Podróż na Północ. Epilog historii Samuela Hirscha. Izrael (6)

Jadę na północ. Opuszczam Tel Awiw i jadę do miejsca, istotnego dla mojej opowieści o Samuelu (Franz) Hirschu. Ważnego dla zrozumienia jego życia po opuszczeniu Beuthen. To będzie symboliczny koniec opowieści o Samuelu Hirschu, lecz nie koniec  spotkań z rodziną Hirsch i historii bytomskich Żydów.

Północe dwie

Ale na jaką północ się wybieram? Tę na miejscu, powyżej Hajfy i w kierunku Góry Karmel? Czy będzie to wędrówka gdzieś w okolice Rygi, niegdyś polskiej Kurlandii i Lipawy, która po II rozbiorze stała się jedynym portem polskim nad Bałtykiem, który należał do Korony od 1793 do 1795 roku?

Kilka zdjęć na ścianie domu Samuela Hirscha (którego już nie ma, ale którego pamięci strzeże Hannah Kramer, pochodząca z łotewskiej  Liepāja (pol. Lipawa) wdowa po nim), podważy jednoznaczność Północy w tej topografii.

Tymczasem Izrael. Podróż na północ. Jedziemy płatną A6. Wiedzie z Tel-Awiwu przez stosunkowo zielone tereny, choć im dalej na północ, tym bardziej jest to zieleń wydzierana lub wydarta naturze. Na kilkudziesięciokilometrowych odcinkach po mojej prawej stronie rozciąga się mur graniczny z Autonomią Palestyńską. Szary i bez obrazów Banksy’ego  jest smutnym przypomnieniem muru ze śródmieścia Wschodniego Berlina.

Wiele jest w nim z tamtego. Wieżyczki wartownicze o nieco większych kapeluszach i jakby bardziej rozłożyste. Mimo to przypominają tamten berliński. Czarne otwory strzelnicze.

Odwracam wzrok, tak jest łatwiej. Dzisiaj zresztą nie chce nic o nim wiedzieć. Nie rozwiążę niczego. Ani sensu jego istnienia, ani nie znajdę dość dobrej odpowiedzi na pytanie dlaczego.

Tuż za murem i dalej, po horyzont widać kolejne arabskie, palestyńskie miasta. Minarety. Często po kilka w jednej osadzie. Pamiętam też już z pierwszej wizyty w Izraelu, że to co za murem jest bardziej szare. Mniej tam zieleni, soczystych jej odcieni.

Moszawa

Dojeżdżamy do Jokne’am. Właściwie tuż przed miastem skręcamy na jednym z rond w prawo i docieramy do Jokne’am Moszawa, dawnej spółdzielni, którą w 1935 roku założyli między innymi syjoniści wszelkiej orientacji i żydowscy imigranci między innymi z niemieckiego Bytomia i polskiego Bielska. Na zdjęciach publikowanych przez Jacka Proszyka („Życie według wartości. Żydowscy liberałowie, ortodoksi i syjoniści w Bielsku – Białej, Jaworze 2012), widać tamten czas i młodych Żydów pracujących przy budowie domów, odwiertów artezyjskich. Na zdjęciach dominuje syjonistyczny entuzjazm i szeroki uśmiech. W listach do domów więcej jest już prawdy. Opisów trudów zamieszkiwania na nieużytkach, złej sytuacji ekonomicznej i tego, że bycie pionierem oznacza czasami klepanie biedy, której nie znało się przed emigracją.

Współczesna moszawa przypomina plan wioski, jaki spotkalibyśmy na kontynencie. Jest jakiś centralny punkt, dawna obora i silos zbożowy zamieniony na sklep, dom kultury i lokalną, bardzo cenioną koszerną  restaurację Tanduka.

Obok plac, dawne zabudowania rady (dzisiaj szkoła) i prosty budynek synagogi. W niej śpiewał Samuel Hirsch. Nie zawsze. czasami. Tam też znajdziemy tabliczkę z jego imieniem i nazwiskiem, jaką tradycyjnie umieszcza się w domu modlitwy po śmierci członka wspólnoty.

Wnętrze synagogi w Jokneam Synagoga w Jokneam, fasada

Tablica z synagogi; inskrypcje odnoszące sie do Martina i Samuela Hirsch

Dzisiaj Jokne’am wita przybysza starą zielenią wysokich drzew, cieniem potężnych eukaliptusów zabijających wylęgarnie malarycznych komarów. Widok domków schowanych w zieleni. Nieco małych, przycupniętych do ziemi, ale przypominających podobne z Europy. Z tą różnicą, że miast jabłoni skrywają się w cieniu dawanym przez drzewa cytrynowe i pomarańczowe.

Stara tablica - dom Hirschów

Dom Samuela i Hannah Hirsch (d. Kramer) Jokneam, 2017 Eukaliptusy w Jokneam, (Izrael marzec 2017)

Zdjęcia i wspomnienia

Zanim jednak się rozglądnę, wysiądę z samochodu, przywołuje inne obrazy. Jest ich w istocie kilka. To zdjęcia z rodzinnych albumów rodziny Hirsch.

Na jednym z nich jest Leopold Saul Kramer. Elegancki łotewski Żyd, biznesmen z Libau (łot. Liepāja). Stoi na nabrzeżu gdyńskiego portu. W tle MS Polonia z podanym na burcie portem macierzystym w Gdyni. Statek dość słynny, bo nie tylko z tego powodu, że odbywał regularne rejsy między Europą, a Hajfą do 1939 roku. To na jego pokładzie doszło do słynnego i potężnego przemytu broni do Palestyny w 1936 roku. Tymczasem jest rok 1935 i Leopold Saul Kramer rozpoczyna swoją podróż do Hajfy. W Palestynie był już rok wcześniej, by kupić ziemię w moszawa w Jokne’am. Teraz definitywnie opuszcza rodzinną Łotwę, a wcześniej Lipawę. Wraz z nim są żona Deborah i córka Hannah, która ma wtedy 9 lat. Nie boi się podróży. Ufa rodzicom i w to, że jej tate wie co robi. W 1937 roku także na pokładzie MS Polonia przybędzie do Hajfy Samuel Hirsch. Dziesięć lat później pobierze się z Hannah.

Lipawa

Tymczasem powróćmy do zdjęć z Lipawy.

Grupa jest liczniejsza. Nie ma fotografii, na której byliby wszyscy. Wraz z nimi podróżuje kilka cioci i wujków, dzieci. Wszyscy są z Lipawy, a że w domu używa się hebrajskiego i niemieckiego, na długie dziesięciolecia wspomnienia krążyć będą wokół wyjazdu nazywanej z niemiecka Libau. W domu przez lata mówić się będzie po niemiecku, szczególnie gdy dorośli będą chcieli omówić coś poza wiedzą dzieci. A potem przestanie.

Żydzi z Niemiec, z Łotwy różnią się od innym żydowskich emigrantów. Są mocno zasymilowani z europejską kulturą. Pewni swojej pozycji. Łotewscy, podobnie jak ci z Niemiec, mówią po niemiecku. Wielu zabrało z sobą meble i przedmioty z „tamtego” świata. Do czasu Nocy Kryształowej mieli silne przywiązanie do kultury niemieckiej. No i noszą  marynarki. Z ich powodu, będą powszechnie przezywani przez miejscowych Żydów „Jekke” (niem Jacke – marynarka).

Niektórzy, przytłoczeni ciężką pracą i upałami, po krótkim pobycie zdecydują na powrót do Europy. W Palestynie – jak mówili – było dla nich po prostu za gorąco i tęsknią za domem. Powracają jeszcze przed wybuchem wojny na Łotwę. Żadne z nich nie przeżyje.

W 1935 roku, gdy Kramerowie opuszczali swój dom, w łotewskiej Lipawie mieszkało 7 379 Żydów. Wojnę przeżyje w ukryciu zaledwie dwudziestu, trzydziestu. Brak jest dokładnych danych.

Nic nie pozostanie z dwóch synagog zbudowanych w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Główna (chóralna) synagoga stała w zabytkowym centrum miasta, a druga – w jej nowej części. Żydzi do Lipawy przybywali z Rosji, Polski i Litwy. Żyli tu lata całe nielegalnie. Działo się tak po części dlatego, że port w Lipawie był jednym z największych europejskich portów tranzytowych dla żydowskich emigrantów. W okresie między rokiem 1906, a 1910 właśnie z tego miejsca Imperium Rosyjskie opuściło ponad 100 000 osób.

1941

Los społeczności żydowskiej przypieczętowały dwa zdarzenia.

Dekret Stalina, wydany tuż przed wybuchem wojny 14 czerwca 1941 r., zaprowadził 181 Żydów lipawskich, w większości niemieckojęzycznych,  na Syberię. Większość nie przeżyła.

Gdy pod koniec czerwca 1941 r. do Lipawy wkroczyły wojska Wehrmachtu, w mieście nadal było około 7 000 Żydów. Także ci z terenów podmiejskich zostali przetransportowani do Lipawy. W pierwszych dniach po wkroczeniu nazistów w centrum miasta zastrzelono 33 Żydów.

8 i 9 lipca 1941 r. setki żydowskich mężczyzn zostało przetransportowanych z miejscowego więzienia nad morze i tam (na południe od miejscowej latarni morskiej) zostali wymordowani przez plutony egzekucyjne. Pod koniec lipca 1941 r. doszło do masowych egzekucji przeprowadzonych przez Niemców i jednostki paramilitarne Łotyszy w znajdującej się na północ od Lipawy, Skede. W okresie między 15, a 17 grudnia 1941 r. zamordowano 2 773 Żydów.

Był to koniec istnienia społeczności żydowskiej w Lipawie i śmierć wszystkich krewnych Hannah Kramer.

Zdjęcie klasowe i smak bałtyckich szprotek

Tego wszystkiego nie dowiaduję się jednak w Jokne’am. Sięgam do źródeł, sprawdzam. Wszystko dlatego, że gdy jestem już w domu 91-letniej Hannah Hirsch, z domuKramer, pokazuje mi pewne zdjęcie, a może to ja widząc je na ścianie pytam, co przedstawia? Pytanie jest nieco oczywiste, to co widać na fotografii mówi już wiele.

To zbiorowy portret szkolny. Więcej niż liczna gromadka dzieci (jest ich blisko, a może więcej niż 100) otacza dorosłych.  To nauczyciele. Hannah Hirsch pomaga mi w odnalezieniu jej na fotografii. Mama Hannah, Deborah Kramer specjalnie na tę okazję uszyła jej jedwabną sukienkę. „Przyjście do szkoły fotografa to było wielkie święto”- mówi. Po czym dodaje. „Poza mną, nikt z tej fotografii nie przeżył…” „Tylu nas było i nikt poza mną”.

Szkolne zdjęcie z Lipawy, ok. 1933 Hannah Kramer - Hirsch (detal)

Stawianie kropki nad i

Rozmawiamy, czasami przechodzimy na niemiecki. Język ważny, dzisiaj wywołuje wzruszenie, ale po wszystkich tych latach, został wyparty i nieco zapomniany. Gdy na stół w kuchni jako prezent trafiają wędzone szprotki z Rygi kupione w delikatesach w Tel Awiwie (nie ja je przywiozłem), powracają na moment wspomnienia z Łotwy, z początków życia w Izraelu, trudu wychowywania czwórki dzieci, jakie miał Samuel (Franz) Hirsch i Hannah Hirsch z domu Kramer mieli w Jokne’am. Dla mojej opowieści najważniejsza pozostanie Michal. To ona we wrześniu 2016 roku odwiedziła Bytom i wraz z mężem Haim Noy, uczestniczyła w prezentacji kipy Samuela Hirscha. Ona też przywozi mnie do Jokne’am i oboje wiemy, że było to konieczne by historia  kipy z Bytomia zatoczyła swój krąg i się domknęła…

Hannah Hirsch (d. Kramer) przed swoim domem wraz z córkami Michal i Gila, Jokneam 2017

Obok pokoju, w którym się spotykamy, ostatnie tygodnie życia spędził Samuel Hirsch. Prowadzony przez Michal, bardzo dyskretnie spoza progu rzucam okiem na przyciemnione wnętrze. Niewiele się od tego czasu zmieniło.

Na ścianach zdjęcia. Niemal vis a vis łóżka Samuela Hirscha wisi fotografia jego dziadka i ojca Martina Hirscha. Tego, który znalazł kipę na zgliszczach bytomskiej synagogi.

Jerozolima. Esej fotograficzny – pierwszy . Izrael (5)

Trudno jest coś napisać o tym miejscu, czego by nie napisano. Nie zabrzmi oryginalnie informacja, że ma więcej imion niż większość miast na świecie. Syjon, Jeruzalem, Ariel, miasto Dawidowe… Jerozolima.

Podróż z Tel Awiwu, do centralnego dworca Jerozolimy, zajmuje około 50 minut. Autobus nr 405, wyposażony w doskonałe łącze internetowe (jak wszystkie tutaj), mknie z przedmieść Tel Awiwu do Jerozolimy, unosząc na swym pokładzie ludzi takich jak ja, turystów, ale zdecydowanie dominują młodzi Izraelczycy. Większość z nich to żołnierze i żołnierki. Bertolt Brecht byłby zadziwiony tą zamianą sprawnej markietanki Mutter Courage, na równie przebojową kobietę-żołnierza, noszącego ciężki worek z czymś tam i karabin.

Kipy pasażerów widziane z tylu autobusu rytmicznie falują, gdy bierzemy kolejne zakręty wzgórz, zanim docieramy do Jerozolimy.

Izrael, z perspektywy nie-pielgrzyma jest co najmniej tyle wart, co doświadczenie pielgrzymie. Patrzę przez szybę autokaru i widzę z rzadka opuszczone osiedla w dolinach. Przypominają mi to, co w jakimś sensie jest niemal biblijnym wyobrażeniem tej ziemi. Kamienne domy, małe okna, sterczące drzewa oliwne w ich otoczeniu.

Podróż do i po Izraelu oznacza, że w miejsce tego co wokół i co naprawdę, wypełniamy swoją pamięć obrazami Ziemi Świętej do jakiej mentalnie tęsknimy, jaką znamy z literatury, Biblii lub po prostu z naszych o tym miejscu wyobrażeń. Przypomina mi to poszukiwania Japonii, jakiej podejmują się turyści przybywający na wyspy i mający w głowie, w miejsce wrażliwości na to co zobaczą, obrazy wyniesione z drzeworytów Hiroshige, kadrów Kurosawy, czy komiksów manga. W końcu nie widza niczego i wracają rozczarowani.

Jerozolima wita mnie wiszącym mostem Harfą Dawida, który znajduje się w pobliżu dworca autobusowego i – co z uwagą zauważam – niemal w sąsiedztwie izraelskiego ministerstwa finansów.

Kilka kroków dalej, znajduję przystanek tramwaju linii nr 1 i po pomocy udzielonej mi przez uczynnego pracownika komunikacji miejskiej mam w ręku bilet na podróż w okolice starego miasta i Bramy Nowej w pobliżu Wieży Dawida. Po raz kolejny przekonuję się w Izraelu, jak w niewielkim stopniu pomaga tutaj j. angielski. Przynajmniej automat do biletów nie mówi w tym języku i bez pomocy odzianego w pomarańczową kurtkę pracownika  pomagającego takim nieszczęśnikom jak ja, spędziłbym przy nim dodatkowe minuty, odczytując nieznany mi hebrajski, oczywiście zapominając, że mam czytać  od prawej do lewej i poszukiwać sensów, których nie odnajdę.

Sunę ulicami miasta w nowoczesnym cielsku tramwaju. Kilkadziesiąt minut i docieram w okolice miejscowego ratusza. Tuż obok wyrastają mury starego miasta. Biały i żółciejący kamień z jakiego wzniesiono Jerozolimę daje mi poczucie przynależenia i bezpieczeństwa. Odtąd będzie mi towarzyszył przez cały czas. Nie mogę inaczej widzieć tego miasta, niż przez pryzmat bieli jego kamieni.

Jest też inna perspektywa. Sugestywne i porywające wizje bł. Anny Katarzyny Emmerich. Idealne wprowadzenie do tego, by przejście przez stacje drogi krzyżowej na Via Dolorosa, stało się czymś więcej niż prostym spacerem, przerywanym głosami sprzedawców i potknięć o schody lub zderzeń z innymi przechodniami. Zanurzam się w miasto.

Jerozolima. Zapis fotograficzny pewnego wczesnomarcowego dnia.

Terra sancta Holy Land (Christian Section)

Własna droga / My own way (Jerozolima, 2017) Na ulicy / In the street (Jerozolima- Jerusalem, Israel, 2017)

Scene in the city / Sena uliczna (Jerozolima) Heading for the Western Wall / Jadac w stronę Murru Zachodniego (Jerozolima, 2017)

Via Dolorosa, Jeruzalem Droga. Stacja trzecia. Via Dolorosa Station 3.

 Jerusalem web /Pajęczyna Jeruzalem Uliczki Starego Miasta - Złota Kopuła

 Pepek świata / The very center of the world (Jerusalem, The Church of the Holy Sepulchre)

The place/ To miejsce (The Church of the Holy Sepulchre - Bazylika Grobu Bożego)

 Holy Sepulchre / Grób Boży (Jerozolima) Kaplica Grób Boży po remoncie / The Chapel of the Holy Sepulchre (after renovation in early 2017)

Kobiety na Gogocie / Women on Calvary(The Church of the Holy Sepulchre / Bazylika Grobu Bożego)  Golgota / Calvary

Orthodox monk / Mnich ortodoksyjny 

Krzyże / Crosses (left by Crusaders)

 Meeting / Spotkanie (Jerozolima, Bazylika Grobu)

Dotknięcie / Touch (Stone of the last The Stone of Anointing) Dotyk / Touch (2nd version)

Western Wall / Ściana Zachodnia (1) Western Wall / Ściana Zachodnia (2) Western Wall / Ściana Zachodnia (3)

Popatrz! / See there! Western Wall / Ściana Zachodnia, Jerozolima At the Western Wall / Przy Murze Zachodnim

Modlitwa / A Prayer (Jerozolima)

Flagi / Israel (Old Jerusalem, Jeiwish Section)

Coming out of the shadow / Wychodzenie z cienia (Latin Section, Jerusalem)

Co ja tutaj robię? What Am I doing here (Jewish Section, Jerusalem)  

Starwberries / Truskawki (Close to Damascus Gate / Pobliże Bramy Damaszku ( Jeruzalem) Handlarz dywanów (Jeruzalem) / Salesman of the carpets, Jerusalem

Wspinaczka do nieba / Stairway to heaven (Western Wall)

Paradies'gardens / Rajskie ogrody (Jeruzalem) Mon over the city / Księżyc nad miastem

Jerozolima. Drzwi do świata chrześcijan. Izrael (4)

Prawo wyłącznego posiadania kluczy do Bazyliki Bożego Grobu i korzystania z nich należy do dwóch rodzin muzułmańskich: Dżuda i Nusajba.

Jest częścią obowiązującego od 1757 roku Status Quo regulującego stosunki między wyznaniami chrześcijańskimi na terenie bazyliki. Status quo to porządek prawny, który dobrowolnie przyjął na siebie świat chrześcijański, skłócony i do niedawna brnący w małostkowych sporach.

Rodziny odpowiedzialne za otwieranie drzwi  robią to na mocy prawa przyznanego im w 1246 roku przez As-Salih Ajjub, kalifa z dynastii Ajjubidów. Status Quo jedynie utrwalił tę tradycję.

Codzienne ceremonie otwierania i zamykania drzwi są szczegółowo uregulowane i można je przeprowadzić na trzy różne sposoby. Rytuał otwierania bazyliki rozpoczyna się w dokładnie wyznaczonych godzinach.

Wersja podstawowa polega na tym, że zakrystian wyznaczony z grona trzech osób pełniących tę funkcję, uchyla tylko jedno skrzydło.

Wariant drugi pozwala na otworzenie obu skrzydeł – lewego przez zakrystiana, a prawego przez klucznika.

Trzeci, uroczysty sposób, stosowany jest w dni świąteczne między innymi w soboty Wielkiego Postu.

Zakrystianie zbierają się wewnątrz bazyliki przy bramie. Mieszkający poza bazyliką klucznik (siedziba strażników tzw. muslim guard mieści się wewnątrz bazyliki na lewo od wejścia), przychodzi o ściśle określonej porze. Po otworzeniu przez klucznika małego okienka w skrzydle bramy, zakrystianie wysuwają na zewnątrz drabinę, która zostaje oparta o bramę i służy mu do sięgnięcia do górnego skobla.

Operacja zamykania przebiega w odwrotnej kolejności. Za każdorazowe otwieranie i zamykanie bramy, klucznik otrzymuje wynagrodzenie. Sowite mam nadzieję.

Mijając drzwi bazyliki, zabieram ze sobą wspomnienie odnowionego po ponad dwustu latach sporów i kłótni Grobu Bożego.

Odzyskuję wiarę, że również zwyczaj otwierania i zamykania drzwi ustanie, a coś tak prozaicznego jak przekręcanie klucza w zamku do świątyni, nie będzie wywoływało dreszcz emocji w chrześcijańskim świecie…

Zamek (Bazylika Grobu Bożego, Jerozolima) Zamek (Bazylika Grobu Bożego, Jerozolima)

Drzwi do bazyliki (Bazylika Grobu Bożego, Jerozolima)

Spotkanie w drzwiach (Bazylika Grobu Bożego, Jerozolima) Drabina (Bazylika Grobu Bożego, Jerozolima)

Jerozolimska bar micwa. Izrael (3)

Jerozolima. Żydowska część miasta.

Ściana Zachodnia, a właściwie jej 48 metrowy fragment zarezerwowany wyłącznie dla mężczyzn. Widok kamiennych ciosów uzupełniają tym razem dwie nastawy Aron ha kodesz, w których przechowywane są święte zwoje Tory. Widzę je ilekroć przesuwana jest dekoracyjna tkanina parochetu osłaniająca zawartość Świętej Arki.

Cztery lata temu ich tam nie było. Wówczas ściana świątynna była bardziej atrakcją turystyczną niż miejscem, gdzie profanum w tak przekonywający sposób przeistacza się w sacrum.

Stoję ze swoją gliwicką jarmułką (jej losy to zupełnie inna , długa historia) przy murze i obserwuję to, co się dzieje. Niemal taśmowo odbywają  się tego dnia (jest marcowy poniedziałek) bar micwy, jedna po drugiej.

Ich uczestnicy w religijnym zapale i uniesieniu niemal unoszą na swoich barkach żydowskich chłopców, którzy już za chwilę staną się mężczyznami i pełnoprawnymi członkami wspólnoty.

Błyskawicznie unoszone są zwoje tory. Grupki szybko docierają w pobliże ogrodzenia, za którą znajduje się  kobieca część placu przed świątynnym murem.

Otulona w ozdobna sukienkę, Tora trafia na pokryty aksamitem stół zaaranżowanej w ten sposób bimy.

Wszyscy w napięciu wsłuchują się w słowa Pięcioksięgu. Kilka słów komentarza wypowiadane przez chłopca, po czym  grupa radośnie wykrzykuje niezrozumiałe dla mnie słowa. Po chwili już wiadomo, że chłopiec pożegnał się z dzieciństwem i osiągnął  pełnoletniość wobec prawa i wspólnoty. Kobiety –  ich matki, babcie i siostry obserwują to wszystko zza ogrodzenia. Są, ale jakby ich nie ma…

Tego dnia, w ciągu jednej godziny czynność ta powtarza się kilkakrotnie.

Słowa wędrują z placu przed murem prosto do nieba… przemieszane z  tym co codzienne i nieodświętne.

***

Wikipedia mówi:

Bar micwa (hebr. בר מצוה syn przykazania) – uroczystość żydowska, obchodzona od XIV w. Podczas takiej uroczystości chłopiec żydowski staje się pełnoletni wobec prawa.

Pierwszego dnia po 13. urodzinach chłopców uznaje się za dorosłych (tj. zdolnych do przestrzegania przykazań Prawa Mojżeszowego). Od tego czasu są odpowiedzialni przed Bogiem za swe czyny. Mogą brać pełny udział w uroczystościach religijnych, odbywających się w synagodze.

Podczas uroczystości bar micwy chłopcy wzywani są po raz pierwszy do odczytania fragmentu Tory oraz wygłoszenia do niej komentarza.

Chłopcu zakłada się wtedy tefilin, czyli „filakteria” – małe, skórzane pudełeczka, które zawierają napisane na pergaminie wersety Tory. Jedno z takich dwóch pudełeczek znajduje się na czole, a drugie przymocowane jest do lewego ramienia u praworękich (u leworękich do prawego). Oznacza to, że chłopiec oddaje się na służbę Bogu wolą, czynem i rozumem. Wtedy otrzymuje również od rabina torę i modlitewnik. W XX w. podobne ceremonie zostały wprowadzone także dla dziewcząt (bat micwy).

Początek (cykl: Bar micwa, Jerozolima 2017) Radosny pochód (cykl: Bar micwa, Jerozolima 2017)

Otwieranie księgi (cykl: Bar micwa) Znajdowanie słów (cykl: Bar micwa)

Bar micwa. Już po (cykl: Bar micwa, Jerozolima, 2017)

Tora powraca (cykl: Bar micwa, Jerozolima 2017) Powrót Tory (cykl: Bar micwa, Jerozolima, 2017)

Pamiątkowe zdjęcie (cykl: Bar micwa, Jerozolima 2017)

Znajdowanie słów (cykl: Bar micwa, Jerozolima, 2017)

48 metrów (Ściana Zachodnia, Cykl Bar micwa, 2017) Sacra conversazione. (cykl: Bar micwa, Jerozolima 2017)

Zanim Bar micwa (cykl: Bar micwa, Ściana Płaczu, Jerozolima)

Luksusowe żagle nad Tel Awiwem. Izrael (2)

Stare kino. Kronika PAT-u. Reportaż Romualda Gantkowskiego. Jest lato roku 1939.

Na ekranie najpierw widać  miasto z samolotu, a potem przed naszymi oczami pojawiają się już rozświetlone letnim słońcem białe budynki i ulice Tel Awiwu. Miasto liczy wówczas 50 tysięcy mieszkańców i jest spełnieniem snów. O nowym początku, o modernistycznej, a może tylko luksusowej  architekturze trzeciej dekady 20. wieku, jakiej w takim nagromadzeniu nie było nigdzie w Europie.  W stosunku do skali Tel Awiwu niczym jawią się eksperymenty wystawy WUWA we Wrocławiu (1929) czy realizacja osiedla Weissenhoff w Stuttgarcie w 1927 roku.

Kamera rozpoczyna spacer po mieście od Placu Meir Dizengoffa, założyciela miasta i pierwszego burmistrza Tel Awiwu. Krąży po Placu Króla Dawida. Nowo budowanym porcie i elektrowni miasta. Takie bliskowschodnie „Metropolis” na skalę i rozmiar brytyjskiej Palestyny. Jest prąd, jest trud człowieka i nowa forma miasta wyrastającego z niebytu. Taki przekaz. Taki obraz.

Prawdę mówiąc miejsca pokazywane na filmie  nie zmieniły się, by ich nie rozpoznać we współczesnym mieście. Raczej ogarnia nas lekki niepokój, że w stosunku do współczesnego obrazu Tel Awiwu, brak jest jedynie brytyjskich posterunkowych, czerwonych skrzynek królewskiej poczty i angielskojęzycznych szyldów i drogowskazów, których dzisiaj już zdecydowanie mniej w tej części miasta i w ogóle w Tel Awiwie.

Podobnie i dzisiaj spotkanie z Białym Tel Awiwem, można rozpocząć od obu tych miejsc, które intrygowały filmowców blisko 80 lat temu. Spacer po Białym Tel Awiwie można też rozpocząć z innego dowolnie wybranego miejsca w okolicach Bulwaru Rothschilda czy ulicy Allenby, jednej z pierwszych wytyczonych w tym mieście.

Nadal ponad jeden z narożników Placu Króla Dawida wyrasta dynamiczna i opływowa architektura Poli House, wzniesionego w 1934 roku apartamentowca, zaprojektowanego przez Schlomo Liasowskiego. Zrewitalizowany (jego inwestorem był Yehuda Polishuk stąd współczesna nazwa Poli House) jest jednym z hoteli w sieci luksusowych i dizajnerskich Brown Hotels.

Wizyta na placu jest cenna także z innego powodu. Plac Króla Dawida daje  pojęcie o czymś, co jeszcze nie tak dawno działo się w Tel Awiwie i pozwala zobaczyć jak to niegdyś Białe Miasto, zszarzało.  Na przestrzeni minionych 50-ciu lat biel tynków i gładzi elewacji domów  z lat trzydziestych minionego wieku sczerniała i  pokryła się plątaniną nadbudówek i ścianek. Fasady zostały zaś przysłonięte przez nowe otwory okienne, instalacje klimatyzatorów lub po prostu popadły w ruinę, porzucone przez swoich pierwotnych właścicieli.

Tak szaro wyglądał niegdyś cały Biały Tel Awiw jeszcze na początku tego wieku. Stan ten zmienił się po 2003 roku, gdy ponad cztery tysiące budynków wzniesionych w latach trzydziestych i czterdziestych 20.wieku, które znajdują się  na obszarze pierwotnego centrum Tel Avivu  (w kształcie zadanym mu przez urbanistę Patricka Geddes’a po 1929 roku) zostało objęte ochroną i wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Czym jest Biały Tel Awiw? Miastem z marzeń? Kaprysem bogatych inwestorów? Tworem marzycieli i fantastów architektury? Wszystkim po trosze.

Na początku była wizja Meira Dizengoffa, obraz  miasta nowego i niepodobnego do innych. Niemożliwego, bo budowanego na nadmorskich wydmach, a kto buduje na piasku poza szaleńcami? Funkcjonalnego i przyjaznego ludziom, społecznie dostosowanego i odżegnującego się od obrazu miasta przeludnionego i znieprawionego, jaki odnaleźć możemy na berlińskich obrazach Ernsta Ludwiga Kirchnera i współczesnych mu ekspresjonistów.

Była to wizja miasta, która spotkała się nie tylko z żywą odpowiedzią ze strony żydowskich architektów, którzy zaczęli napływać do Palestyny, głównie z terenu Niemiec, gdzie począwszy od 1933 aktywność ruchów związanych z Nową Rzeczowością (Neue Sachlichkeit) została ograniczona niemal do zera.  Architekci owi byli emigrantami ogarniętymi albo ideą syjonizmu lub jak Erich Mendelsohn (do niedawna członek Pruskiej Akademii Sztuk z której go bezceremonialnie wyrzucono w 1933 r.), wygnańcami poszukującymi nowej drogi.

Równie istotne dla takiego rozwoju zdarzeń było to, że ów ruch budowlany znalazł oparcie u miejscowych i europejskich inwestorów, ludzi zamożnych, którzy postanowili dać szansę  początkującym architektom i uznanym gigantom moderny. To, co zostało potem okrzyknięte przez nazistów  mianem sztuki i architektury wynaturzonej, na bielejących wydmach koło arabskiej Jaffy, znalazło życzliwą i szeroką akceptację.

W gronie przybyszy najważniejszą rolę odegrało zaledwie kilku absolwentów Bauhausu (tacy jak Arieh Sharon, czy Munio Weinraub). Inni to  Dov Carmi i Zeev Rechter, Pinchas Hueth, Josef Neufeld, Genia Averbuch,  czy powiązany z Miesem van der Rohe, Richard Kauffmann.

Pośród przybyszy do Tel Avivu znalazł się też cieszący się już światową sławą, wspomniany wcześniej Erich Mendelsohn. Nie pozostał tu jednak zbyt długo. Wybrał Amerykę.  Patrząc wszakże na falujące elewacje wielu spośród budynków Białego Tel Awiwu, odnoszę wrażenie jego wszechobecności w tej części miasta i patrząc na nie mam przed oczyma  jego ostatnie realizacje z Niemiec Weimarskich w Chemnitz (Schocken Kaufhaus), czy z Berlina (Columbus Haus). Katy proste elewacji domów i willi przy reprezentacyjnym bulwarze Rothschilda przypominają mi jego Sedenhaus Weichmann z Gliwic.

Wśród historyków architektury wciąż trwają dyskusje na temat tego, jak dalece w przypadku Białego Tel Awiwu uprawnione jest mówienie o tak jednoznacznym oddziaływaniu szkoły Bauhausu na to co działo się w architekturze tego miasta.

Patrząc na Białe Miasto, uważam, że  jest to swoisty rodzaj syntezy tego, co na grunt tego miasta i społeczności poszukującej tu swojej nowej tożsamości (narodowej i artystycznej) przynieśli  architekci ukształtowani przez awangardę europejską okresu międzywojnia.

Większość z nich pochodziła z Europy, jednak niewielu w istocie wprost powiązanych było z gigantami architektury tego okresu: Gropiusem, van der Rohe, czy Le Corbusierem i Mendelsohnem. Postawiłbym więc raczej tezę, że w przypadku Tel Awiwu mamy do czynienia z pierwszą tak masową recepcją, interpretacją i reakcją na tradycję modernistyczną, zrodzoną kilka i kilkanaście lat wcześniej. I to właśnie stanowi o wyjątkowości tego miejsca i fenomenie Białego Miasta.

Chodząc ulicami Białego Miasta (White City) trudno się uwolnić od wrażenia,  że to miejsce starcia wielu tradycji modernistycznych. Z jednej strony architektura ta miała ambicję zaznaczenia silnego nurtu funkcjonalistycznego  (co było bliskie estetyce i myśli van der Rohe czy Le Corbusiera przede wszystkim), z drugiej zaś strony niosła ze sobą element estetyzującej ekspresji i dynamiki, która (gdy patrzymy na wybiegające tarasy i balkony domów wokół Placu Dizengoffa), jest przypomnieniem mieszanych intencji Gropiusa, jak pisał o jego architekturze  Charles Jencks. Jencks pisząc to wskazał na coś, co dostrzegam w Tel Awiwie i zabudowie Białego miasta. Zderzanie idei maszyny do mieszkania z ekspresją  i estetyką form klasycznych, gotycyzujących czy nowocześnie ekspresjonicznych, jak u Mendelsohna.

Taki właśnie jest architektoniczny obraz Białego Tel Awiwu. Co jednak ciekawe (zważywszy na tradycje awangard początku 20. wieku) wątek społeczny architektury zrodzonej z ducha Bauhausu, gdzieś zniknął  w Tel Awiwie.  To co oglądamy, to w istocie droga architektura  willowa, luksusowe apartamentowce. Architektura idąca już własną drogą i bardzo powierzchownie odwołująca się do ideologii rewolty i  misji architektury, jako czynnika zmiany społecznej.

Wszystko to jednak nie zmienia odczucia, iż Białe Miasto jest w sensie przestrzennym i w odniesieniu do poszczególnych projektów, zjawiskiem nader interesującym. Wartym spaceru i refleksji.

Białe Miasto wytworzyło swoje własne Leitmotivy: kody architektoniczne (termometrowe okna, opływowe fasady, balkony; taśmowe układy okien) czy (co widać doskonale na przykładzie zrewitalizowanego obecnie  dawnego Cinema Esther – obecnie Cinema Hotel) i  formy dizajnu przedmiotu i detalu architektonicznego opartego na kącie prostym i swoistym flircie z geometrycznym art deco.

Estetyka białego putzu (nazywanego Waschputz)  pokrywającego każdy metr kwadratowy nowej architektury, jak niegdyś piasek miejscowe wydmy…

Białe Miasto, skąpane w błękicie nieba i szmaragdzie morza odbijającego się od plaż i brzegów Tel Awiwu. Znowu rozwija swoje białe żagle…

Stary Biały Tel Awiw (Plac Króla Dawida) Stary Biały Tel Awiw, Hakarmel)

Poli Hotel (1933-34) Plac Króla Dawida Poli House (tablica fundacyjna)

Dizengoff Cicrle (94-96), 1936 (m.in. siedziba Cinema Esther)  Fragment zabudowy (Dizengoff Circle, Tel Awiw)

Łuki, fragment budynku przy rondzie Dizengoffa - Białe Miasta, Tel Awiw

Hotel Cinema, Tel Awiw Cinema Hotel, wnętrze d. Cinema Esther

  Wnętrze dawnego Cinema Esther (obecnie Hotel Cinema) Cienie, klatka schodowa d. Cinema Esther,

Detal poręczy (Ciname Hotel  Segregatory z d. Cinema Esther, (obecnie Hotel Cinema)

Plakat d. Cinema Esther (wnętrze Hotelu Cinema)

Hotel Cinema - klatka widok z góry; na parterze historyczny projektor kinowy

White Tel Awiw (fragment elewacji domu rodziny Ariav, 1933) Ariav House Tel Awiw, 1933 (rewitalizacja 2016)

Budynek przy bulwarze Rotschilda (zdj. archiwalne) Rewitalizacja apartamentowca przy Bulwarze Rothschilda (obiekt z 1933-34)

Fragment domu przy Rothschild Blvd / róg Bar Ilan Street 17

Dom Sary Rappaport (Rotschild Blv. 118, 1933) (ciekawy przykład użycia tzw. okien termomentrowych w doświetleniu klatki schodowej)

Willa rodziny Sadowski, archit. Carl Rubin, 1933 Fragment elewacji willi Sadowski

Melchet Str 23 (realizacja z 1933 r.)

Szabasowa winda. Izrael (1)

Szabas dla gościa ortodoksyjnego hotelu w Tel-Awiwie oznacza kilka zmian w stosunku do rutyny pozostałych dni tygodnia.
Gdy w piątkowy wieczór (tym razem po 16.30) rozpoczął się czas świętowania, zupełnie nieopatrznie wsiadłem do „szabasowej” windy (hotel reklamował ją na swoich stronach do czego oczywiście nie przykładałem żadnego znaczenia), a ta „sama z siebie” jęła się zatrzymywać na każdym piętrze podstarzałego hotelu w centrum Ramat Gan. Dzięki temu, jak dowiedziałem się później, ortodoksyjny wyznawca judaizmu nie narusza zasady powstrzymania się od wszelkich czynności, które można uznać za pracę… Zwolnienie go z konieczności wykonywania pracy, czyli naciskania przycisków pięter w windzie, wydało mi się zakazem tyleż oryginalnym, co nieco anachronicznym…

Poza tym, że była to jedna z najdłuższych podróży windą jaką kiedykolwiek odbyłem ( mieszkałem na 10.piętrze hotelu, oddychając z ulgą, że nie dano mi pokoju na 16. kondygnacji), mogłem pocieszać się tym, że na szczęście istnieje zasada pikuach nefesz zezwalająca na łamanie zakazów szabasu w przypadku zagrożenia życia. Ta dawała mi przez kolejne dni wątłą nadzieję, że w przypadku zatrzymania się między piętrami, ktoś jednak wyciągnie do mnie pomocną dłoń i nie skaże na dwudniowe przebywanie w szybie hotelowej windy bez jedzenia i picia… uznając to za rodzaj zagrożenia dla mego jestestwa… (to z lekka naciągana interpretacja wskazań Tory, ale może by zadziałała?)
Oderwanie się od codziennych i przyziemnych spraw, co nakazuje tradycja szabasu, obeszła mnie już bardziej osobiście, gdy od czasu do czasu nagle w hotelowym pokoju brakowało prądu, a ciepła woda (ogrzewana współczesnym ogniem, czyli elektrycznie) zamieniała się pod prysznicem w lodowatą strugę. Drobiazgiem było to, że hotelowy router Wi-Fi padał pozbawiony zasilania i ogólnie rzeczywistość, choć odświętna, szarzała i zawężała się do wymiarów pokoju, w którym mieszkałem. A wszystko dlatego, że wzniecanie kiedyś ognia (zakazane w czasie święta), dzisiaj zrównane z uruchamianiem elektryczności, to inny rodzaj aktywności „wykluczonej”.
Nie ogarniałem, przyznaję, logiki tego ograniczenia, gdy śniadaniową kawę musiałem przygotować zalewając „neskę” niby-wrzątkiem o mocno obniżonej temperaturze, bo nie ma prądu lub właśnie go wyłączono… Nie to jednak szczerze mnie zadziwiło, a raczej fakt, że ekspres do kawy też w czas szabasu „nie pracuje”. Tym razem już z dwóch, „skumulowanych” powodów.
Jednym jest brak prądu, drugi (gdy prąd już jest) sprowadza się do fundamentalnej kwestii tego, czy można w czas szabasowego święta narażać kogokolwiek (kto naciśnie przycisk w ekspresie, by dokonać wyboru między cappuccino, espresso na przykład), na wykonywanie zabronionej pracy… By wybór ten nie rodził wątpliwości, ekspres na czas szabasu po prostu oficjalnie „nie działa”. Wtyczka do prądu, zbędna, smętnie zwisała z kontuaru… na którym tkwił bezczynnie.
Perspektywa tego, że przez najbliższe dwa dni nie będę mógł rozpocząć poranka od filiżanki mocnej dobrej kawy, nie wzbudzała mego entuzjazmu… W oczywisty sposób stan ten wymuszał poszukiwanie alternatywnego miejsca do jej spożycia.
Gdy w sobotni poranek opuszczam hotel jestem w pełni gotowy do stawienia czoła świątecznej rzeczywistości i odkrywania Izraela, którego tak naprawdę nie znam.
Byłem tutaj cztery lata temu, też w marcu. Działo się to w przededniu smutnego końca projektu nowej wystawy stałej w Muzeum Śląskim, wiec czas ten szczególnie dobrze pamiętam. Trudno jednak tamtą podróż uznać za szansę na jakieś szczególnie dogłębne poznanie Izraela. Nie mogła być nią wiedza wyniesiona z pielgrzymki do Jerozolimy, Jerycha, nad rzekę Jordan, Jezioro Tyberiadzkie, do Betlejem, czy do Nazaret.
Jeszcze tylko lekkie pchnięcie zazwyczaj samodzielnie otwierających się drzwi do i z hotelu, które w czas szabasu też ‘nie pracują’. Robię to już bez specjalnego zdziwienia (proces socjalizacji szybko postępuje) i w sumie to już nie wiem, co lepsze. Czy to, że prąd  pracuje za mnie i drzwi te otwiera, czy fakt, że to ja je pcham, nie czekając na to kiedy prąd będzie, a kiedy go zabraknie.
Tuż za drzwiami hotelu owiewa mnie ciepłe, choć wciąż rześkie powietrze. Niemal letnia temperatura poranka (na dworze jest około 18-19 stopni).

Szybko opuszczam ulice Ramat Gan w poszukiwaniu białego Tel Awiwu i tego co dalej. Sam jeszcze nie wiem jak i gdzie, i dlaczego…

Wschód Słońca nad Ramat Gan (Izrael)

Ponad dachami

Cieszyn na szczęście wciąż ten sam.

Nadal nieznany.

Poznawany w sposób, by nic nie tracił ze swojego uroku i mojej o nim niewiedzy.

Miejsce na granicy – historii, światów, pamięci.

Po długiej przerwie aparat wzięty do ręki.

Odżałowane kadry?

Nie wiem.

Czy przerwa nie była zbyt długa?

Okna Avionu (C. Tesin, 2017)

Dachy Cieszyna (1)

Oplatanie (dachy Cieszyna (2)

Mann znikąd

To nie pierwszy raz, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie wszystkie wątki, myśli i słowa spotykają się w jednym miejscu. Na początku jest tylko ten rodzaj zadziwienia, że „nie wiem i że  mi to umknęło”. Spóźnione pytanie „jak?” pozostające bez odpowiedzi.

Początek był banalny. Tak jak wówczas, gdy oglądając Nirgendwo in Africa (pol. Nigdzie w Afryce, 2003, reż. Caroline Link), dobiegł mnie dźwięk słów BreslauJuden. Stało się tak mimo tego, że wiedziałem, że film jest adaptacją autobiografii Stephanie Zweig. Śląskość filmu przykuła mnie do ekranu tym silniej. Kazała powracać do tego obrazu po wielokroć.

Breslau popłynęło z ekranu i tym razem w The Best of Men (pol. Najlepsi z najlepszych,  reż. Tim Whitby). A potem przemówił on – filmowy doktor Ludwig Guttmann…

Pomyślałem, jak niewiele wiem.

Jest w Toszku ulica dra Ludwiga Guttmanna, są dwie (szpitalne) tablice. W Chorzowie i Wrocławiu. Tyle.

A sztandarowa publikacja na temat wrocławskich Żydów Macieja Łagiewskiego (Wrocławscy Żydzi 1850-1944, Wrocław 2010), milczy na jego temat. Czy to nie irytuje?

Tost czyli odkrywanie Guttmanna

Ludwig Guttmann, choć fakt ten nie zawsze bywa odnotowywany wprost i jednoznacznie, był niemieckim Żydem urodzonym (3 lipca 1899 roku) na Górnym Śląsku. Tutaj też spędził swą młodość.

Wywodził się z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej mieszkającej w pruskim Toszku (wówczas Tost). Rodzina Ludwiga mieszkała w Toszku bardzo krótko, bo już rok później przeprowadziła się do Königshütte (Królewskiej Huty).

Dokumenty zgromadzone w Instytucie Leo Baecka w Berlinie dają nader skromny obraz społeczności żydowskiej w Toszku. Silnie z sobą związanej, mocno osadzonej w tradycji. Nielicznej. II wojna przyniosła całkowitą jej zagładę. Na miejscowym kirkucie zostało osiem macew. Zresztą, może dzisiaj jest ich jeszcze mniej…

Myśląc o żydowskim Toszku, wspominam go jednak w pierwszym rzędzie przez  pryzmat niezwykle zabawnej opowieści zachowanej w archiwach berlińskich i związanej z tym miasteczkiem. Historii z 1873 roku.

Jest w niej mowa o obchodach święta Purim w pruskim i zazwyczaj nobliwym Tost. Bawiono się tego dnia tak dobrze i beztrosko (co  jest częścią kolorytu i tradycji wpisanej w celebrowanie tego święta), że dopiero na miejscowym odwachu policji, stróże prawa  byli w stanie ustalić tożsamość wszystkich uczestników zabawy… Wyjątkowości całej sytuacji dodaje fakt, iż liczba zatrzymanych była znacząco większa, niż liczyła cała lokalna społeczność żydowska Toszka. Bawiło się niemal całe miasto…

Następna stacja – Königshütte

W rok po urodzinach Ludwiga, Guttmanowie opuścili miasteczko położne u stóp zamku, którego krótkimi właścicielami była rodzina von Eichendorff.

Sporo czasu i trudu pochłonęło mi ustalenie tego, gdzie zamieszkała rodzina Guttmann po przeprowadzce do ówczesnej Królewskiej Huty (Chorzowa).

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pan dr August Guttmann, nauczyciel w Gimnazjum Królewskim w Królewskiej Hucie i ojciec Ludwiga Guttmanna, zamieszkał wraz z rodziną przy obecnej ulicy Powstańców (Tempelstrasse 26). Czy jest to obecny numer 26… ? Nie wiem. Budynek zdecydowanie wygląda jak ten z epoki chce wierzyć, że to jest to miejsce.

Dość, że stosunkowo liczna rodzina Guttmann cieszyła się z posiadania czwórki dzieci. Trzech córek i jedynego syna, Ludwiga właśnie. W kamienicy zamieszkiwał jeszcze inny nauczyciel miejscowego gimnazjum (Max Hatmann), a także emerytowany nadsztygar Beher, czy rentier Theophil Chran i wielu, wielu innych mieszkańców. Taki śląski mikrokosmos, którego opis przynosi książka adresowa  Königshütte z 1906/1907 roku…

W tym samym gimnazjum (Königliches Gymnasium in Königshütte) Ludwig Guttmann zdał w 1917 roku maturę. Jego ojciec nie był już w tym czasie nauczycielem. Tak przynajmniej wynika ze spisu w sprawozdaniu z działalności placówki z 1915 roku, autorstwa dyrektora gimnazjum dra M. Müllera (archiwum cyfrowe Leo Baecka w Berlinie).

Natychmiast po maturze, Ludwig, jak niemal wszyscy jego koledzy, trafił do wojska. Na jego szczęście służba nie trwała zbyt długo.

To jednak co tak naprawdę ukształtowało jego postawę życiową i zainteresowania, to praktyka w miejscowym szpitalu, jaką odbył w 1917 roku i widok sparaliżowanego górnika, gdy przywieziono go po wypadku na kopalni. Jego agonia przez kolejne 5 dni, poczucie bezsiły pomieszane z brakiem zainteresowania dla jego losu ze strony personelu medycznego, była momentem, jak piszą zgodnie biografowie Guttmanna, który zadecydował o jego dalszych wyborach zawodowych.

Kolejne ścieżki kariery zawodowej Gutmanna po 1918 roku znaczą: Uniwersytety wrocławski i uczelnia w Halle. Początkiem pełnej kariery zawodowej jest uzyskanie tytułu doktora medycyny w 1924 roku. Kolejnym, habilitacja z neurologii w 1930 roku we Wrocławiu i współpraca z tamtejszym  szpitalem neurologicznym.

Breslau

Ponad rok temu, postać Guttmanna przypomniano na łamach Wochenblatt, tygodnika Niemców w Polsce. Z wdzięcznością myśląc o autorze artykułu, nie mogę zrozumieć dlaczego wprost nie pisze się w nim o jego żydowskich korzeniach. Enigmatycznie bowiem i niejasno w tym kontekście wybrzmiewa  poświęcenie i niezwykła odwaga, z jaką Guttmann ratował z listopadowego pogromu 1938 roku sześćdziesiąt osób, udzielając im schronienia w żydowskim szpitalu, którego był dyrektorem…

Informacja ta brzmi wciąż dość zdawkowo. Liczby, daty. Dodajmy zatem do tego trochę życia i emocji. Guttmann zrobił coś znacznie więcej. 10 listopada 1938 roku, w dzień po Nocy Kryształowej, osobiście odbył z funkcjonariuszami gestapo obchód po szpitalu i z liczby 64 osób przyjętych w wyniku pogromu do szpitala, wybronił przed wypisaniem (i odesłaniem do KZ Dachau lub Buchenwald) 60 osób, prezentując ich dokumentację medyczną (sic!),  tłumacząc i uzasadniając konieczność ich pozostania w lecznicy…

Wcześniej, jako świeżo upieczony neurolog, pracował w 1933 roku we wrocławskim  szpitalu Wenzel Hancke, z którego wyrzucono go wiosną 1933 roku, jak wszystkich żydowskich lekarzy, których objął państwowy Berufsverbot. Na Dolnym Śląsku nie obowiązywały przepisy ochronne Konwencji Genewskiej i niearyjscy lekarze z dnia na dzień przestali pracować. To w jakimś sensie zamknęło dalszą karierę Guttmanna.

Ludwig Guttmann kolejne lata spędził w kwartale ulic Hohenzollernstrasse (Sudecka), Neudorferstrasse (Wiśniowa) i Menzelstrasse (Sztabowa) pracując, a od 1937 roku kierując Szpitalem Żydowskim. Zyskał w tym czasie, jak dowodzą wspomnienie innego wrocławskiego neurologa Fritza Richarda Sterna (pochodzącego nomen omen z Pyskowic…) reputację najwybitniejszego neurochirurga w mieście.  Ze szpitalem i swoim Breslau rozstanie się na samym początku 1939 roku.

Anglia

Okazji do ucieczki z nazistowskim Niemiec dostarczyli mu po części sami naziści wyrażając zgodę na wyjazd do Portugalii w celu wyleczenia bliskiego znajomego portugalskiego dyktatora Salazara.

Podróż powrotna Guttmanna pierwotnie  została zaplanowana przez Londyn i okoliczność ta pomogła w decyzji o emigracji. Skorzystał z tej okazji i faktu, że Rada Pomocy Uchodźcom Naukowcom (CARA) wyjednała mu zgodę na pobyt w Wielkiej Brytanii.

W Anglii wraz z żoną Else Samuel Guttmann i dwójką dzieci Dennis i Evy  zatrzymał się w Oksfordzie. 14 marca 1939 roku CARA, wynegocjowała w brytyjskim Home Office zgodę na stały pobyt i przekazała mu i jego rodzinie 250 funtów (odpowiednik  dzisiejszych 10.000 funtów), by w ten sposób pomóc mu w osiedleniu się w Oksfordzie.

Przez kolejne lata Guttmann kontynuował swoje badania nad urazami kręgosłupa w Klinice Neurochirurgii w Nuffield Radcliffe Infirmary.

„Kaleka – taki sam człowiek, jak ja i Ty!”

We wrześniu 1943 roku brytyjski rząd poprosił Guttmanna o podjęcie pracy  w Stoke Mandeville Hospital w Buckinghamshire i zajęcie się inwalidami wojennymi – pacjentami z trwałym paraliżem dolnych kończyn.

Ośrodek otwarto 1 lutego 1944. Guttmann został mianowany jego dyrektorem i pomimo kontrowersji dotyczących metod pracy, jak i samego stylu zarządzania oddziałem, piastował  to stanowisko do 1946 roku.

Jako dyrektor brytyjskiego pierwszego zespołu specjalistycznego leczenia urazów kręgosłupa wierzył, że to sport pozostanie głównym sposobem leczenia i ich rehabilitacji. Przy okazji, pierwszy raz położono w metodzie tej nacisk na odbudowę tężyzny fizycznej osób niepełnosprawnych i odzyskiwanie przez nie szacunku dla samych siebie.

„Pappa” (jak mówili życzliwi i zakochani w nim pacjenci) Guttmann uzyskał obywatelstwo Zjednoczonego Królestwa w 1945 roku. Zorganizował pierwsze Stoke Mandeville Games dla osób niepełnosprawnych dokładnie 28 lipca 1948 roku, a więc tego samego dnia, gdy otwierano Letnie Igrzyskach Olimpijskie w  Londynie. W uznaniu za swoje zasługi otrzymał tytuł szlachecki z rąk królowej brytyjskiej w 1966 roku i to on, uchodźca ze Śląska i wrocławski neurolog, uznawany jest dzisiaj za twórcę igrzysk paraolimpijskich…

Doktor Ludwig Guttmann zmarł 18 marca 1980 w Aylesbury, w Wielkiej Brytanii.

 

Na Górnym Śląsku ma jedną (sic!) ulicę swojego imienia… Cóż za rozrzutność w docenieniu… i pamiętaniu…

Fragment książki adresowej z 19006/1907 roku

Cmentarz zapomnianych książek

„…witamy na Cmentarzu Zapomnianych książek…”

Carlos Ruiz Zafon (Cień wiatru)

To nie była biblioteka. Już z daleka miejsce uderzało przechodnia kuszącym szyldem – Livres d’ Occasion. Lyon i  antykwariat wciśnięty w kamienicę przycupniętą ponad kamiennym nabrzeżem Saony. Fondée en 1840… założone w 1840… Jedna z witryn już dawno przestała służyć za wejście do sklepu. Zagracona dowodzi nadwyżki podaży nad popytem…

Wchodzę do środka i przeciskam się między regałami. Wspinam się po wąskich schodkach tkwiących między ścianami pokrytymi papierowymi tapetami i  mam wrażenie, że całkiem spora cześć książek tkwi tutaj od owego 1840 roku. Nietknięte zębem czasu, czytane przez kolejne pokolenia.

Cytując półgłośno Zafona (Cień wiatru) mówię do siebie – „każda znajdująca się tutaj książka, każdy tom posiadają własną duszę”. A może jednak dziedziczą dusze czytelników, którzy je tutaj kiedyś zostawili, czytali, z żalem (lub bez) zostawili, odłożyli na półkę?

Omiatam wzrokiem kolejne półki, sycę wzrok widokiem z niskiego okna na rzekę. Dotykam grzbiety, zaciągam się zapachem kwaśnego papieru i stęchlizny.

Goethe powiedział, że wiódł życie szczęśliwe, ale nie pamięta choć jednego tygodnia szczęścia…. Gdyby trafił tutaj, zmieniłby zdanie?

Wyzwalam jedną z książek. Przebłysk szczęścia.

Ślepy los(?) pada na dzieło Marcela Pagnola  L’Eau  de collines.  Jean de  Florette, Paris 1971. Każdy kto widział ekranizację tej powieści (z 1986 roku), poczuł skwar gorącej Prowansji i pamięta porywającą kreacją Daniela Auteuil i Yves’a Montand, wie dlaczego to zrobiłem.

W kilka godzin później, gdzieś między Lyonem, a Monachium odkrywam, że to tom pierwszy powieści. Poczucie ulgi i uspokojenia. Wrócę. Wiem to na pewno. A dzisiaj chcę tego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Livres d'Occasion (Lyon) Książki, kartki skupuję... / Books, postcards ... (Lyon)

Książki, książki / Books, books (Lyon) Zstępowanie / Descending (Lyon)

Usiądź i czytaj / Just sit and read (Lyon)

Okno z widokiem / Window with the view (Lyon, 2016))

„Żegnaj mój Śląsku”

dedykowane

Ofiarom Tragedii Górnośląskiej 1945

W dziwny sposób Ziemia Święta i Palestyna odżyła we mnie dzisiaj. Lubię ten rodzaj koincydencji. Nagłej, nieco absurdalnej i poruszającej do głębi.

Uciekając przed zimnem zaglądnąłem do księgarni z tanią książką.

Po chwili wywołany na zewnątrz odgłosami orszaków jednego z Trzech Króli, wyszedłem na ulicę, dźwigając pod pachą album Stanisława Markowskiego, Kazimierz. La ville juive de Cracovie. 1870-1988. Tak, to wersja francuska książki. Polskiej nie mieli, no i górę wzięła i ta cena, i te zdjęcia, co w środku.

Nie mogłem się oprzeć jej lekturze i już wkrótce, gdy siedziałem przy ogromnej szybie restauracji na ul. Brackiej, pochłaniałem obrazy tamtego Kazimierza. Biednego, magicznego, nieistniejącego. Poruszałem się ze znawstwem po ulicach Izaaka, Meiselsa (znanych mi od końca lat osiemdziesiątych 20. wieku). Robiłem 70 lat wstecz i  wpadałem na Szeroką, by zobaczyć handlarzy karpiem, którego w pobliskich domach sprawnie sprawiano na przepyszną, szabasową gefilte fish…

Kazimierz za sprawą tej książki ma swoją opowieść o jednostce czasu, która ilustruje bycie i nie-bycie wspólnoty Żydów Krakowa. Górny Śląsk wciąż takiej nie ma. Wkrótce to zmienię.

To co jednak poruszyło mnie do głębi, to zacytowany w albumie wiersz Mordechaja Gebirtiga z 1940 roku, Żegnaj mój Krakowie. Do tego momentu wierzyłem, że bardziej właściwe jest nie-mówienie o Kazimierzu, gdyż jak pisano o nim „Tej pustki nic nie wypełni. Niech życie uszanuje jej ciszę” (Bogdan Frymorgen, Kazimierz bez słów, Kraków 2011).

Pomyślałem (krew rozgrzewała już gorąca herbata i może stąd śmiałość i odwaga myśli), że to nie-prawda. Może (przy całej umowności i oczywistym, symbolicznym charakterze  abstynencji werbalnej, którą deklaruje Frymorgen),  słowa wobec takiej historii i o takich miejscach  wymagają jedynie (?) większego wysiłku, by je odnaleźć, wymyślić? Trudu wydobywania ich z historii zbrukanej, zapomnianej lub po prostu lekceważonej?

Śląsk ma podobny problem i jak u Gebirtiga słyszę, te wersy skargi – wiersza, który wielu Ślązaków mogłoby napisać (w swoim nienapisanym wierszu z 1945 roku). (To swobodna trawestacja słów poety z Kazimierza, których tutaj użyję):

„Żegnaj mój Śląsku,

gdzie pochowani są mój ojciec i matka,

(…) lecz spocząć obok ich kości

nie moim będzie przeznaczeniem”

 [Kraków, 6 stycznia 2017 r.]