Gleiwitz 1932. Historia niezwykła

Ten filmik zobaczyłem po raz pierwszy w maju 2009 roku. W kilka tygodni później był bohaterem obszernej notatki w katowickiej Gazecie Wyborczej. Miał trafić na wystawę w Muzeum Śląskim. Nigdy nie trafił.
Pierwsze ujęcia to migotliwy, czarno-biały obraz Gleiwitz z 1932 roku. Migotliwy jak świeca rozjaśniająca czas, który minął i w którego mrokach pogrążyła się i ta, i inne historie.
Widzimy Haus Oberschlesien, w tle dawna fabryka papieru. Po chwili kadr przenosi nas do tajemniczego, zaczarowanego ogrodu rodziny Lustig. Jest rok 1932. Niemcy przed. Końcem? Początkiem?
Z małej ogrodowej altanki wychodzą dzieci. Jest wśród nich Ernst Lustig, który w przyszłości poza wszystkim zajmie się historią i dokumentowaniem losów gliwickich Żydów. Podobnie jak jego syn Roger. Wiele, wiele lat później Roger przybędzie do Gliwic (2005r.) i uczestniczyć będzie w projekcie miejscowego muzeum poświęconego Żydom tego miasta. Będę mógł mu uścisnąć dłoń i porozmawiać. Chwilę.
Powrót do filmu. Małemu Ernstowi, w tyrolskim kapelusiku i stroju (jest lato) towarzyszą jego siostry, prowadzi je za ręce Gertruda Lustig z domu Glaser. Katowiczanka. Za kamerą stoi jej mąż Wilhelm Lustig. Gliwicki prawnik. Działacz na rzecz pozostania Górnego Śląska. Jeden z najbardziej prominentnych przedstawicieli gminy żydowskiej w Gliwicach.
W 1938 roku to jemu zlecono obronę przed gliwickim sądem radcy i honorowego obywatela miasta dra Arhura Kochmanna. Potem, jak napisał zawiesił swoją togę. Nigdy już do niej nie powrócił.

Ponownie obrazy. Obecność kamery jest dobrym pretekstem do tego, by dzieci pokazały, co potrafią. Fikają koziołki, bawią się… „Kosi, kosi łapki…” prawie słychać słowa płynące z ekranu. Beztroska.
Stop klatka.

***
Choć gdzie indziej, witają nas ponownie. Lustigowie.
Buenos Aires. Początek lat 50-tych.

Autorowi kolejnych kadrów nie brak poczucia humoru. Wyczucia kadru też. Opanował też sztukę montażu.
Z małej komórki (w istocie wyjścia na dach domu) po kolei, choć nieoczekiwanie, wychodzą członkowie rodziny Lustig. Wilhelm, Gertruda, ich wyrośnięte dzieci, ich babcia Fanny Lustig. „Dorosłe” dzieci siadają na murku dachu. Radosne. Jest kamera, a może faktycznie to pogodny dzień? Wiosna? Jesień? Za ich plecami centrum Buenos Aires, do którego oni i cała rodzina przybyła w 1939 roku.
Ktoś jednak to dobrze reżyseruje. Chyba znowu Wilhelm. To taka klamra filmowa. Na dachu ktoś rozściela koc, kładzie poduszkę. Czas na kolejne fikołki… Z całej trójki, tylko Renate rezygnuje. Włożyła zbyt wąską spódnicę. Ale można polubić jej uśmiech. Wynagradza nim ewentualne rozczarowanie.
Ostatnia scena. Kadr się wypełnia ludźmi. Stopniowo. Jak za poruszeniem magicznej różdżki zapełniają go kolejni członkowie rodziny Lustig.
Po lewej stronie w górnym rogu zasiada Wilhelm Lustig. Dołączają nowe osoby. Koło Ernsta przysiada się Hanna Loewe, poźniejsza matka Rogera. Pojawią się w finałowej scenie filmu i pomachają do nas z balkonu swego mieszkania…
Dwa miejsca. Dwie daty. Symboliczna wyprawa do przeszłości i opowieść o tych górnośląskich Żydach, którzy przeżyli.

3,12 min. klatek amatorskiego filmu… Blisko 20. lat (po)między.

[Przypomnienie: Wszelkie prawa zastrzeżone. Wykorzystywanie w całości lub we fragmnentach TYLKO za pisamnę zgodą autora]

Kadr nr 1

Kadr nr 2

Magiczne, zielone oko

Dziadkowi

„Trzy gwiazdy” 1939 roku…

Tak pisały o nowym sezonie produkcyjnym 1938/39 Polskie Zakłady Philips.  Tymi gwiazdami były najnowsze odbiorniki radiowe holenderskiej firmy, a pośród nich radioodbiornik Philips Typ 6-39A

Specjaliści w broszurach z tamtego czasu rozwodzili się nad zupełnie nowymi w tych urządzeniach lampami radiowymi zwanymi potocznie czerwonymi. Radioodbiorniki roku ostatniego nie były tanie. Typ 6-39A kosztował 380 ówczesnych złotych polskich, co stanowiło równowartością ponad 70 dolarów USA (średnia pensja wynosiła ok. 250 zł).

Nie było to więc tanie radio. Typ  6-39A był jak inne nowości tego sezonu wciąż superheterodyną, typem radia wynalezionym w czasach Wielkiej Wojny przez Amerykanina Edwina Howarda Armstronga. Notabene dziwny to i niezwykły wiek 20., w którym to samo nazwisko noszone przez różne osoby wyznacza milowe dokonania człowieka…

Jedna z takich „gwiazd” ze stajni Philipsa po ponad siedemdziesięciu latach trafiła w moje ręce. Kupiłem ją na targu staroci, nie znając się na radioodbiornikach (tak już pozostało) i skuszony raczej wyglądem odbiornika, niż jego technicznymi walorami. Wkrótce zresztą okazało się, że orzechowa skrzynka i miedziane okucia czoła radioodbiornika miały się zdecydowanie lepiej niż to, co wciąż znajdowało się w jego środku.

Stał przez lata milcząc.

Nie potrafię pisać obojętnie o radio.

Wyrosłem na radiu (choć w czasach gdy przychodziłem na świat nikt nie śmiał odmieniać go inaczej jak radio, radio etc.), więc tym bardziej nie wyobrażałem sobie, że bym mógł skazać je na wieczne milczenie. W mojej świadomości obrazy przywoływane przez radio, były wspomnieniem magicznego zielonego oka, które po nagrzaniu się wszystkich lamp radiowych radia mojej babci, rozbłyskało i potem towarzyszyło przy wyszukiwaniu kolejnych stacji. Było w każdym odcieniu i intensywności wyświetlanej zieleni. Istotnie magiczne, wyjątkowe.

Stanowiło nić między tym co było gdzieś tam hen i nie wiadomo jak daleko, a mną  i moim dziadkiem, który ze mną siadywał przy odbiorniku. Celebra, cisza, a potem oczekiwanie i…  z wolna potężniejący głos płynący z głośnika. No i te nazwy na skali radiowej. Obietnica istnienia świata, gdzieś tam nie wiadomo jak daleko i nierealnie.

Po długiej naprawie moje radio niedawno powróciło do mnie.

Zieleń oka rozjaśniała i wróciły tamte, uśpione emocje… i głęboki dźwięk superheterodyny…

Moje radio (Philips typ 6-39A)

Thérèse ma kota….

Balthus (Balthasar Klossowski de Rola) spotkał ją kiedyś w 1936 roku. Było to już dwa lata po sukcesie jego paryskiej wystawy, a maniera jego malarstwa była już utrwalona, rozpoznawalna i pożądana, cokolwiek może znaczyć to słowo w kontekście Balthusa i jego osoby.

Maniera ta była pomieszaniem odświeżonej akademickiej figuracji i stanowiła mikst tradycji malarskich łączących dokonania współczesnych mu kolorystów, surrealistów, czy malarstwa portretowego włoskiego Quattrocenta. Styl ten – tak opisany – nie byłby pełny, gdyby pominąć jego sensualny, rozerotyzowany klimat i bywa, że treści.

Erotyzm skrywany pod maską zainscenizowanej sceny o walorach pozornej prywatności, przesądził o jednoznacznym odbiorze jego obrazów jako dzieł łączących zmodernizowane malarstwo 20. wieku z  przenikającym je klimatem pożądania i bywa, że wyuzdania. Dzisiaj zresztą nie wykluczałbym sytuacji w której obrońcy sztuki tradycyjnej (w najbardziej ograniczonym rozumieniu tego słowa) sprawiliby, że część z jego obrazów zaprowadziłaby samego Balthusa w ręce wymiaru sprawiedliwości i wszelkiej maści stróży moralności. Aura rozbudzonego pożądania, napięcia erotycznego  w połączeniu z faktem, iż  osobami portretowanymi były osoby niepełnoletnie, niechybnie byłaby przyczyną problemów artysty. Podłoże jego twórczości było jednak z gruntu współczesne i bardziej intelektualne.

Na jego szczęście i debiut, i środowisko w którym wyrastał, w żaden sposób nie przypominało współczesnego. Oniryzm, surrealistyczne zadziwienie i kreowanie sytuacji bardziej  fantasmagorycznych i z ducha freudowskich niż realnych, spowodowało że Balthus niemal natychmiast trafił w gusta publiczności, w swój czas, no i jeszcze szybciej do galerii malarskich całego świata (cóż Polska, nie zawsze jest jego częścią). Balthus zresztą, czasami broniąc tego, co inni nazywali wyzywającą treścią jego obrazów, przypominał iż w swoich obrazach jedynie odwoływał się do toposu dzieciństwa i wieku wczesnego dorastania, ucieleśniającego wiek niewinności i nieuświadomionej (?) zmysłowości…

Balthus spotyka zatem Thérèse Blanchard w Paryżu, gdy ta ma zaledwie trzynaście lat. Mieszka w sąsiedztwie pracowni malarza przy 3 Cour de Rohan.

Do 1939 roku namaluje ją dziesięciokrotnie (tyle jest znanych jej portretów). Samą, z bratem. Z kotem lub bez lub w intymistycznej przestrzeni pokoju, gdzie są we troje: on (kot) i ona (Thérèse), no i on (Balthus), choć on po drugiej stronie płótna. Tak jak na portrecie prezentowanym na wystawie monograficznej Balthusa w Rzymie (Portret Thérèse, 1938, Villa Medici), gdzie T. przeciąga się leniwie na prostym szezlongu, a kot (tak często obecny u Balthusa, nazywającego siebie nie bez powodu „King of cats”, gdy w 1921 roku zadebiutował opublikowanym drukiem cyklem przygód kota Mitsou z przedmową R.M. Rilke’go) spokojnie zaspokaja swoje(?) pragnienie, sycąc się mlekiem wypełniającym talerz na podłodze. Kot to kot? A mleko to mleko? No i kim jest Thérèse? Granica między dzieciństwem, a dorosłością toczy swą niewidoczną nić na tym i kolejnych obrazach…

Balthus.  Spotkany w nowojorskim Metropolitan Museum of Art i Thérèse, jak wówczas gdy miała 13 lat…

Thérèse, Balthus, 1938 (olej na płótnie, MET, reproddukcja L. Jodliński)

Thérèse (Blanchard), Balthus (1938, fragment; MET, reprodukcja L. Jodliński)

Czarno na białym

Przeczytałem sobie dwa teksty odnoszące się do Muzeum Śląskiego, jakie niedawno ukazały się w prasie.

Ten pierwszy, autorstwa Henryka Wańka „Kopalnia cudów” (SZUM, nr 11 zima 2015-wiosna2016) jest celną i bardzo wyważoną oceną wystaw stałych w nowym Muzeum Śląskim i – co dla mnie istotne – dokonuje bardzo wnikliwej analizy tego, co zostało z wystawy stałej historii Górnego Śląska,  „(…) zepchniętej do „kąta”, jakby zabrakło woli pożegnania się z komfortową fikcją „historyczną”(…)”.

Konkluzja tekstu również jest swoistym podsumowaniem kondycji, w której muzeum się znalazło. Trudno nie zgodzić się z Autorem, że „(…)najlepiej, gdy ministerstwo dba, by muzeum prowadziło się samo. I trzymało się na dystans od kaprysów politycznej pogody (…)”. Słowa te można dedykować tym wszystkim, którzy przez ostatnie lata przyjęli polityczną cenzurę nad/w muzeum. Wielu zresztą z tych postaci nie ma już na politycznym firmamencie, inne podnoszą larum dzisiaj, że dopadła ich polityka, a oni przecież „zawsze” i „nigdy” z polityką nic itd.

Tekst  w SZUMIE pośrednio odnosi się do opinii Alicji Knast, dyrektorki muzeum od lipca 2014 roku, jakoby wystawa miała być zgodna z moim scenariuszem… Henryk Waniek się dziwi i słusznie zauważa, iż wystawie historycznej: brakuje autora, przemyślanej tezy i krytycznej artykulacji. Nie sposób się z tym zgodzić i spytać gdzie jest autor tej wystawy?

Czy jest nim niżej podpisany? W atmosferze politycznego linczu i nagonki wyrzucony z Muzeum Śląskiego przez Sekułę Mirosława i kto tam jeszcze koło niego stał? Czy może jednak byłoby absurdem realizować w 2015 roku wytyczne scenariusza, tak wówczas chętnie krytykowanego przez środowiska mieniące się patriotycznymi, europejskimi i jakimi jeszcze tam chcą?

To rodzaj kpiny i kłamstwa twierdzić, że jestem autorem scenariusza zrealizowanej wystawy. Jest inaczej? Try me, jak mawiają w Albionie. Bardzo chętnie udowodnię, że nie.

Wystawę otworzyła i zrealizowała Alicja Knast. Jeśli nie jest autorem (to kto jest!?), to faktycznie jest to wystawa bez autora, bez przemyślanej tezy i artykulacji, jak pisze Henryk Waniek. Dlaczego?  Bo to wystawa porzucona, na której, jak pisał kiedyś Kazimierz Kutz i o niej i o Śląskiej historii, dokonano po 2013 roku skrobanki. Mocne, ale prawdziwe. Czy coś zostało z wytycznych do pierwotnie zaplanowanej wystawy? Co? Swoją opinię już dawno temu wyraziłem w tej sprawie na łamach prasy, w opracowaniach konferencyjnych i na tym blogu. Wystarczy.

Tuż przed jej otwarciem wystawy (i muzeum) w czerwcu 2015 otrzymałem z muzeum „poruszający” mail z pytaniem, czy jestem zainteresowany (był to pierwszy kontakt w sprawie wystawy stałej ze strony Muzeum Śląskiego od marca 2013 roku), umieszczeniem mojego nazwiska, jako autora wytycznych do otwieranej wystawy…

Taki mail… Pisany po dwóch latach wyczesywania wystawy z treści dotąd pomijanych i autorskich, pogwałcenia zaleceń sądu konkursowego, wożenia się z kolejnymi dyrektorami muzeum, uzgodnień z MKiDN i Pałacem Prezydenckim. Ktoś pisze w nim do mnie, czy się pod czymś (kompletnie nieznanym, nie zaprezentowanym mi wczesniej) podpiszę… Słodkie i… jakie pokrętne w swojej logice. To jasne, że odmówiłem. Udziału w otwarciu też. Tych nieobecnych było bardzo wielu i było to znaczące.

Więc (moja polonistka roniłaby łzy za rozpoczynanie zdania od więc) nie jestem autorem scenariusza tej wystawy, bo za wystawę wyleciałem z muzeum, inny autor ją otworzył, wziął kasę i odpowiedzialność..

Łatwe do udowodnienia, łatwe do sprawdzenia, po prostu to widać. Lista jest dostępna w muzeum, na końcu tego labiryntu pod nazwą  „Światło historii”. Nie jest moja, bo nikt, nawet słynna redaktor Semik, nie walczyła z obecną wystawą, gdzie nie widać autora, gdzie nie ma przemyślanej tezy i artykulacji, że jeszcze raz powtórzę za cytowanym tu już  Henrykiem Wańkiem. Słusznie zresztą, znowu on, nie ja, zauważa, że „(…) ekspozycja próbuje być kopalnią pamięci. Trudno jednak stwierdzić, czego się w tej kopalni dokopuje(…)”. Może to taki muzealny empty box z pozorami bogactwa?

Sprawa wystawy jest już daleko za mną, ale jakoś nie widzę powodu, by nie reagować no to, aby osoby które w tej sprawie coś mówią (a nawet robiły) nie trzymały się faktów.

***

Drugim tekstem, o którym dwa słowa, jest artykuł „Głos twórców z głębokości” w ramach dodatku Rzeczpospolitej, Życie regionów (17 lutego 2016 r.).

Miło jest poczytać tekst, w którym historia Muzeum Śląskiego prosta jest jak drut produkowany w przed wojną w Gleiwitz. Choć to historia z białymi plamami. Czy to mnie boli? Nie. Zastanawiające jest jedynie to, że nie ma słowa o tym, kto zbudował obecne Muzeum Śląskie. Niewygodne? Oj, wiem. Ale ten rodzaj przerwy w narracji (jak mówią muzealnicy i politycy w jednym), gdy najpierw jest restytucja Muzeum Śląskiego w 1983/4, a potem „out of blue” pojawia się rok 2014 i jest już muzeum jest… śmieszna.

Podobnie jak cytowane w artykule „eksperckie” wypowiedzi o śląskiej sztuce sakralnej, w której widać wpływy czeskie i niemieckie (co sugeruje ich drugorzędne oddziaływanie). „Odkrywcze”, tym bardziej jeśli zważyć, w jakich organizmach państwowych Śląsk (także Górny) pozostawał przez stulecia i nierozumienie (nadal) czym jest wielokulturowość regionu i tego, że w pierwszej kolejności to te ośrodki (Praga, Wrocław, Wiedeń, Berlin, Monachium) oddziaływały i kształtowały śląską sztukę sakralną. No ale jaki ekspert, taka prawda… Kropka. Kurtyna w dół.

bez tytułu

Podpatrywanie (Ścieżki słonia)

Ta ostatnia wizyta w P. była z kilku powodów inna. Ja jestem już inny. Świat też jakby spowszedniał i prowokuje do bardziej wnikliwej obserwacji.

Coraz mniej dziwią mnie opowieści z przeszłości o kobietach wystających w oknach śląskich domów i oglądających świat łagodniejący pod wpływem kojącej miękkości poduszek, na których opierały się one i ich dojrzałe piersi. Myślę, że szukały w nim więcej niż zaspokojenia ciekawości. Ten widok z okna był azylem, ucieczką od świata pewnego i przewidywalnego. Dawał perspektywę nieodgadnionego.
To niezwykłe, że zejście zaledwie kilku kroków z głównej drogi, prowadzić może ku rzeczywistości, której się nie spodziewamy i która niesie z sobą zapach utleniającego się żelaza. Form, które tracą kształt. Pamięci, która wysycha niezaspokajana wspomnieniami…
Przedzieram się przez jakieś chaszcze.
Ludzie podobni są słoniom, albo na odwrót. Usuwają kamienie spod nóg (by było wygodniej, a stóp nie raniły ostre krawędzie skały) i chodzą wciąz tymi samymi drogami. Przekonani, że tak wygodniej. Czy istotnie?

Zapomniany ogród (Pławniowice)

Kroki (Pławniowice)

Para (Pławniowice)

Nawarstwianie (Rudziniec)

Utlenianie (Pławniowice)

Mezuza (okolice Rudzinca) Były dom (nigdzie)

List

Wpis dedykowany

Otrzymałem dzisiaj wyjątkowy list. Jakieś cytaty? Nie. Jest coś takiego jak tajemnica korespondencji…

Ale jeśli czytam, że mój blog odmienił czyjeś życie, to czuje się z tym wyjątkowo. I to nie jest próżność, literackie spełnienie.

To raczej dotknięcie świata, który stał za słowami.

I ktoś powiedział na głos, że nie ulegam ułudzie.

Dziękuję.

Jezioro marzeń (Jezioro Pławniowice, luty 2016)

Śląski św. Walenty

Nie wiem kiedy dokładnie trafiły na Górny Śląsk.

Ale skoro na karcie kalendarza pojawia się znowu data 14 lutego, to jest to jakiś powód, by przypomnieć o ich istnieniu. To znaczy o tym, że pośród kilkudziesięciu miejsc na świecie i zaledwie innych trzech w Polsce, Rudy (Wielkie) i miejscowy kościół pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, to miejsca, gdzie można zobaczyć i niemal otrzeć się o relikwie świętego Walentego. Tego Walentego … Aż dziw że nie zabrały się za niego agencje marketingowe, a foldery opisujące atrakcje Górnego Śląska milczą na jego temat… Co za brak wyczucia po stronie fachowców od dnia św. Walentego… i specjalistów od marketingu turystycznego?! No inna sprawa, że dopóki tak jest, mieszkańcy Rud mogą spać spokojnie, pogrążeni w późnozimowym letargu jak w amerykańskim Cicely z filmowego Przystanku Alaska

Współcześnie, dawna świątynia przybyłych tutaj w pierwszej połowie XIII wieku z małopolskiego Jędrzejowa cystersów, to kościół parafialny. Wtedy też, jak głosi cokolwiek lakoniczna informacja umieszczona obok relikwii, trafiły one do górnośląskich Rud…

Miejsce przechowywania relikwii św. Walentego wskazano mi podczas pierwszej wizyty w tym miejscu w 1994 roku.

Dzień świętego Walentego nabrał od tego czasu bardziej osobistego wymiaru, sam zaś święty zyskał cechy swojskie i lokalne. Moje myślenie o nim zdecydowanie wykroczyło poza anglosaską tradycję dnia zakochanych, którą wyniosłem ze swojego gliwickiego liceum z zaawansowanym programem języka angielskiego. St. Valentine’s Day przestał być wytworem odległej tradycji. Miał adres i obraz.

Ołtarz, o którym mowa (a w istocie jego przeszklona predella, w której umieszczono szczątki zmarłego), to ten znajdujący się przy wejściu do jednej z dwóch pierwotnych kaplic kościoła (założonej na planie kwadratu, a więc na tzw. schemacie św. Bernarda), flankujących prezbiterium. Wznosi się po lewej stronie, gdy staniemy twarzą przed barokową kaplicą Najświętszej Marii Panny z 1723 r.

Legenda otaczająca postać świętego uzasadnia –  do pewnego stopnia – jego szczególną pozycję wśród zakochanych. Choć fakt, iż święty Walenty jest także patronem osób chorych psychicznie i na epilepsję nie zaskakuje, gdy założyć że światy obłędu i miłości sąsiadują dość blisko siebie…

Zgodnie z tradycją Walenty był z wykształcenia lekarzem i żył w III wieku za panowania Klaudiusza II Gockiego. Cesarz ten zabronił młodym mężczyznom wchodzić w związki małżeńskie w wieku od 18 do 37 lat, uznając że najlepszymi żołnierzami są legioniści niemający rodzin. Zakaz ten złamał biskup Walenty i po kryjomu błogosławił śluby młodych legionistów. Został za to wtrącony do więzienia, gdzie zakochał się w niewidomej córce swojego strażnika. Legenda mówi, że jego narzeczona pod wpływem tej miłości odzyskała wzrok. Cesarz , gdy dowiedział się o tym kazał zabić Walentego. W przeddzień egzekucji Walenty napisał list do swojej ukochanej, który podpisał: „Od Twojego Walentego”. Egzekucję wykonano 14 lutego 269… Święty wspominany jest w kościele powszechnym od 496 roku. Tyle skromnej noty hagiograficznej.

Święty jest i czeka. Nie tylko 14 lutego…

Milcząca kontemplacja, jak mówią, pozwala na wgląd we własne ja. Może to dobry powód, by złożyć mu wizytę?

Dawne opactwo w Rudach (luty 2016)

Relikwie św. Walentego (l.). Po prawej barokowa kaplica (1723-26) z obrazem Matki Boskiej Rudzkiej

Relikwie św. Walentego (Rudy, Górny Śląsk, wnętrze kościoła parafialnego; luty 2016) Relikwie (2) (luty, 2016)

Przekraczanie Rubikonu (extra). Niezwykłe miejsce

Właściwie nie myślałem w ten sposób o tym miejscu. Do wczoraj.

Neue Galerie w Nowym Jorku, to prywatne, fundacyjne muzeum, które jest instytucją cokolwiek niezwykłą na mapie kulturalnej miasta.

Upowszechnia wiedzę na temat kultury i sztuki Niemiec i Austrii. W swoim programie i w obrębie wystawy stałej jest przypomnieniem tego, co w sztuce obu tych państw było awangardowego na początku 20. wieku, a co z taką precyzją i szowinistycznym nastawieniem ścigały rządy nazistów w jednym i drugim kraju (nawet po to, by potem cynicznie wyprzedawać tę sztukę za granicą…).

To dosyć ważna uwaga, bo w oczywisty sposób pozycjonuje to muzeum i czyni je swoistym azylem niemieckojęzycznych środowisk Nowego Jorku i USA, które przed ponad ośmioma dekadami musiały emigrować z III Rzeszy i Austrii.

Byli to głównie niemieccy i austriaccy Żydzi. Mocno zasymilowani, kulturowo związani z tradycją niemieckojęzyczną, a mimo to w amoku antysemickiej histerii i nienawiści pozbawieni zostali prawa do bycia częścią społeczeństw w obu tych państwach. Emigrowali, czasami ratując nie tylko życie, ale  właśnie sztukę, także tę wynaturzoną (Entartete Kunst) , jak z pogardą o niej mówili i pisali naziści.

Wspomnienie i tego miejsca, o którym pisałem już na moim blogu przy okazji wystawy Metropolis i ludzi, którzy je stworzyli, powróciło po obejrzeniu filmu Złota dama (2014, reż. Simon Curtis).

To krótko przypomnę, historia odzyskania przez Marię Altmann, spadkobierczyni rodziny Bloch-Bauer obrazu „Złota Adele”, który po 1938 roku trafił do galerii wiedeńskiego Belvedere i przebywał tam do 2006 roku. Ikoniczny obraz Gustava Klimta z 1907 roku, był jednym z pięciu zagrabionych przez nazistowskie władze Austrii rodzinie Bloch-Bauer i jednym z dziesiątków tysięcy odebranych prawowitym właścicielom, głównie wywodzącym się ze środowisk Żydów austriackich. Losy i tego procesu (w istocie kilku postępowań) i w ogóle odzyskiwania zagrabionych dóbr kultury, to już dzisiaj pokaźna literatura i materia do przemyśleń na temat tego, że II wojna światowa to proces wciąż niezakończony, a jego bodaj ostatnimi, niemymi ofiarami są nadal nieodzyskane i zagrabione dzieła sztuki, dobra kultury.

Co łączy i film i obraz ze sportretowaną na nim Adelą Bauer, no i wreszcie Neue Galerie, położoną  jak i pozostałe najważniejsze muzea Nowego Jorku przy prestiżowej Museum Mile (części 5th Avenue)?

Tam właśnie, gdy zakończony został już proces o restytucję obrazów, trafiła (kupiona za 135 mln dolarów przez Ronalda Laudera) Złota Adele

Podążając od MET do Guggenheim Museum, warto wpaść do Neue Galerie, by zobaczyć i obraz, i przekonać się, co nie jest takie oczywiste, że czasami sprawiedliwość zwycięża, a Dawid raz jeszcze pokonuje Goliata. I wszystko to za jedyne 20 dolarów. Niewiele, by odzyskać wiarę w człowieka i zaglądać głęboko w oczy Adele…

***

Żrodło reprodukcji obrazu: http://kobietyihistoria.blogspot.com/2015/08/zota-adela-i-zelazna-maria.html

NG

Portret Adeli Bloch-Bauer, Złota Adela, (Gustav Klimt, 1907: Neue Galerie, NYC)

Szafa

Przedmioty łączą nas z przeszłością. Są jak chciane i niechciane wspomnienia.  W tym przypadku jest jednak inaczej.

Tym czymś jest szafa. Niemy bohater tej historii. Dwudrzwiowa, prawdopodobnie z początku lat dwudziestych 20.wieku. Jak to bywa w przypadku takich przedmiotów, jej kwiatowa dekoracja jest emanacją tego co nie było (już) modne, gdy ją kupowano i tego jak bardzo jej ówcześni właściciele chcieli być na czasie i w zgodzie z modą właśnie.

Jej jedyną dekoracją są kwiaty. To trochę gliwickie kwiaty. Jeszcze jakiś czas temu widziałem podobne na rdzewiejącym ogrodzeniu dawnego kościoła ewangelickiego (obecnie św. Barbary) w Gliwicach. Wykwitały tam, pnąc się ku słońcu, rdzewiejąc jesienią lub z pokorą znosząc opady śniegu.

Była więc sobie szafa. Opuszczona, zostawiona. Śląska historia.

Domyślam się, że jej właściciele nie chcieli jej zostawić, ale musieli. Bo nie było miejsca, bo to w końcu „tylko” szafa. Bo jak wypędzają cię z domu, to bierzesz to co najpotrzebniejsze, a przecież szafa nie jest potrzebna tak bardzo… Chyba? Zresztą, czy wiesz Czytelniku jak to jest zostawić za sobą szafę pełną „niepotrzebnych” rzeczy?  Nie wiesz? No właśnie. Ja chyba wiem. Musiało boleć. Z pewnością.

Jej właściciele zostawili ją w Gleiwitz, przy Sandstrasse, którą już w lipcu 1945 roku przemianowano na ulicę Generała Zajączka. Podaję ten adres, bo może okazać się przydatny przy poszukiwaniu  właściciela?

Szafę znalazła w kącie pokoju rodzina podobna zapewne do tej, do której należała wcześniej. Do mieszkania w którym była wpadła dwójka wygłodniałych, zmęczonych deportacją dzieci i ich rodzice, niechętnie wkroczyli dziadkowie. Za dużo osób, jak na tak niewielkie mieszkanie w tej kolejarskiej (znowu) dzielnicy nowych Gliwic.

Poza kaflowym piecem, kilkoma krzesłami i stołem, była wszystkim co odnaleźli w mieszkaniu, którego tak naprawdę nie chcieli. Mieli swoje, które właśnie im zabrano. Po cholerę im nowe-stare?

Ale może dlatego właśnie tak dobrze rozumieli właścicieli szafy. Może dlatego, gdy odnaleźli na jednym z jej skrzydeł napisane ołówkiem chemicznym nazwisko FUCHS, nie podejmowali prób jego usunięcia. To nie była ich szafa. Mieli swoją i wciąż niektórzy z nich myśleli, że po nią, do niej wrócą. Do swojej najmniejszej ojczyzny, zawężonej do kwartału ulic, sąsiadów znanych od dawna. Wszystkiego tego  nie da się wytargać z serca ot tak. Za jednym razem. Nawet jeśli to decyzja trzech niby ważnych dupków, którzy rozsiedli się wygodnie w swoich fotelach w Jałcie.

Mijały lata. Mieszkanie się wypełniało ludźmi, choć potem znowu było ich mniej i mniej. W końcu została tylko owa szafa i mebli kilka, po ludziach, którzy się rozeszli do swoich domów, opuszczając to miejsce pożyczone na czas jakiś, choć okazało się, że dla niektórych było to ich całe życie.

Dzisiaj stoi niemal obok. I czeka. Państwo Fuchs chyba o niej zapomnieli. A może nie wiedzą, że jest po co wracać? Taka historia, chyba tym razem bez puenty, choć może jest na dnie szafy i kusi by ją dopisać?

Podpis F....s