycznym i inwestorskim establishmencie… Z dobrym skutkiem, jak się okazało.

W jego praktyce architektonicznej modernizujący klasycyzm oznaczał posługiwanie się elementami nawiązującymi do idei złotego podziału, operowanie harmonijnymi proporcjami, formami rytmicznymi i monumentalizmem opartym na między innymi na palladiańskich cytatach. Dzieje się tak w krynickiej PATRII, gdy Pniewski bardzo ciekawie i wręcz porywająco odwołuje się do kolosalnego porządku żelbetowych filarów. W jego redakcji architektura to sztuka proporcji, poddziału i piękna detalu. Redukcji i syntezy form klasycznych.

Przykładów tego rodzaju zabiegów nie brakuje w krynickim projekcie. Architektura sięga tu do estetyki luksusowych materiałów, kreuje prostą geometryczną dekorację, korzysta z plastyczności i faktury materiału. Ulega, ajk u Greków  fascynacji światła rozchodzącego się w twardym (pozornie) jądrze kamienia. (Ocalone) piękno w krynickiej PATRII to minimalizm formy, perfekcja w obróbce drogich okładzin kamiennych i innych materiałów. Chromowanej stali, marmuru i alabastru.

Rozumiem jego fascynację światłem elektrycznym. W PATRII światło i płaszczyzny generują zwielokrotnione efekty odbicia i nadają architekturze znamiona znaku reklamowego, korporacyjnego. Cos bardzo typowego dla architektury obu dekad międzywojnia.

Pniewski w swoim projekcie w Krynicy okazał się nieodrodnym przedstawicielem środowiska architektów warszawskich, projektujących luksusowe dzielnice Warszawy w latach trzydziestych 20.wieku. Jak zauważył prof. Tadeusz S. Jaroszewski, autor  świetnej monografii poświęconej budownictwu willowemu tego okresu w Warszawie, architektura luksusowa oznaczała „ (…) architekturę solidną, o bardzo wysokim standardzie budowlanym, odznaczającą się nader starannym wykończeniem każdego szczegółu, wyposażoną w najnowocześniejsze urządzenia techniczne mogące uprzyjemnić życie użytkownikowi i zapewnić mu najwyższy komfort (…)”. Cechy tego rodzaju budownictwa składają się i na mocno przykurzony dzisiaj splendor architektury pensjonatu PATRIA.

Luksusowa i modernistycznie „ułagodzona” forma, jaką zaproponował w tym projekcie, znajdowała zrozumienie u potencjalnych klientów także i dlatego, że w swoim zamyśle jej użytkownikami (a wcześniej inwestorami) miała być tworzącą się właśnie nowa klasa średnia, nowi posiadacze i osoby zajmujące wysoką pozycję w strukturze społecznej II RP. Dla nich świat PATRII był odzwierciedleniem przestrzeni (społecznej, artystycznej, cywilizacyjnej), której byli częścią lub do której aspirowali… A w lustrach jadalni pensjonatu PATRIA widzieli coś znacznie więcej niż tylko własne odbicie.

***

Pensjonat PATRIA, Krynica Zdrój.

Architekt: Bogdan Pniewski (Warszawa)

Inwestor: Jan Kiepura

Realizacja: 1932-1933

[Wciąż do zobaczenia, choć z każdym rokiem mniej i mniej zostaje… Drzwi obrotowe już nie działają…]

Fasada pensjonatu PATRIA (stan 2015 r.)

PATRIA (fragment elewacji i zewnętrznej klatki schodowej; stan 2015)

Kolosalne pylony z żelbetu (fragment fasady; stan 2015)

Posadzka parteru (PATRIA, Krynica, stan 2015 r.) Posadzka parteru (wersja B&W; PATRIA, Krynica)

Jadalnia (stan 2015 r.) Lampy jadalni (detal; stan 2015 r.)

Detal oświetlenia (Jadalnia, PATRIA, stan 2015)

Kolumnada świetlówek (oświetlenie wejścia, PATRIA, stan 2015) Linie, kanelury kolumny... (PATRIA, stan 2015) Żłobienia - detal fasady (PATRIA, stan 2015)

Kinkiet (PATRIA, poziom parteru, stan 2015) Oświetlenie i kamieniarka recepcji (PATRIA, stan 2015 r.)

Balustrada parteru (PATRIA, stan 2015 r.) Detal balustrady (wersja B&W)

Alabaster i marmur (detal okładzin balustrady i klatki schodowej, PATRIA, stan 2015 r.)  Schody parteru i antresoli (PATRIA, Krynica Zdrój, stan 2015) Kamień (fragment klatki schodwej i parteru; PATRIA, stan 2015 r.)

Tablica  (PATRIA, stan 2015 r.)

Podróż (3). Anioł z Bardejowa

Podróż do Bardejowa. Deszcz narasta. Mimo to podróż ma w sobie coś z pikniku. Droga od Muszynki prowadzi krętymi drogami przez górskie przewyższenie, by potem ponieść w dół przez Przełęcz Tylicką w stronę Słowacji i mojego, tego dnia, Bardejowa.

Wcześniej mijam jedną z dziesiątek łemkowskich (kiedyś) cerkwi. Ta w Muszynce jest pod wezwaniem św. Jana Apostoła. Podobne do siebie. Cerkiew w Muszynce do tej w Tyliczu, ta do kolejnej widzianej wcześniej. Znaki nieobecności Łemków. No, poza Nikiforem w Krynicy. Obłaskawiony siedzi zastygły w spiżu na swoim(?), nieswoim murku i pewnie dziwi się, że nie tylko nikt nie kupuje jego obrazów, ale też „za frajer” robi sobie z nim selfie. Gdy patrzę na niego wspominam film Krzysztofa Krauzego i wiem, że tam (Nikifora w „Moim Nikiforze”) odnajdę.

Słowacja, granica. Kilka kilometrów i jest Bardejów.

Może dlatego ta atmosfera pikniku, bo pomimo pogody (powtarzam sobie, że mogłoby być gorzej), powraca, nieostro i trochę bezsmakowo, pobyt tutaj sprzed ponad dwudziestu lat. Miasto było inne, dogorywała Czecho-Słowacja, jednak wspomnienie miejscowego rynku, zabudowy wokół i bazyliki pod wezwaniem św. Idziego wryło się w pamięć. W dziwny sposób, a może z powodu braku czasu nie zapamiętałem, w pośpiechu dokonując wówczas objazdu po Kieżmakrku, Starej Lubowli i Lewoczy, że to średniowieczne miasto obsiadły makabrycznej urody osiedla z płyty, nazywane wtedy i wówczas pieszczotliwie, a może sarkastycznie panelakami. Są i wciąż stoją tu dzisiaj. Gdyby nie tamten kupiecki, królewski Bardejów, widok pudełek z betonowych płyt byłyby powodem do natychmiastowego opuszczenia tego postkomunistycznego, architektonicznego śmietnika.

Bardejów o wczesnym poranku to niemal kulisy wymarłego, kiedyś późnośredniowiecznego miasta. W istocie część zabudowy pochodzi z XVI i XVII wieku, ale nad przestrzenią ogromnego Rynku i tego co dzieje się w obrębie zachowanych murów średniowiecznych, dominuje bazylika mniejsza św. Idziego (z jednym z najlepszych zespołu nastaw ołtarzowych z przełomu XV i pocz. XV wieku) i nieco surrealistycznie wyrastający z podłogi rynku, prostopadłościan ratusza z początku XV wieku, nakryty równie potężnym dachem dwuspadowym.

Autentyzm tamtego Bardejowa? Tak jednak myślę przez chwilę i wrażenie takie jest ze mną tylko na pierwszy rzut oka. Z każdą kolejną minutą i godziną spędzoną w obrębie rynku nasila się moje odczucie lekkiego naciągania mnie na to, że to co oglądam, nie do końca jest tym co widzę.

Fasady z wyjątkiem kamienic mieszczących tutejsze muzea (czynne już od 10. rano) jakoś dziwnie rażą współczesną stolarką i bramami. Tynk też jakiś nie taki. To może dobrze, że miasto żyje i nie zamienia się w skansen, ale poziom „uwspółcześnienia” architektury kamienic okalających rynek mnie smuci. Właściwie dziwię się, jak miejsce takie (pomijając bazylikę i ratusz) może nadal tkwić na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Spacer po okolicznych uliczkach w poszukiwaniu kilku euro na gorącą kawę, uświadamia mi, że moje podejrzenia i to co widzą oczy, nie jest wymysłem, lecz smutną prawdą. Pod kilofem padają kolejne domy. W to miejsce powstają zabudowywania „na kształt i w manierze”, tego co było. Bloczki Ytongu odbierają nadzieję na spotkanie z historią.

Wpadam na ulicę Klastorską (Klasztorną), na końcu której widnieje gotycki kościół św. Jana Chrzciciela i trafiam na kolejne takie rekonstrukcje. Kilka fasad pozostało. Pośród kilku zachowanych, uderza mnie strzelista (ma przy całej powściągliwości porównania cechy fasady synagogi Izaaka z krakowskiego Kazimierza) synagoga (jednej z dwóch w mieście) miejscowej gminy żydowskiej. Powstała w 1929 roku, posiada (musze wierzyć tablicy na murze) oryginalne wyposażenie ruchome. Jest niestety za wcześnie by dzwonić po klucznika miejsca. Mimo to odczuwam wyjątkowy rodzaj emocji, gdy przez brudną i zakurzoną szybę drzwi od korytarza prowadzącego do synagogi, dostrzegam ten tłum postaci z archiwalnych zdjęć powieszonych na ścianach. W 1940 roku w Bardejowie, także ze względu na bliskość społeczności Żydów chasydzkich z dawnej Galicji, było ich 2441. Dzisiaj nie ma nikogo. I jest ta synagoga, najlepiej zachowana na Słowacji. To po bazylice św. Idziego, co najmniej drugi powód, by się tutaj zatrzymać na tych kilka godzin.

Odbijam się od drzwi bazyliki. Niestety, dzisiaj jej nie zobaczę. Muszą i wystarczą wspomnienia.

Miasto ma wciąż (pamiętam to także z austriackiej Opawy) swój galicyjski, cesarsko-królewski wyraz i klimat. Wąskie, ostatnie z autentycznych uliczki starego miasta.

W barze Parada  (o tej porze niewiele z nich jest otwartych) trafiam na tort Sachera i niemal wiedeński strudel… Niełatwy wybór. Małe expresso do tego… i pejzaż i miasto łagodnieje. Na kamiennej posadzce ktoś rozrzucił monety. Pochylam się (pewnie jak każdy, kto trafił tutaj po raz pierwszy) i nagle okazuje się, że każda z monet jest zatopiona w kamieniu,  w murarskiej zaprawie. „Chcemy, by goście do nas powracali” – słyszę. „Monety niech wydadzą na drogę do nas, skądkolwiek do nas przybędą”.

Żegna mnie oblicze bardejowskiego anioła. Przeglądam się w nim i odchodzę.

Bardejów (Bardejov, rynek) Widok na... (rynek, Bardejów)

Okna i wieloboki (fragment elewacji ratusza), Bardejów

Bazylika i ratusz (Bardejów) św. Idzi w amerykanskim planie (Bardejów, Słowacja)

Synagoga (Bardejów)

Ludzie, których nie ma (synagoga, Bardejov, Słowacja)

Modlitwa (cerkiew, Bardejów, 2015) Moneta

Dom, co został (Bardejów)

Anioł z Bardejowa

Jewish cementery in Muszyna. A forgotten House of Eternity…

The House of Eternity in Muszyna. A personal description.

The Jewish cemetery in Muszyna is located just on the border with the pine forest and close to the Callow Creek. In fact far away from the town and on the peripheries of the human memory.

The graveyard and the forest co-exist. They interpenetrate with each other. Two hostile worlds: of those who are gone and the world of nature which does not believe in the transience… And stays and exists against all odds.

The Jewish graveyard in Muszyna is located virtually at the end of the universe. The one we know and the one that stays unknown. A borderland.

It is difficult to get there. Matzevahs are bending to the ground, giving their last salute to East  and to remote and beloved Jerusalem. So, they left and follow the tradition.

The Jewish cemetery was founded in the second half of the 19th century. The ‘sage in Torah’, a ‘shameful  and respected woman’ and ‘our teacher’ are buried on the spot. At least these verses one can read on the headstones. The latter ones (people and)  time slowly turns into ashes and sand.

In 1921 there were 423 Jews living in Muszyna. After WWII no one survived. The end of the Jewish community took place in two ghettos in Bobowa and Grybów where they were exterminated.

Once the headstones had been counted and in the mid-90’s, 84 matzevahs were identified. Today their condition and the general shape of the graveyard is more than worrying. Everything diminishes: headstones, cemetery wooden fence. For sure, there is less of headstones that it used to be there once…

The graveyard in certain sense does not exist at all since it is tremendously difficult to find it when you come from outside. No street signs, none of information how and where one can find it. Though neighbouring with some houses  standing nearby, it looks like as if the graveyard had been swept away from the consciousness of the living here many, many years ago. In a way it’s typical for central Europe (or Mittel-Europa as Milan Kundera would call this part of the Old Continent). I feel slightly ashamed.

I put a tiny stone on the top of one of the headstones. I read the verse curved in the limestone – the life of my Lord will be bound securely in the bundle of the living by the Lord your God (1 Samuel, 25,29)

My journey continues. I shall take the glimpse of this very place with me, for sure.

Before the dawn. Muszyna, Jewish cementary

Levy's Family. Muszyna, Jewish cementary

Small, forgotten place (Jewish cementary in Muszyna)

Memory (Jewish cementary in Muszyna)

 

Podróż (2). Kirkut w Muszynie

Pokonuję ulicę Ogrodową, potem gdzieś po minięciu numeru 89, rozpoczynam długi podjazd  po stromo wijącej się drodze. Miejsca w sam raz na samochód. Jeden. Potem pozostaje długie i mozolne podejście. Żólty szlak prowadzi poza ostatnie domy. Resztki ogrodzenia. Belki, informacja dająca się z trudem odczytać, że to „Cmentarz żydowski”.  Łapie powietrze. Za chwilę Słońce zniknie za wzgórzami. Uspokajam oddech.

Cmentarz położony jest tuż pod sosnowym lasem, przy Smarkatym Potoczku. Daleko za miastem i pamięcią ludzką.

Cmentarz i las koegzystują. Wzajemnie się przenikają. Świat tych co odeszli i przyrody, która nie poddaje się przemijaniu.

Kirkut w Muszynie znajduje się na końcu świata. Tamtego i tego. Trudno do niego dotrzeć. Przestał istnieć, choć wciąż trwa. Macewy chylą się ku ziemi, kłaniając Wschodowi i odległej Jerozolimie. Jak nakazuje tradycja.

Założono go w II połowie XIX wieku. Miejsce w sam raz, jak mawiano, dla innowierców.

Leżą na niej i uczony w Torze, niewiasta poważna i cnotliwa, czy nasz nauczyciel, jak wyryto w kamieniach, które ludzie i czas obraca w proch i nicość.

Jeszcze w 1921 roku w Muszynie było 423 Żydów. Po wojnie nie pozostał nikt. Kresem obecności była eksterminacja w gettach w Bobowej i Grybowie.

Na cmentarzu, ktoś doliczył się 84 macew, gdy w połowie lat 90-tych dokonano ich opisu i inwentaryzacji. Dzisiaj stan cmentarza, po jego rewitalizacji pod koniec 20. wieku jest więcej niż niepokojący. Zanika. Ogrodzenie, nagrobki… Tych ostatnich z pewnością jest mniej niż wówczas, gdy pieczołowicie spisano nazwiska tu pochowanych.

Cmentarza w jakimś sensie nie ma. Trzeba włożyć sporo wysiłku,  by tu dotrzeć. Nie ma drogowskazów, informacji.  Takie sąsiedztwo, chyba typowe w tej części Europy. Smutne. Ogarnia mnie rodzaj zawstydzenia.

Położyłem kamień na jednej z macew. Czytam „Niech jego dusza związana będzie w węzeł życia…”

Moja podróż trwa dalej.  Pamięć tego miejsca poniosę ze sobą…

Obok siebie (Muszyna, dawny kirkut) Zapatrzeni na Wschód, a tam Jerozolima (Muszyna, kirkut)

Ród Lewiego (Muszyna, kirkut)

Kirkut w Muszynie Kirkut w Muszynie (2)

Pamięć (kirkut w Muszynie) Po zachodzie Słońca (kirkut w Muszynie)

 

Podróż (1). Zdjęcia dwa

Nieznośmy upał. Teraz ogromna burza. Nawałnica. Nie wiem jak nazywa się stan odwrócenia tego, że więcej wody jest nade mną niż pod stopami? Nie ma Kanta,  by spytać kogoś o sens takiego zaprzeczenia prawa ciężkości.

Wcześniej Nowy Sącz. Bardziej niż gorąco. Chowam się w krótkim półcieniu rzucanym przez skąpe szczyty dachów.

Po raz kolejny, a jestem drugi raz w tym mieście, na witrynie sklepu ze starzyzną, pamiątki z Górnego Śląska. Dziwne i zaskakujące.

Tym razem moją uwagę przykuły dwa zdjęcia z… Chorzowa, a własciwie z Koenigshuette.

Atelier Paula Hildebrandta. Portrety Jej i Jego. Jak trafiły tutaj ich zdjęcia? Nie mogę tego pojąć. Mieszczanie z odległego Górnego Śląska  tutaj (ze mną). Wczoraj ja w Chorzowie, dzisiaj oni z tamtego miasta. Jak nie wierzyć w sens przyciągania się miejsc, ludzi i okoliczności?

Z drugiej strony jeśli pomyśleć o nomadycznej naturze niektórych fotografów z przełomu XIX i XX wieku, wożących ze sobą oprócz namiotu (ciemni), aparat, płyty szklane i statywu, czy zestaw teł na każdą okoliczność, to spotkanie z Paulem, fotografem z Królewskiej Huty, nie musi tak bardzo dziwić.

A może to śląscy, polskojęzyczni Żydzi, którzy w okresie międzywojnia przyjechali do Sącza i tutaj się osiedlili? Nie wiem.

Wdzięczny jestem przypadkowi, że natknęliśmy się na siebie tutaj. Setki kilometrów, które potrafią nic (na szczęście) nie znaczyć.

Ona i on. (Widziane w witrynie sklepu ze starzyzną) Wynurzanie (Portret symboliczny)

 

 

Wystawa, której nie ma (wersja autorska)

Wystawa, której nie ma. O wystawie stałej historii Górnego Śląska.

Początek historii

Redakcja Gazety Wyborczej poprosiła mnie o porównanie nowo otwartej wystawy stałej historii Górnego Śląska  ze scenariuszem ekspozycji, który wyłoniono w trakcie konkursu w październiku 2012 roku.

Podstawą do przygotowania ostatecznej wersji scenariusza był zwycięski projekt firmy AdVenture wraz z zaleceniami pokonkursowymi. Nad projektem pracowano do 29 marca 2013 roku.

Po tej dacie rozpoczęto prace nad nowym scenariuszem. Był to projekt bardziej z pogranicza polityki i propagandy historycznej niż praktyki muzealnej. Prace te zaowocowały nowym scenariuszem, a w konsekwencji obecną wystawą stałą w Muzeum Śląskim.

Wystawa, a może wystawy?

Zadanie porównania dwóch wystaw to jak najbardziej właściwie postawienie problemu. Wystawa pokazywana obecnie nie jest – o czym próbuje się zapominać – kontynuatorką tej pierwotnej. Podszywa się pod nią, udaje ją. Ale to fałszywka, podróbka. Chciałoby się powiedzieć za dr hab. Irmą Koziną, że to „śmieci wrzucone do jednego worka” (GW, 29 czerwca 2015 r.). Porównanie obrazowe i emocjonalne, ale trafnie definiuje chaos w obrębie wystawy, brak narracji i wyraźnej idei spajającej wystawę. Jest dokładnie tak, jak obiecywali to wykonawcy z firmy AdVenture. Jest jak w kinie, a to co na ekranie to film. Klasy B, należałoby dodać.

Podkreślam fakt, że mówimy o zupełnie innej wystawie ponieważ wbrew temu co pisze się tu i ówdzie, nie mamy do czynienia z „poprawioną wystawą” –  jak komentuje to dyrektor muzeum Alicja Knast – czy z ekspozycją, w stosunku do której dokonano wyłącznie „kosmetycznych zmian”, jak chciałby to widzieć Jarema Szandar z firmy AdVenture (Polityka nr 27, 1.-7.07. 2015 r.). Nie jest to wreszcie „złagodzona wersja rewizjonistycznej ekspozycji”, jak opisuje wystawę Piotr Semka (Do rzeczy, 6.07. 2015). To nie jest też wystawa z 2013 roku, jak chciałaby Teresa Semik, o której „długo dyskutowano” (DZ, 27-28.06. 2015).

Powiedzmy sobie więc wprost i jasno. To po prostu inna wystawa. Korzystająca z dorobku tamtej, dosyć bezczelnie, a czasami bez zrozumienia, ale inna.

Dlatego właśnie, odrzuciłem zadziwiającą skądinąd propozycję dyrekcji Muzeum umieszczenia mojego nazwiska, jako… autora wytycznych do obecnej wystawy w Muzeum Śląskim. Nie mam z nią nic wspólnego. Autorzy są podpisani i to oni biorą za nią odpowiedzialność.

Świat z blue-box-a

To, co uderza w ogólnym odbiorze wystawy, to smutny fakt, iż to co widzimy jest projektem sprzed czterech lat. To we współczesnym muzealnictwie cała epoka. Na wejściu dostajemy projekt „przechodzony”, który byłby dobry właśnie tych kilka lat temu, ale dzisiaj razi swoim zapóźnieniem i niemal kompletnym brakiem świeżości.

Wystawa dosłownie i w przenośni uderza po oczach. Poraża liczbą zupełnie zbędnych multimediów, cofając jej koncepcję do wystaw z początku 21. wieku. Warto w tym przypadku przypomnieć, iż zgodnie z przyjętymi założeniami i warunkami konkursu, multimedia stanowić miały nie więcej niż 30% materiału prezentowanego na wystawie. Resztę narracji miały  budować obiekty zabytkowe! Można odnieść niepokojące wrażenie, że jest dokładnie na odwrót.

Tymczasem od jakiegoś już czasu wiadomo, że multimedia nie są w stanie zastąpić rzetelnej i interaktywnej narracji muzealnej. W żaden sposób „nie pozwalają dojść do głosu autentycznym obiektom”, jak zauważał prof. Piotr Szacki.

Przykład? Bardzo proszę. Jakim kontekstem dla opowieści o rewolucji przemysłowej na Górnym Śląsku jest projekcja niepodpisanej grupy przedstawicieli arystokracji w blue-boxie, mizdrząca się do widza tandetnym efektem mrugających oczu, zmiany ustawienia, czy poruszenia wachlarza w rękach anonimowej damy?  Co to jest? Komu i czemu służy w narracji wystawy?

W miejsce oryginalnych zabytków, o których prof. Krzysztof Pomian pisał, że w praktyce każdego muzeum  „pełnią funkcję pośredników między widzami a światem niewidzialnym, o którym mówią mity, opowieści  i historie”, na wystawie otrzymujemy historyczny ersatz. Przemawiają do nas wydruki wielkoformatowe, podświetlane tablice i migające ekrany oraz technologie telewizyjne w formie odtylnych projekcji. To prezentacja rodem z parku tematycznego, a nie z muzeum.

Utracony potencjał społeczny

Nieobecność oryginalnych eksponatów na wystawie nie może być tłumaczona ich brakiem.

To po pierwsze argument nieprawdziwy. Smutny przykład zmarnowania ogromnego potencjału społecznego, jakim była akcja „Dopisz się do historii” przeprowadzona przez Muzeum Śląskie w 2012 i 2013 roku i obiekty zgromadzone w trakcie jej trwania. Miały zostać użyte w obrębie wystawy stałej. Nota bene uczestnikom tej akcji miano podziękować zapraszając ich na otwarcie muzeum. Nie uczyniono tego.

By nie być gołosłownym podam kilka przykładów. Oto nie znalazłem na wystawie niemal gotowego obiektu ekspozycyjnego, jakim była szafa z podwójnym dnem z dawnej siedziby gminy żydowskiej w Katowicach. Zawierała bibliotekę talmudyczną i zwój odkrytej w niej Tory.

O skomplikowanych losach Żydów z Górnego Śląska nie opowiada też marmurowy szyld koszernej masarni, jaki z Bytomia trafił do muzeum w ramach akcji Dopisz się do historii. Był idealnym obiektem do opowiedzenia o złożonych relacjach Żydów, Niemców i Polaków na Górnym Śląsku. I jego nie ma na tej wystawie.

Zabytki? Jakie zabytki?

W części wystawy poświęconej powstaniom i plebiscytowi otaczają nas podświetlane wydruki plakatów z tego okresu. Co za porażka inscenizacyjna!  Porażka, bo niestety nie znajdziemy tam ani jednego oryginału, pomimo, że jest to  – jak twierdzili przeciwnicy poprzedniej wystawy – tak ważny okres w dziejach Górnego Śląska. Nie ma tam między innymi oryginału ikonicznego  plakatu Antoniego Romanowicza „Wyzwól się od Twych gnębicieli! Głosuj za Polską” z 1921 roku. Oryginał został w magazynie (jak kilka innych), choć zakupiono go z myślą o wystawie w okresie poprzedzającym przygotowania do jej powstania. W zamian za to na ekspozycji karmi się widza współczesnymi wydrukami i czymś – co trzymając się definicji prof. Pomiana –  nie będąc autentykiem „żadnej historii nam nie opowie”. Oryginał zastępuje tu muzealny kamp, kicz czy multimedialny odpowiednik dawnego oleodruku. W każdym przypadku nic, co pobudza autentyczne emocje.

Wydruki, komiks i zero autentyzmu... (inny tytuł - Neue Wilde)

Muzealny kamp

Wystawa zdecydowanie rozczarowuje estetycznie i przeczy dosyć podstawowym zasadom organizacji przestrzeni muzealnej.

Nie jest dla mnie przekonującym argumentem, że chaos katowickiej wystawy można tłumaczyć współczesnymi wystawami zagranicą i modami  funkcjonującymi i w tym świecie.

Co było bowiem wzorem dla wystawy w Katowicach? Z pewnością nie bardzo udana wystawa w dawnej Fabryce Schindlera, ani uznawana za niemal wzorcową ekspozycja stała w Domu Historii Niemiec przy Unter den Linden w Berlinie. Wzorem tym nie była nawet ta z Opawy, gdzie jakoś udało się spójnie opowiedzieć o dziejach Śląska nie popadając w odmęty chaosu.

Wreszcie, skoro tworzono nową wystawę, to dlaczego chaosowi temu ktoś uległ? Nie miał wyobraźni? Dość kompetencji? Nowa wystawa w Katowicach nie musiała powielać błędów, jeśli zdawano sobie z nich sprawę. I jeśli odrzucono pierwotny scenariusz z 2012 roku, to w czym tkwiła trudność, by błędów tych uniknąć?

Błędów i niedoróbek na wystawie jest zresztą bez liku. Przeczą podstawowym zasadom muzeografii, a więc tego, jak konstruować wystawy, jak je tworzyć i organizować.

Jednym z najbardziej widocznych błędów, obnażających warsztat autorów aranżacji są „latające” narzędzia rolnicze w części poświęconej… prawdopodobnie(?) obrazowi rolnictwa na Górnym Śląsku w I połowie XIX wieku. Lecą w naszym kierunku brony, pługi, motyki i Bóg wie co jeszcze. Śmiesznie zawieszone na żyłkach, rozwijają zabójczy lot po swoich trajektoriach.

"Latające" obiekty

Taka nieudolna i pretensjonalna prezentacja obiektów, to wyzwanie poznawcze dla młodego odbiorcy, czytającego dzisiaj Pana Tadeusza z niezbędnymi dla zrozumienia tekstu przypisami. Nie daje mu szans na zrozumienie tego, czym są te przedmioty i do czego służą. To muzealne faux-pas, taki obiekt bez kontekstu. Cytowany tu już profesor Piotr Szacki pisał „przedmioty muzealne, szczególnie zaś narzędzia, jako fragmenty rzeczywistości, domagają się swojego naturalnego kontekstu i uzupełnienia”. Nic takiego się nie dzieje, a latający pług zyskuje cechy współczesnego drona.

Dopełnieniem kakofonii form i znaczeń jest rotunda i łaźnia łańcuszkowa tworzące egzotyczną całość i wpisana w to biblioteka. Miejsce to jest symboliczną metaforą nieistniejącego świata, jaki zaproponowano zwiedzającym. Rodzi to niezrozumiałą narrację i jest owym „śmietnikiem, z którego nic nie wynika” jak zauważyła dr hab. Irma Kozina (GW, 29 czerwca 2015).

W obrębie powszechnie krytykowanej przestrzeni dawnego pałacu z „kuriozalnym” (dr hab. Irma Kozina) monidłem – portretem arystokracji, prezentowane są elektroniczne wersje grafik Ernsta W. Knippla. Zabieg niepotrzebny, edukacyjnie chybiony. Zwłaszcza, że muzeum dysponuje oryginałami jego prac. Względy konserwatorskie, że ich zabrakło? Grafik i Knippla, i innych jest dość, by je w bezpieczny sposób wymieniać. Powtórzę to tu i potem. Muzeum, w którym prezentowane są z taką konsekwencją reprodukcje i substytuty w miejsce autentyku, to niby-wystawy w niby-muzeum za 10 milionów złotych. Drogie zabawki nikomu niepotrzebne.

Forma skrzeczy i wtedy, gdy przechodząc do czasoprzestrzeni po 1918 roku, wchodzimy doń przez spaloną mapę Europy Środkowej. Starszym widzom przypominać to będzie scenę otwierającą z wiekowego serialu Bonanza. Wisi to coś nad głowami przechodzących i nie wiadomo –  śmiać się czy płakać nad takim pomysłem?  Byłoby śmiesznie, gdyby nie fakt, że to poważna sprawa, a mapa ma cechy szmaty, z nie obiektu muzealnego.

W ogóle walory estetyczne katowickiej aranżacji i budowanie kulis dla przestrzeni wystawy także rodzi bardzo poważne wątpliwości.

Oczywiście nie ma dymu bez ognia i nieporadność w organizowaniu przestrzeni, tandetność użytych materiałów wynika po prostu z… braku idei przewodniej w obrębie wystawy. Bo niby jaka ona jest, jeśli jest?

Czy przez dodawanie wątków do siebie, zakrywanie tych niewygodnych, tworzymy nową jakość? Nie sądzę. Nie powstaje nic ponad sumę przestrzeni i tablic, plansz, zanurzonych w multimedialnym szumie. W kształcie przyjętej aranżacji widać głosy adwokatów anty-wystawy, takich jak Piotr Spyra, czy Michał Wójcik, żądających projektu z gruntu podręcznikowego. Tablic, planszy i opisu, by lud czytał i się uczył.

Anachronizm nadpodaży plansz i tekstów na wystawie jest aż nadto widoczny. Nikt tego nie czyta. Nie da się. Poza tym, że tekstu dobrze nie widać  i nie jest dostosowany do potrzeb osób niewidzących, a miał być, zgodnie z wytycznymi projektu i warunkami konkursu.

Czyje losy?

Alicja Knast tłumaczy, że na tę wystawę każdy przychodzi z własnymi losami (Polityka, nr 27, 1.- 7.07. 2015). A jeśli takowych nie posiada? Co się dzieje, gdy jest dokładnie kimś, na kogo pierwotnie liczyliśmy projektując tę wystawę, czyli jest widzem spoza śląskiego kontekstu i tutejszych uwikłań? Co ma zrozumieć? Jakie „swoje” losy? Do czego się odwołać. Historii jak z PRL-u?

Wreszcie na poszukiwanie „samych siebie” raczej wybieramy się w inne miejsca. W zagubieniu wystawy w Muzeum Śląskim niczego poza chaosem nie odnajdziemy. Także dlatego, że po prostu wystawa żadnego uniwersalnego przekazu nie tworzy.

Przekaz taki posiadał pierwotny scenariusz wystawy i zawarta w nim opowieść o modernizującym się G. Śląsku i industrializacji, która zmieniła obraz tego regionu, trwale i na każdej płaszczyźnie…

Niespójna, poklejona i gdzie to światło?

Wszystko to, a stanowi to jedynie część uwag do wystawy, prowadzi do konkluzji, że wystawa nie jest spójna. Nie niesie żadnego czytelnego przekazu. Tym bardziej zimnego (to synonim obiektywizmu?), jak chciałby jeden z autorów tej wystawy, Jarosław Racięski, (Polityka, nr 27 1.-07. 2015). W wytycznych do konkursu na scenariusz wystawy wyraźnie zaznaczono, że scenariusz miał oddziaływać i edukować przez rozbudzanie emocji… Ktoś najwyraźniej zapomniał na czym oparto sukces takich projektów muzealnych jak Muzeum Powstania Warszawskiego. Czym by było, gdyby operowało „zimnym” przekazem?

Nie pastwiąc się nad elementami wystawy, o których już wielokrotnie pisano (także jej orędownicy), zauważając, że jest po prostu niedokończona i brakuje na niej podpisów, z żalem trzeba powiedzieć, że nie korzysta nie tylko z doświadczeń europejskich, ale przede wszystkim z najlepszych praktyk polskiego muzealnictwa ostatniej doby.  Częściej powtarza błędy i banalizuje rozwiązania innych projektów w Polsce.

Wystawa „Światło historii”, poza dosłownymi cytatami z krakowskiego Muzeum w dawnej Fabryce Schindlera (jak białe figury w przestrzeniach immersyjnych), niczego z innowacyjnych doświadczeń tamtej ekspozycji nie czerpie. Szkoda, bo tamta wystawa pomimo upływu pięciu lat od jej otwarcia jest wciąż dobra i inspirująca, bo zrodziła się w starciu zespołu historyków i scenografów oraz plastyków. Ma ideę, ukształtowaną przestrzeń, a jedna z metafor organizujących wystawę  (podróż w czasie) jest czytelna i konsekwentnie poprowadzona.

Można odnieść wrażenie, że wystawa w Katowicach nie ma żadnej innej idei niż ta, o jakiej pisał Jerzy Kosiński – wystarczy być.  Forma starczy, a treść się sama jakoś ułoży lub ewentualnie przyniosą ją z  sobą zwiedzający… skoro nie zrobili tego autorzy wystawy. I nie należy tej sytuacji mylić ze stawianiem widzowi otwartych pytań.

Światło można zgasić. Nikt nie zauważy różnicy.

Wystawa, której nie ma i cele, które były…

Zgodnie z warunkami konkursu rozstrzygniętego w 2012 roku , celami pierwotnie planowanej  wystawy była między innymi: zmiana stereotypu postrzegania Górnego Śląska, prezentacja zróżnicowanego kulturowo i geograficznie regionu z uwzględnieniem zarówno części przemysłowej (tzw. „Śląsk czarny”), jak i rolniczej (tzw. „Śląsk zielony”). Projekt miał odnieść się także do wielu wymiarów śląskiej duchowości.

Jednym z kolejnych celów wystawy było  „wprowadzenie do dyskursu intelektualnego, artystycznego i symbolicznego nowych kategorii poznawczych związanych z Górnym Śląskiem na tle regionalnym, krajowym i międzynarodowym”. Wystawa miała wreszcie odnieść się do problemu tożsamości i patriotyzmu Ślązaków, pokazując Śląsk jako miejsce fascynujące, atrakcyjne, miejsce narodzin i aktywności wybitnych postaci z historii Polski, Niemiec i krajów europejskich. Osią narracji miał być wyjątkowy na kontynencie europejskim proces industrializacji Górnego Śląska.

W oparciu o tę ostatnią narrację miano zbudować rozważania o przeobrażeniach w życiu społecznym, kulturalnym, narodowym i religijnym na Górnym Śląsku.

Z premedytacją przytoczyłem część z celów zawartych w dokumentacji  konkursowej, by  dać obraz tego, jak była spójna, przemyślana i otwarta. Otwarta na dyskusję, stawianie kolejnych pytań, odnoszenie się do najnowszego stanu wiedzy. Jak nowoczesna. Nie przez formę (multimedia miały odgrywać jako się rzekło bardzo ograniczoną rolę), a przez sposób mówienia o Śląsku.

Zmiany czyli co usunięto

Scenariusz wystawy,  w kształcie przyjętym przez sąd konkursowy, nigdy nie rozpoczynał się wejściem do dawnej KWK Katowice, ani nie miał się otwierać szatnią łańcuszkową, jak dzieje się to w zrealizowanej wersji. To absolutnie nowy element. Pozakonkursowy i nieobecny w projekcie przeznaczonym do realizacji z października 2012 roku. Ale to nic nowego, że konkurs sobie, a życie sobie… „Kto ma wadzę”, zmienia rzeczywistość ponad i poza prawem. Nic nowego pod słońcem.

Precz z maszyną. Zostawmy maszynkę

Używając metaforyki Francisa Fukuyamy, wielkim końcem i wielkim otwarciem dla pierwotnej wystawy było pojawienie się na kontynencie europejskim (i na Górnym Śląsku), maszyny parowej (ogniowej, jak mawiano) w 1790 r. w Tarnowskich Górach.

W każdym wymiarze, także w obrębie muzeografii (tj. scenografii i aranżacji) wystawy, otwarcie takie posiadało ogromny ładunek emocjonalny i uprawniało wyznaczenie cezury rozpoczynającej narrację o współczesnej historii G. Śląska  na koniec XVIII wieku. Było też świadomym wyborem uwzględniającym charakter zbiorów Muzeum Śląskiego (nie posiadających zbiorów z wieków średnich i nowożytnych) i wyników przeprowadzonych badań społecznych. Te potwierdzały, że problemem dla współczesnego odbiorcy w interpretacji  historii G. Śląska, nie są jego dzieje nowożytne, czy średniowiecze, ale historia nowoczesna i najnowsza.

No, ale jak wiemy między innymi za sprawą J.W. Goethego (który jak wiadomo niemieckim poetą był) zabieg taki odsądzono od czci i wiary. Nie pomogło wielkiemu poecie nawet i to, że Adam Mickiewicz spotkał się z nim w Weimarze, dokąd przybył ze specjalną wizytą, by oddać hołd wielkiemu Niemcowi.

To, co zostało z tej części projektu to skarlała, nieczytelna wersja przekroju maszyny parowej, bo nawet nie makieta. Dzisiaj, po użyciu przez autorów wystawy nożyczek poprawności politycznej, obecność maszyny parowej na wystawie jest niejasna i rodzi wręcz pytanie o taki jej sens. Pozostawienie rysunku maszyny to widoczna danina na rzecz tego, że pewnych rozstrzygnięć z historii wystawy cofnąć się już nie dało (no i trzeba rozliczyć projekt). Maszynę w istocie zaszlachtowano, jak i cały pomysł upychając go w ramy pleksiglasu. Dzisiaj w sposób więcej niż bardzo odległy, pozostaje w związku z pierwotnym scenariuszem wystawy.

Maszynka parowa... i i ktoś do nas mruga...

Kapsuły i e-booki

Na wystawie nie ma także kapsuł czasu (kategorii spopularyzowanej przez Andy’ego Warhola), obecnych w pierwotnym projekcie scenariusza. Te miały podejmować wybrane i najważniejsze wydarzenia z historii Śląska (m.in. osadnictwo w prehistorii,  losy Piastów Śląskich w Europie,  wojnę trzydziestoletnią). Pozwalały także wybrnąć z problemu ograniczonych zasobów muzealnych odnoszących się do tego okresu, których muzeum nie posiadało.

Tak jak maszynę parową, tak i kapsuły zastąpiono czymś innym, co żywcem przypomina mi PRL-owskie wyroby czekoladopodobne nieudolnie udające  swój pierwowzór. Jak wówczas, tak  i tutaj skutek wykrzywia nam zęby. W miejsce kapsuł mamy przedziwne złożenie czterech elementów czasoprzestrzennych: wejście do kopalni „Katowice”, rotundę w Cieszynie i umieszczoną w cieniu jej romańskich łuków szatnię łańcuszkową. Do tego wszystkiego nowożytna biblioteka z… e-bookami? O co w tym wszystkim chodzi? Nie wiem. Spytajcie autorów. To ich praca.

Duchowość i miasta ogrody

Na wystawie zabrakło zaplanowanej i istotnej części odnoszącej się do wielokonfesyjnej  (co podkreślam) duchowości Ślązaków. W obrębie drugiej industrializacji nie zaprezentowano szerzwj przemian urbanistycznych na Śląsku jako ruchu odnowy przestrzeni miast i powstawania śląskich miast jutra – miast ogrodów. Wstępu do rewolucji modernizacyjnej w architekturze jaka dokonała się po 1918 roku.

Przegrane Pokolenie 1918

Całkowita zmiana dotyczy  sposobu zaprezentowania historii międzywojnia.

Pierwotnie część ta nosiła tytuł Pokolenie 1918 . W jej obrębie planowaliśmy zaprezentować fascynującą historię Górnego Śląska w organizmach państwowych Polski i Niemiec (III Rzeszy). Górnego Śląska doświadczającego po obu stronach kordonu dynamicznego rozwoju, części konkurujących ze sobą. Miały tam zostać zaprezentowane ośrodki kultury i centra nowoczesnej architektury. W przypadku polskiego Górnego Śląska, miała to być prezentacja regionu  tworzącego zręby nowych struktur państwa i nowego pokolenia swoich mieszkańców.

Świat oglądany oczami człowieka, który w 1939 roku kończył 18 lat wydawał nam się ciekawym i kreatywnym pomysłem, także po to, by w obrębie wystawy wydzielić część poświęconą wyłącznie dzieciom i ich światowi.

Narrację Pokolenie 1918 zastąpiła standardowa i banalna już dzisiaj pseudo-rekonstrukcja jakiś ulic z dwóch miast Górnego Śląska i dzisiaj można urządzać jałowe konkursy, jaki fragment ulicy udaje które miasto. Ulic pozornie symbolicznych, ale tak naprawdę znaczeniowo pustych, nieistniejących i nic nie opowiadających.  Szczególnie w tej części widać cięcia kosztów produkcji wystawy oraz brak pomysłu na to, co i jak pokazać. Ofiarą tych kosztów było zrezygnowanie z narracji opartej na podroży przez Śląsk na pokładzie sterowca, jednego z symboli  lotnictwa tamtej epoki na Górny Śląsku.

Papier, dykta i Śląsk wymyślony

Marginalnie potraktowane zostały losy społeczności żydowskiej, o czym już wstępnie wspomniałem. Nie zastąpią ich wszechobecne na wystawie plansze. Podobnie jak niczego nowego nie opowiedzą o losach społeczności żydowskiej na G. Śląsku hasła i symbole antysemickie wymalowane na niby-witrynach sklepów. Bez odpowiedniej interpretacji  napisy te niewiele różnią się od tego, co młody widz nadal zobaczyć może na murach bloków w dzielnicach polskich i śląskich miast.

Gilotyna

Kwestią, której nie zdążono rozwiązać w pierwotnym projekcie scenariusza była rola i miejsce, jakie na ekspozycji miała zająć gilotyna. Co więcej, jej umieszczenie w przestrzeni wystawy nie było ostatecznie przesądzone.

Dzisiaj w kakofonii dźwięków, w jakiej zanurzono gilotynę, w żaden sposób nie spełnia ona zaleceń grona sędziowskiego, by była potraktowana jak coś wyjątkowego, jak szczególna relikwia.

Obawy, jakie wówczas i potem  w tym zakresie wypowiadała prof.  Ewa Chojecka, niestety spełniły się. Nie znaleziono dla niej odpowiedniego miejsca ani roli w narracji wystawy. Klęcznik znajdujący się w instalacji poświęconej Kulturkampf póki co powinien być szybko przeniesiony w jej pobliże, czyniąc z tego obiektu więcej niż symbol i ratując jej szczególny status w przestrzeni wystawy.

PRL jako nostalgiczna opowieść bez dziadka Mroza i ścieżek zdrowia

Wystawa w tej części serwuje nam idyllicznie i nostalgicznie potraktowaną historię G. Śląska w PRL-u. Mało w niej miejsca poświęcono latom stalinizmu i historii Stalinogrodu. Kwestii dławienia tożsamości regionalnej, działaniom aparatu przymusu i SB. Jak w pierwotnej wersji zamyka ją data  1989.

Porzucono projekt scenograficzny mocno zaakcentowany w koncepcji konkursowej. Betonowej taśmy i symbolicznej szarości PRL-u.

Już przy okazji rotundy w Cieszynie ujawnił się fatalny wybór skali dla prezentowanej na wystawie  architektury. Stojąc zarówno obok rotundy, a potem obok bloku z wielkiej płyty jesteśmy mu niemal równi wielkością. Blok wygląda tam jak skarlały Goliat przy rozrośniętym Fiacie 126 p. Nikt tak tego nie robi. To absurdalne. I śmieszne. Znowu.

Nie interesuje mnie Twój głos

Rok 1989 nie zamykał pierwotnego scenariusza. W obecnej wystawie scenariusz skrócono pozbawiając go Przeslania dla Górnego Śląska na przyszłość.

Obok głosów wybitnych postaci związanych z Górnym Śląskiem, miało być to miejsce do rejestrowania dobrowolnych wypowiedzi zwiedzających na temat tego, czym dla nich jest Śląsk współczesny i ten poznany na wystawie. Mocny akcent interaktywnego zaangażowania i ekspresji. Tego elementu w obecnym kształcie wystawy nie ma. Jej autorzy najprawdopodobniej tego rodzaju refleksją ze strony zwiedzających nie byli zainteresowani. Dlaczego mnie to nie dziwi?

Lista braków – cd

W obrębie wystawy nie ma wprost przestrzeni dedykowanej dla dzieci i pokazującej świat śląskiego dziecka. Szkoda. Tak miało być, ale nie jest. To dzisiaj standard na tego rodzaju wystawach.

Nie ma przestrzeni dedykowanej wyłącznie mowie śląskiej, gdzie swoistym bohaterem miało być słowo, które wygrało w konkursie na najpiękniejsze śląskie słowo (przypomnę, było nim – pszaja ci).

Trudno jest w chaosie alejek obecnej wystawy dostrzec ideę tego, że najważniejszym adresatem wystawy jest rodzina, a proces poznawania ma generować dialog międzypokoleniowy.

Organizując scenografię wystawy, umiejscowienie obiektów zapomniano  o dzieciach i –  poza przypadkiem gilotyny – nie zaplanowano przestrzeni wystawy, by uwzględniały ich predyspozycje poznawcze, czy wzrost wreszcie.

W obrębie wystawy stałej nie ma miejsca dla osób niewidomych (brak opisów w systemie pisma punktowego), choć takie były założenia i wymagania w konkursie. Nie uwzględniono także w realizacji wystawy, iż ma oddziaływać wielozmysłowo na odbiorcę. Zwiedzający widzi może światło ze Śląska (o ile uruchomi wyobraźnię), słyszy kakofonię dźwięków i czuje dotyk przycisków multimediów. I to by było na tyle. To dość ubogo, jak na 21. stulecie.

Epilogi dwa. Do wyboru

Epilog 1

Recenzję wystawy stałej w Muzeum Śląskim Jan Dziadul (Polityka, nr 27 1-7.07. 2015) zamyka obrazem jaśniejącej szklanej kostki bryły muzeum. Mało, a może w sam raz, jak na dzieło poprawne politycznie. Smutne jak na projekt edukacyjny i cywilizacyjny, jakim miała być ta wystawa. Podkreślając europejski charakter Śląska i jej mieszkańców przywołuje jego obraz z „Listów o Śląsku” Johna Quincy Adamsa.  Cieszy mnie ta opinia. W przeciwieństwie do wystawy stałej „Listy” (wydane z inicjatywy niżej podpisanego) są autentyczne i nieocenzurowane. Nie można tego powiedzieć o wystawie.

Epilog 2

Czy obecna wystawa, to jej wcześniejsza, pierwsza odsłona? Oczywiście, że nie. Wiemy to od samego początku.

Co może jedynie dziwić, to fakt, że w tej ostatecznie zrealizowanej wciąż widać ślady jej pierwowzoru. Czy to nie zastanawiające?