Taka dzielnica

Paryska dzielnica Le Marais

Gdy wyprowadził się stąd przemysł w XIX wieku, pojawili się francuscy Żydzi. W okresie międzywojnia ich liczbę znacząco powiększyli Żydzi z Europy Środkowej. Imigranci z Polski, porewolucyjnej Rosji. Do dzisiaj na szyldach miejscowych sklepów, piekarni i cukierni odnaleźć można takie nazwiska jak Sacha Finkelsztajn, a wśród serwowanych ciast oferowane jest gateau o swojsko brzmiącej nazwie – sernik.

Dzielnica wciąż zachowuje swój wyjątkowy klimat. Smaki i aromaty Europy i Bliskiego Wschodu otaczają nas z każdej strony, unoszą się wśród zaułków i krętych uliczek dzielnicy. W narożnych restauracjach swoje wino sączą ludzie, którzy się znają na tyle dobrze, że wciąż mogą wymienić najświeższe sąsiedzkie wiadomości.

***

Wkrótce wróce  na blogu do historii, która w dziwny sposób łączy to miejsce z Górnym Śląskiem…

Tymczasem kilka zdjęć z 2008 roku…

 Sacha wciąż potrafi zrobić prawdziwy sernik... (2008)

Le Marais dzisiaj. Zostały stare szyldy (2008)

Hugo mieszkał pod numerem 6 (Place des Vosges, 2008)

Popołudnie na Place des Vosges (2008) 

Czyja walizka?

Czyja walizka?

Impulsem do napisanie tego wpisu były losy walizki należącej do ojca Michel Leleu Levi. To jedna  z czterech tysięcy walizek, jakie znajdują się w zbiorach w byłym obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Dzisiaj można ją zobaczyć w paryskim Muzeum Pamięci Shoah na wystawie stałej. To tzw. długotrwałe wypożyczenie.

To historia, która rodzi pytanie o to do kogo należy historia i przedmioty tej historii. Gdzie kończy się prawo do własności, a gdzie obowiązek świadczenia prawdy, opowiadania kolejnym pokoleniom o tym co się stało? Przedmiot muzealny vis a vis przedmiot pamięci najbliższych? Pamiątka rodzinna czy przedmiot należący do pamięci zbiorowej ludzkości?

Michel Leleu Levi nigdy nie był w Auschwitz. Wiedział, że tam zamordowano jego ojca. To znaczy wszystko na to wskazuje, bo skoro tam pojechała walizka w pociągu numer 58, 10 lipca 1943 roku (jak odnotowała skrupulatnie francuska policja), to gdzie miałby się podziać Pierre Levy? Wiedząc to wszystko Michel Levy nie mógł i nie chciał tam pojechać. „Nie, nie”… odpowiadał po wielokroć gdy był pytany o to, czy się wybierze kiedykolwiek do Auschwitz.

25 września 2005 roku na wystawie w paryskim Muzeum Shoah przeżył szok, gdy zobaczył walizkę ze zbiorów Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Wypożyczono ją, jak wiele  innych przedmiotów prezentowanych na ekspozycji. Na TEJ walizce dostrzegł napis sporządzony ręką jego matki i naklejony na jej bok. Treść jednoznacznie wskazywała na to, że była to walizka, którą 19 kwietnia 1943 roku zabrał ze sobą, zatrzymany przez policję w Avinionie, jego ojciec – Pierre Levi. Tylko on nie przeżył. Reszcie rodziny, ukrywającej się pod innym nazwiskiem to się udało. Nie deportowano ich do Auschwitz.

Po odkryciu Michela Levi’ego i zgłoszenia do niej prawa własności, walizka została zajęta przez francuskiego komornika. Sprawa trafiła przed francuski sąd. Ostatecznie po dwóch latach proces zakończył się ugodą zawartą przed pomiędzy muzeum oświęcimskim, a rodziną Levi. W jej wyniku muzeum Shoah otrzymało walizkę w wieloletni, 25-letni depozyt, a rodzina Levi otrzymała kopię walizki i wycofała swoje roszczenia w stosunku do Muzeum w Auschwitz-Birkenau.

Przypadek walizki Pierr’a Levy rodzi  wciąż ważne i istotne dla współczesnego muzealnictwa pytania. Do kogo należą obiekty znajdujące się w muzeach. W szczególności takich jak w Auschwitz-Birkenau. Miejsc z definicji przynależących do zbiorowej pamięci i ogólnoświatowej społeczności.

Przed sądem Michel Levy i jego prawnicy podnosili między innymi kwestię tego, na ile posiadanie przez muzeum pamiątek po najbliższych jest moralnie (a nie tylko prawnie) uzasadnione, skoro dla rodzin pomordowanych to czasami jedyna  pamiątka na jaką mogą liczyć, zaś muzeum ma  takich obiektów tysiące ? Gdzie jest granica między oddziaływaniem na współczesnego świadka tamtej historii przez setki tysięcy przedmiotów, ubrań czy ton włosów ofiar holokaustu, ułożonych anonimowo w witrynach obozowego muzeum, a prawem bliskich do pamięci… i relikwii, jaką jest przedmiot należący do zgładzonego?

Muzeum Auschwitz – Birkenau i funkcjonująca przy nim Rada jak sądzę słusznie zwracała uwagę na to, że obowiązkiem tego rodzaju muzeum jest zachowanie między innymi  przedmiotów ocalonych z zagłady jako składników budujących naszą (współczesną) zbiorową pamięć. Często jedynych dokumentów i dowodów – męczeństwa, ludobójstwa, zbrodni. Muzeum nie było też, co można zrozumieć, zainteresowane stwarzaniem precedensu dla zwrotu przedmiotu ze zbiorów muzeum, by w ten sposób nie generować falę podobnych roszczeń. Nie dlatego, że roszczenia te nie są po ludzku zrozumiałe, bo są. Chyba nikt tego nie kwestionuje ( w istocie takie stanowisko zajęła też rodzina Pierre’a Levy).

Nie można jednak nie zgodzić się z innym argumentem, jaki padł w tej dyskusji, że jak w tym konkretnym przypadku,  że przedmiot który zyskuje swoją tożsamość, przemawia do odbiorców, do nas wspólcześnie żyjących tym bardziej dramatycznie i poruszająco. To te obiekty muzealne, które pozwalają wyjść z cienia anonimowości ofiarom i świadkom holocaustu (jak zielony sweterek w Muzeum Holocaustu w Nowym Jorku). Pomagają w odzyskaniu dla nich imion i nazwisk, w miejsce obozowego numeru…

Pytanie kto jest dzisiaj właścicielem walizki, nie ma oczywistej, jednoznacznej odpowiedzi.

Przypadek walizki Pierre’a Levy pokazuje czym jest niejednoznaczność prawa do posiadania. Artefaktów z przeszłości i relikwii po ofiarach. Także nie rozstrzyga do kogo i w jakim zakresie należy wyłączny obowiązek opowiadania o historii. W tym przypadku wygrał kompromis i jak wierzę przywrócona pamięć właściciela walizki – pasażera konwoju nr 58 z Avinionu do Auschwitz – Pierre’a Levi.

Muzeum Shoah (Paryż, październik 2010; fot. L. Jodliński)

Obrazy ulubione

Ten obraz Rijksmuseum nabyło w 1908 roku. Fascynował mnie od chwili pierwszego z nim zetknięcia.

Ilekroć do niego się zbliżałem, robiłem mu zdjęcie analogową Practicą BC Electronic. Taki przedostatni wyrób przemysłu fotograficznego upadającej na twarz NRD. W moim archiwum zachowało się to jedno, wywołane zdjęcie. Mleczarka Jana Vermeera.

Obraz datowany na lata 1658-1661, został „(…)nadzwyczaj dobrze namalowany(…)” , jak pisano przy okazji jego pierwszej sprzedaży.
Wierzę, że można poświęcić się robieniu zdjęcia jednemu obrazowi, jeśli jest tak doskonały jak ten. To w istocie zgłębianie tajemnicy tego dlaczego nas fascynuje, ile liczy warstw interpretacji i spekulacji symbolicznej.
W 1991 roku firma KODAK do reklamy barwnych błon negatywowych posłużyła się reprodukcją tego właśnie obrazu.

Nie wiem czy sama reklama odniosła skutek. Z pewnością dowiodła w ten sposób, że barwna fotografia w szczególnych przypadkach ma uzasadnienie jako medium odwzorowania (innej) rzeczywistości.

Kobieta nalewająca mleko (fragment), Jan Vermeer (repr. L. Jodliński,; fotografia analogowa)

Drugie zdjęcie przywołuje na myśl przestrzeń i aurę artystyczną, która w tej formie, jaką widać na zdjeciu nie istnieje. To dawna aranżacja sal ekspozycyjnych malarstwa holenderskiego w Rijksmuseum przed jego wieloletnią modernizacją zakończoną w 2013 roku.
Zbliżanie się do Straży nocnej (1642) Rembrandta, za każdym razem napełniało mnie pewną dozą niepokoju, dreszczem emocji, zbliżaniem się do nieznanego. Stanem emocji tym silniejszym im postaci bardziej wyłaniały się z półmroków i cieni. Lśniły ich stroje. Połyskiwała broń i biżuteria. Płótno Rembrandta pociągało i ciągnęło ku sobie. Jak wir wody. Tak samo fascynujący, co niebezpieczny.
Najłatwiej było o takie wrażenia, gdy było przed lub po sezonie turystycznym w Amsterdamie. Takie wypady do Rijksmuseum w marcowe, chłodne popołudnia gdy sale wyludniały się i mniej było turystów, dawały szansę na zbliżenie się do obrazu bez ryzyka pominięcia szczegółu i skupieniu się na wybranych postaciach. Zgadywania ich kolejnych ruchów.

Straż nocna, Rembrandt van Rijn (fot. analogowa; Leszek Jodlinski, 1991)

Pan Staś elektryfikuje

Patrzę na to zdjęcie (wciąż mowa o fotografiach z antycznej walizki) i myślę o słowach Susan Sontag, że czas stawia większość ze zdjęć, nawet te amatorskie, w rzędzie arcydzieł fotografii.

A co wiemy o tym zdjęciu?

Jest listopad roku pańskiego 1946 (tyle można odczytać  na odwrocie zdjęcia). Elektryfikacja polskiej wsi nabiera tempa.

Kilka postaci i tylko jeden bohater. Spogląda na nas dumnie i śmiało z wysokości słupa elektrycznego. Świadom tego, że to co robi za chwilę zmieni życie mieszkańców domu nr 79…

To co dla jednych jest zdarzeniem dnia, na innych nie robi specjalnego wrażenia. Nie przerywają konwersacji, nie przywiązują uwagi do tego co się wokół dzieje. Mają już światło w domu? To ich nie dotyczy? Spekulacje można mnożyć.

Słup znalazł się tuż za płotem domostwa. W czasach masowej elektryfikacji nagminnie stawiano je nielegalnie na gruncie prywatnym. Czy tak było i tym razem? Spytałbym Józefa Stasia. Tego na słupie, ale to jedno z wielu pytań, na które nie znajdziemy prostych odpowiedzi… ( a wszystko dlatego, że zdjęcie nie zostało dobrze opisane).

Pan Staś elektryfikuje... (zdjęcie archiwalne, ze zbiorów L. Jodlińskiego)

Krzystyniak jako przypadek beznadziejny

Jest jak w tytule. I chyba tyle uwagi poświęcę Wielkiemu Kadrowemu RP, bo – jak mawiał klasyk – nie chce mi się (o nim) gadać.

Reszta  w katowickiej Gazecie Wyborczej:

http://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35063,18623667,podwladny-marszalka-polubil-polityke-nada-sie-bo-szczuc-potrafi.html

 

Fotografie z walizki. Szkolna wycieczka z Hindenburga

Walizka była stara, ale chyba nie tak stara jak zdjęcia, które w niej leżały. Większość z końca 19. wieku. Tylko niektóre pamiętały czasy, w których wyprodukowano tę walizkę z tektury. Jej papierowa wyklejka nie pamięta już wzoru jaki nosiła… Powróćmy jednak do zdjęć.

Górny Śląsk w obrazkach. Portrety, zdjęcia ślubne, komunijne…

Fotografie różne, choć jak zawsze dominowały te ze śląskich atelier.

Tym razem zadziwiająco liczne z zakładu Paula Hildebrandta przy Kaiserstrasse 24, w Königshütte. Ostatni adres jaki znajduję w walizce z tego atelier to pochodzący już z adresu przy ul. Wolności 24, w Królewskiej Hucie, a więc sprzed 1934 roku. Nietypowa para młoda. On i ona raczej dojrzali. Młodość noszą raczej w sercach niż w metryce.

Natrafiam na inne mocno zniszczone. Format pocztówkowy, mocno zniszczone. Zalane wodą, kiedyś. Wykonał je pewnie przypadkowy fotograf, może ktoś ze schroniska i tak dorabiający?

Fotografia ma swój tytuł „Aufbruch von der Kreuzbaude. 1937”. Kilka sprawdzeń w sieci i już wiem, że zdjęcie wykonano na przełęczy Jugowskiej w Górach Sowich. To dawny zajazd, który w 1928 roku przerobiono na schronisko. Dziwne nieco, bo dojechać do niego można było nowo wybudowaną drogą. Bardziej baza wypadowa do wycieczek w góry, niż typowe schronisko, gdzie pierwsze na co będziemy liczyć to herbata z kotła, słodzona tak samo dla wszystkich i tak samo gorąca.

Na zdjęciu nie widać żeliwnego krzyża, który wzniesiono tutaj w 1885 roku i od którego przyjęła się nazwa zajazdu, a potem schroniska właśnie. Krzyż mogli odlać w Małej Panwi albo w Gliwicach. Lubie tak myśleć, gdy je mijam na Dolnym Śląsku.

W ogóle, to zdjęcie to absolutna mara z przeszłości. Nie tylko dlatego, że prawdopodobnie z obecnych na fotografii nie ma już nikogo wśród żyjących. Nie ma też tego miejsca, jeśli miejscem jest schronisko. Drewniany budynek, zdewastowany po wojnie, rozebrano w latach pięćdziesiątych. Został krzyż. Podobno. Nie wiem. Tak piszą ci co byli.

Po lewej stronie widać ową drogę, która przywoziła zmotoryzowanych turystów podążających od Nowej Rudy i tych wszystkich, którzy od tego miejsca rozpoczynali wędrówkę w góry. Zakładam, że i nią przyjechali do Kreuzbaude (współcześnie Jugów) uczniowie i nauczyciele z kopalnianej szkoły przyzakładowej w Hindenburg (Zabrze), przy dawnej kopalni Królowa Luiza. Dumnie rozpościerają proporzec, na którym przeczytać można Wilhelmineschacht. Wieża wyciągowa Wilhelmine funkcjonowała przy kopalni głównie jako wieża wentylacyjna, transportowa. Jej też już nie ma. Po wojnie pod nazwą Wyzwolenie, funkcjonowała do 1974 roku.

Szkolna wycieczka. Zapewne wakacje 1937 roku. To musiało być wydarzenie w życiu tych ludzi. Kogo tu nie ma. W pierwszym rzędzie, trzeci od prawej leży jakiś chłopak w uniformie Hitlerjugend. Takie czasy. Mundurów nie ma jednak zbyt wiele w tej grupie. Nikną wśród sportowych swetrów i kraciastych koszul.

Zaraz wyruszą. Nawet nie wiedzą, jak długą drogę przyjdzie im przebyć z tego miejsca. Myślę, że większość z nich nie miała już okazji tutaj powrócić. Nigdy. Kreuzbaude zniknie z map zanim się zestarzeją i umrą lub zginą.

Intrygują mnie inne postaci na fotografii.

Z kadru wycofał się ktoś po jego lewej stronie. Nie chciał, nie mógł pojawić na zdjęciu, a jednak został. Błąd fotografa amatora? Taki ktoś – nie ktoś z kijem w ręce obserwujący całą tą scenę?

Na tarasie schroniska, dobudowanym przy okazji adaptacji dawnego zajazdu, koło parasoli stoi grupka gości ze schroniska: dwóch mężczyzn i kobieta. Nie noszą sportowych ubrań. Kobieta w sukni, oni w letnich garniturach. Mają w sobie cos z grup portretowanych przez Caspara Davida Friedricha. Stoją, wiodą konwersację o… Nie słyszę słów. W każdym razie lepiej odpowiadają mojemu wyobrażeniu o turystach przejętych poetyckim mitem Karkonoszy pielgrzymujących do Riesengebirge… Szukam na zdjęciu ich samochodu, którym mogli tutaj dotrzeć. Krążąc wzrokiem po powierzchni zdjęcia widzę jedynie dwie puste psie budy. Nic więcej.

Z pobliskiego wzgórza schodzi podpierając się na kiju jakiś  człowiek. Pewnie opowiedziałby inną wersję tego wszystkiego, co letniego dnia działo się w schronisku na Kreuzbaude. Jest stąd. Wie więcej?

Wyprawa w góry (reprod. Leszek Jodliński)