Miraż nieśmiertelności

Co łączy film „Chce się żyć” (2013, reż. Maciej Pieprzyca) i odsądzane jakiś czas temu od czci i poprawności politycznej „Zderzenie cywilizacji” (pol. wyd. 1997), Samuela P. Huntingtona?

Gdy myśl ta postała w mojej głowie byłem nieco zaskoczony. Dziwne i zaskakujące (pozornie) zestawienie.

Z pomocą przyszedł mi Arnold J. Toynbee i jego pojęcie mirażu nieśmiertelności.

Zrozumiałem, że obie te kreacje: obrazu  i myśli, łączy coś bardzo istotnego. To polemika z tkwiącym w nas przekonaniem (ba, pewnością), że ludzkość osiągnęła już najwyższą formę ewolucji.

Film przypomniał mi, że minimalizacja godności drugiego człowieka, okalecza. Nas samych przede wszystkim. Alternatywne zachowania są coraz trudniejsze i w dziwnie niepokojący sposób podejmowane przez mniejszość, by nie powiedzieć jednostki.

Miraż nieśmiertelności powinien być rodzajem przestrogi dla tych, którzy pisząc własną historię, pełni samozadowolenia i uznania dla prymatu własnej narracji uważają, że historie innych społeczności to zamknięty rozdział.

To jest dokładnie ten moment, gdy zmierzch ich dopada (i ich cywilizację), a miejsce starych zajmują nowi barbarzyńcy…

bez tytułu

List

Rodzicom

Jest taki list, którego nie potrafię doczytać do końca…

Pisany niezgrabnie stawianymi litery.

Pełen emocji, wzruszenia i radości.

Nie mam go z sobą. Leży gdzieś pośród fotografii sprzed wielu laty. Bezpieczny. Daleki i bliski.

Jest opowieścią ojca o radości z narodzenia syna.

Podziękowaniem matce.

Wyznaniem miłości.

Ten list otworzy ktoś, kiedyś. W chwili, gdy nie będzie już wzruszał… najbliższych

Będzie raczej świadectwem historii.

Przeczytają go, gdy mnie już nie będzie na świecie.

Ilekroć go biorę do ręki, więzną mi słowa w gardle. Zatrzymuję się gdzieś pośrodku, gubiąc wersy i słowa…

bez tytułu

Pierwsze wrażenia – szkic fotograficzny

Chodzę po ulicach znanych dotąd powierzchownie. Oglądam, zbliżam się. Odbijam od powierzchni.

Czasami na murze nie ma tynku i jestem bliżej dotknięcia istoty miejsca.

Ujawnia się to co było, a czego być nie powinno. Przeszłość. Zarzucona, zapomniana, zatynkowana, zakazana.

Potykam się o przestrzenie między kostkami bruku.  Zatrzymują mnie i czynią spacer bolesnym.

W miejscu kina Gloria, wyświetla się nieistniejący obraz bioskopu Capitol.

Znieruchomiały okręt wciąż tkwi na Hansa Haus.

Bytom.

Zadziwia mnie (nie pierwszego) ta determinacja trwania rzeczy i miejsc.

Nieustępliwość dawnego (piękna) pod naporem przemijania, brzydoty, zaniedbania, osierocenia.

Obrazy miasta. Wybieram obrazy, nie słowa.

Bytom i Beuthen. Oba na powierzchni. Widoczne, skazane na siebie.

Widok na (fragment aranżacji w otoczeniu Muzeum Górnośląskiego, Bytom)

Cienie (d. powozownia; obecnie MGB)  Mur (elewacja Muzeum Górnośląskiego, Bytom)

Kolory (Bytom, stare miasto)

Kamienie (wersja karno-biała, Bytom, stare miasto)

 Napisy (1) Lampy

Napisy (2) Wojna Napisy(4) Bar

Napisy (3) Breslau (fragment autentycznej witryny sklepowej)

Bytomski słonecznik

Ona (fragment dekoracji, Bytom, Stare miasto)

Poszukiwanie piękna (Bytom)

Ludzkie sprawy (Bytom, podejrzane)

Fotografia z dedykacją

Zobaczyłem jej zdjęcie na targach staroci. Leżało pośród innych mu podobnych. Pozłacane aplikacje carte de visite lśniły w porannym słońcu. „Dobry stan zachowania” – przemknęlo mi przez myśl. Przywiezione z daleka. Właśnie ktoś wyczyścił strych w jakimś wiedeńskim domu lub kamienicy. Wszystkie stamtąd pochodziły.

Leżały obok siebie. Bez pamięci. Bez kontekstu i westchnienia bliskich. Wytargane z rodzinnych albumów. Odarte z pamięci i czułego dotyku  palców przesuwających się po powierzchni zdjęcia.

Pośród nich jej portret.

Przeciętnej urody kobieta. Na zdjęciu ma może dwadzieścia lat, niewiele więcej. Nigdy nie wiem „ile ona może mieć lat?” To lekko frustrujące, ale już się przyzwyczaiłem. Ujęcie trzy czwarte. Zdjęcie w sepii, co czyni je odrealnionym i wprost z tamtego czasu.

Atelier wiedeńskie, niestety nie zapamiętałem nazwy. To zresztą mnie nie dziwi. Nie tym byłem zainteresowany. To co przykuło moją uwagę, to dedykacja. Skreślona piórem. Umieszczona w lewym górnym rogu kartonika. „Z nadzieją byś zapamiętał mnie na zawsze… Elisabeth”.

Nie wiem, jak długo była pamiętana przez kogoś. Jak bardzo wzruszała obdarowanego tą dedykacją. Ona sama i jej nieznane mi życie napawało mnie smutkiem.

Za-po-mi-na-nie… wystukiwały obcasy mijających ją ludzi.

Podobno „nie można opowiedzieć więcej niż się widzi” (Thoreau).

Może jednak można, pomyślałem patrząc ukradkiem na jej portret…

bez tytułu

Dwa

Mój „facebook” przypomniał mi, że ten blog ukończył właśnie dwa lata. Pomyślałem natychmiast o tym, co o czyms takim jak wydarzenie (w sensie fotograficznym i historycznym) pisała Susan Sontag. Wydarzenie „(…) to coś, co można sfotografować (…)”. Dość prosta definicja. O reszcie, czyli czy coś jest wydarzeniem, czy tez nie przesądza ideologia…, dodaje w innym miejscu.

Jaki byłby więc portret tego blogu? Kim jestem po tych dwóch latach, a kim moi Czytelnicy? Jaki jest świat, który w swoim nomadycznym oglądzie opisałem, wierząc, że warto być uważnym godząc się z tego świata zmiennością i przemijaniem?

Zmieniło się więc niemało. A może wręcz wszystko?

Za mną emigracja do Czech. Spotkania i twarze, z których część nie powróci.

Doświadczenie emigracji uczy dystansu, wymusza budowanie własnego stosunku do miejsca, które się opuściło. Czechy pozostaną miejscem szczególnym i ten ich kawałek Śląska, na którym mieszkałem.

Niedawno pytany o czas który minął i to jak mnie zmienił (wywiad z Józefem Krzykiem w Magazynie Katowice z 16 kwietnia 2016 r.), wspomniałem o tym, że najbardziej zweryfikował moje relacje z ludźmi. Z pewnym spokojem i rodzajem pozytywnego zaskoczenia odkryłem, że jestem w dobrym punkcie swojego życia. Przebrzmiale przyjaźnie nie bolą, a ludzie spotykani dzisiaj w jakimś sensie są mi bliżsi i doceniam historie ich życia no i to co wnoszą w moje. Uspokojenie… Stan cokolwiek paradoksalny, jeśli mówić o spokoju w chwili, gdy tak wiele, tak niebezpiecznie się zmienia…

Inny jest też Śląsk, który uznałem za własny.

Śląsk, w przestrzeni którego od tych dwóch lat się poruszam, który znam, a zamykając oczy rozpoznaje każdy kamień na drodze. Mój Śląsk jest jeszcze bardziej Górny (choć z radością odkrywałem zadomowienie na Dolnym). Wrósł we mnie.

Blog, jak przewrotnie zaznaczyłem w swoim pierwszym bodaj tekście, był „pisany dla pieniędzy”. Ta deklaracja była prowokacją, ale też miała w sobie ten zamysł, by lektura mojego blogu warta była czasu i zainteresowania Czytelników. Piszą, że warta. Uwierzę im, przecież to tekst rocznicowy.

Niedługo wybór z tego, co znalazło się na jodłowane.pl złoży się na moją post-blogową książkę.

Nie wiem ilu Czytelników sięgnie po nią, by od spotkać się z moim subiektywnym i osobistym oglądem Śląska i światów (sztuki, emocji i topografii podróżniczej), które mnie fascynowały.

Mam nadzieję, że wyposażona w równie osobisty materiał zdjęciowy znajdzie nie mniej Czytelników, niż znajdowały ich moje teksty, pojedyncze zdania, słowa. Flashe wrażeń i emocji.

Te półtora tysiąca osób sięgających co miesiąc po teksty z jodlowania, daje mi nadzieję, że będzie to książka życzliwie przyjęta.

Pisanie nie jest łatwe. Tym bardziej, gdy dotyczy Śląska. Nietrudno jest popełnić błąd i uderzyć w dźwięk naiwnego sentymentalizmu, zatracić dystans. Czas, owe dwa lata właśnie niektóre z tych wpisów zapewne zweryfikuje i pozostaną tylko tutaj na blogu, nie doczekując się swojej „hard kopii”. Trud wyboru przede mną.

Dwa lata, 24 miesiące. 572 wpisy. Tysiące kilometrów.

Przestrzeń rozpięta między nowojorskim High-line, londyńskim barem wegetariańskim, galeriami Brukseli, śląskiego Berlina i tych wszystkich miejsc w Polsce, które jak senne i mocno wczorajsze Kłodzko wyryło swój obraz w pamięci i słowie.

Najistotniejsi byli jednak ludzie. Ich myśli, emocje. Były tym, czemu ulegałem i poddawałem się najchętniej.

Dla nich pisałem – tak myślę – przez te dwa lata… Za bycie ze mną, dziękuję.

Two (fragment obrazu R. Magritte'a; tytuł własny)