Muzeum Ślaskie – niewykorzystana szansa. O wystawie stałej Jerzy Halbersztadt

MUZEUM ŚLĄSKIE – niewykorzystana szansa*

Wystawa historyczna w Muzeum Śląskim w Katowicach – nasycona ciekawymi informacjami, a jednocześnie bojaźliwa, fragmentaryczna i unikająca podejmowania trudnych problemów. Paradoksalnie, jej obecna forma, przez kontrast, jest świadectwem odwagi i mądrości Leszka Jodlińskiego, który ją wymyślił i kierował stworzeniem pierwotnego projektu, dopóki Bogdan Zdrojewski, minister kultury (ale także osobliwie rozumianego dziedzictwa narodowego), i lokalni koledzy partyjni ministra, nie uznali, że lepiej będzie to zrobić tak, jak im się podoba. Wyszło jak zawsze, gdy politycy i urzędnicy zabierają się za takie sprawy, czyli nijako, a miejscami propagandowo, a więc niewiarygodnie. Leszek Jodlińskizostał usunięty w skandalicznych okolicznościach, a wystawa tak przerobiona, że chwilami trudno ją poznać. Kolejna niewykorzystana szansa na wspieranie świadomości regionalnej ludzi dumnych ze swojej przeszłości, a jednocześnie otwartych na innych.

Wystawa jest dostępna od kilku tygodni, ale trudno mi było ją komentować przed obejrzeniem. Udało się znaleźć czas kilka dni temu. Budynek, którego budową Jodliński też kierował (co rzadko się zdarza w przypadku inwestycji kulturalnych), jest obiektem niepowtarzalnym, ale o bardzo uniwersalnej funkcjonalności. Wśród dziwnie modnych ostatnio „podziemnych muzeów” jest może jedynym, które ma uzasadnienie, przez symbolikę lokalizacji na miejscu dawnej kopalni „Katowice”. Budynek będzie służył kulturze jeszcze przez pokolenia po tym, gdy obecna wystawa historyczna zostanie zastąpiona przez jakąś lepszą wersję. Dobre warunki zyskały też wspaniałe kolekcje malarstwa XIX i XX wieku oraz sztuki współczesnej, które są ważne nie tylko w skali Górnego Śląska, ale i całej Polski. Przestrzeń na wystawy czasowe jest znakomita, co widać zwłaszcza, gdy ogląda się ją wraz ze świetnymi dziełami Lecha Majewskiego. A historia, w rękach konformistów i manipulatorów, niestety staje się kulą o nogi.

Nie została zrealizowana podstawowa idea Jodlińskiego, by pozwolić dojść do głosu własnej tożsamości Ślązaków, pokazać jej treści i korzenie, ukształtowane w toku industrializacji i tworzenia nowoczesnej kultury miejskiej. Zamiast tego znowu na pierwszy plan wychodzi obraz Śląska jako pola zmagań polsko-niemieckich, poczynając od Piastów Śląskich po II wojnę światową i okres powojenny. To jest oczywiście część prawdy, która też miała być pokazana, ale zmiana proporcji oraz różne cenzorskie amputacje oraz uzupełnienia doprowadziły do sytuacji, w której Ślązacy zostali pokazani bardziej jako przedmiot niż podmiot historii. Sam Jodliński opisał, co się zmieniło, w tekście zalinkowanym niżej. Z przykrością się przekonałem, że w 90% trzeba mu przyznać rację. Chociaż nowy początek wystawy – przypomnienie kopalni „Katowice” – wydaje mi się sensowny. Dalej jest już znacznie gorzej.

Wystawa jest głównie o polityce, a o śląskości mówi się w niej etnograficznymi ciekawostkami (jedzą zupę, heklują koronki) albo pokazuje wnętrza mieszkalne bez uchwycenia tego, co dla Górnego Śląska szczególne. Industrializacja jest tylko jednym z wątków, do tego pokazanym miejscami komicznie, przez los śląskiej arystokracji! O powstaniach śląskich twórcy wystawy, wbrew gromkim deklaracjom, nie potrafili powiedzieć niczego ciekawego dla współczesnego widza. Okres międzywojenny pozbawiony jest dramatycznego tła społecznego (wielki kryzys 1929-33 nie został zauważony!). Lepiej jest z pokazaniem losu Ślązaków podczas II wojny, choć i tutaj zdarzają się zdumiewające kiksy. Np. w ramach tematu „W cieniu Auschwitz” okazuje się, że jedyne osoby związane z dziejami tego obozu, którym poświęca się więcej uwagi, to Edyta Stein i Rudolf Hoess. Tytułowe życie w cieniu obozu nie zostaje przedsatwione. Ważne i nowe jest natomiast pokazanie powojennego dramatu, „Tragedii Górnośląskiej”, ale już wyjście z tej rzeczywistości jest ledwo zamarkowane, zaś karykaturalny obraz dekady gierkowskiej nie pozwala zrozumieć, czym był ten okres w zmienianiu pozycji Górnego Śląska w Polsce. „Solidarność” i stan wojenny słusznie zajmują wiele miejsca, ale urwanie narracji w 1989 roku zawiesza całe doświadczenie historyczne, któremu poświęcona jest wystawa, bez jakiegokolwiek powiązania ze współczesnością. Dla młodego widza to trochę tak, jakby przedwojenne Muzeum Śląskie, gdyby zostało otwarte w 1940 roku, jak planowano, opowiadało o walkach z zaborcami, pomijając całkowicie okres II Rzeczypospolitej! Istniejące ciągle różnice kulturowe w regionie (choćby między Sosnowcem i Katowicami) oraz między poszczególnymi grupami ludności, różnice wyraźnie ujawnione także w sporach o tę wystawę, nie są właściwie pokazane, tak jakby pojawiające się dla okresu powojennego pytanie „ptoki, pnioki, czy krzoki” nie dotyczyło już w ogóle czasów nam bliskich. Trzeba by tu zadać sobie i zwiedzającym jakieś istotne pytania o korzenie współczesności i o to, co Polska i Górny Śląsk zrobiły ze swoją wolnością po 1989 roku, ale takich pytań ta wystawa unika jak ognia.

A jednak, gdy się do tego muzeum przychodzi z przewspaniałej sali koncertowej NOSPR, gdzie Joanna Wnuk-Nazarowa przedstawia m.in. muzykę Mikołaja Góreckiego (a tak mi się zdarzyło), od strony niesamowitego Spodka (w wystawie można się doszukać pół zdania, że doprowadził do jego zbudowania niejaki Jerzy Ziętek), i gdy widzi się całe muzeum, które będzie służyło pokoleniom, to – chociaż pusto i raczej smutno dookoła – w porównaniu z dotychczasowym budynkiem Muzeum Śląskiego przy alei Korfantego postęp jest ogromny. Kazimierz Kutznazwał nowe Muzeum Śląskie, jedynie na podstawie opisu wystawy i tego, co politycy wyczyniali w tej sprawie, „miejscem, w którym dokonało się polityczne morderstwo na duszy Górnego Śląska”. Panie Kazimierzu, była próba zamachu, wiele zła sprawiła, ale nie mogła być skuteczna. Ślązacy przetrwali nie takie zamachy i wyszli z tego. Nawet ta wystawa to udowadnia. W sprawie Muzeum Śląskiego też tak będzie.

* To pierwsza i nieczęsta sytuacja. Na blogu publikuję tekst inny niż autorski. Źródło: post na FB w dniu 29.09. 2015 r.

Made in Silesia

W swoim programie i myśleniu o Górmym Śląsku odwołuję się do potrzeby stworzenia nowej marki i pozytywmego myślenia o Śląsku, czego efektem byłoby powołanie do życia produktów oznaczonych podpisem Made in Silesia (w miejsce enigmatycznego np. Made in EU).

Historia ( jak widać na zdjęciach) dostarcza takich przykładów. Nadruki  „Silesia” lub „Made in Silesia” pojawiały się na porcelanie wytwarzanej na Śląsku (i G. Śląsku) przed II wojną światową.

Dlaczego nie skorzystać z  tej tradycji? Stworzyć nową pozytywną identyfikację dla tego, co jest produkowane na G. Śląsku i tego  z czego możemy być dumni, że jest  śląskie.

Wpisuje się to w coraz bardziej popularne na G. Śląsku projektowanie przemysłowe i działania designerskie. W nowatorskie i innowacyjne rozwiązania, które promuje tak fantastycznie konkurs i wystawy w ramach konkursu-przeglądu „Śląska Rzecz”, organizowanego  przez Zamek Cieszyn.

„Made in Silesia” jako alternatywa miejscowego biznesu dla czarnego, negatywnego PR-u na temat Śląska i banałów jakimi się nas karmi  przy kolejnych zlotach i konwencjach wyborczych organizowanych na Śląsku. Tylko wtedy (i podczas wyborów) mówi nam się co to znaczy, że coś jest śląskie… Przejmijmy inicjatywę!

Made in Silesia czyli  zrobione tutaj, dobre, trwałe, nowoczesne i śląskie. Odwołujące się do tradycji i historii. Nasze.

Tułowice (Tillowitz) porcelanowy dzbanek z końca lat 20-tych XX wieku  Szczawienko (wytwórnia Ohme, D. Śląsk) z opisem miejsca powtsania jako Silesia, lk. lat 20-tych XX wieku.

 

Michał Smolorz o mnie

Z pewnością to nie przypadek. To nie przypadek, że tekst ten publikuję teraz. A raczej przypominam to, co napisał na mój temat śp. Michał Smolorz.

Wiadomość o tym tekście zastała mnie w drodze nad morze i był to chyba jedyny taki przypadek, gdy będąc nad morzem nie mogłem się doczekać powrotu  na Śląsk, by tekst ten przeczytać.

Był jak dar najlepszy. Taki jakiego się nie spodziewamy, a ktoś kto jest darczyńcą  robi to bo chce, a nie bo jest okazja, rocznica, okoliczność…

To jest oczywiste, że opinie śp. Michała Smolorza ceniłem wysoko. No tak, bałem się ich również. Wiedziałem, że to co powie bedzie przemyślane, wnikliwe i odważne. No i prawdziwe i w tej prawdzie życzliwe. Niewielu piszacych publicystów wtedy i teraz, taka odwagę posiada.

W jakimś sensie za ten tekst nigdy nie podziękowałem. Wiedziałem, że w tym przypadku to co najważniejsze pozostało niewypowiedziane. Ktoś tekst napisał, a ktos czytając za niego podziękował. Tyle.

Jak zawsze u Michała Smolorza to tekst o czymś i o kimś więcej niż w tytule. W tym cenię sobie tych zdań kilka  na temat tego, czym jest śląskość i co znaczy.

Lektury ciekawej, życzę.  Jest część gorzka. Tak też smakuje Śląsk, czasami. Warto to zmienić 25 października 2015 r.

Znajdziecie mnie Państwo na liście nr 12 „Zjednoczeni dla Śląska”, pod numerem 3.

 Michał Smolorz o mnie (źródło: archiwum własne, wycinek z DZ, 16 lipca 2010 r.)

Moje myśli o Śląsku. Nowa energia

  1. Największym kapitałem dla rozwoju Górnego Śląska są ludzie. Należy docenić i wykorzystać ich energię do działania.
  2. Przeszłość, tradycja i kultura mają ogromne, a wciąż niedoceniane, znaczenie. Bez nich nie można budować przyszłości. Takie podejście oznacza prawo do edukacji regionalnej, prawo do pielęgnowania języków mniejszości, mowy śląskiej oraz do pamięci i kultywowania (śląskich) tradycji, bez dzielenia ich na lepsze i gorsze.
  3. Ślązak powinien mieć realne możliwości kształcenia i awansu. Do przodu i w górę. Najlepiej pod kątem 45 stopni (bo to najlepsza i rozsądna prędkość wzrostu, jak mawiają ekonomiści).
  4. Śląsk potrzebuje wizji długoterminowego rozwoju i wskazania już dzisiaj miejsca, w którym  znajdzie się za 5, 15 i 30 lat.
  5. Dziedzictwo postindustrialne jest w takim samym stopniu zasobem historycznym, co ekonomicznym. Postindustrialna spuścizna nie może być dłużej traktowana wyłącznie jako obciążenie dla tego rozwoju.
  6. Istniejące gałęzie przemysłu powinny być rozwijane z uwzględnieniem potrzeb i sytuacji społecznej Górnego Śląska.
  7. Przyszłością Śląska powinny być przemysły oparte na wiedzy i nowych technologiach. Cały G. Śląsk powinien być beneficjentem tym zmian, bez tworzenia enklaw dobrobytu i marginalizacji niektórych obszarów (geograficznych i społecznych) regionu.
  8. Rewitalizacja terenów poprzemysłowych musi uwzględniać potrzeby integracji społecznej, tworzenia nowych miejsc pracy i stworzenia konkurencyjnej gospodarki na G. Śląsku.
  9. Celem aktywności politycznej musi być konsekwentne przeciwdziałanie biedzie i wykluczeniu społecznemu. Należy wspierać działania społecznie integrujące i proekologiczne. Inicjować specjalne projekty rządowe i samorządowe przeciwdziałające degradacji wspólnot społecznych i miast dotkniętych zmianami strukturalnymi w przemyśle.
  10. W obrębie programów narodowych /rządowych powinny być tworzone programy rozwojowe dla Górnego Śląska. Oznacza to wspieranie i inicjowanie programów na rzecz wybranych gałęzi gospodarki  (np. w zakresie polityki energetycznej, wydobycia surowców, rozwoju wysokich technologii) oraz pobudzania mobilności zawodowej w regionie.  Śląsk ma przed sobą wyzwania, które wymagają odrębnej interwencji finansowej i odrębnych programów specjalnych.
  11. Marka Śląska to dobra marka. Made in Silesia powinno być synonimem nowego i pozytywnego wizerunku  gospodarczego regionu.
  12. Śląsk wymaga konsensusu wszystkich środowisk i tworzenia warunków dla takiego porozumienia. Także po to, by wykorzystać tkwiącą w nas energię i wolę zmian.

Podpatrzone w Tarnowskich Górach

Dwie prawdy, dwa teksty

Z zainteresowaniem sięgnąłem po ostatni numer miesięcznika Przegląd polityczny ( nr 131, 2015). Skusiła mnie informacja na okładce (Polskie tożsamości) i nazwiska kolejnych autorów, których do współpracy zaprosił Wojciech P. Duda, redaktor naczelny tego tytułu.

Zdecydowanie najciekawszym z mojego punktu widzenia tekstem był ten, który na otwarciu nowego Muzeum Śląskiego wygłosił prof. Robert Traba. O referacie było głośno, a wielu którzy usłyszeli wystąpienie profesora pozostawało pod jego wrażeniem. Z wielu powodów.

Czytam tekst i czytam, opublikowany jako „wykład wygłoszony 26 czerwca 2015 r.” i jak podkreśliła redakcja za łaskawym pozwoleniem Autora i dyrektorki Muzeum. Nie mogę się jednak nadziwić, bo nagle i niespodziewanie wystąpienie kończy się w stosunku do tego, co zostało powiedziane podczas uroczystości otwarcia muzeum…

Czego zabrakło? No właśnie. Jak to u nas, choć nie było to spotkanie u Sowy i jego przyjaciół, kto był ten coś zapamiętał i powstała z tego część, którą pozwolę sobie tutaj opublikować. Rzecz cała była wygłoszona publicznie, oficjalnie i choć wersja tutaj odtworzona może nie być tak precyzyjna, to jednak daje pewne pojęcie, o możliwych powodach, dla których mogło jej zabraknąć. Zwłaszcza, że redakcja, słowem nie wspomina o jego skróceniu… Wręcz przeciwnie, mowa jest powtórzę o tym, że publikowany jest „wykład [który] Robert Traba wygłosił podczas uroczystości otwarcia Muzeum”.

Gdy zatem tekst publikowany w „Przeglądzie” kończy się, to referat wygłaszany w Katowicach miał swój ciekawy wątek. Brzmiał on jakoś tak…

„Dzisiejszy sukces nie byłby możliwy gdyby nie wysiłek wielu ludzi, którzy wymyślili nowe Muzeum Śląskie, a potem mieli siłę by pomysł przekształcić w koncepcję, nadać jej realne ramy i zrealizować. Lista tych, którzy zasługują na uhonorowanie jest długa, Państwo lepiej znają nazwiska wszystkich twórców i organizatorów Muzeum. Pozwólcie Państwo, że ze swojej strony przywołam pierwszego dyrektora i twórcę koncepcji wystawienniczych Leszka Jodlińskiego. Do klęski nikt się nie przyznaje, za to matkami i ojcami sukcesu jesteśmy najczęściej po prostu my. Bez wyobraźni i zapału Leszka Jodlińskiego, który umiał wokół siebie zgromadzić wybitne grono fachowców, nie powstałyby tak inspirujące koncepcje”.

Nie był to koniec wypowiedzi i wykładu. Jego rekonstrukcję w tym miejscu zawieszam. Nie jest to już moją rolą. Ten jego fragment odnosił się do mojej osoby i w oczywisty sposób nie mogłem o nim nie wiedzieć.

Dziwie się jednak.

Dyrekcji Muzeum, bo też ją pochwalono, podobnie jak cały zespół.

Redakcji „Przeglądu” również, bo chyba nie wie co naprawdę publikuje, nieświadomie wprowadzając w błąd Czytelników, że to jest „wykład z otwarcia”.

Jeden wykład, dwa teksty i takie różnice? Tak kształtowana jest prawda o najnowszej historii muzeum?

Innego i bardziej rozbudowanego komentarza nie będzie. Nie jest potrzebny.

PS.

Ponad wszelką wątpliwość zostało ustalone, że okrojoną wersję Przegląd polityczny otrzymał z Muzeum Śląskiego. I to zamyka mój komentarz w tej sprawie.

Bez tytułu

Ogrody Cwajki

To nie pierwsza moja wizyta. Trochę wciąż tak samo. A może nawet gorzej. W Słońcu widać lepiej? I to znaczy, że   rzeczy gorzej się mają?

Te same zapachy. Odór  moczu docierajacy do nozdrzy, brud i psie kupy, bo w sumie i o trawnik tutaj trudno. Brudno. Miejsce porzucone, choć wciąż sie tutaj mieszka.

Bramy wjazdowe przycięte do rozmiarów drzwi „Made in China”. Brak tynku na ścianach i cegła skruszała.

Domy z zaślepionymi oknami, wyglądają jak okaleczone.

Cudza pamięć i znajomość topografii miejsca nie (zawsze) pomaga w zrozumieniu i uspokojeniu emocji.

„Lombardi” za rogiem kolejnej ulicy. Z „włoska” brzmiąca nazwa, która łagodzi prawdę o tym, że ktoś tam kogoś oskubie z ostatnich groszy, tak do końca, do spodu. na Amen.

A jednak podniesienie głowy ku szczytom kamienic jest jak nadzieja, która powraca w chwili rozpaczy.

Ogrody Zwajki. Zieleń, egzotyczne owoce i niesłyszalne trele kanarków…

[Esej fotograficzny, Chorzów, Cwajka, 24 wrzesień 2015 r.]

 

Ogrody Cwajki (1)

Słonecznik (Ogrody Cwajki)

Gaje pomarańczowe (Ogrody Cwajki)

Gaje cytrynowe (Orody Cwajki)

Wiszące ogrody (Ogrody Cwajki, Chorzów)

Rajskie ptaki (Ogrody Cwajki)

 

35 mm i ani kreski więcej

Czy rację ma bohater Michela Houellebecqa, pisząc w Mapie i terytorium, że wielcy fotograficy „(…) nic nie odkrywali, po prostu stawali na wprost człowieka i naciskali spust migawki, z jękami zachwytu pstrykając setki przypadkowych ujęć, z których później wybierali najmniej kiepskie (…)”?

Jeśli tak naprawdę rodzi się wielka fotografia, to  składam cichy hołd Robertowi Capie, gdy w 1936 roku zatrzymał w pół kroku Upadającego żołnierza (1936) w zrewoltowanej Hiszpanii i pozwolił mu żyć… prze kolejne dekady i trwać w tej pozie na zawsze.

Zazdroszczę Alfredowi Esiennstaedt, że spuentował  koniec II wojny, jako namiętny pocałunek dwojga zakochanych na Times Square w 1945, których śmierć ominęła.

Jestem dłużnikiem Paula Wolffa, że dzięki niemu pożeglowałem na pokładzie Zeppelina, hen daleko poza granice ówczesnego poznania.

Milan Kundera (mam do niego wyraźną słabość), zauważył, że „pamięć ludzka nie jest filmem, pamięć robi zdjęcia”. Może także dlatego do obrazów na wystawie jest łatwiej wracać. A gdy raz, jeden jedyny obejrzane, na zawsze stają się nasze? Czy to nie wyróżnik wielkiej fotografii? Ten poziom identyfikacji i uznania za swój obraz?

Wystawa w berlińskim  C/O Berlin  Augen Auf! (Oczy Otwórz!) została zorganizowana w stulecie wynalezienia małoobrazkowego aparatu fotograficznego Leica.

Aparat na film o klatce 35 mm, choć pojawił się u kresu jednej epoki (w marcu 1914), to zrewolucjonizował fotografię nowej ery już po 1918 roku. Dokumentował czasu entuzjazmu i radości tych, którzy tę wojnę przeżyli i mogli zachłysnąć się urodą życia. Był w rękach tych, którzy potem musieli i chcieli opisać  resztę tego wieku. Powiedzmy sobie to wprost, że nie znalibyśmy go tak dobrze bez fotografii właśnie… i tych skromnych 35 mm.

Bez małego obrazka nie byłoby wielkich zdarzeń…

Nie wiedzielibyśmy, nie pamiętalibyśmy  jak wiek ten był wyjątkowy, tragiczny, okrutny i jak świat się zmienił. Na oczach naszych… nie chyba właśnie na klatkach o długości 35 mm. Ocean treści, zawarty w wypukłości ludzkiego oka.

Fotografia małoobrazkowa legła u źródeł współczesnego nowego widzenia, (niem. Neues Sehen), jak wówczas mawiano. Zbliżenia lub kadru asymetrycznego, ujęcia prasowego, dynamicznego. Tuż przy twarzy, w absolutnym i bliskim kontakcie.

Na wystawie zobaczyć można fantastyczne zdjęcia Ericha Salomona, mistrza fotografii prasowej lat dwudziestych i trzydziestych 20. wieku w Niemczech. Kiedy dzień później na żydowskim cmentarzu na Penzlauer Berg natknąłem się na grób jego rodziny i symboliczną tablicę poświęconą jego pamięci (zamordowano go w Auschwitz), nie potrafiłem ukryć wzruszenia i tym bardziej oglądać świat, który go skazał na unicestwienie, jego oczyma. Co za przewrotność zapisu fotograficznego, gdy staje się po obu stronach obiektywu, a zdjęcie wykonuje fotograf z Auschwitz Wilhelm Brasse?

Fotografia małoobrazkowa musiała (abstrahując od ceny aparatu tej marki) zrewolucjonizować fotografię w ogóle. Pewnie dlatego trafiła w zaklęte rewiry paryskiego półświatka opisanego przez Christer Strömholm. Jej Nana z Place Blanche (1961) jest symboliczną ikoną całej wystawy.

Bez małego obrazku i Denisa Stocka, nie byłoby Jamesa Deana Ćmiącego (w kąciku ust) papierosa i gardzącego światem, który go uwielbiał. Nie poruszałyby nas zaangażowane społecznie zdjęć Sebastiao Salgado,  a Erich Lessing nie opowiedziałby o okropnościach Powstania w Budapeszcie w 1956 r.

Tych ikonicznych zdjęć na wystawie (niemal w 99% to odbitki vintage print!) jest więcej niż można wyliczyć, zresztą po co?

Czy ktoś widząc je pierwszy raz (a zawsze jest ten pierwszy) zastanawia się kto i kiedy zrobił zdjęcie Che Guevary (1960, Havana, Alberto Korda) albo kto stał na wprost wietnamskiej dziewczynki, nagiej i przerażonej, gdy  ucieka z wioski, na którą właśnie zrzucono tony napalmu? (Nick Ut, 1972).

To obrazy, które należą już do nas, są częścią naszej pamięci świata.

Na wystawie nie brak formalnie intuicyjnej, reporterskiej i społecznie bardzo zaangażowanej fotografii kolorowej. Pokazywane są (w technice dye transfer) prace klasyków lat 60-tych i 70-tych dwudziestego wieku. Williama Egglestona, Stephana Shore czy Mitcha Epsteina. Ożywa na naszych oczach amerykańska prowincja, zmieniająca się w ślad za ruchem równouprawnienia, porusza klimat kontrkultury i ruchów antywojennych. Wyrysowywane kolorem obrazy dopiero po latach potwierdzają moc oddziaływania obrazu, jako medium zmieniającego świat, a nie tylko go kreującego, gdy naciskany jest spust migawki.

Wystawa otwiera oczy także na mniej znany epizod japońskiej fascynacji małym obrazkiem i samym aparatem Leica, będącego ikoną fotografii małoobrazkowej (co miałem okazję osobiście doświadczyć), od momentu sprowadzenia do tego kraju w 1926 roku pierwszych 22 aparatów… Przyzwyczajony do polaroidowej estetyki Arakiego, z zaskoczeniem odkrywałem na wystawie jego akty leżące, portrety kochanek, a obok tego czy bardziej społecznie zaangażowaną fotografię Yutaka Takanaahiego z lat 70-tych 20. wieku.

Na wystawie, obok doskonałej fotografii, możemy zobaczyć kilka dokumentów prezentujących między znanych fotografów. Miedzy innymi postać Henri Cartier-Bressona. Jeden z filmów utrwalił jego pracę, gdy w latach 60-tych dwudziestego wieku, przedziera się wśród tłumów i fotografuje obchody chińskiego święta smoka.

Bresson właściwie nie odrywa oka od wziernika aparatu. Zdjęcia wykonywane są przez niego raz po raz i jest trochę jednak tak, jak pisze o fotografowaniu Michel Houellebecq.

Uspokaja mnie to, gdy myślę o własnej drodze i wyszukiwaniu z setek ujęć, kadru osobistego. Zaczynam wierzyć, że takie zdjęcie musi się wyłaniać z ciągu obrazów nieistotnych. To jak dotknięcie pędzla. Z setek chybionych i koniecznych, dopiero to finalne oznacza spełnienie, odnalezienie kształtu i sensu. Fotografia jako obrazy odnajdowane? Kilka na pewno odnajdziecie przy Hardenbergstraße 22.

Oczy w słup? (Berlin, fragment plakatu wystawy)

Grobowiec rodziny Salomon (cmentarz żydowski w Berlinie, Penzlauer Berg)  Tablica pamiątkowa na grobie rodziny Salomon (Berlin, Penzlauer Berg)

***

Co: Augen Auf! 100 Jahre Leica Fotografie

Gdzie: Berlin, Haus Amerika

Kiedy: 22.08 – 01.11. 2015

Bilet: 10 euro

Katalog: 99 euro

Na wystawie zdjęć robić nie wolno; należy szeroko otworzyć oczy i po prostu patrzeć. Warto, to bardzo dobra fotografia.