Przekraczenie Rubikonu (1)

Początki bywają trudne. Ale dlaczego aż tak bardzo… Przede mną mnóstwo wody do pokonania. Podróż, która jeszcze sto lat temu trwałaby kilka dni i kosztowała mnie sporo niewygody, rozegra się w kilkanaście godzin.

Tymczasem mój telefon został zresetowany, dane utracone. Czy to nie symboliczne? To co mam, mam ze sobą. Reszta za mną, poza mną?  No, nie przesadzajmy z tą symboliką. W każdym razie nagle komputer staje sie moim jedynym łącznikeim ze światem, tym starym, skoro zmierzam do nowego? Neue Welt… czy nie uderzyło Was nigdy, jak nazwa Nowy Świat weszła do masowego użycia w XIX wieku. Opis świata, do którego zmierzano, który fascynował. I nagle w niemal każdej największej dziurze, jakiś kawałek „starego” zyskiwał miano Neue Welt – Nowy Świat. Nowy, ale czy lepszy? Ilucja zmiany czy symbolizm oczekiwań i niespełnionych nadziei tych co zostali?

Ten Neue Welt w Gleiwitz miał dwuznaczną reputację. Prowadził do mocno podejrzanego lokalu bractw strzeleckich, pito dam i dawano do wiwatu chętnie i intensywnie. W czasie plebiscytu zyskał jeszcze gorszą sławę.

Nowy Świat przede mną. Za mną uciekający obraz tego co wczoraj było współczesne, a dzisiaj jest już historią. Jared Diamond, Samuel Huntington  poswięcali tym wymierającym światom i dominującym cywilizacjom sporo miejsca. Dzisiaj, gdy podziały odżyły (choc wierzono, że się zatarły), z zaskoczenime odkrywamy, że jednak ten podział na światy: nowy i stary trwa. Ot, taka myśl na marginesie i przy stoliku pisanym na lotnisku.

Lot LO26 za chwilę. Bez napięcia. Raczej w oczekiwaniu na to, jak będzie gdy powróćę i ile ze starego zostanie we mnie po poobycie w Nowym Świecie. Nie wiem i to jest bodaj najciekawsze.

Traveller / Podróżnik (Berlin)

 

Takie trzy po trzy… (muzealne)

Cieszyłbym się gdyby Muzeum Śląskie pod nowym  kierownictwem żyło wreszcie dokonaniami, których jest bezsprzecznym autorem. Niestety tak się nie dzieje.  Z czymś jest jakiś problem?… Może to faktycznie kwestia określonego poziomu kreatywności? Autentyzmu? Świeżości i wizji? Nie wiem, ale w obecnej sytuacji myślałbym raczej o tym, co przyniesie muzeum przyszlość, niż zajmował się serwowaniem publicznośći wynurzeń jak te, które ostatnio odnajduję w elektronicznej wersji Polityki (z 25 października 2015 r.).

Oto czytam w wywiadzie z dyrektor muzeum, że logika akcji „Dopisz się do historii”, którą muzeum „kilka lat temu prowadziło” oznaczała że jej uczestnicy byłi „jedynie dopiskiem do historii”...  Dzisiaj, jak czytam dalej (to naprawdę wymaga hartu ducha), „uważamy, że ci ludzie są bohaterami tych pokazywanych u nas dziejów”...  Pyszne i niestety równie prawdziwe i tyle warte, co szerzenie poglądu (na prawo i lewo), że obecna wystawa stała to ta samiusieńska, którą odrzucono w 2013 roku… Co jakiś czas ktoś pyta mnie, czy to prawda, bo tak mu powiedziano…

Wypada więc wyjaśnić, że projekt „Dopisz się do historii” wypracowany w Muzeum w 2012 roku i realizowany przez ponad rok (oszczędzę nazwisk jego autorów, część z nich nadal pracuje w muzeum i myślę, że dla ich dobra lepiej jak pozostaną w cieniu tej sprawy), pomyślany był jako społeczna (i pierwsza taka) akcja zbierania obiektów do planowanej wystawy stałej w Muzeum Śląskim. Zebraliśmy w trakcie jej trwania ponad 2000 obiektów, w tym m.in. słynną (choć nieobecną na wystawie) torę i szafę z biblioteką tamudyczną, marmurowy szyld z koszernej masarni z Bytomia itd, itp… Każdy z darczyńców (wśród nich nie było Alicji Knast dla jasności, stąd moze ten poziom niedoinformowania?) otrzymał pozłacaną odznakę Muzeum Śląskiego i zapewnienie, że zostanie zaproszony na otwarcie Muzeum… Nie uczyniono tego gestu docenienia (czyli raczej ich skreślono), a na wystawie nie znalazły się niemal w ogóle obiekty z tej akcji (vide ów marmurowy szyld lub wspomniana szafa). Taki zapewne przyjęto poziom partycypowania społecznego w tym projekcie…

Nie wiem więc, kto jest dopiskiem do czego, ale idąc logiką dyrektor Muzeum, z pewnością nie takiego potraktowania spodziewali się uczestnicy tej akcji.  Wiem to, bo z wieloma z nimi to ja rozmawiałem. Obecna dyrektor nawet ich nie zna. I nie deprecjonowałbym już bardziej ich roli w tym projekcie. Nie wypada. Tyle gwoli komentarza w tej sprawie.

No, i jeszcze jedna kwestia. O rewitalizacji społecznej terenów północnych muzeum…

W ramach planu zagospodarowania  kwartału Muzeów (zleconego i opłaconego w 2012 roku; mieści się w nim m.in. pomysł na funkcje dawnej stolarni (obecnie rewitalizowanej) , w ktorej dojdzie do ożywienia bohaterów powieści Alfreda Szklarskiego).  Już więc 2012 roku podnoszona była kwestia tworzenia na tym obszarze przedsiebiorstw społecznych, opartych na kulturze, włączających poprzez kulturę i przemysły kreatywne osoby wykluczone, mieszkańców Bogucic itd.  To ważne przypomnienie, gdy wskazywany  jest aspekt nowatorskiego charakteru tego pomysłu i planu, no i uciekania przed negatywnymi skutkami efektu Bilbao Coż i  sorry, ale taki mamy stan rzeczy, że jak  już coś było, to nie warto udawać, że to coś nowego i własnego…

Fragment blatu marmurowego z Bytomia (Beuthen) otrzymanego w ramach akcji "Dopisz się do historii" (z archiwum MŚ)

Odznaka wręczana darczyńcom w ramach akcji "Dopisz się do historii" (własność  L. Jodliński)

Mój Franz Pawlar

To oczekiwanie można zapewne porównać do chwili, gdy (cokolwiek to znaczy) słowo staje się ciałem… Gdy czas spędzony na tworzeniu, układaniu, składaniu ‚czegoś w coś’ nabiera realnego kształtu. Może nie zadowalać, prowokować odruch natychmiastowej korekty, ale jest. Fizyczność skonfrontowana z wyobrażeniem.

Za chwilę trafi do Waszych rąk książka niezwykła. Tak myślę. Pisana nie przeze mnie. Przeze mnie jedynie przypomniana. Jedynie (?) nadałem jej nowe, polskie zdania, emocje.  Odczytywałem i słowa i uczucia, tłumacząc Dziennik księdza Franza Pawlara. Przynajmniej bardzo się starałem by dotrzeć do ich jądra.

Skoro już mowa o tłumaczeniu to bardziej przemawia do mnie to, co robił Stanisław Barańczak spolszczając teksty obcojęzyczne. W takim podejściu widzę szansę na uratowanie osoby autora oryginału. Wydobycia na powierzchnię jego słów, jego samego. Ocalenia go i tego co czuł, i myślał pisząc…

Moje życie splotło się z osobą księdza na dobre i na złe od stycznia 2015 r. Stało się to niemal dokładnie siedemdziesiąt lat po tym, jak siadł w styczniowy, mroźny wieczór 16 stycznia 1945 roku przed swoją maszyną do pisania i wystukał pierwsze słowa… Wiedział, zwłaszcza on, że ten czas potrzebować będzie świadectwa tego, jakim czasem był naprawdę. Kto i co zrobił. Nie po to, by wystawiać świadectwa przyzwoitości, lecz raczej opowiedzieć co czas wojny robi z ludźmi. Jakimi są, gdy zagląda im w oczy strach, głód, zachłanność, strach przed nieznanym czy potrzeba odwetu lub… zadośćuczynienia.

Zmierzch Bogów w podgliwickich Pławniowicach, a może – dla oddania natury zdarzeń – należałoby tym bardziej powiedzieć w podgliwickich Plawniowitz, Flössingen, czy w sowieckich Winohradach. Jak u licha opisać historię w miejscu, które traci swoją nazwę, tożsamość. Jest i go (już) nie ma?

Spolszczanie Dziennika dostarczyło mi ogromnie wiele satysfakcji. Było zanurzaniem się w niemczyznę G. Śląska, śląska austriackiego, w detale opisu, kształtujące świat, którego nie ma. Podobnie jak część z czytelników Dziennika na blogu, śledziłem losy księdza i postaci jego opowieści. Prześlizgiwałem się po połyskującej lakierem masce mercedesa hrabiego Mikołaja von Ballestrem, gdy opuszczał Pławniowice i w przeciwieństwie do niego, wiedziałem, że już tu nie powróci… Wyobrażałem sobie pałacową kuchnię w dniu kolacji, tej ostatniej, gdy wiadomo było, że „jutro” nie będzie podobne do „dzisiaj”. Tkwiłem przy łóżku wykrwawiającego się Austriaka, ulegałem odurzeniu pałacowym winem, gdy lało się po piwnicach i ścieżkach Pławniowic. Przenikał mnie strach w każdą zimową noc 1945 roku i zimno, i ogarniało poczucie wzruszenia, gdy na klepisku wiejskiej stodoły profanum przeradzało się w Sacrum. Tyle wspomnień, na marginesach kart Dziennika. Są, ale ich tam nie znajdziecie. Opowiem o nich podczas swoich spotkań…

Dziennik księdza Franza Pawlara już za chwilę trafi do Waszych rąk. Osobistej lektury życzę. Górny Śląsk w 1945 roku… Opis pewnego czasu i miejsca.

Okładka książki (wydawnictwo Silesia Progress; publikacja w ramach Canon Silesiae)

Pławniowice (w odddali wieża Pałacu; marzec 2015 r.)

 

Inwentaryzacja

„Prawdziwy wizerunek człowieka ginie między jego fotograficznymi odbiciami”

(Karol Joźwiak, Zofia Rydet)

Bylem, widziałem, odnotowałem. Mam ze sobą po(d)ręczny minikatalog wystawy Twórcy kultury śląskiej 2015.

Zdjęcia Krzysztofa Millera i Marka Wesołowskiego. Do niektórych będę wracał.

Portrety –  te po nas pozostaną (tak twierdzą teoretycy fotografii).

Impresja, 23 października 2015 r.

Dwa portrety (Nakło Śląskie, wernisaż wystawy)

Portrety / Flash (wernisaż, Nakło Śląskie)

To co tam (wernisaż, Nakło Śląskie)

Dussmann. Miejsce, gdzie wciąż słychać szelest przewracanych kartek…

To jest miejsce, które zawsze odwiedzam ilekroć jestem w Berlinie. Nie dlatego, że muszę. Zdecydowanie bardziej dlatego, że mogę sobie wyobrazić wizytę w Berlinie bez zobaczenia, nie wiem Bramy Brandenburskiej (?), ale już z trudem wyobrażam sobie pobyt w Berlinie bez zaglądnięcia do Dussmanna.

Dussmann to coś czego nie ma Warszawa, nie ma Kraków. Katowice, niestety też nie mają. To wielki skład książek, księgarnia w najlepszym rozumieniu tego słowa, w której można się zagubić i odnaleźć i znowu zatracić w lekturze, oglądaniu, czytaniu, słuchaniu.

Mój pierwszy pobyt w tym miejscu, kilkanaście lat temu oznaczał strawione na czytaniu-nie-czytaniu kilka dobrych godzin. To był mój Berlin. I wiedziałem, że będę już tutaj powracał, za każdym razem. Po wielokroć.

Peter Dussmann, twórca tego projektu, pochodził z rodziny właścicieli niewielkiej księgarni w wirtemberskim Rottweil. Takiej małej, rodzinnej i prowincjonalnej, jakie może jeszcze pamiętamy i z naszych miast i miasteczek. Dzisiaj ich nie ma. Są co najwyżej składy podręczników.

Peter Dussmann przez większość życia nie zajmował się książkami. To znaczy chyba zajmował, ale pracował z myślą, by kiedyś powstało coś takiego jak Dussmann Kulturkaufhaus. Wcześniej założył i prowadził firmę zajmującą się opieką nad ludzi starszymi, obsługą biur, ich sprzątaniem. Nic „ambitnego”, jak wówczas uważano, ale on wyniósł każda z tych dziedzin na szczyty zarządzania i organizacji. A potem był rok 1966 i powstała grupa Dussmanna. Mekka dla uzależnionych od wynalazku Gutenberga. Gdy wejść do domu Dussmanna przy Friedrichstrasse, jest ich tam wciąż setki i tysiące.

To taka księgarnia, w której księgarz wie co ma na półce, potrafi doradzić, wyszukać, wymienić opinię na jej temat z przyszłym czytelnikiem. Porozmawiać o książce, autorze lub na temat innych jej na przykład krytycznych wydań. Jest częścią świata, do którego on i my należymy. Do świata książek, a dzisiaj i multimediów. To tam fani serialu ‘Mad men’ (serdecznie pozdrawiam) znajdą wszystkie sezony serialu, a miłośnicy muzyki filmowej, ścieżkę z każdego filmu jaki kiedykolwiek został wyprodukowany.  Takie miejsce.

Wciąż słychać tam szelest przewracanych stron. Widziałem tam i takich, którzy pochłaniali zapach świeżego druku, rozkoszowali się nim, błogo zagłębiając w lekturę w miękkich skórzanych fotelach, na stojąco, przy regale. Złapani na tym, że książka ich wzięła w posiadani, a nie oni ją

W podziemiach sklepu znajdują się wiszące, wertykalne ogrody Patricka Blanca, niedoszłe marzenie ogrodów porastających ulice i place Katowic… Przypomnienie prastarego lasu, korzeni, naszych źródeł. W istocie miejsce, gdzie ze swoją lub wciąż nie swoją (jeszcze) książką, możemy zejść, napić się kawy i ponownie chłonąć. Tym razem dźwięk opadających kropel wody ze ścian porosłych roślinami i zapach tego co jest przypomnieniem soczystej trawy, dusznych zapachów dżungli, chłodu górskiej wody.

Do każdej kawy, herbaty tu serwowanej, dołączony jest niewielki rulonik, starannie opleciony delikatnym, papierowym pierścieniem. Mój był tym razem niebieski. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, gdy go rozwinąłem i go bezgłośnie przeczytałem, że miał się znaleźć przy mojej filiżance. Tego dnia i w tym czasie.

„Auch aus Steinen,

die einem in den Weg gelegt werden,

kann man Schönes bauen”  

Johann Wolfgang  von Goethe

***

(spolszczenie)

„I z kamieni,

jakie rzucane są nam pod nogi,

można zbudować  coś pięknego”

J.W. von Goethe

Odkładam kartkę na bok i biorę do ręki dopiero co zakupioną książkę Hansa-Dietera Rutscha, Das Preussische Arkadien. Schlesien und die Deutschen / Pruska Arkadia. Śląsk i Niemcy, (Berlin 2014).

Przewracam pierwsze strony, a szelest kartek zagłusza tym razem opadająca w moim sąsiedztwie woda. Trafiam na prolog otwierający książkę.

Jest luty 1790 roku i oto J.W. Goethe pisze w liście do księcia Carla Augusta, o tym iż wybiera się w tym roku w wyjątkową podróż na… Śląsk. W jej trakcie (wyprawa Goethego ma wiele powodów i celów jej podjęcia), dotrze między innymi do Tarnowskich Gór, gdzie obejrzy maszynę ogniową (parową).

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to książka która w jakimś sensie należy do mnie, dotyka historii, którą kilka lat wcześniej miała opowiadać (otwierając swoją opowieść o historii G. Śląska)  wystawa w Muzeum Śląskim. Nie, nie odczuwam tym razem żalu, że tak się nie stało. Zdecydowanie jest odwrotnie. To rodzaj uspokojenia i pewności, że jeśli nie w Katowicach dzisiaj, to ktoś tę historię pozna., ba już czyta. „W świecie”, a potem tutaj.  Za chwilę zaś w Polsce, gdzie (mam nadzieję) ktoś uzna, że warto tę książkę przetłumaczyć. A czytelnik, jeden, drugi i następny odkryje, jak głęboko historia Śląska jest zanurzona w historii Europy i tamtego świata. Nie mniej niż w tej, którą światu w kilka lat później opowiadał John Q. Adams, pisząc swoje Letters on Silesia (1801) i opowiadając światu historię Śląska.

Odkładam książkę, biorę kolejne (czy wspominałem, że uzależnienie kosztuje?)… zagłębiam się w pośpiesznej lekturze…

Dussmann. Taki adres

Ogrody u Dussmanna. Wilgoć

Ogrody Dussmanna (proj. & realiz. Patrick Blanc)

Dworzec Anhalter. O Berlinie inaczej

Przeczytałem niemal wszystkie reportaże ze zbioru  Mur. 12 kawałków o Berlinie (dziwne, ale numer 12. wciąż się koło mnie „kręci”: a to lista 12. z której kandyduję, a to restauracja „12 Apostołów”, którą dzisiaj mijałem w śródmieściu Berlina). Po ich lekturze  nie mogę ukryć pewnego rozczarowania. Ale może trzeba znać to  miasto inaczej, by wiedzieć, że najważniejsze rzeczy to te, które zdarzają się tutaj o poranku?

Są dalekie od historii muru, które są zbyt osobiste, by być przedmiotem rozmów z berlińczykami.  Tak, owszem. Nadają się na opowiadania dla turystów, dla których to zdarzenia odległe i już nieprawdopodobne. Ale tylko tyle. Te prawdziwe potrzebują ciszy i intymności. Często zresztą można usłyszeć w Berlinie narzekania turystów, że muru już nie ma… Tęsknota za przekleństwem, tych którzy tutaj żyli??? z tym muzrem to zresztą nieprawda. Mur nadal tkwi w głowach, w losach poszczególnych rodzin. No, a  ci bardziej dociekliwi, znajdą jego fragmenty i ślady w mieście. Zobaczą je w tym, jak nagle w pewnych swoich dzielnicach Berlin z Ost, różni się od tego z West. Nieważne. Miało być przecież o poranku w Berlinie…

Zatem jesienne poranki w Berlinie, oznaczają kolory drzew od żółcieni po intensywnie bordowe wariacje. Brązy i zielenie zmieszane i z bielą mgły… Skąpane w sosie nieostrości i niejednoznaczności. Coś niezwykłego i mało pruskiego w tej stolicy Fryderyka Wielkiego.

Gdy, o poranku opuszczałem hotel, ściągał mnie cień wieży telewizyjnej. Cień pozorny. Skryty w chmurach, we mgle spowijającej miasto. Intrygujący. Wielkie oko, Wielkiego Brata, którego już nie ma od 25.lat… A może jest?

We wspomnianym zbiorze reportaży o Berlinie, brakuje mi miasta, które pachnie poranną kawą i rogalikiem podanym na x sposobów. Pośpiechu ulicy, znającej ograniczenia historii i wiedzącej, że to co jest dzisiaj, nie musi dawać gwarancji, że będzie też jutro. Miasto z przeszłością, jak rozwodnik z piętnem tego co było.

Historii, jak ta o dworcu Anhalter, co przetrwał wojnę i zniknął niemal całkowicie z powierzchni ziemi wysadzony na początku lat 60-tych XX wieku. Świadek wyjazdów cesarza Wilhelma II do ludu swego, wstydliwego spotkania Ribbentropa i Mołotowa w listopadzie 1940 roku, czy jeszcze bardziej zawstydzających współczesnych deportacji berlińskich Żydów, co nagle zostali wyzucie z  wszystkiego i jak później dworzec skazani na niebyt?

Berlin. Mój kawałek tutaj. Inny od 12. znalezionych na kartach książki.

PS. A ja polecam swój esej o emigracji. Osoba, której ocenom bezwzględnie zawierzam, napisała, że świetny…  „Obcy u siebie”, taki tytuł. W najnowszej Fabryce Silesia… Już jest. Odczuwanie oddalenia, osobiste. Przeżyte.

 Poranek/ Mgła (Berlin, 16.10. 2015 r.)

Poranek / Mgła (2) Berlin

Poranek / Mgła (3) (Berlin)

Kolory  (Berlin)

Powroty. Berlin w oka mgnieniu

Powrót na chwilę? Momenty wykradane, by zobaczyć miejsca znane, jak te wokół Schlesisches Tor i nowe, choć wciąż bez nazw.

Chwila, gdy kontury tygrysa na Oppelnerstrasse wypełniły się kolorem…, a stoliki w pobliskich knajpach wypełniły się osobami świetującym rozpoczęty weekend.

Kreuzberg w wieczornej odsłonie.

[Berlin, 16 października 2015 r.]

 

Spotkanie (Berlin, Kreuzberg)

Wieczorna szkoła tańca (Berlin, Kreuzberg)

Kreuzberg! mów mi  Kreuzberg

 

M3 Hansa Scharouna

Berlin. Wysokościowiec przy ulicy Heilmannring 66A w dzielnicy Böblingen. Atelier Hansa Scharouna. Wieżowiec (niem. Wohnhochhaus) Orplid liczy przyzwoite siedem pięter i nawet w tej liczbie widać powściągliwość Scharouna i jego inne – od prezentowanego przez współczesnych mu architektów – myślenie o architekturze.

Projektował ją na miarę przeciętnego człowieka, owego Jedermanna II połowy 20. wieku. Bliska mu była idea architektury zmieniającej kontekst społeczny, pozytywnie oddziaływującej na kondycję człowieka. Pobrzmiewa mi w tym nurt pierwszych awangard 20. wieku wierzących w misyjną, sprawczą rolę architektury jako instrumentu kształtującego relacje ludzkie, budującego bezkonfliktowe społeczeństwo. Architekt jako demiurg ładu społecznego? Czujny, uważny, emaptyczny…

Tworząc architekturę Scharoun zamieszkiwał w tym samym kontekście i doświadczał miejsc zaprojektowanych dla innych. Nie uciekał do wieży z kości słoniowej alternatywnych idei. Nie tworzył architektury elitarystycznej reprezentowanej przez „willę własną architekta”, która byłaby odmienna od architektury praktykowanej na szeroką skalę. Był autentyczny i konsekwentny.  Rzadkość wśród architektów.

W mieszkaniu Margit i Hansa Scharouna przywołane są zarówno marynistyczne motywy obecne w jego architekturze; niemal cytaty z dekoracji i dyspozycji doświetlenia w berlińskiej Filharmonii. Obok tego Scharoun jest minimalistą przestrzeni. Godzi się na formy niedoskonałe (wynikające z umasowienia architektury i… logiki(?) instalacji technicznej (jak tej w wyposażeniu kuchni, gdzie nagle nad zlewem pojawia się kaloryfer zupełnie i na pewno… nie na swoim miejscu). Płaszczyzny ścian są  dialogiem, a moze przypomnieniem  suprematystycznych i neoplastycznych  cytatów  pierwszej awangardy. Takie mimowolne odniesienie do pierwszych inspiracji młodego Scharouna?

Mieszkanie jest próbą powołania  do życia nowej  przestrzeni. Czytelnej w funkcjach, poszukującej syntetycznego, najprostszego komunikowania ról spełnianych w obrębie ‚jednostki mieszkalnej’.

M3 Hansa Scharouna…

Esej fotograficzny. Wrzesień 2015 r. 

Adres - wieżowiec Hansa Scharouna Elewacja (wspomnienie Filharmonii) (seria: M3 H. Scharouna)

Sypialnia i widok na widok (seria: M3 H. Scharouna)

Lampa (seria: M3 H. Scharouna)

Okno architekta (seria: M3 H. Scharouna)

Pracowania- credo (seria: M3 H. Scharouna)

Świadkowie (po lewej sekretarka H.Scharouna; seria: M3 H. Scharouna)

Kurz (1) (seria: M3 H. Scharouna) Tak dużo / Kurz (2) (seria: M3 H. Scharouna)

Atelier Margit i Hansa Scharouna - neoplastycyzm przypomniany

Taras (seria: M3 Hansa Scharouna) Poruszenie (to co widać z tarasu) (seria; M3 H. Scharouna)

Terma / Zaplątanie (seria M3 H. Scharouna) Transatlantyk (seria: M3 H. Scharouna) Lustro architekta (seria: M3 H. Scharouna)

Kwiaty Margit (seria: M3 H. Scharouna)

Kuchnia / Co tutaj robi ten kaloryfer? (seria: M3 H. Scharouna)

Akcenty (pionowe) (seria: M3 H. Scharouna) Trzy / Otwory (seria: M3 H. Scharouna)

 

Za chlebem… Sprawy Górnego Śląska. Konkretnie i na temat (Dlaczego kandyduję – 3)

231 tysięcy mieszkańców województwa śląskiego wyemigrowało za chlebem za granicę…

Takie dane przedstawił w 2013 roku Główny Urząd Statystyczny. Nie wiem ilu przybyło od tego czasu, ale nawet taka liczba poraża i zmusza do zadania kilku pytań.

Jak pisała prasa województwo śląskie było najbardziej dotknięte falą wyjazdów, a komentarze, które się wówczas pojawiły mówiły wręcz o wyludnianiu się województwa śląskiego.

Unijny raport ośrodka eksperckiego Shrink Smart, wymieniał pośród najbardziej wyludnionych miast UE(!)… Bytom. Gdyby zresztą odnieść się do całego województwa, a nie tylko Górnego Śląska, to jednym z kolejnym najbardziej opustoszałych miast regionu pozostawał Sosnowiec. Wciąż kurczą się między innymi Katowice, Gliwice. To jasne, że wpływ na to ma także migracja ze Śląska do polskich metropolii. Głównie wyjazdy do Warszawy, Wrocławia. Poznania, czy Krakowa. Powody są te same, co w przypadku emigracji: praca i subiektywne odczucie, że tam gdzieś jest życie, jakiego nie są w stanie zapewnić sobie na Śląsku. W domu, u siebie…

Liczbę tych co wyjechali (a ostatnie liczby mówią o 2, 31 mln mieszkańców Polski, którzy w poszukiwaniu pracy i lepszego życia wyemigrowali), należy pomnożyć przez tych którzy tymi wyjazdami są dotknięci bezpośrednio. Ich własne rodziny, starzejący się rodzice. Bliscy zostawieni może z przelewami z Western Union, ale samotni, opuszczeni, bo tak trzeba było. Dla chleba.

Emigracja zarobkowa nie jest złą rzeczą. Mówi się, że wręcz trzeba mieć w sobie gen emigracji, by zdobyć się na odwagę zostawienia obecnego życia i zamienienia go na nowe. Odwagę do zmiany środowiska, otoczenia, emocjonalnego rozstania.

Znam go, sam byłem emigrantem po wielokroć. Ostatnio, gdy nie mogąc znaleźć pracy w Polsce, na Śląsku, znalazłem ją u Czechów. Nie znam pośród „wysokich numerów” polityków paradujących na plakatach wyborczych wieszanych na każdym wolnym słupie w województwie śląskim takich, którzy mogliby coś z własnego doświadczenia powiedzieć o tym, czym jest emigracja co znaczy poszukiwać chleba u obcych. I czym jest opuszczenie najbliższych, rozłąka z miejscem w którym wzrastała się przez lata. Nie znają ceny obijania się o drzwi urzędów pracy, jak ci ze 124 tysięcy kolejnych emigrantów, którzy wyjechali z Polski  w 2014 roku zapewne „nie rozumiejąc”, że jest tak dobrze, a jednak ich to nie dotyczy. A oni się nie liczą.

Z pewnością jest w tych decyzjach o wyjeździe wiele z rozczarowania tego jak wygląda życie społeczne i przede wszystkim dialog społeczny w Polsce. Obecne w nim piętnowanie innego, obcego. Brak tolerancji, niechęć. Na przykład wobec  kogoś, kto jak na Śląsku odnajduje w sobie typową tożsamość człowieka pogranicza. W oczywisty sposób emigrant szuka swojej szansy w Europie, gdzie nagle odkrywa, że czuje się bardziej zadomowiony niż u siebie ‘doma’. Bo choć pracuje w magazynach TESCO, na zmywaku lub na taśmie mrożonek, może sobie pozwolić na zakup mieszkania, domu na kredyt, a zdanie o tym, że „płaci podatki to wymaga”, przestaje być frazesem, jakim często jest tutaj.

Nie pocieszają mnie zdania o tym, że teraz wyjeżdżają ci, którzy mając pracę, chcą sobie poprawić standard życia. Poprawić z czego na co? – spytam. Ze śmieciówek na etat? Ze śmieciówek na wiarygodność kredytową? Jeśli nawet tak jest, to tracimy tych istotnych dla naszej ekonomii i egzystencji. Bo, by wyjechać, trzeba mieć odwagę.

Nie wiedzą tego politycy, którym  wielu z trudem przyjdzie sklecenie zdania w jakimś języku obcym poza ‘raus’ jakie znał np. poseł Protasiewicz na lotnisku we Frankfurcie. Nie mają nie tylko genu emigracji (kto po niektórych by płakał???), ale też genu odwagi by spróbować. W końcu wszyscy tutaj ich dość dobrze zaopatrujemy  futrując dietami i cała tą patologią synekur w radach nadzorczych i podmiotach w spółkach Skarbu Państwa, gdzie chętnie, po wyborach „emigrują”.Mniejsza o nich.

Protestuję…

Po pierwsze, że bogaty potencjalnie Śląsk (Górny Śląsk) nie stać na to, by (młodzi) ludzie tutaj zostawali, by z nim wiązali przyszłość. Bo węgiel to „obciążenie i problem” (jak powie niemal każdy polityk z prawa do lewa), bo dziedzictwo postindustrialne to obciążenie i koszty społeczne, niewygodne i mało medialne (takie dzielnice biedy źle się w tv prezentują). Bo programy rozwoju dla Śląska powstają, gdy tyka zegar wyborczy, a znikają, gdy jest już po nich. Wtedy Śląsk, staje się czarną dziurą, nie ma go, albo jak dzisiaj w TVP INFO słyszę, że kandydatka jakiejś partii jedzie „na Śląsk” i odwiedzi Będzin i Czeladź.

Protestuję po raz wtóry i pytam, czy ten rodzaj emigracji nie jest wstydem, że tak wielu z tych ludzi nie dano szansy, by swoje życie związali z Górnym Śląskiem? To zawstydzenie, że wyludniają się dzielnice kolejnych miast, bo ludzie nie mają siły, pieniędzy i perspektyw, by tutaj żyć. By tutaj budować. Że i tak są wielcy wykazując hart ducha i próbują.

To nie jest protest (byłby naiwny i jałowy), że ludzie opuszczają Śląsk. Tak działo się zawsze. Zwracam uwagę na to, że ponad dwieście tysięcy naszych sąsiadów powiedziało od 2005 roku, że nie widzą swojej przyszłości tutaj, na ziemi tak bogatej!

Bogactwem nie węgla (choć ważny i niedoceniony w kraju nie mającym długoterminowej strategii energetycznej, raz budującego elektrownie atomowe, a raz dopominającego się o farmy wiatrowe itd., itp.), czy innych zasobów surowców i kompetencji (także np. wiedzy zgromadzonej tutaj to jasne, reprezentowanej przez śląskie wyższe uczelnie), ale przede wszystkim bogatego z powodu ludzi, których – o ile nie ma wyborów – ma się zbyt czesto za nic.

Dlatego wyjeżdżają i dlatego, czas to zmienić i zrobić wszystko, by dać ludziom szanse tu gdzie przyszli na świat. W ich domu, w ich rodzinie. Pośród miast i miasteczek, które zbudowali ich poprzednicy i gdzie znają każdy kamień, gdzie bije ich (w co nie wątpię) serce i do którego (za)tęsknią.

Podpatrzone w Tarnowskich Górach

Ze Śląska i dla Śląska