Śląski Pettus Bridge

[Poniższy tekst jest autorską wersją felietonu, jaki opublikował SILESION.PL  27 października 2016 r. To tekst, który lubię i pewnie dlatego trafia na mojego bloga, by po prostu pozostać tutaj dłużej. Odradzam jego lekturę tym, którzy wszelki symbolizm traktują dosłownie (tracą czas), a ruch wyzwolenia w USA, jako prostą metaforę dla losu Ślązaków. Podobnie rozczarowani poczują się ci wszyscy, którzy żywią się „krzywdą śląską” (cyt. za M. Smolorz). Tutaj jej nie odnajdą.]

Most Edmunda Pettusa w amerykańskiej miejscowości Selma przeszedł do najnowszej historii USA w związku ze zdarzeniami podczas tzw. Krwawej Niedzieli  7 marca 1965 roku.

Tego dnia stanowa policja zaatakowała czarnoskórych demonstrantów, aktywistów ruchu na rzecz równouprawnienia, okładając bezbronnych manifestantów gumowymi pałkami, wściekle atakując ich gazem łzawiącym. Wszystko dlatego, że w symbolicznym geście, jakim było przejście przez ów most i marsz do stolicy stanu Alabama, Montgomery, domagali się praw obywatelskich i mówiąc najkrócej, prawa do istnienia w przestrzeni publicznej, kulturowej i społecznej.

Pobici i ranni powtórzyli przejście przez most  dwukrotnie.

Za drugim razem, zawrócili w jego połowie. Martin Luther King, który stanął na czele pochodu musiał się gęsto  tłumaczyć z tego, dlaczego zwątpił. Dlaczego zawrócił. Powiedział, że nie chciał na nich sprowadzać cierpienia. Dodał też, że do  długiej wędrówki należy się lepiej przygotować.  Miał rację. Do Montgomery było ponad 87 kilometrów.

Za trzecim razem nikt ich już nie powstrzymał. Pośród wyzwisk, obelg  i skromnego wsparcia białych mieszkańców  Alabamy doszli do stolicy stanu.

Pięć miesięcy później, ci których nazywano pogardliwie  „czarnuchami” uzyskali pełnię praw wyborczych. Po 43 latach nikt przy zdrowych zmysłach i liczący na zrobienie kariery na Kapitolu nie miałby odwagi tak ich nazwać, a w Stanach Zjednoczonych wybrano  pierwszego, czarnoskórego, Afro-Amerykańskiego prezydenta – Baracka Obamę.

Most w Selmie stał się symbolem.

Marsz unieśmiertelnił tych, którzy podjęli ryzyko wejścia nań i nie ustali w drodze.  Niemożliwe stało się rzeczywistością.

Historia marszu  skazała na zapomnienie tych, którzy 7 marca 1965 roku zagrodzili drogę ludziom, którym odmawiali prawa do własnej tożsamości i podmiotowości. Stosunek pogardy musieli w najgorszym razie zastąpić stosunkiem akceptacji i zgody na obecność innego.

Niedawno odmówiono Ślązakom prawa do statusu mniejszości etnicznej. W dyskursie publicystycznym pytanie co dalej, roztrząsane jest  między historią, wywodami lingwistów, a opracowaniami statystycznymi. Nuży mnie to już, podobnie jak to, że w myśleniu o tożsamości odwołujemy  się wyłącznie do przeszłości. Taki bagaż refleksji jest nie do udźwignięcia. Będzie zawsze przytłaczać i ograniczać. Prowadzić na manowce definicji i sprawiać, ze z szaf będą wypadały kolejne trupy. Nie ma Ślązaka idealnego, nie ma (wbrew takiemu domniemaniu) idealnego Polaka.

Historia USA jest – jak mawiają jedni – zbyt krótka i z tego powodu nie niesie ze sobą nauki dla okrzepłych społeczeństw Europy. Śmiem polemizować z taką tezą.  To raczej historia, która pokazuje, że jak ci mówią, że jesteś nikim, że cię nie ma, nie ma twojej muzyki, języka i tradycji, to nie wierz takim głosom.  Mówiono to uczestnikom bostońskiej herbatki w 1773 roku, gdy budowali nowe społeczeństwo, a nawet ochotnikom Pierwszej Kadrowej, gdy opuszczali krakowskie Oleandry. Miej jak wszyscy oni, wiarę w siebie.

Pomyśl więc (Ślązaku) o przyszłości  i znajdź swój własny, osobisty most. I wejdź na niego i wybierz swoją drogę. Pokojowo jak ci w Selmie, gdy bojąc się i drżąc o życie znaleźli się  na Moście Edmunda Pettusa i stanęli naprzeciw uzbrojonym osiłkom z policji. I się nie ulękli.

Wejdź  wierząc w racje, które ucieleśniasz. Zrób to i powtórnie,  i kolejny raz. Tak długo, jak trzeba, aż znajdziesz się po drugiej stronie i będziesz wiedział, że dotarłeś do celu.

Most (Świerklaniec)

 

Jesienny Świerklaniec. Esej fotograficzny

Gdy wychodziłem z parku, myślałem o liściu na korze drzewa. Kurczowo do niej przylegał. Jakby walczył – wbrew wszystkiemu poczynając od sił grawitacji –  z tym co nieuchronne. Tkwił tam zapewne przez kolejne sekundy, może minuty. Na moim zdjęciu pozostanie na zawsze(?). I tylko tutaj jest to możliwe.

Jesień w Świerklańcu.

Zachwyty nad kolorem, światłem i tym, że każdy z owych kadrów jest inną opowieścią o miejscu, które po raz kolejny odwiedzam.

Utrwalanie (Liść) (Świerklaniec, jesień 2016)

Linia (Świerklaniec, 2016) Plama (Świerklaniec, 2016)

Ławka (Świerklaniec)

Kadr (Świerklaniec) Jesień w Świerklańcu

 Ślązaczka (dom Kawalera)

Zbliżenie (Świerklaniec) Światło (Świerklaniec)

Kamień (Świerklaniec) Animal (ŚWierklaniec, fragment dekoracji mauzoleum)

Wspomnienie (w tle Dom Kawalera)

Anioły z Lyonu. Zapiski z Sabaudii (5)

Pamiętacie film „Niebo nad Berlinem” (1987) i to jak dobrowolnie zstępowały na ziemię?

Wrażenie ich obecności nie opuszczało mnie w Lyonie.

Fasada gotyckiej katedry św. Jana Chrzciciela i wnętrze świątyni. Zachwyca wizerunkami rozradowanych i muzykujących postaci cherubinów… W innym miejscu poraża cokołami ziejącymi pustką i korpusami bez głów i skrzydeł.

***

Radosne oblicza aniołów z Lyonu są odległym przypomnieniem uśmiechów Regelindy z katedry w Naumburgu i tego błąkającego się na twarzy anioła z Reims.

Anioły upadłe, bo zrzucone na ziemię rękoma ludzi… Odmienne od berlińskich.

Reszta (na szczęście) wciąż trwa w niebiańskim uniesieniu…

[Lyon, 8 października 2016 r.]

Fasada katedry (Lyon, katedra pw. św. Jana Chrzciciela)

Anioły utrącone (1) (Lyon)

Grający anioł (3) (Lyon) Anioły muzykujące (4) (Lyon)

Anioły (Lyon)

Sabaudzkie piekarnioki. Zapiski z Sabaudii (4)

Wszystko zaczyna się w środę. Małe samochody dostawcze, rozmaitych kooperatyw dowożą drewno do rozsianych po tutejszych wsiach i miasteczkach wolno stojących piecach chlebowych. Potem zaczyna się rozpalanie, tak by je lekko przepalić, oczyścić z brudu i sadzy.

Do rozpalonych komór trafia mąka pośledniej jakości. Te z sieciówek, niecenione i traktowane jak środek czyszczący. Rozsypywana, spalając się, mąka pochłania wszystko to, co zostało po poprzednim piątkowo-sobotnim wypiekaniu chleba.

Rozsypywana w  kolosalnym brzuchu chlebowego pieca, najpierw brązowieje, potem zamienia się w sadzę i jest wymywana przez jednego z piekarzy. Tkanina jaką ma na końcu długiego kija szybko zmienia się szmatę i staje się kompletnie czarna, podobnie jak woda w wiadrze, w którym jest raz po raz płukana.

Tak oczyszczony i wstępnie rozgrzany piec, jest pozostawiony w spokoju do piątkowego późnego popołudnia, gdy po raz kolejny piekarze pojawiają się ponownie i powoli, mozolnie palą w piecu kolejne szczapy i sążniste kawałki drewna. Magazynowane ponad i obok pieca, drewno szybko znika w czeluściach paleniska. Zapada zmrok. Ponad wlotem do piekarnika rozbłyska światło.  Praca nie ustaje. Nad ranem, a może jeszcze nocą (kwestia definicji tego, czym jest noc a czym świt w tym przypadku), gdy kamienie piekarnioka już palą w dłonie, do wnętrza pieca trafia wyrobione ciasto. Jak na obrazach Breughlów przynoszone jest przez rosłych piekarzy w okolice pieca na potężnych drewnianych stolnicach. Są ciężkie.  Widzę wysiłek na ich twarzach. Wrzecionowate formy ciasta leżą na deskach równo ułożone, wstępnie wyrosłe (wyłącznie na zakwasie). Na potężnej łopacie szybko znikają w czeluściach piekarnika…

Wokół piekarnioka od samego rana rozchodzi się zapach świeżo wypieczonego chleba…

Przywiedzeni jego aromatem w okolice piekarnioków od rana przybywają  mieszkańcy wioski i ci wszyscy, którzy cenią sobie świeże i niczym nie ulepszane pieczywo. Kolejne bochenki rozchodzą się niczym świeże bułeczki… Przyjeżdżają i znikają kolejni klienci. Miejscowi unoszą pieczywo do swoich domów. To okazja do spotkań, rozmów. Degustacji chleba na miejscu i małej lampki domowego wina.

Renesans w wypiekaniu chleba, powrotu do tradycyjnych receptur, datuje się tutaj od około dekady. Wraz z nim prawdziwe odrodzenie przeżyły zaniedbane od wielu lat gminne chlebowniki. Często ulokowane są w pobliżu tutejszych lavoirs.  Tak symbolicznie jak i geograficznie wyznaczają centra lokalnego życia.

***

Gdy je zobaczyłem po raz pierwszy w oczywisty sposób przypomniały mi górnośląskie piekarnioki i tak nazywałem kolejne, mijane w Górnej Sabaudii, wolno stojące budynki mieszczące  chlebowe piece. Piekarnioki były bardzo często widziane w podwórzach domów na Górnym Śląsku. W nich  kobiety (w Sabaudii to zdecydowanie zajęcie dla mężczyzn!) wypiekały kołocze oraz domowy chleb. Pięknie przypomniała ich istnienie i rolę jaką odgrywały w życiu wspólnot górniczych Małgorzata Szejnert, kreśląc w Czarnym ogrodzie (2007), pejzaże Nikiszowca i Giszowca, a w nich skąpane w dymie i zapachu świeżego chleba i ciasta, owe piekarnioki właśnie.

Gdy myślę o tych podobieństwach zadziwi mnie nie to, że z małymi wyjątkami ślad po piekarniokach niemal bezpowrotnie zaginął na Śląsku, a tutaj pozwolono im trwać. Do tych strat się przyzwyczaiłem, niestety. Sabaudia to nie Górny Śląsk, choć i tutaj (to kolejne podobieństwo) i dobywano węgiel i wytapiano rudy żelaza. W pobliskim Ugine wciąż funkcjonuje jedna z najstarszych stalowni w regionie, spadkobierczyni 19.wiecznych hut żelaza. Jej wyroby o kształtach lanych w żelazie balustrad i ogrodzeń zdobią kamienice i domy we wszystkich miastach, które zwiedziłem.

Bardziej zdumiewa mnie to, że miejsca geograficzne tak odległe od siebie, potrafi tak wiele łączyć i formy życia wspólnotowego powtarzają się lub posiadają zbliżone formy i trwanie.

Ale i  w tym przypadku szczerze mówiąc, to umiarkowany stan zadziwienia. Ilekroć bowiem tak się dzieje, przypominam sobie ten moment, kiedy studiując „wieki temu”, reprezentacyjny portret sarmacki, „odkryłem” jak niezwykle podobne do niego malarstwo portretowe powstawało na przeciwległych kresach Europy, w odległej Szkocji. Niepojęte i jak wiem, do dzisiaj nieodgadnione związki.

Zostawiam te myśli i koncentruję się na doznaniach najprostszych.

Jest miejscowe wino, ciepłe jeszcze pieczywo i masło. Jest też kawałek fromage de Taimé. Reszta jest rozcieranym na podniebieniu i nieco łapczywie przełykanym zachwytem nad istnieniem sabaudzkich piekarnioków

Sabaudzki piekarniok (Doussard, Sabaudia, Francja)

Przed rozpaleniem (Doussard, Sabaudia) Zanim będą użyte (piekarniok, Doussard)

Piekarniok (1) (Doussard) Piekarniok (2) (Doussard)

Czyszczenie piekarnika (Doussard, Sabaudia) Czyszczenie piekarnioka (Doussard)

Ciasto trafia do piekarnika (Doussard)

Narodziny chleba (Doussard, Sabaudia)

[zdjęcia wykonane w miejscowości Doussard, koło Annecy; październik 2016]

Opactwo w Tamié. Zapiski z Sabaudii (3)

Obrazy o poranku

Rozpoczynają się od pól, ponad które wstają wczesnojesienne mgły. Unoszą się nad dachami obór, pastwisk i łąk w dolinie.

Droga za Faverges raptownie się zmienia. Do opactwa pozostanie taka właśnie. Długa i wąska. Daje poczucie lekkiej klaustrofobii. W zamian oferuje piękne widoki na Masyw Bagues.

Opactwo cystersów (w istocie ich odłamu, trapistów) w Tamié założone jest na zboczu wzgórza. Nie wiem czy tego się spodziewałem, ale gdy docieram na miejsce jestem szczerze zachwycony. Podróż wąskim wcięciem doliny Tamié (kołnierzem fr. Collet de Tamié) opłaca się. Zatrzymuję samochód. Rześkie, lekko chłodne powietrze przedalpejskiej Sabaudii.

Cisza

Po raz pierwszy od długiego czasu mogę wsłuchać się w ciszę. Jest ona i ja. Nie mąci jej nawet odgłos dzwonków pasących się nieopodal krów. Dzwonki jedynie ciszę tą potęgują. Dzieje się tak również, gdy po łagodnym  wzniesieniu zbliżam się do zabudowań klasztoru, a potem (jakżeby inaczej ) mocuję się z ciężkimi drzwiami i znajduję się w romańsko-barokowej świątyni (korpus romański, sklepienie z 18 wieku) klasztoru. Zatrzaskują się drzwi i w tej samej chwili ogarnia mnie, w istocie spada na mnie, niewyobrażalna przenikliwa cisza.

Niedługo potem otwierają się drzwi prowadzące do kościelnego chóru. Metaliczny dźwięk naciskanej klamki, głuche uderzenie drewna o kamienne ciosy z trawertynu. Lekkie poruszenie tkaniny ocierającej się o kamienną posadzkę. To ostatnie, to szelest habitów zakonnych.

Seksta

Chór wypełniają zakonnicy. Po kolei wchodzą do prezbiterium. Opactwo liczy ich podobno 30. Jest ich mniej. Zajmują krótkie stalle kościoła.

Godzina 12.30. Czas seksty. Wnętrze rozbrzmiewa śpiewem i słowami modlitwy.

Jeśli można próbować zrozumieć istotę cysterskiej powściągliwości formy (odnoszącej się także do architektury ich kościołów) i minimalizm gestów, to jest to dobry moment na taką obserwację.  Jest zatem modlitwa i dokonująca się na naszych oczach zamiana perspektyw i światów. Z tego „tu i teraz” na ten „na wieki”.

I znowu śpiew. Zabiorę go z sobą. Moja pamięć wypełnia się nim po brzegi. Staram się z niej nic nie uronić.

Jeden z zakonników pociąga za sznur dzwonu i wybija miarowe uderzenia sygnaturki. Gdy jest już po wszystkim, oglądam jego sploty w niemal intymnej bliskości (w takiej nano i makro perspektywie). Teraz spoczywa zahaczony o ścianę transeptu.

Przestrzeń prezbiterium rozświetla krzyż zawieszony ponad stołem ofiarnym. Jest tak jak lubię, bez zbędnym dekoracji i ozdób. Cysterki minimalizm.

Tamié, Henryków, czy Rudy

Opactwo jest jednym z najstarszych we Francji.

Data założenia klasztoru w 1133 roku może robić pewne wrażenie na zwiedzającym, ale pamięć o roku 1140 i cystersach w Brzeźnicy (późniejszy klasztor w Jędrzejowie)  przywraca jej odpowiednie proporcje. To czas Europy zasiedlanej i cywilizowanej przez św. Bernarda z Clairvaux.

Podróż tutaj jest w pewnym sensie powracaniem do korzeni tamtej Europy. To wspomnienie dolnośląskiego Henrykowa, Lubiąża, Krzeszowa, czy górnośląskich Rud. Miejsc innych (bo to nieco inna tradycja cysterska). Chętnie jednak krążę myślami pomiędzy tamtymi klasztorami, a tym. Robię to  fotografując rozmównicą klasztorną, obok której się zatrzymuję. Moją uwagę przykuwa krzyż – uchwyt na końcu dzwonka do furty… Właśnie przed chwilą pociągał za nią zakonnik. Jeszcze kołysze się na wietrze. Uciekał przed moim obiektywem. Zostanie tylko to jedno zdjęcie.

Ser i kultura masowa

Klasztor w Tamié, a w istocie mnisi tutejsi, słyną z produkcji sera. Ser trapistów (Fromage de Tamié) i jego reputacja daleko wykracza poza Sabaudię. Półmiękki twaróg posiada wersję grand modèle (ok. 1,5 kg)  peit modèle (ok. 600 gr). Robiony jest z mleka krowiego, niepasteryzowanego. Prasowany, ma kształt krążka i z niczym innym niedającą się porównać w smaku, pomarańczowo-żółtą, miodową w kolorze skórkę… Jego lekko drażniący, ostry zapach rozchodzi się po klasztornym sklepie.

Niemal jak na komendę znowu gdzieś z doliny dobiegają dzwonki pasących się krów. To ostatnie dni wypasu w dolinach górskich. 8 października znikną z zielonych pastwisk doliny Tamié.

Film

Opactwo było miejscem szczególnego eksperymentu filmowego w 2009 r. To tutaj, przygotowując się do filmu Ludzie-boga (Des-hommes-et-des-dieux), zrealizowanego w 2010, w klasztorze kilka tygodni spędzili grający w nim aktorzy. Pewnie dlatego nieśpieszna, chciałoby się powiedzieć rozmodlona atmosfera tamtego filmu, tak wiarygodnie czerpie ów nastrój z klasztoru w Tamié.

Obsypany nagrodami film (nagrody w Cannes, Wenecji) zobaczyłem już po wizycie w opactwie.

Moralitet z uznaniem i wręcz gorąco przyjęty w laickiej Francji. Niewygoda wiary, gdy ceną za pozostanie sobą jest śmierć lub zagrożenie utraty życia. Widzę jeszcze jak na filmowym obrazie, w milczeniu zakonnicy znikają w tumanie śniegu w Górach Atlasu. Oni i ich oprawcy. I to ci pierwsi są zwycięzcami.

Odjazd

Droga. Kręta (jak wcześniej) i tym bardziej nieśpieszna.

Za mną miejsce, do którego już tęsknię… Patrzę w lusterko. Znikają i blakną wieże opactwa. Słońce stoi już wysoko. W Polsce 8-9 stopni i pada. To kolejny powód, dla którego ściągam nogę z gazu… Powoli toczę się w dół.

Rozciągam rozstanie do granic niemożliwego…

Mgły. W drodze do Tamié

Opactwo (Tamié, Sabaudia) Opactwo (2) (Tamié, Sabaudia)

Znak (Tamié, Sabaudia)

To co za murem (1) (Tamié, Sabaudia) To co za murem (3) Wspomnienie Edenu (Sabaudia,Tamié)

 To ca murem (3) (Sabaudia) To co za murem (4) (Góry wokół opactwa Tamié)

Mur (1) (Opactwo w Tamié) Mur (2) (Opactwo)

Szept (opactwo w Tamié, Sabaudia) Znak (furta klasztorna,Tamié, Sabaudia)

Pielgrzymi (opactwo Tamié )

Speculum maius Tamié

Geometria miejsca (1) (Tamié, Sabaudia) Geometria miejsca (2) fragment bramy (opactwo, Sabaudia)

Węzły (sznur sygnaturki kościoła klasztornego w Tamié)

Światło (2) Fragment chóru kościoła trapistów w Tamié  (Sabaudia)

Światło (krzyż ołtarzowy kościoła trapistów w Taime)

Mała czarna. Zapiski z Sabaudii (2)

Kawiarnia Brumes w Annecy.

Dobra, mała czarna. Aromatyczna, wzmacniająca. Aksamitna.

Obrazy z tego miejsca nieodparcie przywołują wspomnienie zupełnie innego. Rzymskie wakacje (1953) i klimat tamtego lata i tamtej mody?

Nie moja pamięć, choć moje kadry.

A może to wspomnienie perfum Chanel No. 5?  I zupełnie innej małej czarnej?

[Annecy. październik 2016]

Brumes (1) Oczekiwanie (Annecy; Francja)

Brumes (2) Słońce (Annecy, Francja)

Brumes (3) Ślad (Annecy, Francja)

Takie miejsce – lavoir. Zapiski z Sabaudii (1)

Rzucają się w oczy w niemal w każdym z mijanych miasteczek i osad południowej Francji. Patrząc na nie wyobrażałem sobie, jak  spotykały się przy nich miejscowe kobiety. W koronkowych czepcach, grubo tkanych spódnicach. Widuje je na archiwalnych zdjęciach, w nostalgicznych książkach o dawnej Sabaudii. Kobiety dzieliły się naprędce wiadomościami o tym co stało się u sąsiadki, narzekały na mężczyzn, którzy zdążyli już wyjść w pole lub jak tutaj w Marceau (gdzie mieszkam), ścigając się z czasem szli w góry i wydobywali antracyt w pobliskich kopalniach ulokowanych na zboczu góry o oczywistej  (w tej sytuacji) nazwie Les Mines (Kopalnie).

Sabaudzkie lavoirs. Pralnie, punkty higieny powszechnej, rozsiane po okolicznych wioskach i miasteczkach. Szemrzące wodą docierającą doń z górskich potoków. Ujęte w kamienne misy i wanny. Mijam ich dziesiątki w swoich spacerach po wioskach wokół Jeziora d’Annecy.

Woda z gór najpierw pojawia się w gardzielach stworów odlanych w rdzewiejącym dzisiaj żelazie, po czym z pluskiem ląduje w kamiennych zbiornikach. Czasami się z nich przelewa, czasami pozostaje dłużej, by w końcu zniknąć…. Bywa, że lavoirs wysycha definitywnie jak w nieodległym Doussaurd. I dawne cysterny pralni zieją pustką. To smutny widok.

Lavoirs są czasami zadaszone, mają formę wanien, fontann, sadzawek. Nader często są ukwiecone…

Nieco inaczej jest  w wielkomiejskim (na tle owych osad i wiosek)  Annecy, gdzie lavoir umiejscowione zostało w pobliżu kościoła św. Maurycego, na stopniach łagodnie schodzących do wody i przypominających indyjskie ghaty. Chcę wierzyć, że wypływający dosłownie spod transeptu kościoła kanał, pozwalał nie tylko na wypranie ubrań i wszelkich doczesnych brudów tego świata, lecz dawał nadzieję na gruntowne oczyszczenie duszy miejskich praczek…  i właścicieli ubrań. Patrzę na te kamienne stopnie i wspomnienie obrazów z Waranasi tylko się we mnie potęguje. Miejscowe kobiety używały lavoirs do prania, tu też pobierały wodę do gotowania.

Dwa razy do roku pranie stawało się rozbudowanym ceremoniałem i okazją do wspólnotowych spotkań. Prano wtedy wszystko. Ubrania, bieliznę. Tkaniny używane w gospodarstwie. Gromadzonym przez połowę roku popiołem wypełniano płócienne worki. Te polewano gorącą wodą i po umieszczeniu w specjalnych zbiornikach wykorzystywano do wybielania bielizny, czepców, obrusów.

Dzisiaj część zbiorników, jak ten w Doussard stoi pusta. Wyschłe gargulce pokrywa zszarzały grynszpan. Otaczają pajęcze sieci. W tym roku, lato było bardzo suche – mówi jeden z mieszkańców Marceau. Mało tej wody – dodaje że smutkiem.

Lavoirs uderzają swoją prostą urodą. Miejsca, poza tym, że są niemal zawsze zadaszone, skąpane są w kwiatach. Dla turysty lavoirs  są okazją do zatrzymania się. Wytchnienia w skwarze. Ochłody.  Choć tabliczki ostrzegają, że woda nie jest kontrolowana, jej szmer i niska temperatura kuszą, by jej zasmakować.

Lavoirs są cennym dopełnieniem pejzażu miejsca i jego historii. Na niektórych z nich pojawiają się inicjały fundatorów. Daty założenia. Niemal zawsze te same. Kamienne i półokrągło zakończone słupy z miejscowego, białego kamienia. Przez kamienne wanny przełożone są metalowe poręcze. Na nich zapewne składano ubrania. Te czyste i te czekające na swoją kolej…

Mrużę oczy i wokół pralni pojawiają się ponownie niewidzialne tu od dawna kobiety. Na zdjęciach z przeszłości widzę ich grupy skupione przy praniu. Czasami towarzyszą im małe dzieci. Te ostatnie przyniesione w drewnianych nosidełkach. Są starannie, acz nie za mocno opasane rzemieniem, który łączy je mocno z kołyską-nosidełkiem.

Lavoirs pojawiły się na terenach Francji pod koniec 18.wieku

W 1851 roku o ich prawnym statusie przesądziła ustawa gwarantująca dostęp do takich źródeł bieżącej wody mieszkańcom miast i wiosek na terenie Francji. Określała powinności gmin w zakresie organizacji takich miejsc. Księstwo Sabaudii wkroczyło w świat publicznych lavoirs po 1860 roku, po zajęciu go(?), włączeniu go w granice republiki (do dzisiaj trwają w tej kwestii spory bliskie śląskim dyskusjom). Takie też, głównie z końca 19.wieku pralnie można spotkać w Górnej Sabaudii.

Przestano z nich korzystać definitywnie w latach 60-tych XX wieku.

Ktoś powiedział, że kobiety (zapewne w miastach) wyzwoliła maszyna do pisania. No, może. Na południu Francji przepustką do wolności dla miejscowych kobiet stała się z pewnością pralka…

Moje pierwsze lavair, Marceau, Górna Sabaudia

Nowe funkcje lavoir, (Marceau, festiwal cydru)

Lavoir (Verthier; Górna Sabaudia) Lavoir (Verthier, widok ogólny)

Małe lavoir (Annecy, Górna Sabaudia)

Kościelne lavoir (Annecy, Górna Sabaudia)