Pod Białym Bocianem, o szczęściu też

Ta synagoga miała więcej szczęścia od innych. Klika razy. Co najmniej.

Najpierw gdy ją wzniesiono, po licznych sporach i nie mając pierwotnie dość pieniędzy, by przejść od słów do czynu.

Pierwsze wersy modlitwy popłynęły ku niebu w 1829 roku. W tle był uśmiech Białego Bociana.

Jedni mówią, że patrona gospody, która stała w tym miejscu. Inni, że oryginalna nazwa synagogi pochodziła od nazwiska rodziny Storch, która mieszkała w tym miejscu przed wykupieniem gruntu pod przyszły dom modlitwy. Osobiście wierzę w bociana. Nadaje temu obrazowi nieco łagodności. I ma coś z atmosfery Brunona Schultza. Nieprawdopodobnego, choć prawdziwego.

Zapewne dobrym i szczęśliwym zrządzeniem losu było i to, że neoklasycystyczną formę nadał świątyni Carl Ferdinand Langhans. Czas obszedł się z większością jego projektów okrutnie, ale ten przetrwał.

W dyspozycji świątyni widać tradycję architektury przełomu XVIII i XIX wieku, oddziaływanie ojca, autora między innymi berlińskiej Bramy Brandenburskiej. Ten kostium pojawił się zresztą w kilku innych miejscach w państwie pruskim i w Europie. Piękna, choć dzisiaj opuszczona i zdewastowana klasycyzująca synagoga znajduje się w Kępnie. Inna, w ruinie wciaż wznosi się w Krzepicach, pozbawiona dachu. Znajdujący się nad wejściem do synagogi napis „O jakimże lękiem napawa to miejsce! Nic tu innego, tylko dom Boży i brama do nieba”, nabiera w przypadku i miejsca, i stanu świątyni wyjątkowej wymowy…

Szczęście nie opuściło wrocławskiej synagogi także wówczas, gdy od 1847 roku stała się główną świątynia gminy żydowskiej we Wrocławiu. Było tak do 1872 roku, gdy powstała nowa synagoga. Ta niemal równa skalą i rozmiarami berlińskiej, sięgnie już po wzorce i inspiracje tzw. stylu mauretańskiego… Znanego i popularnego na Górnym Śląsku. Styl ten kończył swoiste eksperymenty z neostylami w budownictwie synagog. W tej ewolucji swoje miejsce ma też neogotyk i między innymi dom przedpogrzebowy (tzw. mała synagoga) w Gliwicach autorstwa Maxa Fleischera. Ale to wyjątkowe realizacje. Zwyciężył i trudno się temu dziwić, „styl mauretański”, który był (dalekim) przypomnieniem i przywołaniem form Świątyni Jerozolimskiej…

Synagoga pod Białym Bocianem nie podzieliła losu Nowej Synagogi podczas Nocy Kryształowej 9 listopada 1938 roku. Splądrowana, nie została spalona, jak ponad 250 synagog w całej Rzeszy. Nie zrobiono tego, by nie narażać na pożar najbliższe budynki. Potem służyła malejącej społeczności Żydów z miasta Breslau. Do ostatnich dni deportacji w 1943 roku, była miejscem, które jak nigdy wcześniej godziło wszystkie odłamy i frakcje religijne…

Zupełnie nowe znaczenie i tragiczną rolę pełnił dziedziniec przyświątynny, dzisiaj przeglądający się w bieli elewacji synagogi… Był wrocławskim odpowiednikiem Umschlagsplatzu, z którego deportowano wrocławskich Żydów  do obozów zagłady…

Losy powojenne budynku i wspólnoty były więcej niż smutne. A jednak przetrwała. Pomimo celowej dewastacji synagogi (na którą nie reagowała Milicja Obywatelska, nie mogąc nigdy wykryć sprawców aktów wandalizmu), świadomego niszczenia budynku, porzucenia go wreszcie i typowej prywatyzacji po polsku na początku lat 90-tych 20.wieku.

Odbudowana i zrewitalizowana, od 2010 roku wyznacza centrum życia nowej społeczności żydowskiej w tym mieście. Także tej, która przy kawie, czy herbacie w miejscowej Mleczarni pozwala posilić się swoim gościom domowym hummusem i zagłębić w przeszłość, która odżywa, która jest. Niespiesznie poczytać codzienną prasę, wziąć z półki książkę. Po prostu popatrzeć na współczesną ulicę Włodkowica… i uwierzyć, że historia zatoczyła swój krąg. Na szczęście.

***

Wrocław jest inny od innych miast. Pewnie jego nową-starą tożsamość kształtują też takie miejsca jak to. Trudno spekulować na temat stosunku do przeszłości gdy jest, gdy nas dotyka, gdy mówi autentycznym, własnym głosem. Może to dobry przykład tego, jak powinniśmy to robić na Górnym Śląsku. Po prostu mówić? Żyć nią (historią) i zadawać sobie mądre pytanie o jutro?

Synagoga pod Białym Bocianem / Synagoge zum Weissen Storch (Wrocław/Breslau)

Splendor Langhansa / Splendour of the constructor (Wrocław/Breslau, synagogue)

Gdy światło wpada... / When the light gets through... (Synagoga pod Białym Bocianem, Wrocław/ Breslau, White Stork Synagogue)

bez tytułu (wnętrze synagogi pod Białym Bocianem, Wrocław) bez tytułu (wnętrze synagogi- widok) (Wrocław/Breslau)

Pattern/Wzór (synagoga, Wrocław/Breslau, synagoge) Pattern (2) / Wzór (2) (Wrocław/Breslau; wnętrze synagogi)

Aron ha-kodesz (fragment) Synagoga pod Białym Bocianem (Wrocław/ Synagoge zum Weissen Storch, Breslau)

Krzesła / Chairs (the ground level od the White Stork Synagogue, Wrocław/ Breslau)

Gwiazda / Star (Synagoga/Synagogue/Synagoge zum Weissen Storch/pod Białym Bocianem, Wrocław/Breslau)

Oculus (Wrocław/Breslau, White Stork Synagogue; Synagoge zum Weissen Storch)

Kolory / Colors (fragment świątynnego witraża, Wrocław, synagoga pod Białym Bocianem) Black flowers / Żeliwne kwiaty (Wrocław/Breslau, synagoga)

Temple courtyard / Świątynny dziedziniec (Wrocław/Breslau)

[Wrocław, 17 stycznia 2016 r.]

I nawet kamień zapłacze…

I nawet kamień zapłacze / This stone shall cry 

/z inskrypcji na nagrobku na cmentarzu żydowskim w Wielowsi/

Wiem, że każda gra słowami jest ryzykowna i trudna. Z drugiej strony pewien poziom skojarzeń lingwistycznych może prowadzić do odkrywania światów wcześniej nieistniejących…

Stoję oto przed słupami znaczącymi dawną bramę na cmentarz żydowski w Pyskowicach  (do 1945 roku Peiskretscham) i nie mogę się oprzeć pokusie łączenia słów wyjętych pozornie z kontekstu. Tego, co widzę, a co jest sponiewieraniem pamięci, miejsca i materii wraz z tym, co poza bramą (której nie ma). Materia zresztą broni się najlepiej, bo wciąż trwa, jest. Pamięć odejdzie. To kwestia czasu.

No więc stoję przed bramą, której nie ma i myślę o shintoistycznej bramie świątynnej. Przypomina mi się japońskie słowo ‘tori’.

Brama-tori, poza którą zaczyna się (tam w Japonii) świątynna przestrzeń, a tutaj miejsce w którym pochowano wyznawców Pięcioksięgu i jak zgaduję (a jak nakazuje tradycja) żłożono tutaj niejedną, zużytą Torę.

Tora, tori. Słowa nie powiązane ze sobą, a jednak tutaj dziwnie (bo to przypadek przecież) siebie odnajdują. Miejsce przejścia. Zetknięcie się dwóch światów. W istocie wielu i czynią one z tego miejsca punkt symboliczny i wyjątkowy.

Do cmentarza można dojechać, gdy zbliżając się od strony Gliwic dostrzeżemy charakterystyczne kształty macew i steli nagrobnych. Wynosi je ponad poziom drogi i wiedzie ku niebu, rzędami, spokojnie i statecznie, pobliski pagórek, na którym przed 1840 rokiem ulokowano tutejszy kirkut.

Nie doprowadzi nas do niego żaden drogowskaz…

Najbliższy i niejako po drodze, prowadzi nas na… wysypisko śmieci. Taki znak. Przypadkowo czyni to miejsce jeszcze bardziej oderwanym od rzeczywistości i symbolicznym ponad miarę. Miejsce nieopisane. Nienaznaczone. Nieistniejące.

Przeglądam strony internetowe poszukując prawdy i faktów o cmentarzu. Coraz mniej z nich się zgadza. Na pewno rachunek stojących nagrobków. Jest ich mniej niż 100 i jak i one został obalony przez matematykę wandali, głupców, złodziei. Bo to nie czas jest tutaj tak okrutny. Gdy popatrzeć na wystające z ziemi lub z postumentów nagrobnych grube pręty, trudno sobie wyobrazić, by taka piaskowa stela, sama „odpadła” od podstawy.

Cmentarz służył społeczności pyskowickich Żydów od 1840 roku. Wcześniej, jak zawsze zwróceni w stronę odległej Jerozolimy, chowani byli na nekropoli w nieodległej Wielowsi (Langendorf). Stąd i tutaj, i tam spotkać można wypisane na nagrobnych płytach te same nazwiska: Gretz, Orgler, Openheim.

Błądząc po cmentarzu jestem skazany na lakoniczne inskrypcje w języku niemieckim. Poza nimi teksty i obrazy nie dopuszczają mnie do tamtego świata. Pozostaję więc przed swoją symboliczną tori i uruchamiam inny sposób patrzenia. Uważnie oglądam obrazy i formy, śledzę symbole. Neogotyckie stele z końca XIX wieku (nie tak typowe i zdradzające asymilację), stoją obok typowych macew noszących motywy charakterystyczne dla żydowskiej tradycji grzebalnej. Pojedynczy świecznik (grób kobiety), sąsiaduje z reliefem kwiatów (symbol przemijalności życia). Na niektórych pojawia się motyw złożonych dłoni, znak przynależności do roku arcykapłana Arona.  Jest ich kilka.

Czytam w innym miejscu, że na cmentarzu w Pyskowicach spoczywają pradziadek i dziadek Edyty Stein. Nie wiem którzy, Stein czy Courant. Szukanie ich grobów, pozostawiam bardziej dociekliwym. To cokolwiek beznadziejne zadanie. Resztki sniegu, trawa. Zimno. Poddaję się.

To kolejne miejsce, po niewiele starszej nekropoli Na Piasku w Gliwicach (założonej w 1815 roku), gdzie można trafić na ślady jej rodziny. Na cmentarzu w Gliwicach spoczywają jej (Edyty) brat i siostra. Nie można uciec w takiej chwili od myśli, że przekraczając bramę tego miejsca, dostajemy się do świata skomplikowanych tropów i znaków. Nazwisk, dat. Jak tutaj, gdy nazwisko Stein prowokuje lawinę pytań i spekulacji.

Ostatniego pochówku dokonano tutaj w 1920 roku. Potem było to, co było.

Można odnieść wrażenie, że poza tymi którzy od czasu do czasu podejmują próby odczyszczenia cmentarza, to rodzaj pamięci od której się ucieka. W niepamięć? Bo obcy, bo Żydzi, bo niech sami… To dziwne, bo kto jest w tym wszystkim obcy, a kto przybyszem? Gdzie tytuł do szczycenia się tymi wybitnymi (jak Troplowitz w Gliwicach, czy tych znanych jak rodzina Karliner z Pyskowic), a gdzie elementarny obowiązek zachowania przyzwoitości i odczyszczenia miejsca ze śmieci. Kosztuje? Co bardziej? Tracona pamięć, szacunek dla zmarłych i zadośćuczynienie? A może faktycznie to zysk, że w kasie zostanie kilka stów, zaoszczędzonych na tym, że jest brud, poniżenie. Lubimy mówić o wielokulturowości Górnego Śląska, ale co ma być jej potwierdzeniem? Słowa, a może jednak gest swoistego miłosierdzia w stosunku do kamienia, na którym wyryto nazwisko mojego nieznanego sąsiada, miejscowego lekarza, stolarza, czy handlarza tkaninami?

Jest też ta przewrotna i okrutna historia cmentarzy żydowskich na Górnym Śląsku.

W więcej niż pragmatyczny (a czasami wyrachowany) sposób domy pogrzebowe stawały się magazynami kamienia (Gliwice), a to stolarnią (Gliwice), a to ośrodkiem dziennej opieki dla dzieci (Gliwice),a to warsztatem tapicerskim (Pyskowice).  A potem nic, zero. Mury, o ile stoją wyglądają jak ta ruina w Pyskowicach, czy pozostałości domu pogrzebowego Na Piasku w Gliwicach. No i obok tego wszystkiego zagłębie kradzionego materiału kamieniarskiego. Ohyda. Wstyd.

Ten tekst prawdopodobnie niczego nie zmieni.

Nie wiem, czy zmienią go pojedynczy ludzie, którzy jak w Zabrzu, Wielowsi, czy jak słyszę nawet tutaj także próbują coś zmienić, usuwając PET butelki i puszki po piwie, okazując elementarny wyraz szacunku i zobowiązania. Zobowiazania, że ktoś gdzieś postąpi podobnie. Że jak na tych tysiącach cmentarzy na Kresach zapali 1 listopada świeczkę (położy kamień), nie stłucze  epitafium w języku polskim, niemieckim. Widziałem dość takich cmentarzy-widm w Europie Środkowej. Ślady po śladach. Wymazane z powierzchni ziemi, cmentarze polskie, żydowskie, niemieckie.

Nie wiem, gdzie jest konserwator zabytków i pozwala na to, by za chwilę miejscowy dom pogrzebowy był tylko wspomnieniem i „sprawą z głowy”. Bo jest bezstylowy? Bo zatracił swoją funkcję, bo nie ma gospodarza (akurat ma zresztą i jak wyczytuję w Internecie jest nią podobno starostwo powiatowe w Gliwicach). Styl stracił lata temu, ale jest, powinien pozostać i nie straszyć, swoją trupią urodą.

Jest jednak coś gorszego, czym jest to miejsce. To opis tego, jaki jest nasz stosunek do tych, co odeszli.

Też odejdziemy. Na pewno.

Miejsce / Place (former Jewish cemetery/ dawny cmentarz żydowski, Pyskowice)

Dom przedpogrzebowy / Pre-burial House (dawny cmentarz żydowski w Pyskowicach) Brama / Tori / Gate (cmentarz żydowski w Pyskowicach / do 1945 Peiskretscham)

Podłoga / Remains of the floor (dom przedpogrzebowy, cmentarz; Pyskowice)

Droga na / Road to... (d.cmentarz żydowski w Pyskowicach)

Wciąż stoją / They still stand (d.cmentarz w Pyskowicach/till 1945 Peiskretscham) Wciąż stoją (2) / They still stand (d.cmentarz w Pyskowicach - old Jewish cemetery in Pyskowice)

bez tytułu / without title (cmentarz żydowski w Pyskowicach)

Tutaj... /Hier.../ Here (d. cmentarz żydowski w Pyskowicach)

Tutaj spoczywa ... / Here are the remains (Cmentarz w Pyskowicach) Urodzony... zmarł... / Born... Died... (cmentarz żydowski w Pyskowicach)

Dwa / Two (cmentarz żydowski w Pyskowicach) Doktor /M.D. (cmentarz żydowski w Pyskowicach)

Wandale / The Vandals (cmentarz żydowski w Pyskowicach)

I kamień zapłacze / This stone shall cry... (Pyskowice, old Jewish cemetery)

[Zdjęcia wykonane 26 stycznia 2016 r./ Photos taken on 26th Jan., 2016]

Zbliżanie. Slandia

Intro

Ta podróż była jak zawsze wyzwaniem. Zmierzaniem się.

Z chłodem (czasami mocno poniżej dziesięciu stopni poniżej zera), pokusą zatrzymywania się, z czasem, by zdążyć.

Była inna od zaplanowanej. Celem były Krzanowice (Kranowitz) i spotkanie z czytelnikami „Dziennika księdza Franza Pawlara”. Cel oczywisty i jasny. Zbliżanie się do nich (i miejsca, i ludzi) stało się swoistą „podróżą w podróży”. Podróżą w czasie: moim i jego, i jeszcze kogoś. I co oczywiste w przestrzeni map i granic zatartych. Pokrytych śniegiem. Dróg z naniesionym śnieżnym pyłem i pokrytych białymi grafitti.

Ostrawa, Opawa

W podróży zupełnie nagle i w sposób nieplanowany uczestniczył też on. Rafał Milach, a może, bardziej ten drugi – jego pisarz (copy)writer. Towarzyszyli mi od czasu opuszczenia galerii FIDUCIA w Ostrawie.

Wpadłem do niej wyliczając po drodze, kiedy byłem w niej po raz ostatni. Ustaliłem, że dawno, w maju tamtego roku… Tęskniłem już za pomazankami serwowanymi tam podczas wernisaży (różowe i zielone kolory niektórych pomazanek były znakomitym potwierdzeniem wyższości  chemii spożywczej nad ecofoodem) i klimatem tej galerii.

Tym razem chciałem zobaczyć, mającą swoje ostatnie dni, wystawę fotografii Rafała Milacha. Niestety, nie zobaczyłem In the car with R.

Śląsk jak Slandia

Było to tak.

Wpadłem na skrzypiące stopnie wiodące do galerii. Stare i sterane, wspinające się z mozołem ponad antykwariat.  Wszystko po to (rajd przez centrum miasta, korony wydane na parking i pęd do galerii), by przeczytać na drzwiach galerii kartkę w znanym mi wciąż języku. Odręcznie acz zgrabnie napisano na niej Obĕdová přestavká. 13.30-14.30. Byłem o 13.32. Mam nadzieję, że obiad był smaczny.

Przede mną wciąż była Opawa, a potem Krzanowice i to co między i na poboczu. Nie dam rady. Nie, nie lubię czekać. Nie będę.

Od tej chwili przemierzając drogę z Ostrawy do Opawy i jadąc nowo wybudowaną nitką autostrady, jechaliśmy jakby wszyscy razem. R. Milach ze swoim tytułowym R. no i ja. Było też z nami tych 29 zdjęć – notatek z Islandii. Notatek na marginesach z tamtej podroży, których nie poznałem tym razem i nie zobaczyłem w FIDUCII.

Z jednej strony była we mnie irytacja, z drugiej odnajdowałem rodzaj ukojenia w tym, co działo się za szybami mojego samochodu i było „łudząco” podobne do Islandii, jaka jest – w mojej wyobraźni –zimą.  Tak naprawde nie znam Islandii. Ale nie muszę. Od czego zdjęcia Milacha i pomysły własne? Kontynuowałem więc podróż z tamtą nieobejrzaną podróżą w tle…

Pejzaże Islandii widziane na czeskim Górnym Śląsku.

Islandia, Śląsk jak Slandia, a ja gdzieś między.

W stosunku do podróży R. Milacha, różnica była taka, że moje zatrzymywanie (się) działo się niemal automatycznie. Nie było rozmową dwojga ludzi, z których jedno prowadzi, a drugie wybiera kadry do zdjęć i mówi „stań tutaj” lub „tam”.

Właściwie to jechałem dokładnie od obrazu do kolejnego, mając je wszystkie w głowie lub licząc na to, że je ujrzę. I nie chciałem, by były to pocztówki z drogi (postcards from the road, praktykowane przez fotografów Magnum w latach 60-tych). To co chciałem zobaczyć było raczej odnajdowaniem obrazów ze starego albumu, mieszaniem zdjęć kolorowych z tymi, które mógłbym sobie wyobrazić, że znajdowały się w albumie zdjęć wykonanych małoobrazkowym aparatem przez księdza Pawlara. Jak gdybym to z nim, a nie z R. odbywał tę podróż.

Widziałem albumy Franza Pawlara z jego zdjęciami i dobrze wiedziałem, czego poszukuję.

Kartka z albumu ks. Pawlara (Polaroid style)

Minąłem Opawę rozumiejąc, że jest jej już we mnie dość i w jakimś sensie, nie muszę karmić się jej widokiem. Nie poszukuję tym razem nowych ujęć budek telefonicznych miasta Troppau z 1929 roku, przy alei Masaryka, Pošta nr 1.

Droga.

Powoli te nieobejrzane obrazy z Islandii ustępowały miejsca tym, na które trafiałem docierając do Rohova, widząc z oddali Sudice, a nieco wcześniej odnajdując na horyzoncie sylwetkę kościoła pw. św. Wacława w odległych Krzanowicach. Byłem już blisko, Islandia daleko.

Krzanowice

Nie wiem na czym polega fenomen światła w tym miejscu i o tej porze roku, ale gdy wjechałem do Krzanowic, jak niemal rok temu, dachy domów, spadziste krzywizny kościoła zalewało złotawe, miękkie światło. Jest (wciąż) w jakimś sensie hipnotyzujące. Prowokuje u mnie kolejne spusty migawki aparatu.

Wizyta w barze u Emila. Coś, by opędzić głód i zimno. Gdy go opuszczam Księżyc wypływa na niebo.

Za chwilę moje spotkanie. Islandia z tej perspektywy nabiera już absolutnie nierealnego charakteru. Już jej nie ma.

W Kranowitz rozpoczynam moją własną i ostatnią tego dnia podróż…

Pławniowice/Pławniowitz

Jest rok 1945. Zimno, skrzypi śnieg pod stopami.

W kąciku ust hrabiego tkwi świeżo zapalone cygaro…

Zimowe grafitti (droga z Pietraszyna do Krzanowic)

Miejsce, w którym zawsze się zatrzymuję (Rohov) Ziemia (okolice Rohova)

Po sezonie (okolice Rohova)

Krzanowice (Kościół św. Wacława; widziane ze wzniesienia ponad Rohovem)

Sudice Sudice (2) (widziane od strony Pietraszyna)

Droga (kościół św. Barbary, Pietraszyn/Klein Peterwitz) Śląskie rozstaje (Pietraszyn/Klein Peterwitz)

Zakłócenie lini horyzontu (Pietraszyn) Zakłócenie (2)

Podwójne skreślenie Znak

Spacer (Krzanowice) Wspomnienie ks. Pawlara (wnętrze kościoła św. Wacława, Krzanowice)

Światło (2) (brama wejściowa, kośicół św. Wacława, Krzanowice)

Światło (Krzanowice, szczyty kościoła św. Wacława) Światło (wersja albumowa; Krzanowice; kościół św. Wacława)

Pełnia (kolor; Krzanowice) Pełnia (2) (Krzanowice)

***

Wystawa Rafał Milach, In the Car with R., Galeria Fiducia, Ostrava (do 25.01. 2016)

Zdjęcia z podroży do Krzanowic, w dniu 22 stycznia 2016 r.

Kartka z albumu Ks. Pawlara, reprodukowna w „Dzienniku” (wyd. 2015)

Puste krzesła

Patrzę z empor (babińca) synagogi pod Białym Bocianem na jej posadzkę i widzę gwiazdę Dawida, na której stoją rzędy pustych o tej porze krzeseł. Ten obraz wydaje mi się więcej niż symboliczny dla losów Żydów na Śląsku. Są i ich nie ma…

Żydzi wrocławscy, jak do pewnego stopnia udowadnia  Maciej Łagiewski w swojej książce pod tym samym tytułem (kolejne trzecie wydanie kupiłem właśnie we Wrocławiu), odegrali niezwykle istotną rolę w historii Żydów na Górnym Śląsku. Stąd, z Breslau właśnie, wędrowali zasymilowani (najczęściej) na czarny Śląsk, która był dla nich swoistą ziemią obiecaną, miejscem wybranym. Lądem szans i wyzwań. Cohn, Weichmann, Stein, Barasch to tylko niektóre z nazwisk, które wyznaczyły tą niewidzialną linię między Wrocławiem, a Gliwicami, Katowicami, Bytomiem…

Gdy byłem po raz pierwszy w Muzeum Żydowskim w Berlinie zrozumiałem, jak w dwójnasób tragiczny los dotknął tę społeczność. Prześladowania we Wrocławiu, poczynając od wieków średnich (miasto zyskało niesławę wypędzając Żydów w 1453 roku, a potem ich systematycznie i konsekwentnie prześladując), a potem Holokaust i niemal całkowita zagłada, aż po współczesną niepamięć… (dzisiaj wybiórczo odzyskiwaną).

Żydzi ze Śląska stali się tematem cokolwiek pomijanym i przemilczanym przez długi czas. W Polsce, w oczywisty sposób byli odrzucani przez Żydów polskich, od których dzieliło ich wszystko, poczynając od języka niemieckiego i tak mocno manifestowanej przez Żydów niemieckich przynależności do tej kultury.

W powojennych Niemczech, poprawność polityczna sprawiła, że ci ze Śląska są niemal nieobecni w szerszej świadomości. Na wystawie stałej w berlińskim muzeum pojawiają się gdzieś w tle ich tysiącletnich dziejów w Niemczech (choć dla ścisłości trzeb dodać, iż na berlińskiej wystawie znajduje się model nowej synagogi we Wrocławiu z 1872 roku). O górnośląskich Żydach milczy wystawa w Muzeum Śląskim, zdawkowo odnosi się do ich losów (dotykając jedynie środowiska wrocławskiego) ekspozycja w Muzeum Żydów Polskich w Warszawie.

Puste krzesła widziane z wysokiego piętra babińca wrocławskiej synagogi…

[Wrocław, 17 stycznia 2016 r.]

Puste krzesła (Synagoga pod Białym Bocianem, Wrocław/Breslau)

Rozczarowanie

To nie jest rozczarowanie miejscem. Jest wyjątkowe.

To raczej pytanie o jakość tego, co składa się na Przebudzenie, czyli program otwarcia programu Europejskiej Stolicy Kultury – Wrocław 2016.

Jest słabe. Nieco prowincjonalne i przewidywalne.

Może potem będzie lepiej.

Póki co, to przebudzenie, które jak – wystawa Made in Europe – pozostawia widza w letargu. Głębokim.

Klientelizm polityczny, nieliczenie się z potrzebą budowania opowieści. Tapeta schematów zamiast potrzeby ciekawej interpretacji. Taką jest ta wystawa.

Nie imponuje mi sukces takiego projektu w Chinach. Made in Europe często dzisiaj oznacza Made in China but don’t tell that Europeans. I tak właśnie jest w przypadku tego projektu.

***

Wartością jest entuzjazm ludzi spotykanych w galeriach, spontaniczność wolontariuszy.  Ten rodzaj przypadkowych rozmów przybyszy z wielu stron (świata), zatrzymujących się przy dyzajnerskich koksownikach, czy gorącym (choć przepłaconym) grzańcu.

To jednak za mało. Przecież to Wrocław, Breslau, Vratislav, Breslavia. Mikrokosmos niestety zgubiony tym razem na mlecznej drodze Europy…

*

Esej fotograficzny z miejsca (15-16.01.2016 r.)

Zima we Wrocławiu / Winter in Wrocław [Widziane na rynku]

Znaki / Signs (Wrocław) [Dostrzeżone na blacie stołu w jednej ze staromiejskich kawiarni] Cross / Krzyż (Wrocław) [Katedra św. Jana Chrzciciela]

Last Christmas (Wrocław) [ Katedra św. Jana Chrzciciela]

Widok /View (Wrocław) [Zabudowania katedry św. Wincentego widziane z hali targowej] Napięcie / Tensions (Wrocław) [Konstrukcja hali targowej z 1908 r.]

Balon / Ballon (Wrocław) [ Tzw. ulica Lwowska; jeden z projektów plenerowych ESK] Mapping the past (Wrocław) [Wrocławski ratusz w ESK-owej odsłonie]

Szept / Whisper (Eduardo Chillida's exhibition) [Wrocławskie BWA] Made in... Europe [Wystawa w Muzeum Architektury]

City / Miasto (Wrocław) [Uniwersytet]

 Spotkanie / Meeting (Wrocław) [Wyspa Słodowa]

Ogień / Fire (Wrocław) [Pokazy na Wyspie Słodowej w ramach ESK] Oranci / Praying figures (Wrocław) [ Stanowisko informacyjne ESK na Placu Solnym]

Duch / Spirit (Wrocław) [ Rynek, przed inauguracją ESK, sobota] Szukając szczęścia / Looking for happiness? (Wrocław) [Most Tumski]

Lights / Światła (Wrocław) [Most Piaskowy] Motyw / Motif (Wrocław) [Brama kościoła NMP]

Rzeka / River (Wrocław) [ Widok na wieże Archikatedry św. Jana Chrzciciela] Trwanie / Presence (Wrocław) [ Kościól dominikanów]

Gold/Złoto (Wrocław) [Plac Uniwersytecki - miejsce]

Powroty. Bellmer w Katowicach

Bellmer nie stworzył „Bóg wie ile” lalek, jak zwykło się potocznie sądzić. To część naszej (nie)wiedzy na jego temat.

Było ich raptem trzy. Jedną możemy zobaczyć na wystawie, która dobiega właśnie końca w Katowicach. Właściwie to znajdziecie na niej jedną lalkę i pół, bo w  kolejnej z sal zobaczycie prototyp lalki „Ręce” (1971) inspirowany załamanymi w rozpaczy dłońmi Marii z ołtarza z Isenheim autorstwa Mathiasa Grünewalda.

Bellmer na zdjęciu w 1912 roku, choć ma lat zaledwie dziesięć, jest już nie-dzieckiem. Zbuntowany, nieobecny na tym rodzinnym zdjęciu. To znaczy jest na nim, ale koncentruje na sobie całą uwagę fotografa. A może faktycznie go nie ma. Już wymyśla siebie i swoje trzy lalki?

Lalka po japońsku znaczy „istota ludzka”, jak mówił w 2010 roku w Katowicach wielki entuzjasta Bellmera,  Simon Yotsuya. Więc może tworzenie lalek przez Bellmera, to coś więcej niż jungowskie ćwiczenia w zbiorowej wyobraźni? Akt kreacji organicznej, pierwszej?

To dobra wystawa. Odważna, spójna. Wartościowa, gdy ogarnąć materiał (głównie graficzny), jaki na niej zgromadzono. Ale pewnie też tak dobra, bo artysta czuł się nieskrępowany w tym, o czym mówił. Ta prawda i brutalność deklaracji nas dotyka. Nie jesteśmy w stanie obojętnieć.

„Rozbieranie” (1951) jest dobrą metaforą dla opisania artystycznych poszukiwań tego kato – nie – katowiczanina. Schodzenia do trzewi, wyzwalania się z ograniczeń ról, pogrążenia w konflikcie i walce Jego i Jej. Perwersji, śnieniu o niej i ciągłym poszukiwaniem siebie.

 

Wystawa: Bellmer/Visat

Gdzie: Muzeum Historii Katowic

Kuratorki:  Natalia Kruszyna / Katarzyna Łata-Wrona

Czas: Do 17. stycznia 2016 roku.

Bellmer młody (Katowice , 1912)

Autograf (fragment lalki)

Rozbieranie, H. Bellmer (1951) (fragment)

Gry lalki, H.Bellmer (grafika, 1949)

Ręce nieruchome, H. Bellmer (1971) (fragment projektu rzeźby)

Dwie dziecięce fotografie

Temat mnie fascynuje wówczas, gdy niemal nic o nim nie wiem…

Diane Arbus

 

No właśnie. To jest taka sytuacja. Patrzę na te dwa zdjęcia i nic nie wiem. To znaczy wiem bardzo niewiele. Irytująco mało.

Portrety dziecięce w jakiś oczywisty sposób narzucają się naszej wyobraźni w czasie, gdy Boże Narodzenie i betlejki, i wzruszenie, i przypomniana świadomość cudu narodzin…

Patrzę więc na te dwa posiadane zdjęcia z gliwickich atelier i wiem, że to jest dokładnie odwrotna sytuacja niż ta, którą wymyślała dla siebie Diane Arbus. Wybierała celowo nieznane postaci – jak pisała o tym Susan Sontag – bardziej patologiczne niż normalne i bardziej prywatne niż publiczne. Utajone. Nieznane.

Tutaj sytuacja jest dokładnie odwrotna. Fotograf wiedział wszystko. W tej fotografii nie było nic przypadkowego. No może poza pozą modela wbitego w miękkość futra lub posadzonego na tapicerowanym foteliku. Model był znany, choć nie werbalizował swoich emocji (w jednym przypadku z pewnością nie). Sytuacja fotograficzna oznaczała w tych konkretnych przypadkach opisywanie znanego. A mimo to ja już nic nie wiem. Fascynacja i frustracja w jednym.  Stan rozdrażnienia ratują nieco opisy kartoników, ich wygląd. Sugerujący między innymi, że wykonano je około 1900 roku.

Jedno z atelier jest bardzo znane.

To studio należało do Carla Volkmanna (wcześniej Silbergleita) i znajdowało się w jednym z domów w nieistniejącej pierzei ulicy Dworcowej (Bahnhofstrasse), naprzeciw dawnego kościoła ewangelickiego (dzisiaj św. Barbary). Volkmann posiadał atelier na terenie Gleiwitz i Zabrza (tam miedzy innymi na Florianstrasse; ul. Św. Floriana). Miał opatentowaną własną metodę wywoływania zdjęć. Nie znam szczegółów.

Znacznie mniej wiem o właścicielu atelier, w którym sportretowano dziewczynkę. Emil Mausloff miał świadczyć usługi przy ulicy Dworcowej 4 (Bahnhofstrasse). Musiało to być zatem w bliskim sąsiedztwie kościoła pw. śś. Piotra i Pawła. Blisko, gdy chrzciny lub są inne powody, dla których rodzice postanawiają wykonać zdjęcia swoim dzieciom.

Oba adresy sprawiają, że nabieram do fotografii bardziej emocjonalnego stosunku. Znam obie świątynie i obie lokalizacje. A ulica Dworcowa to moja ulica… Z kapslami zostawianymi przez nas ponad 70 lat później na szynach, by bezgłośnie rozjeżdżały je  wagony tramwajów linii 1 i 2…

Nic to jednak nie wnosi do odczytania tych zdjęć.

Może poza tym, że te portrety niczego jeszcze nie ujawniają, żadnych z tajemnic. Zbyt wcześnie. Tutaj obie strony pozostają równie mocno zafascynowane sobą. A może to tylko literacka próba ożywienia obrazu, o którym nic nie wiem?

Nie będę przy okazji tego szkicu pisał o śmiertelności wśród dzieci na Górnym Śląsku, zagadując to, czego nie wiem o tych zdjęciach.

Ani pisząc o tym, że portret dziecka to temat mniej popularny wśród śląskich fotografów. Zresztą nie był aż tak rzadki. Dzieci są u początków śląskiej fotografii, a portrety i sceny rodzajowe z ich udziałem na odbitkach autorstwa Wilhelma von Blandowsky’ego to szczyt fotografii obyczajowej tego czasu.

W portrecie dziecka zanurzonego w futrze, bardziej zdumiewa mnie to czego nie widać, a co jest niemal identyczną, znaną mi  redakcją tego zdjęcia. Na tym innym futro jest jednak bardzo ciemne. Na tym moim jasne. Jakiego było koloru? Nawet tego nie ustalę…

Dwa zdjęcia. Dwie nieopowiedziane historie.

Fotografia jest przeciwieństwem poznania (S. Sontag)?

Czasami tak, nawet jeśli to zdanie wyjęte z kontekstu. No i co z tego? Jest dobrą puentą dla mojej niemocy.

Ona (około 1900 r.; Gleiwitz/Gliwice) Ono (Gleiwitz/Gliwice/Zabrze)

Siłownia

12, 4, 1… To nie tajemniczy ciąg liczb, lecz dorobek mojej pierwszej wizyty na siłowni.
12 przejechanych kilometrów, 4 machiny do ćwiczeń i godzina (lub coś koło tego) spędzona w salach zapełnionych postaciami uprawiającymi takie czy inne figury relaksacyjne (zakładam, że takie właśnie, bo w końcu robią to z własnej woli i jeszcze za to płacą).
Ja nie będę niczego udawał. Jest nadwaga, jest problem, jest potrzeba rozprawienia się z nim w możliwie sprawny, bezkonfliktowy sposób. W kieszeni karta dla tych co mogą i wolą ćwiczyć do południa i pierwsze obserwacje.
Sala kobiet. Kusi, ale nie wejdę. Nie bym miał problemy z określeniem własnej tożsamości, ale co robią one, czego nie robimy my… A może to właśnie miejsce, gdzie nic nie trzeba robić. Jakoś będzie trzeba to sprawdzić. Zasięgnąć języka?
Wokół ruch. Butelki, izo- toniki i reklamowane za jedyne coś tam coś tam odżywki…
Ludzie biegający, idący, spalający kalorie, budujący formę i co tam jeszcze robiący (zrzucający wagę jak ja).
W tle ich wysiłków, na plazmowych ekranach i w zbliżeniach, jakiś całkowicie absurdalny świat. Biegający lub co tam robiący, mogą nauczyć się gotowania, pieczenia ciasteczek. To nie jest lekcja gotowania eko. Sorry, na tym to się w końcu znam (jaki byłby inny powód obecności tutaj?). Nic z tych rzeczy. Jest cukier, jest czekolada, jest tłuszcz… Brrr… Mnożą się te porady kulinarne w dużo szybszym tempie niż kalorie, które właśnie wraz z potem ćwiczących wyparowują, pozornie uwalniając ich od trosk i zmartwień.
Ten sam ekran. Jakaś nawiedzona kobieta ostrzega, by konsumpcję świąteczną zakończyć koniecznie przed Nowym Rokiem, najlepiej w drugi dzień świąt (ktoś panuje nad tymi obrazkami?), bo to szkodzi nie tylko zdrowiu, ale naszej formie… Ona mówi , a ja powracam do zasłyszanych gdzieś wczoraj równie absurdalnych (w swojej logice) słów ostrzeżenia, by z powodu mrozu bezdomni nie wychodzili ze swych domów… Porcja reklamowego chłamu super gratis. By było jeszcze lżej, przegryźć go można kolejnym ciasteczkiem, jakie bez problemu upieczemy korzystając z kolejnego serwisu wiadomości, z cyklu „bake it yourself…”
Trzeba będzie zrobić to co inni. Coś do uszu, coś co gra i tak przetrwać ten czas. Do wiosny niedaleko i czas pozwoli, że popłynę na kijach nordic śniąc, że to bezkresne plaże nad Bałtykiem. A do tego czasu… siłownia. Umysł w tym czasie odpoczywa. Musi. Inaczej się nie da.

Time / Czas (U-5, Berlin)

Śląskie szarości

Patrzę za okno, gdzie śnieg. Biel poplątana z zapadającym zmrokiem.

Przeplatają się nici tego co białe i co białym już być przestało…

Powracam do widoku z wczoraj, z innego okna w innym miejscu. Na ulicy Jacka (czytać dȝe:ka) 1 widok poszarzał w tak bardzo śląski, miejscowy sposób. Szarości Śląska, gdy wzrasta się tutaj od dzieciństwa, nie dziwią. Mnie uspokajają. Dają poczucie bycia na miejscu i u siebie.

***

Mknę wciąż do Pyskowic. Po drodze śląskie lasy, to co z nich zostało. W głośnikach ‘25’ Adele, a ja postanawiam już nie wierzyć krytykom (który to raz?). Niedawno Monika Małkowska pisała, że to muzyka dla rozgorączkowanych nastolatek, a ja myślę, że się myli. Co do mnie.  Słucham jej (Adele, z MM jest inaczej) z prawdziwą przyjemnością, łowię raz muzykę, a raz słowa. Śnieg prószy za szybą. Świat łagodnieje.  Banalne? Może, widzę w tym jednak więcej prawdy niż w tym, co wpada do mego świata z klauzulą „Z ostatniej chwili”,  czy ‘Breaking news’ … Bo i dla kogo pilne? W czym istotniejsze od tego, co po prostu widzę i czuję, i pozostaje tak bardzo osobiste. I zostanie ze mną na zawsze.  W symbiozie pamiętania i zapominania, powrotów.

Miły prezent taka płyta.

***

A za oknem na Jacka (wiadomo czytamy… dȝe:ka) moja wyobraźnia, w miejsce widzianych obrazów podpowiada mi zupełnie(?) inne.

Patrzę i dostrzegam trzy śląskie kariatydy. Obok kuliste formy z projektów Friedricha Gilly’ego, zawieszone na płonących wstążkach. Dalej lekcja z impresjonistycznego widzenia. Opalizujące błękity kryjące się w bruzdach i zagłębieniach oparcia krzesła. Uczą mnie po raz kolejny, że patrzenie to sposób interpretacji…

Rozmowa dopełnia poczucie tego, że jestem na miejscu.

Nie wiedziałem, że będę tak sobie cenił ten luksus spowolnienia czasu i zdarzeń, by obserwować uważniej, dokładniej i stawiać pytania, o których istnieniu zapomniałem.

U Jacka / Zatrzymanie

Laterna magica

Oczekiwanie / Gropius to zmieni

Kule Gilly'ego

3/4

Okna dwa / Zima za oknem

Śląskie kariatydy

I dlatego wierzę impresjonistom...