Pobielone drzewa i trawy

To niezwykłe, że nie będąc w Olsztynie przez całe swoje dorosłe życie, choć powodów było kilka, w tym roku byłem tam trzykrotnie. Chyba za każdym razem w tle takiego wyjazdu stał Erich Mendelsohn. Spóźniona podróż sentymentalna? Może, ale czy emocje są kiedykolwiek spóźnione? Raczej dojrzewają do momentu, ewoluują i stają się powodem. Na przykład do tego, by zasiąść za kierownicą samochodu i pojechać do… Olsztyna właśnie.

Olsztyn się zmienia. Jest (tak było tym razem) innym miejscem niż zapamiętana z poprzedniej podróży ulica Grunwaldzka, na której może jest serwowany najlepszy kebab (powtarzam za reklamą) w mieście, ale gdzie dominuje szarość i płaskie, pobijane fasady starych kamienic ze skundlonym w ten sposób rodowodem. To co uderzyło mnie tym razem to miasto, może i senne wieczorem i pustawe, ale odzyskujące pamięć, kształt. Z ludźmi, dla których powroty do Olsztyna były świadomą decyzją. Mam wrażenie, że bolesną (bo niosącą pewną dozę niepewności, czy to dobry wybór), ale dającą im teraz sporo satysfakcji, że są u siebie. Takich ludzi przynajmniej spotkałem pod gwiaździstym  nieboskłonem Bet Tahara, Domu Oczyszczenia zaprojektowanego przez Mendelsohna i zrealizowanego w 1913 roku.  Mendelsohn wyjechał z miasta, a „nowi Olsztynianie” ufundowali mu tablicę, że to tutaj, przy ulicy świętej Barbary przyszedł na świat… I może w ten sposób mówią sobie i innym, że można inaczej. Że część ich tożsamości jest już zatopiona w kostce brukowej i elewacjach kamienic miasta i tutaj pozostaną? Nowi Olsztynianie?

Chodząc po ulicach miasta przechodzę obok liceum świętującego 70.lecie swojego istnienia. Rok 1945 przyjmowany jest tutaj jako rok zero. Nullstunde, od której wszystko się zaczęło. Może dlatego łatwiej jest sobie i innym powiedzieć „jestem stąd”?

Pytam ludzi, co to znaczy być olsztynianinem /olsztynianką i nie dostaję dobrej, mnie satysfakcjonującej odpowiedzi. To trochę „łatanie historii” (że byliśmy i jesteśmy z tą ziemią i miejscem powiązani), a trochę powiedzenie sobie, ze jest dość czasu by padła odpowiedz na tak postawione pytanie, kiedyś. A do tego czasu pochylmy się nad miejscem, nad jego historią, obłaskawmy go jako własne, choć geograficznie i historycznie wciąż znajdujące się na końcu światów. Zachodu i Wschodu. Miejsce dotąd(?) dobre do ucieczki, ale nie do życia? Dalekie od Gdańska, Warszawy, Wilna, czy dawnego Królewca, który należy wciąż do innego uniwersum post-sowieckiego człowieka. Ten ostatni przyjeżdża tutaj, „shopuje” i tyle z tego wynika.

A może tożsamość olsztynianina jest jak te macewy lodowe, które w ramach projektu Marcusa Jordana, postawiono w grudniu 2011 roku na terenie dawnego kirkutu, by przypomnieć pamięć nie tylko o miejscu, ale pośrednio o tożsamości Olsztyna. Macewy i słowa na nich wyryte rozpłynęły się, zniknęły, ale woda wsiąkła w ziemię, pobudziła ducha miejsca, wrażliwość na to co było? Pamięć jako stan pobudzania emocji u współczesnych? Świadomość, że potrzebuje znaków i symboli. Niezwykle jest to miejsce przy ulicy Zyndrama z Maszkowic 2…

*

Powrót do, będzie tym razem wyłącznie opisem. Słowa, emocje w słowach i używanie ich, będzie musiało wystarczyć za opis światłem. Zabrakło prądu i mój Nikon D80 okazał się niczym innym jak nieznośnym balastem, ktory wiozę. Skutek? Żadnych zdjęć i decyzja, by kolejnym razem mieć ze sobą aparat analogowy, tak stary jak czas jaki upłynął od mojego spotkania z Mendelsohnem w Gliwicach, ponad dwadzieścia lat temu.

Co zobaczyłem? Szarości, które rozpościerały się nad jeziorami. Były sine i wilgotne. Wyglądały na zmarznięte. Mleczna mgła otulała drogi, ustępowała łagodnie. Ostatnie oddechy jesieni listopadowej? Za mną uśpiony wciąż Olsztyn… potem Olsztynek…

Lasy i drzewa przy drodze lekko się kołysały pobielonymi koronami. Trawy przy drodze wysztywnione szronem… Czekały na słońce, które nie nadchodziło…

Do tego strzępy polskiej, najnowszej historii. Mijam zdewastowany, rewitalizowany (?) pałac Sobańskich w Guzowie. Znam takie miejsca. Wokół zarośniętego parku i poza bramą noszącą herb Junosza (baran na czerwonym polu), dawne czworaki. I te jak i pałac wybebeszone z życia i mieszkańców.  Pałac jeszcze w 1979 roku zagrał w nokturnowo-depresyjnym filmie Klucznik. Dzisiaj po prostu zmaga się z grawitacją i trzeba mocno się rozglądać, by poprzez sitowie stawu i drzewa parku zobaczyć z drogi jego sylwetę.

Skręcam. A1. Jadę dalej na południe.

***

[Olsztyn: 27 listopada 2015 r. –  wykład dedykowany nieznanej historii Domu Tekstylnego Weichmanna, Ericha Mendelsohna. Wkrótce powstanie książka? Mam taką nadzieję.

Podziękowania dla Fundacji BORUSSIA za organizację spotkania i pobytu w Olsztynie]

Zdjęcie macew lodowych ze strony:

Link: http://www.sztetl.org.pl/pl/cms/aktualnosci/2026,lodowe-macewy-na-cmentarzu-w-olsztynie/

Weichmann w Olsztynie (plakat spotkania)

Nieboskłon w Domu Oczyszczenia (Bet Tahara)

Lodowe macewy w Olsztynie (za portalem: Wirtualny Sztetl)

Komentarz. Kultura, głupcze!

Patrzę na to co dzieje się w tzw. kulturze i zadziwia mnie amnezja jednych i brak krytycyzmu drugich. Między nimi ci, co nie chcieliby z obydwoma biegunami polityki miec cokolwiek wspólnego.

Poprzednia ekipa z jej ręcznym sterowaniem kulturą (nie tylko w sprawie Muzeum Śląskiego) wpada dzisiaj w zadziwienie widząc ingerencję w treści tejże tzw. polityki kulturalnej. Drudzy, wzmocnieni tamtymi decyzjami rozpięli parasol nad ‚naszą’, ich kulturą… Śmiech na sali…

Jedni i drudzy wykazują ten sam rodzaj arogancji w definiowaniu treści pożądanych i nagannych (zresztą jakby ktoś poczytał program wyborczy np. PiS-u to wiedziałby jaka ta kultura ma być i nie był dzisiaj zdziwiony…).

No, może jest jedna zmiana w całej tej sytuacji. Część środowiska obudziła się, bo trudno dłużej udawać, że kultura i polityka to coś, co nie ma z sobą nic wspólnego. Może da to początek pewnej prawdziwej solidarności w obrębie tego środowiska. Może. Pewien nie jestem.

bez tytułu

Ulica o poranku

Ulica o poranku. Edward Hopper był tutaj wcześniej…

Ten obraz umknąłby mojej uwadze, gdyby nie rozgorączkowany wolontariusz opowiadający o jego treści. Mówiący o tym, że patrząc na obraz widzi typową ulicę Manhattanu w niedzielny poranek i odnajduje atmosferę tej chwili. Czasu zawieszenia między bezruchem, a  poruszeniem. Porankiem, a chwilą gdy prezbiterianie przywoływani dzwonami kościelnymi ruszają na swoje nabożeństwa. Gdy na ulicy pojawiają się pierwsi przechodnie. Poruszają się postaci stojące za zasłonami w oknach…

Early Sunday morning… (1930) Jest w każdym sensie symboliczny. Jest teoretycznie portretem miasta, obrazem Siódmej alei, ale zdecydowanie uzyskuje wymiar symboliczny. Uniwersalny. Oddycha atmosferą Nowego Jorku. Jest jego metaforą i odczuwaniem. Architektury, nastroju. Kolorów.  Choć być może dla kogoś z zewnątrz jest obrazem o niczym. Anonimowa ulica. Czy miejsce o otwartej tożsamości?

Obraz, który powstał w 1930 roku, jest podzielony na cztery strefy. Koloru, kompozycji. Jest więc niebo, pasy czerwieni cegły i grynszpanu elewacji. I powierzchnia ulicy . Zszarzała. Otwarta, czekającą na określenie.

Patrzę na ten obraz i przed moimi oczyma pojawia się gzyms budynku prze Stone Street. Są do siebie podobne. Niemal identyczne. Hopper osiąga sens sztuki przez uniwersalizację miejsca i bohaterów. Nawet jeśli żadnego z nich nie widzimy na obrazie, bo zaraz wkroczą w kadr artysty. I pozwala nam poczuć, że to miejsce jest też nasze, że my zdecydujemy jakie zdarzenia rozegrają się na tej, odtąd naszej, ulicy.

Gra wyobraźni? Milczący teatr Edwarda Hoppera…

A my w nim, z nim. Obok. To nasz wybór.

 Opowiadając / Edward Hopper Explained

Early Sunday morning, Edward Hopper (1930)

Gzyms domu. Fragment obrazu Early Sunday Morning (E. Hopper, 1930, Whitney Museum Of American Art) Stone Street, Nowy Jork, Manhattan (widok współczesny)

Przekraczanie Rubikonu (10 – ostatni). Ogród na wysokościach – High Line

To nie był typowy projekt. On wręcz nie pasował do Nowego Jorku i Stanów w ogóle, bo w dosyć nietypowy sposób odnosił się do tego co było stare, w mieście, które żyje przede wszystkim tym, co przyniesie jutro.

A jednak w tym przypadku stało się inaczej.

Część dawnej West Side Line, będąca fragmentem New Jork Central Railroad nie została zburzona, a za sprawą między innymi ruchu miejskiego jakim byli Przyjaciele High Line (Friends of High Line), od roku 2006 zamieniana jest systematycznie napowietrzny pasaż spacerowy, obsadzony roślinami, iluminowany nocą. To tutaj jada się lunch w południe, tutaj (i w najbliższej okolicy) spędza czas gdy nastaje Saturday Night Fever.

Wzdłuż dawnych torów kolejki towarowej, przed której wagonami, gdy zaczynała swój żywot w 1847 roku jechali kowboje wymachując ostrzegawczo czerwonymi chorągiewkami, rozkwitły galerie (w pobliżu znajduje się ich największe zagęszczenie), obok ulokowało się Whitney Museum of American Art. Czas można spędzić w tak niesamowitych miejscach jak dawne zabudowania największej nowojorskiej firmy produkującej ciasteczka National Biscuits Company. W jej wnętrzu urządzono designerski Chelsea Market, targowisko żywności i skupisko przeróżnych restauracji i barów. Miejsce jest trochę jak belgijska Rue de Bouchers (w czasach swojej świetności), czy paryska Rue du Mouffetards (wciąż rewelacyjna w różnorodności i bogactwie oferty). Obok tego doskonałe winiarnie i chyba pierwsze miejsce, gdzie w Nowym Jorku można posmakować w takim wyborze win amerykańskich…

Podczas gdy jedni spędzają czas w Teatrze Miasta (Urban Theatre) rozpiętym ponad 10 Ave., inni mogą uprawiać jogę w pobliskich centrach lub po prostu znajdują tu azyl od trosk mijającego dnia, hałasu, ludzi… Poszukują intymności

W pobliżu 18.ulicy ponad High Line wyrasta jedna z realizacji Franka Gehry’ego  IAC Building, jego pierwszy projekt dla Nowego Jorku, powstały w 2007 roku. Konsumuje jego wcześniejsze dokonania, tworzy struktury opartą na module plastra miodu i ula. Gehry sięgnął tutaj po szkło w miejsce stali i aluminium. Tworzy tutaj jedną z największych otwartych przestrzeni biurowych miasta.

Rewitalizacja High Line oznaczała nie tylko jej sukces jako projektu infrastrukturalnego. Fantastycznie pobudziła aktywność lokalnej społeczności. Sam byłem uczestnikiem oprowadzania po tym naziemnym parku przez wolontariusza z ruchu Friends of High Line. Nie można mieć żadnych wątpliwości, że to ich miejsce, że należy od mieszkańców. Przez chwilę można się poczuć jednym z nich. To chyba dobrze, prawda?

Ślady. High Line wieczorem High Line (2)

To co pod High Line (stacja pogotowia ratunkowego przy 10.ulicy)

High Line

High Line porosły drzewa...

Urban Theatre - High Line

Koncert na High Line

Łącznik na 16.ulicą (po obydwu stronach dawne zabudowania National Biscuit Company)

Manifest High Line

High Line i IAC Building Franka Gehry

To co obok High Line (tu powstaje film)

High Line - obok joga, a w odbiciu IAC Building F. Gehry'ego

Zieleń High Line

High Line - a w dole typowy "American corner"...

High Line - impresja

 

Przekraczanie rubikonu (9). W ósmym niebie

W ósmym niebie z Archibaldem Motley

To był wyjątkowy czas. Epoka jazzu, toksycznego życia nocnego, które powoli wyniszczało, choć współcześni, jak żona Francisa Scotta Fitzgeralda, Zelda, nie mogli sobie wyobrazić życia innego jak to zanurzone  między jazzem, morfiną i właśnie morzem wypijanego alkoholu. Wyobrazić i… innego przeżyć. Myślę o tamtym czasie i patrzę na jeden z obrazów, który  namalował Archibalda Motley’a. Bo jest w nim jazz, rozedrganie i szaleństwo czasu właśnie.

To co prawda obraz pod tytułem Blues (1929), a nie jazz, ale poza tym wszystko się zgadza. Przed naszymi oczyma wnętrze paryskiej „Petit Café” w pobliżu wieży Eiffla i Lasku Bulońskiego, a w niej tańczący i gęstniejący tłum. Czarne postaci i miejscowa bohema uczestniczą w czymś, co współcześni nazywali Le Bal Nègre. Ekscytujące spotkanie kultur, ras i dźwięków w kosmopolitycznym Paryżu. To jedna z tych kultur , a właściwie subkultur miejskich, którą poza Chicago, Paryżem i Meksykiem, odnaleźć można w malarskim świecie Archibalda Motley’a, bohatera wystawy. Archibald Motley. Jazz Age Modernist

Oglądam obrazy i jestem pełen pretensji, że jak większość adeptów europejskiej historii sztuki poznaję go tak późno i nic o nim nie wiem.  Europocentryzm historii sztuki na kontynencie. Porażka. Plusem jest może to, że tutaj patrząc najpierw widzę, a dopiero potem, jak typowy historyk sztuki obudowuję obraz tekstami, opiniami innych, filtrem krytyki.

Motley to przedstawiciel Chicago Black Renaissance – ruchu artystycznego, który wpisywał się w szerszy nurt New Negro Movement (Ruch Nowych Czarnych), zjawisko artystyczne lat dwudziestych, trzydziestych 20. wieku we wciąż wtedy rasowo ksenofobicznych USA.

Tworzyli go artyści czarnoskórzy (w dominującej części pochodzący z Nowego Jorku, z Harlemu). Ich sztuka była pierwszym takim (śmiałym, awangardowym w formie)  opisaniem rzeczywistości z perspektywy Afro-Amerykanina, a wtedy po prostu amerykańskiego Murzyna, po raz pierwszy dumnego ze swego pochodzenia, zainspirowanego światem, w którym wyrastał, stającego w opozycji do świata białego człowieka. Sztuki, która  podejmowała wątki relacji świata Białych i Czarnych, kwestie rasizmu, tolerancji, czy na koniec awansu społecznego Afro-Amerykanów. Był to także pierwszy taki ruch artystyczny, w którym do głosu doszli twórcy wykształceni na akademiach sztuk pięknych (sam Motley studiował na School of Art Insitute Chicago), stypendyści europejskich uczelni. Bywalcy Paryża, Londynu czy Berlina.

Wystawę oglądam na ósmym piętrze Whitney Museum w Nowym Yorku i już wiem, że z tego spotkania wyjdę odmieniony i że trafiłem nie na ósme piętro, a do ósmego nieba (sztuki) powstałej na przecięciu się czegoś co znam i co w symbolicznej dawce pobrzmiewa w obrazach Archibalda Motley’a. To świat prozy F.S.Fitzgeralda, muzyki Gershwina, prymitywistów afrykańskich i francuskich kolorystów, czy niemieckich ekspresjonistów. Na Śląsku, gdy widzę Motley’a przypomina mi się Willy Heier i jego radosny rysunek Jazz – taniec Murzyński, jaki znajduje się w gliwickim muzeum. Tutaj, gdzieś w tle tego malarstwa są Edward Hopper, Thomas Hart Benton, czy Reginald Marsh. Współcześnie docenieni, choć i  Motley wcześnie doświadczył uznania publiczności. On jednak, w przeciwieństwie do wymienionych, naprawdę „używał” awangardy. Był zdecydowanie nowocześniejszy. Formą, kolorem, treścią.

Archibald Motley przywołuje w malarstwie świat, do którego z oczywistych wówczas powodów nie miał przystępu biały człowiek. Od czasu ukończenia uczelni w 1918 roku, jego obrazy to  albo rewelacyjne (nie boję się użyć tego określenia) portrety jak w przypadku Octoroon Girl (Dziewczyna w 1/8), 1929) albo sceny rodzajowe, w których dochodzi do wydobycia na światło dzienne mrocznych bądź po prostu niezwykłych i nieznanych scen z życia wspólnot czarnoskórych społeczności Chicago, Nowego Jorku (The Liar/Kłamca, 1936). Sceny te tworzy zresztą w bardzo wyjątkowy sposób. Odchodzi w takich przypadkach od realistycznego ujęcia, rezygnuje z posiadanych kompetencji malarza Akademii (choć wykazuje się nimi raz po raz jak miedzy innym w Autoportrecie/ Self-portrait lub Myself at Work, z 1933) i tworzy obrazy pełne nastroju, rytmu, deformacji.

W bardzo świadomy sposób Motley poszukiwał pewnego rodzaju klucza interpretacji emocjonalnej dla bohaterów swoich obrazów. Tak wspominał powstanie kompozycji do obrazu Kłamca: „Usiadłem w kącie baru, koło stołu bilardowego, i jedynie co widziałem to kolorowi, którzy tworzyli niezwykłą scenę i widowisko”. Motley nie traci witalności swoich postaci i scen przez kolejne dekady. Gdy patrzę na obraz Gorący rytm / Hot Rythm, 1961), po raz kolejny jestem zachwycony tym, jak kolor i atmosfera / nastrój podporządkowuje sobie realizm tej sceny. Przenika ją chicagowski ‘hot jazz’, a jego rytm nie pozwala nam mentalnie, a może i fizycznie stać spokojnie przed płótnem.

Archibald Motley w podobny sposób uplastyczniał wiejskie i ludyczne sceny w Meksyku, pokazywał urodę nabożeństw w kościele Zielonoświątkowców (The Holly Rollers/ Święci opętańcy, 1929). Był, sam będąc gorliwym katolikiem zafascynowany ekstatycznymi ruchami wiernych, a jego płótno przenikają śpiewy gospels, czy natchnione słowa kaznodziei…

Świadomie prymitywizuje, staje się na naszych oczach malarzem naiwnym (np. niemal dziecięco naiwne obrazy z cyklu Caliente). Choć nie zawsze. Jest na wystawie jeden, jedyny obraz, który z perspektywy nieba przenosi nas do ziemskiego piekła. To poruszający, symboliczny obraz Pierwsze Sto Lat/ First One Hundred Years (1969-1972), który jest metaforą relacji rasowych i kulturowych w USAPrzywołane w podtytule do obrazu słowa Jezusa na Krzyżu z ewangelii św. Łukasza (Łk. 23) Wybaczcie im bo nie wiedza co czynią, stanowią tekstowe dopełnienie obrazu Motley’a, w każdym sensie (użyta obficie czerń) odbiegającego od błękitnych i niebieszczących scen wczesnego okresu chicagowskiego w twórczości malarza.

Tym obrazem, choć trudno się pogodzić z faktem, by miałby być syntezą i znakiem na „do widzenia” jego  twórczości, kończy się wystawa na ósmym piętrze Whitney Museum of American Art…

Przed kilkoma godzinami nieznany, a teraz już mój. Może dlatego, że jak pisała Annie Leibovitz (choć odnosząc to do fotografii) There is nothing stranger than truth.  Istotnie, to prawda nakreślona i wydobyta z chaosu świata emocjami (zupełnie inna jednak od barbarzyńskiej i często krwawej kreski niemieckich ekspresjonistów) otwiera nam oczy na świat, którego przed Motley’em nie było.

Tytuł (fragment aranżacji wystawy w Whitney Museum of American Art, New York) Fragment ekspozycji

Fragment Autoportretu (1933)

Dziewczyna w 1/8 czarna / Octoroon Girl, Archibald Motley (1925)

Fragment wystawy. Obraz Blues (p.) Kłamca (Liar) fragment obrazu

Gorący rytm/ Hot Rhythm, 1961

Holy Rollers (fragment)

Plaza del Toros (fragment obrazu, cykl: Caliente)

Pierwsze sto lat... A. Motley

***

Co: Archibald Motley:JazzAge Modernist

Gdzie: WhitneyMuseum of American Art

Kiedy: 2.10. 2015 – 17.01. 2016

Przekraczanie Rubikonu (8). Metropolis w Neue Galerie

Jest taka wyjątkowa mila w Nowym Jorku (Museum Mile), która jest w istocie przedłużeniem Piątej Alei. Na wysokości Central Parku rozlokowane są wzdłuż tego jej odcinka liczne muzea miasta, poczynając od Met(ropolitam Museum of Art), z którego trudno jest wyjść, bo posiada tak fantastyczne i przepastne zbiory, a kończąc na muzeach mniejszych, jak Neue Galerie, do której dotarłem skuszony tytułem trwającej tam właśnie wystawy Berlin Metropolis 1918-1933.

Wystawa o jakiej kilka słów poniżej (sorry, ale Archibald Motley czeka!) potrwa do 4 stycznia przyszłego roku, więc jeśli ktoś będzie miał na zbyciu 20 dolarów lub będzie to jeden z pierwszych piątków miesiąca, gdy podwoje muzeum stoją otworem dla publiczności, można się tam wybrać.

W samym muzeum jest z reguły kameralnie, podają niezłą kawę i miejsce to ma coś w sobie raczej z przystani dla tych, którzy łakną tradycji i kultury Austrii i Niemiec (oficjalna nazwa instytucji to Neue Galerie. Museum for German and Austrian Art) w Nowym Jorku, niż posiada cechy wybitnej i potężnej instytucji muzealnej. Rodzaj slow museum. Fanom takiego muzealnictwa miejsce to się z pewnością spodoba.

Na co dzień Galeria oferuje zbiory, których lwią część zbudowano na kolekcji nieżyjącego już Serge’a Sabarsky’ego, kolekcjonera i marszanda sztuki secesyjnej i ekspresjonistycznej powstałej w środowiskach artystycznych Wiednia, Monachium i Berlina. Dlatego zapewne na wystawie stałej (tworzą ją zaledwie trzy salony pierwszego pietra pałacu miejskiego, w którym ulokowano Neue Galerie) tyle Oscara Kokoschki, Gustawa Klimta, czy Josefa Olbricha.

Zbiory Sabarsky’ego bywały zresztą pokazywane w Polsce. Zamierzchłe to już czasy, ale w Krakowie w Międzynarodowym Centrum Kultury pokazywano prace wiedeńskich Wilde w połowie lat 90-tych 20. wieku, wywołując w tamtym czasie i klimacie spore poruszenie. Były to bodaj pierwsze prace Kokoschki, czy Schiele’go pokazywane nad Wisłą, a że cenzura obyczajowa już nie szalała, to było w tych pokazach więcej zachwytu niż oburzenia ze strony widzów i krytyki. Jedna i druga spragniona była dzieł  twórców światowych. Kolekcja Sabarsky’ego dawała bodaj namiastkę obcowania z taką właśnie sztuką.

To co jednak ciekawego w Neue Galerie to nie wspomniane prace klasyków przełomu 19.i 20. wieku, lecz znajdująca się na 2. piętrze Galerii opowieść o Niemczech i Berlinie po wielkiej zmianie jaką w życiu tego miasta i państwa był rok 1918 i powstała na gruzach Cesarstwa Republika Weimarska. Lustrem, w którym się przeglądamy i zaglądamy do Niemiec tego okresu jest Berlin pokazany w okresie jego zachłyśnięcia się awangardą, Berlin oddychający moderną, kosmopolityczny. Czarny, jazzowy. Szalony.

Wystawa (kuratorem jest dr Olaf Peters) potwierdza wciąż żywe zainteresowanie tym okresem zarówno po stronie krytyków i historyków, jak i publiczności, która (może szczególnie w Nowym Jorku, gdzie istnieje i spora diaspora emigracji niemieckiej, i liczne środowisko Żydów mających swoje korzenie w krajach niemieckojęzycznych Europy), ustawia się w kolejce, by zobaczyć wystawę (stałem w takiej około 15 minut).

Czy warto? Na pytanie to nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć, ale chyba drugi raz bym się na nią nie wybrał i jest to chyba jakaś forma odpowiedzi nie wprost na to moje pytanie.

Pomimo ambicji mówienia o nowej rzeczywistości (świadoma gra autorów wystawy z kategorią Neue Sachlichkeit, jako nurtu artystyczno- intelektualnego, funkcjonującego w Berlinie w drugiej połowie lat 20-tych XX wieku), obracamy się raczej wokół tradycyjnego dla podobnych wystaw odtwarzania obrazu tamtego miasta i tamtego społeczeństwa (co już wielokrotnie robiono i powiedzmy to sobie wprost na znacznie lepszym poziomie, jak między innymi w obrębie wystaw zestawiających ze sobą dwie awangardy artystyczne Berlina i Tokio).

Na wystawie mamy więc miasto w biegunowym ujęciu. Jeden oparto na wizji miasta i społeczeństwa rodem z „Metropolis” Fritza Langa. Potężnego, żarłocznego i… fascynującego. W jego cieniu rozgrywa się narracyjna i niemal dokumentalna (choć nie mniej przerażająca chwilami) opowieść o Berlinie współczesnym dla czasu wystawy, w filmie Alfreda Döblina „Berlin Aleksanderplatz” z końca lat dwudziestych XX wieku.

Na przeciwległym biegunie umieszczono oniryczne, kabaretowe i ultranowoczesne migawki z miasta, które znajdujemy na obrazach Ludwiga Kirchnera, Georga Grosze, czy na fotomontażach Johna Heartfielda. Półnagie zdjęcia Josephine Baker w kabaretach Berlina to ikoniczny obraz nowego Berlina. W jego i jej tle nowa kobieta (Neue Frau), berlińska kobieta wyzwolona, która po wojnie jest już inna od tej z kojarzonej z tradycyjnymi trzema K(kościół), K(uchnia), K(ilkoro dzieci). Nowa jest niepodobna do niczego wcześniej co widział Berlin przed 1914 rokiem. Inaczej ubrana i uczesana, inaczej odczuwająca. Wyzwolona, także w sferze seksualnej jak dowodzi bardzo odważny obraz Christiana Schada Girls/ Dziewczęta z 1928 roku, które w mieście bez mężczyzn leniwie  masturbują się na naszych oczach…

Jeśli już pójdziemy na tę wystawę to dlaczego warto to uczynić? Ja miałem swój powód i był nim Berlin. Jakie mogą być inne?

Wystawa to natłok obiektów (głównie obrazów ekspresjonistycznych tego czasu, do wymienionej już grupy artystów dodajmy m.in. prace Otto Dixa, czy Maxa Beckmanna). Zamierzony lub nie rodzaj kolażu wrażeń i ikon (z) tego czasu właśnie. Trochę wymuszone (bo ograniczone przestrzenią sal wystawowych), a trochę przemyślane, by dać obraz pełny i zróżnicowany.

Obok tego sztuka plakatu, fotografii (rewelacyjny Herbert Bayer, Lonely Metropolitan, 1932) i przede wszystkim (także w obrębie narracji o schyłku Berlina urodzonego 1918 roku, a umierającego w 1933 roku w cieniu brunatnych koszul) fantastyczne dokonania grafiki fotograficznej (zaangażowanej społecznie) wspomnianego już tutaj wcześniej Johna Heartfielda. Duża gratka by zobaczyć je tutaj w oryginale.

Na szczęście (nie tylko dla mnie) na wystawie pojawia się tez opowieść o architekturze miasta, architekturze Niemiec tego okresu, pośrednio Europy.

Głos zyskuje cała awangarda i przywiezione specjalnie na tę wystawę eksponaty między innymi z Niemieckiego Muzeum Architektury z Frankfurtu nad Menem. Wśród nich oryginalne rysunki Miesa van der  Rohe (w tym słynny wieżowiec zaprojektowany na Aleksanderplatz), czy projekty Ericha Mendelsohna, wraz z jego gipsowym modelem Wieży Einsteina w Poczdamie. Lekki uścisk w gardle i moment niezwykły dla kogoś, kto jego architekturze poświęcił kawałek swojego życia. Obok tego lekka irytacja, że jak rzadko w nowojorskich muzeach, nie można robić zdjęć na wystawie. Właściwie pisząc o niej na swoim blogu robię wyjątek od wyjątków, bo wystawy na których nie można dokumentować, by móc o nich potem pisać, w jakimś sensie nie interesują mnie (jako przedmiot opisu właśnie). Będziecie w Nowym Jorku, wpadnijcie, zobaczcie. Może jednak warto? Wciąż nie wiem…

***

Co: Berlin Metropolis: 1918-1933

Gdzie:   Neue Galerie, Nowy Jork

1048 Fifth Ave.

Wstęp: 20 USD

 Berlińskie Metropolis

 

Pierwsze

To było wczoraj.

Pierwsze spotkanie autorskie związane z moją publikacją Dziennik księdza Franza Pawlara. Górny Śląsk w 1945 roku. Opis pewnego czasu. W miejscu wyjątkowym i dla autora Dziennika i dla mnie, bo w Pławniowicach, które tak mocno kształtują kontekst narracji tej książki. W tle tego dnia był obchodzony tam Martinstag (Dzień świętego Marcina) i smakowite rogale, czy radosna procesja dziecięca.

Były wzruszenia, także po stronie piszącego, a do tego pytania, rozmowy po spotkaniu (i przed także). Do tego piękny bukiet kwiatów w kolorach żółto-niebieskich i dłuuga kolejka osób, które postanowiły wzbogacić książkę o mój autograf.

Kolejne spotkania i promocja książki wkrótce. Póki co, Dziennik cieszy się pozycją najlepiej sprzedającej się publikacji pośród wydawnictw Silesia Progress, co zważywszy na tak szlachetne i ważne tytuły na tej liście, bardzo mnie cieszy. Czy to będzie książka sezonu jesiennego na Śląsku?  Wierzę w to bardzo.

Jak słyszę, w niedługim czasie recenzja i kilka fragmentów książki w piątkowej Gazecie Wyborczej (Katowice). A potem wielki pochód książki przez miasta, miasteczka i osady Górnego Śląska (na początek:). Bo to naprawdę ważna opowieść. Historia ludzi w najmniejszych miasteczkach i wsiach Górnego Śląska w 1945 roku.  Historie mikro- co nie odbiera ich bohaterom wielkości, rysów tragicznych i prawdy, o tym jaki był rok 1945 na Śląsku.

Osobno w tym miejscu pragnę podziękować Pani Ewelinie Klaka, która i to, i pierwsze spotkanie 8 maja 2015 roku, zorganizowała.

Kwiaty z Pławniowic

Przekraczanie Rubikonu (6) Smagła dziewczyna

Wczoraj do muzeum ustawiła się, rosnaca z każdą chwilą,  długa kolejka.

Ponad mną High Line, dzisiaj zielona, a kiedyś niegdysiejsza linia kolejowa, zamieniona na deptak i miejsce niezwykle popularne wśród nowojorczyków. Przede mną i przed innymi weekend, odpoczynek po tygodniu pracy, potrzeba zapomnienia o tym co było, zamknięcia starego bilansu i otwarcia nowego, na nadchodzący tydzień. Wielu z nich wybrało się właśnie do Whitney Museum of American Art. Dzisiaj i jutro jest szczególna okazja. Muzeum, wzorem naszych nocy muzealnych jest czynne do 22 (normalnie do 18.), a wstęp, to tzw. free donation. Każdy więc daje tyle ile może i… chce. No, niektórzy  wyraźnie przesadzają. Trójka Japończyków zbiera po kieszeniach jakieś monety i gdy wysypują je przed kasjerką na stół, wszyscy wokól są nieco zgorszeni tym widokiem. Większość jednak daje 5 dolarowy banknot. To i tak ogromna oszczędność, bo normalny bilet wstępu do muzeum kosztuje 20 dolarów i więcej. Są naprawdę tłumy, zarówno gdy rozpoczyna się ten rodzaj zwiedzania (od godziny 19.00) jak i wówczas gdy dwie godziny potem opuszczam budynek.

Wyprawa do nowojorskiej Chelsea, gdzie od roku znajduje się nowa siedziba Whitney Museum of American Art (i zapis z tego spotkania też powstanie) jest kolejną próbą uchwycenia fenomenu Edwarda Hoppera (muzeumm ma jedną z lepszych jego kolekcji w USA). I choć tak się stało, to wyszedłem oczarowany postacią innego malarza, Archibalda Motley’a, którego wystawę monograficzną Modernista Ery Jazzu można oglądać do 17 stycznia 2016 r.

O obrazach tego czarnoskórego malarza, pochodzącego z pobliskiego z Harlemu, napiszę z pewnością wiele i z pasją, bo to co zobaczyłem jest na wskroś genialne, przeżyte i malarsko świeże (odnoszę to zarówno do jego czasów, jak i tego, jak dzisiaj można pozycjonować jego sztukę). Na dzisiaj zostawiłem sobie kilka zdań refleksji o niebywałym (w każdym sensie) portrecie noszącym dość wyjątkowy tytuł Octoroon portrait (który dosyć prowokacyjnie przetłumaczyłem na FB, jako Oktogonalny portret).

 

Ten obraz to portret pięknej kobiety, o nieco smagłej cerze. Powstał w 1925 roku. Nie jest znana z nazwiska modelka, która pozowała Motley’owi. Może jest zresztą jego kreacją artystyczną właśnie. Nie wiadomo.

Odnosi się jednak, jak część twórczości Motley’a w ogóle, do relacji między białymi, a czarnoskórymi Amerykanami, tak jak je znał, jak je opisywał  i sam doświadczył jako Archibald Motley. Ocktoroon to termin, który współcześni malarzowi używali dla opisania człowieka, który w swojej 1/8 był pochodzenia afro-amerykańskiego, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli… Niebywałe, prawda? Jak skrajnie rasistowskie i jak definiuje aktualne w dobie Motley’a stygmatyzowanie osób niejednoznacznego pochodzenia rasowego. Motley tylko w tym jednym dziele, dyskretnie i we właściwy sobie sposób zabiera w tej kwestii głos. To portret, który  (jak i wówczas) zachwyca i zostawia przed naszymi oczywm wizerunek pięknej, śniadolicej kobiety. Człowieka, na chwilę i zanim nie sięgniemy po opis obrazu, wolnego i pozbawionego stygmatyzacji rasowej.

Portret Motley’a miał swój literacki „ciąg dalszy”. W 1929 roku posłużył jako okładka do powieści czarnoskórej Neili (Nelli) Larsen, która w części autobiograficznie opowiedziała o życiu ludzi, którzy w jakimś sensie nie przynależeli do nikogo. Ani biali, ani czarni, nie swoi i obcy. „Mieszańców”, jak o nich pogardliwie mawiano, mulaci, odrzucani przez  obie strony, przesuwani na margines życia. Ludzie bez praw i tożsamości. Tragiczni i nierozumiani.

 Smagła dziewczyna - Mulatka  (oryg. Octoroon girl, A. Motley, 1925)

Przekraczanie Rubikonu (5). Nowojorskie pośladki dziewcząt

Odniesienia do filmów są oczywiste, gdy myśleć o Nowym Jorku. Siła wyobrażeń tamtego świata, kształtującego odbiór tego realnego jest więcej niż ogromna.

Nie inaczej jest ze mną, gdy codziennie rano odbywam podróż na 19 piętro biurowca, w którym znajduje się firma mojego pracodawcy i nie mogę uciec od skojarzeń z Donem Draperem i kolejnymi sezonami serialu „Mad Men”. W podobny sposób trafiamy do wind wynoszących nas na kolejne piętra tego budynku. Dopieszczony fornir z drzewa oliwnego na ścianach, rozświetlone wnętrze. I my w środku patrzący gdzieś przed siebie… , bo po co na siebie? „Jak leci?” – słyszę rano. „Nieźle. Wciąż do góry i do góry i niech tak zostanie” – odpowiada stojący obok mnie gość. Wszystkim odpowiada ten rodzaj optymizmu, bo przecież jedziemy do góry… Optymizm to jeden z powodów, dla którego pasażerowie tej windy spędzą tutaj kolejne… godziny, dni, miesiące, czy wreszcie lata…?

Gdy około południa wybija godzina lunchu, ulice Dolnego Manhattanu wypełniają się białymi kołnierzykami, robotnikami budowlanymi, urzędnikami. Bóg jeden wie kim jeszcze. W kwartale Broad- i Whitehall Street, ustawiają się, znane już i u nas, food trucki. Taki etniczno-kulinarny spektakl, który trwa nieco ponad godzinę. Są więc i greckie i hinduskie, wietnamskie, i niemieckie. Dzisiaj nawet natknąłem się na „OldTraditionalPolishCuisine” i zaliczyłem porcję combo – pierogi i takie tam. Jak wielu innych dołączyłem do osób jedzących wzdłuż nabrzeża przy East River. Listopad jest nienormalnie ciepły. Dzisiaj oznaczało to coś około 22 stopni, więc można było ulec iluzji, że to nie późna jesień, a ciepłe łagodne lato. Na świeżym powietrzu wszystko smakuje lepiej…?

***

Wieczór tym razem to obrazy kolekcjonowane na Times Square i wzdłuż 6. Alei. Wcześniej okolica portu promowego na Staten Island. Potrzeba wytchnienia po godzinach spędzonych w biurze. Niezbędna, konieczna.

To miasto, swoja skalą i formą jest inne niż Tokio, inne niż New Dehli. Są jednak na swój sposób do siebie podobne. I tamte i to, pożera i żywi się ludźmi. W New Dehli dzieje się to na surowo i bezwzględnie. W oczywisty sposób. Jak nie ty kogoś, to ktoś ciebie. Proste. Nie śpisz zbyt daleko od ulicy, bo gdy będzie zbyt ciemno i nikogo wokół, wytną ci nerkę, a może obie. Taka logika przetrwania.

Tokio i Nowy Jork pozwala ci zarobić na coś takiego jak nerka. To miasta, które  stwarzają pozory, że ich przestrzenie są uszyte na miarę człowieka. Ale w istocie nie są. W wagonie metra widzę ludzi niedawno jeszcze śniących marzenie o życiu tutaj, a dzisiaj łapczywie chwytających powietrze. Koncentrują się na tym, by nie wypaść z nowych ról, by się odnaleźć, dostosować. No, może ich dzieci nie udają jak jest.

Patrząc na tłumy przelewające się wieczorem przez miasto, zastanawiam się ile można i trzeba zjeść i wypić, by zapomnieć. Odurzać się i żyć życiem rozpiętym między ersatzem tego co jest, a co miało być.

Ale i tutaj obrazy i ludzie zaskakują. Czasami.

Na trotuarze koło sieciowej księgarni Barnes &Noble  przy Lexington Ave siedzi bezdomna para pochłonięta lekturą książek. Ma ich wokół siebie więcej niż kolejni klienci wychodzący z księgarni. To odrealniony, a jednak wyjątkowy obraz. Czytając stajemy się zuchwali i przestajemy się bać? Może o to im chodzi?

W pobliskim kościele Wszystkich Świętych kazania księdza wysłuchuje tylko dwóch wiernych. Kobieta gra na organach.  Mnie nie ma, robię tylko zdjęcie. Są zasłuchani i wyglądają zupełnie jak nie z tego świata, co wokół i za drzwiami do świątyni. I ci i tamci spod księgarni Barnes & Noble. A może to oni są tutaj tylko prawdziwi i na swoim miejscu?

W kolejce do food trucka / Line to food truck (Dolny Manhattan) Lunch time (NYC, East River)

Słońce nad East River / Sunset over East River (NYC., Nov. 2015)

Brooklyn. Wieczorna panorama / Evening Silhouette (N.Y, Nov. 2015)

East River / East River Waterfront (NYC, Dolny Manhattan) Ferryport to Staten Island / Port do Staten Island (Manhattan)

Wuj Sam zaprasza / Uncle Sam Invites (NYC, 6th Ave.)

Jestem piękna / I'm so pretty... (West Side Story; 6th Ave., NYC)

New York (6th Ave., Nov. 2015)

Pałac Helmsley'a / Helmsley Bldg.  / Każdy potrzebuje swojego Pałacu Kultury? (New York City)

Dwóch wiernych / Two believers (NYC, okolice 7th Ave.)

Grand Central