Historia bez tytułu, początku i końca (11). Matura

Budynek w czerwonej cegle. Trzypiętrowy. Nawiązuje, choć poorany ranami z II wojny, do modnego wówczas stylu niderlandzkiego.

Victoriaschule przy dawnej Holzgasse (ul. Kładki 24)… Pierwsza żeńska szkoła (Mädchenschule) w tym mieście. Wzniesiona pod koniec 19. wieku, dobrze wpisywała się w ceglaną estetykę miasta i klimat miast Hanzy. Gdańsk – krótki i odległy od Bytomia przystanek na trasie poszukiwań w tej opowieści.

Szkoła nie jest taka zupełnie anonimowa. Gości na kartach historii miasta. Tej oficjalnej, spisanej. I literackiej -przepełnionej emocjami.

Najpierw poświęcił jej kilka słów uwagi Artur Brausewetter w romansie  Und hätte der Liebe nicht z 1926 r. Obraz 1 września 1939 roku w tej szkole ożywił Bruno Zwarra w powieści Gdańszczanie (Die Danziger, 1976). To tragiczny opis zatrzymanych w jej salach Polaków i Żydów, których wprost ze szkoły wywieziono do pobliskiego obozu w Stutthofie.

Gedania, Danzig, Gdańsk…

Lubię to miasto i w sposób nieoczywisty tę jego część, gdzie znajduje się owa szkoła, choć jest nieco obok ścieżek wydeptywanych przez turystów.

Blisko stąd do dawnego klasztoru pofranciszkańskiego, który w latach 1870-1872 staraniem Rudolfa Freitaga, ucznia Bertela Thordvaldsena, zamieniono na miejskie muzeum.

Rudolf Freitag był Wrocławianinem. To niemal od razu stwarza tę niewidzialną wspólnotę i bliskość między nami, ale powodem dla którego odwiedzam dawne mury klasztoru (ilekroć jestem w Gdańsku) jest Sąd Ostateczny Hansa Memlinga…, a nie Freitag oczywiście.

Napisano o tym obrazie wiele, ale wciąż czeka na opowieść o tym ile i jak niezwykłych podróży odbył, by zawsze w finale powrócić do Gdańska.

Lecz i nie dla Memlinga  trafiam do Gdańska. Tym razem jestem tutaj dla Rachel Jacobson, która 21 marca (ta data jest pewna) w 1908 lub w 1909 w Gdańsku właśnie zdaje maturę uzyskując jako jedna z pierwszych kobiet w Prusach, prawo do studiowania na uniwersytecie…

To wszystko jest ponownie mocno niezwykłe. Nie pierwszy raz w tej historii. Jeśli jest to rok 1908 (a tego nie wykluczam) to byłaby to jedna z pierwszych maturzystek w Prusach, przed którą otwierała się  droga na niemieckie uniwersytety…  Dziewczęta zdawały wówczas egzamin między 16, a 18 rokiem życia. Rachel urodziła się w 1891 r. zatem możliwości nie jest zbyt wiele…

Dlaczego interesuję się tym faktem? Dopytuję się tym razem o losy urodzonej w odległej Saksonii, Rachel Jacobson?

Rech (Rachel) Jacobson przyjechała do Gdańska z Löbau, miejscowości niedaleko leżącej od Görlitz.

Dlaczego ona i jej rodzice nie wybrali dla niej Wrocławia jako miejsca nauki? Drezna? Nie wiem. Może wówczas nie oferowana tam była matura dla kobiet? Nie będę tego sprawdzał, nie tym razem. W sumie nawet mnie cieszy ta jej wyprawa nad Bałtyk i moja perspektywa poczucia w nozdrzach zapachu morza (tu i teraz), smagnięcia wiatru, czy spaceru ulicą Mariacką, którą zdecydowanie wolę od Długiego Targu…

Löbau, gdy mieszkał tam jej ociec Jacob Jacobson (co sugeruje niemal ze stuprocentową pewnością, że syn Jakuba, wywodził się od Jakuba, a ten od poprzedniego), liczyło odpowiednio 747 (1890) i 705 (1900) Żydów. Niewielu z nich, jak myślę, miało tak szerokie i tak dalekosiężne plany w stosunku do swoich dzieci jak Jakub syn Jakuba. Rech (Rachel) Jacobson miała studiować i… jakkolwiek brzmiało to wówczas bulwersująco i rewolucyjnie, chciała studiować medycynę…

Gdańsk. Ponownie.

Przedzieram się przez informacje o pięciu, a potem w istocie jednej dużej i jednej małej ortodoksyjnej wspólnocie żydowskiej w tym mieście (zw. polską), zastanawiając się jak wyglądały lata spędzone w gdańskiej szkole przez Rachel. Na pewno bywała na Wyspie Spichrzy, gdzie mieszkało wielu gdańskich Żydów. Z pewnością mogła podziwiać niedawno otwartą synagogę w Gdańsku przy Reitbahnstrasse (ul. W. Bogusławskiego). Spoglądam na jej zdjęcie i myślę, że absolutnie dorównywała dziełom Berlina, Wrocławia, Pragi czy Wiednia. Mogła zachwycać.

Ale mogło się zdarzyć (a wiele na to wskazuje), że Rachel uczęszczała do ortodoksyjnej synagogi przy Mattenbuden (ul. Szopy) i właśnie na Wyspie Spichrzów zamieszkiwała pośród takich kupców, jak jej ojciec Jacobson… i w tych chwilach czuła się jak w rodzinnym Löbau.

Czy znała już wtedy Martina Hirscha? Nie sądzę.

Jego rodzinę? Nie wiem. Tego nie wykluczam.

To co pewne, to fakt, że w jej planach życiowych nie było wtedy miejsca na przenosiny na Górny Śląsk. Były marzenia o studiowaniu medycyny – i na to są dowody.

Historia… wydobywana z mroku zapomnienia. Słowa wywoływane z ciemni, jak obrazy… Historia bez początku…

(cdn)

Pamiątka matury (fragm. ogłoszenia prasowego; wszelkie prawa zastrzeżone)

Gdańsk, Ulica Mariacka (fot. 2009)

Historia bez tytułu, początku i końca… (2) Hamburger Hof

Hamburger Hof zdawał się tkwić w tym miejscu od zawsze, ale tak nie było.  Pojawił się pod koniec 19. wieku i wspólnie z nową synagogą dominował nad placem, któremu w 1870 roku nadano nazwę Friedrich Wilhelm Ring.

Hotel Hamburger Hof, gdy patrzę na jego zdjęcia z początku 20. wieku, był skąd inąd charakterystycznym wykwitem architektury epoki. Trochę jak ta kiczowata porcelana (dolno-)śląska, za bogaty i przesadzony. Przykład pogoni za tym co nowe i modne w architekturze. Można odnieść wrażenie patrząc na zdjęcia z początku wieku, że wybór kostiumu architektonicznego, dekoracji przerósł możliwości jego twórcy. A może była to presja inwestora i właściciela hotelu w jednym? Presja, by przepych elewacji (zwłaszcza tej od strony dzisiejszego placu Grunwaldzkiego)  wzbudzał podziw i uznanie u gości odwiedzających hotel? Dla mnie Hamburger Hof jest przypomnieniem elewacji  Kaiserkrone w Gliwicach, w której to restauracji i kawiarni (podobnie jak w bytomskiej) należało bywać i się pokazywać i która, czytając menu i reklamy z tamtego czasu, miała być namiastką berlińskiego (a może i paryskiego) stylu życia.

Dzisiaj, spod obłażących resztek farby i tynku, czy ordynarnie skutych fragmentów elewacji, wychodzi  jasno zielonkawy kolor jakim pierwotnie pomalowane były pseudo kamienne ciosy, późniejsze napisy reklamujące lampy czy siedzibę miejscowej izby przemysłowej.

Do tego co widzę, dodaję obrazy z mojej wyobraźni.

Beże i żółcienie piaskowych detali kamiennych i spatynowany grynszpan hełmu kopuły budynku, po której nic nie zostało. Kute i ażurowe detale z lanego żelaza. Obraz tamtego hotelu, którego już nie ma, dopełniają złote lśnienia mosiężnych klamek i kinkietów zewnętrznego oświetlenia. W czasach, o których jest ta historia, wieczorem okna hotelu wypełniały się jasnością światła elektrycznego. Pewnie jak w Krakowie na przełomie wieków, tak tutaj elektryczność była symbolem nowych czasów, a estetyka żarówki i żarzącego się drucika w szklanej kuli, zachwycała.

Już dwadzieścia lat później elewacje hotelu zatraciły urodę bombonierki. Po części  stało się tak za sprawą mód i lichych materiałów jakich używano w budownictwie 19 w., by udawać luksus i obniżać koszty (skąd my to znamy?) W innych przypadkach było to następstwem zmiany mód, czy dewastacji.

Taką, mocno oczyszczoną z detalu widzimy na zdjęciu z końca lat dwudziestych 20 w.  Na parterze budynku widać nieczytelny szyld rozpoczynający się od słów „Gleiwitzer…”   Co było dalej… nie wiem. Porzucam te dociekania jako nieistotne, choć zrozumiałe dla kogoś, kto jak ja, zawsze i wszędzie na słowo Gliwice i „gliwickie” wyostrza swoją uwagę i zainteresowanie.

Na innej fotografii na parterze budynku widać sklep z rowerami. Porzucam w pewnym momencie ambicję odnalezienia właściciela tego sklepu w książce adresowej z 1937 roku. Nie jest mi ten fakt do niczego potrzebny, chyba, że założymy (całkiem prawdopodobnie), że nasz bohater dojeżdżał na spotkania i koncerty chóru rowerem, właśnie tutaj kupionym. Hmm… pomyślę o tym wariancie.

To co pewne to fakt, że bohater naszej historii systematycznie mijał potężną fasadę hotelu. Nie tylko z powodu modlitw i uroczystości  odbywających się w pobliskiej synagodze. Zakładam, iż bywał w nim dość często, bo Hamburger Hof –  obok synagogi, szkół należących do gminy żydowskiej, siedzib związków i stowarzyszeń społeczności żydowskiej, był jednym z tych miejsc, gdzie koncentrowało się życie  towarzyskie bytomskich, zasymilowanych Żydów. Odbywano tutaj wszelkie uroczystości, organizowano przyjęcia, spotkania biznesowe, odczyty.

Jest wielce prawdopodobne, że tutaj właśnie, w Hamburger Hof, w listopadzie 1934 roku rodzina i zaproszeni goście świętowali bar micwę bohatera tej opowieści, gdy jako trzynastolatek definitywnie wkraczał w dorosłe życie.

Hotel –  i to już nie domysły, a dokumenty i potwierdzone relacje – był miejscem podobnych spotkań Żydów bytomskich. Był w biografii ich gminy do końca. To w końcu w jego oknach odbijały się ognie płonącej 9 listopada 1938 roku synagogi…

Hamburger Hof w interesujący sposób pojawia się w jednej z relacji Willy’ego Cohna, wrocławskiego Żyda i pamiętnikarza,  którego zapiski z lat 1933-1941 wyszły drukiem w 2007 roku (jakiś czas temu przetłumaczono je w sporych fragmentach na j. polski i wydano). Opisuje w nich swój przyjazd do Bytomia w 1937 roku i udział w wykładzie w salach hotelu Hamburger Hof 24 października. W wykładzie  uczestniczył ówczesny i ostatni rabin wspólnoty bytomskiej Prof. Dr Golinski, przybyły do miasta z czeskiego Pilzna.  Spotkanie odbywało się w atmosferze prześladowań Żydów i – po wygaśnięciu konwencji genewskiej –  ich narastającej emigracji za granicę. Willy Cohn tworzy  pierwszą, smutną i nader osobistą  listę bytomskich Żydów, których nie udało mu się już spotkać w mieście.

Cohn ogląda Bytom, którego nie poznaje.

Ludzie są do siebie wrogo nastawieni – konkluduje. Na bytomskim dworcu obserwuje wydzielone, okratowane  miejsca do odpraw dla podróżujących do Polski. Poraża go obraz celników polskich i niemieckich, którzy z zasady nie zamieniają ze sobą ani jednego słowa…

No, ale dość o Hamburger Hof. Czas na opowieść o chórze synagogalnym. To kolejny fragment historii, którą rekonstruuje…

(cdn)

Wtedy i dziś (Bytom, d. Hamburger Hof po lewej stronie na obu zdjęciach)

 

Piasek między palcami…

Dawno już nie miałem okazji, by korzystać z takiego poczucia skupienia na sobie i tym co wokół. Na spokojną, nieśpieszną obserwację kształtów, kolorów.

Spacery, nic nierobienie. Popołudniowe i wieczorne pisanie.

Za dnia, wokół i obok, śpiewają nieznane mi rodzaje ptaków. Budzą o poranku.

Z oddali dochodzi szum morza. Jest zadziwiająco spokojne. Wczoraj i dzisiaj.

*

Puste, piaszczyste plaże. Porosty na gałęziach. Kolory. Tyle ich wokół.

Wydmy przypominające mi swoją erozją skały z National Monument Valley w mormońskim Utah. Kształty skazane na krótkotrwanie, do kolejnego sztormu, zimy.

Przemykają osoby, kształty. Trzepot skrzydeł.

Piasek powoli, każdego dnia zyskuje na temperaturze.

*

Tuż za wydmami miejsca pamiętające czasy, gdy Łazy nazywały się Lasse.

Mijam bauhausowskie w kształcie zabudowania dawnego hangaru wodnopłatowców lądujących na Jeziorze Jamno. Zbudowane w latach trzydziestych koszary uspokajają proporcją, symetrią i przemyślaną formą.

Docieram do Unieścia. Małej osady rybackiej (kiedyś). Kiedyś też Nest.

U wrót wioski domy osiedli patronackich i przesiedleńców z początku lat dwudziestych 20.wieku. Bliskie tym, które znam z dawnej Rybnikerstrasse w rodzinnych Gliwicach.

Osadę przecina szosa pokryta betonowymi płytami, które jeszcze do niedawna pokrywały trasę z Gliwic do Bytomia.

I tutaj rytm przejeżdżających samochodów przypomina o nieuchronności upływającego czasu. „Tam tam”, „dum, dum” – daje się słyszeć odgłos podwozi samochodów, gdy wchodzę do miejscowego salonu fryzjerskiego.

Na podłogę opadają włosy. Ze ścian szeroko uśmiecha się do mnie i każdego z gości salonu Marilyn Monroe… Jest kilkanaście jej zdjęć Miltona H. Greene’a.

Atmosfera miejsca przypomina mi podobne salony i miejsca spotykane na wschodnim wybrzeżu USA. W małych,  zapomnianych przez współczesność osadach Montany, Idaho, czy stanu Washington… spotykałem ludzi pochłoniętych swoimi sprawami i tęsknotą za gigantami przeszłości… W tle znajdowałem zdjęcia Jamesa Deana, czy Elvisa Presley’a.

Powrót. Mozolny marsz wzdłuż Jeziora Jamno.

Plusk wody w jeziorze miesza się z szumem sosnowych lasów i nieodległego morza…

Trzy kolory (Łazy)

Rytm (Łazy)

Wydmy (Łazy, Bałtyk) Wydmy... (Łazy, Bałtyk)

Żółty (plaża, Łazy, Bałtyk) Przebarwienia (plaża, Łazy)

Most (Łazy, Bałtyk)

Peregrynacje (Łazy, Bałtyk) Spotkanie (Łazy, Bałtyk)

Oczekiwanie (Łazy, Bałtyk)

Plaża (Łazy) Niebo / poruszenie/ (Łazy, Bałtyk)

Baltic Monument Valley (przypomnienie) (Łazy) Monument Valley 2 (Łazy)

Przeszłość (Unieście, domy patronackie)bTrawa (Unieście)

Zieleń (Unieście, osada)

Nieciągłości (Jezioro Jamno) Drzewo (Jezioro Jamno)

Oczekiwanie (Jezioro Jamno)

Bauhaus (dawne koszary nad Jeziorem Jamno)

Zielone miasto

Kolory Niderlandów. Zielone miasto s-Hertogenbosch

Holandię opuściłem na dobre w 1991 roku. Potem marzyłem o niej i śniłem, jak marzy się i tęskni do (pierwszej) miłości swojego życia.

Pewną forma ersatzu w zaspokajaniu tej tęsknoty były moje teksty w pierwszych redakcjach przewodników PASCALA po Holandii i po Amsterdamie. Pozwalały powracać do miejsc, które pamiętałem i do tych, których nigdy nie widziałem choć mówią, że to mały kraj. Może. Wielki jednak duchem i tradycją. Na szczęście był też Zbigniew Herbert i Johan Huizinga, czy Deborah Moggach i jej „Tulipanowa gorączka”.

W ogóle, gdy piszę te słowa, to uzmysławiam sobie, że tak naprawdę nie opuściłem Holandii nigdy. Nie, nie Holandii. Robię błąd ignoranta, dla którego nie ma różnicy między na przykład Północną Brabancją i Holandią właśnie. A przecież to tylko nazwy prowincji Zjednoczonego Królestwa Niderlandów…

Zatem powroty do „Holandii” zdarzały się co jakiś czas. Dawały poczucie ciągłości tamtego doświadzenia. Do Amsterdamu, do którego tęskniłem kiedyś najmocniej. Były też inne przyjazdy, jak ten do nadmorskiego kurortu Scheveningen, koło Hagi, gdzie spędziłem styczeń 2001 roku.

W tle tego pobytu był nie tylko malowniczo położony Instytut Spraw Zagranicznych w Clingendael, ale też miejscowy bar Crazy Pianos, w którym spędzałem weekendowe wieczory po wykładach w Instytucie.  Trzy lub może cztery pianina, szaleńczo wygrywane na nich ówczesne standardy muzyki pop i rocka, spiewajacy kelnerzy i my tańcujące pary, single. Niebywała erupcja energii, w kraju w którym podobno wszystko jest tak bardzo po protestancku godne i powściągliwe. Stereotyp. Jeden z wielu.

Amsterdam był miastem koloru czerwieni. Nie, nie z powodu dzielnicy czerwonych latarni. To cegła jego domów, wzdłuż kanałów, gmachu Rijksmuseum, do którego chadzałem na spotkania z Vermeerem.

Scheveningen siniało bielą i błękitem, podobnie jak pobliskie Delfty, choć te – nie tylko z powodu malowanych kafli –  bliższe były błękitowi. Zapamiętałem mroźne styczniowe poranki jakie tam spędzałem, gdy kanały pokrywał lód, a czerwone i szachownicowe okiennice zamykano przed chłodem. Pewnie dlatego Delfty są w moim wspomnieniu miastem tych kolorów i może rombów czerni i bieli jakie pojawiały się na kamiennych podłogach w domostwach Holendrów, tych dawnych malowanych przez małych mistrzów i oglądanych współcześnie.

Tym razem celem podrózy była Północna Brabancja i moja podróż do s-Hertogenbosch na spotkanie z Hieronimem Boschem. Na wystawę, jaką otwarto w muzeum  Północnej Brabancji (Het Noordbrabants Museum) 13 lutego tego roku. To dość niezwykłe przedsięwzięcie wystawiennicze  („Hieronimus Bosch. Wizje geniusza”),  podjęte w 2007 roku, na którym ostatecznie zgromadzono ponad setkę obiektów – jego dzieł własnych i związanych z twórczością Boscha.

To jednak co uderzyło mnie w samym mieście, poza faktem zanurzania się w obrazach i stworach wywiedzionych z jego obrazów i rysunków (obecnych w oknach kawiarni, restauracji i domów), to zielona aura miasta, która mnie nie opuszczała na krok. Powierzchnie platanów pokryte zielonym nalotem, grynszpan pokrywający kamienny łupek dachów, czy rzeźby katedry zanurzone  w otulinie z mchu intensywnie, butelkowato zielonego. Wilgotnego od padającego i siąpiącego (od czasu do czasu) deszczu.

s-Hertogenbosch miasto w zieleni zanurzone….

Takim go zapamiętam i dodam do kolekcji obrazów z Niderlandów… Do czerwieni Amsterdamu, sino-błekitnego koloru Delft i wybrzeża Morza Północnego zimą…

Gracht / Kanał (s-Hertogenbosch)

A lane in s-Hertogenbosch / Zaułek w s-Hertogenbosch

Murarz / Bricklayer (decoration of the cathedral, s-Hertogenbosch) One of the Three (Magi) / Jeden z trzech (Króli)

Bagpiper of s-Hertogenbosch / Dudziarz z s-Hertogenbosch Grajek / Musician (stone sculptures of Sint Jon Cathedral, s-Hertogenbosch)

Green city / Zielone s-Hertogenbosch (seen from the roof of the cathedral)

Mech / Moss (stone parts of the cathedral's roof, s-Hertogenbosch)

Drzewa/Trees (s-Hertogenbosch, marzec/March 2016)

Thinking on Amsterdam / Myśląc o Amsterdamie (brick wall in s-Hertogenbosch, March 2016)

Recalling Delft Blue Pottery / Wspomnienie Delft (s-Hertogenbosch, DIT an excellent place to have a lunch)

Łuki do niebios…

Łuki katedry Jana Ewangelisty w s Hertogenbosch zamieszkują postaci zmierzające do nieba i z nieboskłonu strącone…

Twory czyste i te o nie dość pokornym duchu – przypomnienie bohaterów z obrazów Boscha.

Postaci znane i fantastyczne…

Porażające. Zabawne.

Późnośredniowieczny wykład o universum z tego i z nie-tego świata. Wspólczesna Biblia pauperum.

Drabina Jakubowa wydarta aniołom i wzięta w posiadanie przez ludzi i zjawy z… s Hertogenbosch.

***

Katedrę w obecnym kształcie (wcześniej pełniącą funkcję kościoła parafialnego; dzisiaj na liście dziedzictwa UNESCO), ukończono przed 1505 rokiem. Na jej rzeźbiarską dekorację składa się blisko 600 rzeźb prezentujących rozmaite typy ludzkie, zawody, a także to wszystko co w ówczesnej wyobraźni składało się na malownicze i groźne bestiarium późnego średniowiecza. Dlatego krążąc ponad łukami kościoła spotykamy tutaj nie tylko postaci diabłów i monstrów wszelkiej maści (szczególnie po niebezpiecznej, narażonej na zakusy demonów i złych mocy północnej stronie nawy głównej kościoła), ale także wizerunki ówczesnie znanych egzotycznych zwierząt wywodzących się spoza Europy (w dekoracji rzeżbiarskiej pojawiają się m.in. sylwetki małp, małp z młodymi, lwów).

W 500. rocznicę śmierci Hiernimusa Boscha (mieszkańca s-Hertogenbosch, od którego zresztą zaczerpnął swoje malarskie miano) katedra , w której go uroczyście żegnano 9 sierpnia 1516 roku (jest innym paradoksem, że nie wiadomo gdzie złożono jego szczątki), oferuje zwiedzającym możliwość wspięcia się na wysokość dachu katedry i niemal dosłownie dotknięcia figur, ludzi i zwierząt, wyrzeżbionych w piaskowcu. Te często malowniczo omszałe, pokryte patyną czasu,  rozsiadły się na łukach przyporowych świątyni.

Trasa będzie udostępniania zwiedzającym do końca października 2016 roku. Co ciekawe, w części jest dostępna dla osób niepełnosprawnych. Byłem, widziałem, warto! Polecam rezerwację internetową. Na miejscu biletów praktycznie nie ma. Wstęp kosztuje 7 euro… Mówią (tam, już na miejscu), że podobna okazja szybko się nie zdarzy).  A krążąc wokół dachu katedry poszukajcie postaci anioła z telefonem komórkowym. Władze kościoła wyraziły zgodę w 2010 (podczas generalnej rewitalizacji swiątyni)  na to, by taką rzeźbę umieścic pośród tych historycznych. Anioł dzwoniący do nieba?  To dość holenderskie widzenie relacji z Bogiem, cokolwiek to znaczy. Dzisiaj ów anioł stał się niemal drugim symbolem miasta, obok postaci Boscha, który mieszkał przy tutejszym rynku przez całe swoje życie… a dzisiaj powrócił symbolicznie do siebie…

[s-Hertogenbosch, 8 marca 2016 r.]

Katedra św. Jana Ewangelisty w 's Hertogenbosch (elewacja południowa) W kolejce do nieba... (dekoracja łuków katedry św. Jana, 's Hertogenbosch)

Ślepiec (mężczyzna z opaską) ('s Hertogenbosch, the Netherlands)

bez tytułu ('s Hertogenbosch, łuki katedry)

Mężczyzna z kołowrotkiem, diabeł z trójzębem ('sHertogenbosch, dekoracja łuków przyporowych katedry św. Jana)

Murarz (fragment rzeźby; 's Hertogenbosch, Katedra św. Jana)

Monstrum (północna elewacja katedry, s' Hertogenbosch)

Grajkowie (s' Hertogenbosch, dekoracja katedry) Zakonnica (s' Hertogenbosch, dekoracja łuków przyporowych katedry)

Rozczarowanie

To nie jest rozczarowanie miejscem. Jest wyjątkowe.

To raczej pytanie o jakość tego, co składa się na Przebudzenie, czyli program otwarcia programu Europejskiej Stolicy Kultury – Wrocław 2016.

Jest słabe. Nieco prowincjonalne i przewidywalne.

Może potem będzie lepiej.

Póki co, to przebudzenie, które jak – wystawa Made in Europe – pozostawia widza w letargu. Głębokim.

Klientelizm polityczny, nieliczenie się z potrzebą budowania opowieści. Tapeta schematów zamiast potrzeby ciekawej interpretacji. Taką jest ta wystawa.

Nie imponuje mi sukces takiego projektu w Chinach. Made in Europe często dzisiaj oznacza Made in China but don’t tell that Europeans. I tak właśnie jest w przypadku tego projektu.

***

Wartością jest entuzjazm ludzi spotykanych w galeriach, spontaniczność wolontariuszy.  Ten rodzaj przypadkowych rozmów przybyszy z wielu stron (świata), zatrzymujących się przy dyzajnerskich koksownikach, czy gorącym (choć przepłaconym) grzańcu.

To jednak za mało. Przecież to Wrocław, Breslau, Vratislav, Breslavia. Mikrokosmos niestety zgubiony tym razem na mlecznej drodze Europy…

*

Esej fotograficzny z miejsca (15-16.01.2016 r.)

Zima we Wrocławiu / Winter in Wrocław [Widziane na rynku]

Znaki / Signs (Wrocław) [Dostrzeżone na blacie stołu w jednej ze staromiejskich kawiarni] Cross / Krzyż (Wrocław) [Katedra św. Jana Chrzciciela]

Last Christmas (Wrocław) [ Katedra św. Jana Chrzciciela]

Widok /View (Wrocław) [Zabudowania katedry św. Wincentego widziane z hali targowej] Napięcie / Tensions (Wrocław) [Konstrukcja hali targowej z 1908 r.]

Balon / Ballon (Wrocław) [ Tzw. ulica Lwowska; jeden z projektów plenerowych ESK] Mapping the past (Wrocław) [Wrocławski ratusz w ESK-owej odsłonie]

Szept / Whisper (Eduardo Chillida's exhibition) [Wrocławskie BWA] Made in... Europe [Wystawa w Muzeum Architektury]

City / Miasto (Wrocław) [Uniwersytet]

 Spotkanie / Meeting (Wrocław) [Wyspa Słodowa]

Ogień / Fire (Wrocław) [Pokazy na Wyspie Słodowej w ramach ESK] Oranci / Praying figures (Wrocław) [ Stanowisko informacyjne ESK na Placu Solnym]

Duch / Spirit (Wrocław) [ Rynek, przed inauguracją ESK, sobota] Szukając szczęścia / Looking for happiness? (Wrocław) [Most Tumski]

Lights / Światła (Wrocław) [Most Piaskowy] Motyw / Motif (Wrocław) [Brama kościoła NMP]

Rzeka / River (Wrocław) [ Widok na wieże Archikatedry św. Jana Chrzciciela] Trwanie / Presence (Wrocław) [ Kościól dominikanów]

Gold/Złoto (Wrocław) [Plac Uniwersytecki - miejsce]

Pobielone drzewa i trawy

To niezwykłe, że nie będąc w Olsztynie przez całe swoje dorosłe życie, choć powodów było kilka, w tym roku byłem tam trzykrotnie. Chyba za każdym razem w tle takiego wyjazdu stał Erich Mendelsohn. Spóźniona podróż sentymentalna? Może, ale czy emocje są kiedykolwiek spóźnione? Raczej dojrzewają do momentu, ewoluują i stają się powodem. Na przykład do tego, by zasiąść za kierownicą samochodu i pojechać do… Olsztyna właśnie.

Olsztyn się zmienia. Jest (tak było tym razem) innym miejscem niż zapamiętana z poprzedniej podróży ulica Grunwaldzka, na której może jest serwowany najlepszy kebab (powtarzam za reklamą) w mieście, ale gdzie dominuje szarość i płaskie, pobijane fasady starych kamienic ze skundlonym w ten sposób rodowodem. To co uderzyło mnie tym razem to miasto, może i senne wieczorem i pustawe, ale odzyskujące pamięć, kształt. Z ludźmi, dla których powroty do Olsztyna były świadomą decyzją. Mam wrażenie, że bolesną (bo niosącą pewną dozę niepewności, czy to dobry wybór), ale dającą im teraz sporo satysfakcji, że są u siebie. Takich ludzi przynajmniej spotkałem pod gwiaździstym  nieboskłonem Bet Tahara, Domu Oczyszczenia zaprojektowanego przez Mendelsohna i zrealizowanego w 1913 roku.  Mendelsohn wyjechał z miasta, a „nowi Olsztynianie” ufundowali mu tablicę, że to tutaj, przy ulicy świętej Barbary przyszedł na świat… I może w ten sposób mówią sobie i innym, że można inaczej. Że część ich tożsamości jest już zatopiona w kostce brukowej i elewacjach kamienic miasta i tutaj pozostaną? Nowi Olsztynianie?

Chodząc po ulicach miasta przechodzę obok liceum świętującego 70.lecie swojego istnienia. Rok 1945 przyjmowany jest tutaj jako rok zero. Nullstunde, od której wszystko się zaczęło. Może dlatego łatwiej jest sobie i innym powiedzieć „jestem stąd”?

Pytam ludzi, co to znaczy być olsztynianinem /olsztynianką i nie dostaję dobrej, mnie satysfakcjonującej odpowiedzi. To trochę „łatanie historii” (że byliśmy i jesteśmy z tą ziemią i miejscem powiązani), a trochę powiedzenie sobie, ze jest dość czasu by padła odpowiedz na tak postawione pytanie, kiedyś. A do tego czasu pochylmy się nad miejscem, nad jego historią, obłaskawmy go jako własne, choć geograficznie i historycznie wciąż znajdujące się na końcu światów. Zachodu i Wschodu. Miejsce dotąd(?) dobre do ucieczki, ale nie do życia? Dalekie od Gdańska, Warszawy, Wilna, czy dawnego Królewca, który należy wciąż do innego uniwersum post-sowieckiego człowieka. Ten ostatni przyjeżdża tutaj, „shopuje” i tyle z tego wynika.

A może tożsamość olsztynianina jest jak te macewy lodowe, które w ramach projektu Marcusa Jordana, postawiono w grudniu 2011 roku na terenie dawnego kirkutu, by przypomnieć pamięć nie tylko o miejscu, ale pośrednio o tożsamości Olsztyna. Macewy i słowa na nich wyryte rozpłynęły się, zniknęły, ale woda wsiąkła w ziemię, pobudziła ducha miejsca, wrażliwość na to co było? Pamięć jako stan pobudzania emocji u współczesnych? Świadomość, że potrzebuje znaków i symboli. Niezwykle jest to miejsce przy ulicy Zyndrama z Maszkowic 2…

*

Powrót do, będzie tym razem wyłącznie opisem. Słowa, emocje w słowach i używanie ich, będzie musiało wystarczyć za opis światłem. Zabrakło prądu i mój Nikon D80 okazał się niczym innym jak nieznośnym balastem, ktory wiozę. Skutek? Żadnych zdjęć i decyzja, by kolejnym razem mieć ze sobą aparat analogowy, tak stary jak czas jaki upłynął od mojego spotkania z Mendelsohnem w Gliwicach, ponad dwadzieścia lat temu.

Co zobaczyłem? Szarości, które rozpościerały się nad jeziorami. Były sine i wilgotne. Wyglądały na zmarznięte. Mleczna mgła otulała drogi, ustępowała łagodnie. Ostatnie oddechy jesieni listopadowej? Za mną uśpiony wciąż Olsztyn… potem Olsztynek…

Lasy i drzewa przy drodze lekko się kołysały pobielonymi koronami. Trawy przy drodze wysztywnione szronem… Czekały na słońce, które nie nadchodziło…

Do tego strzępy polskiej, najnowszej historii. Mijam zdewastowany, rewitalizowany (?) pałac Sobańskich w Guzowie. Znam takie miejsca. Wokół zarośniętego parku i poza bramą noszącą herb Junosza (baran na czerwonym polu), dawne czworaki. I te jak i pałac wybebeszone z życia i mieszkańców.  Pałac jeszcze w 1979 roku zagrał w nokturnowo-depresyjnym filmie Klucznik. Dzisiaj po prostu zmaga się z grawitacją i trzeba mocno się rozglądać, by poprzez sitowie stawu i drzewa parku zobaczyć z drogi jego sylwetę.

Skręcam. A1. Jadę dalej na południe.

***

[Olsztyn: 27 listopada 2015 r. –  wykład dedykowany nieznanej historii Domu Tekstylnego Weichmanna, Ericha Mendelsohna. Wkrótce powstanie książka? Mam taką nadzieję.

Podziękowania dla Fundacji BORUSSIA za organizację spotkania i pobytu w Olsztynie]

Zdjęcie macew lodowych ze strony:

Link: http://www.sztetl.org.pl/pl/cms/aktualnosci/2026,lodowe-macewy-na-cmentarzu-w-olsztynie/

Weichmann w Olsztynie (plakat spotkania)

Nieboskłon w Domu Oczyszczenia (Bet Tahara)

Lodowe macewy w Olsztynie (za portalem: Wirtualny Sztetl)

Przekraczanie Rubikonu (10 – ostatni). Ogród na wysokościach – High Line

To nie był typowy projekt. On wręcz nie pasował do Nowego Jorku i Stanów w ogóle, bo w dosyć nietypowy sposób odnosił się do tego co było stare, w mieście, które żyje przede wszystkim tym, co przyniesie jutro.

A jednak w tym przypadku stało się inaczej.

Część dawnej West Side Line, będąca fragmentem New Jork Central Railroad nie została zburzona, a za sprawą między innymi ruchu miejskiego jakim byli Przyjaciele High Line (Friends of High Line), od roku 2006 zamieniana jest systematycznie napowietrzny pasaż spacerowy, obsadzony roślinami, iluminowany nocą. To tutaj jada się lunch w południe, tutaj (i w najbliższej okolicy) spędza czas gdy nastaje Saturday Night Fever.

Wzdłuż dawnych torów kolejki towarowej, przed której wagonami, gdy zaczynała swój żywot w 1847 roku jechali kowboje wymachując ostrzegawczo czerwonymi chorągiewkami, rozkwitły galerie (w pobliżu znajduje się ich największe zagęszczenie), obok ulokowało się Whitney Museum of American Art. Czas można spędzić w tak niesamowitych miejscach jak dawne zabudowania największej nowojorskiej firmy produkującej ciasteczka National Biscuits Company. W jej wnętrzu urządzono designerski Chelsea Market, targowisko żywności i skupisko przeróżnych restauracji i barów. Miejsce jest trochę jak belgijska Rue de Bouchers (w czasach swojej świetności), czy paryska Rue du Mouffetards (wciąż rewelacyjna w różnorodności i bogactwie oferty). Obok tego doskonałe winiarnie i chyba pierwsze miejsce, gdzie w Nowym Jorku można posmakować w takim wyborze win amerykańskich…

Podczas gdy jedni spędzają czas w Teatrze Miasta (Urban Theatre) rozpiętym ponad 10 Ave., inni mogą uprawiać jogę w pobliskich centrach lub po prostu znajdują tu azyl od trosk mijającego dnia, hałasu, ludzi… Poszukują intymności

W pobliżu 18.ulicy ponad High Line wyrasta jedna z realizacji Franka Gehry’ego  IAC Building, jego pierwszy projekt dla Nowego Jorku, powstały w 2007 roku. Konsumuje jego wcześniejsze dokonania, tworzy struktury opartą na module plastra miodu i ula. Gehry sięgnął tutaj po szkło w miejsce stali i aluminium. Tworzy tutaj jedną z największych otwartych przestrzeni biurowych miasta.

Rewitalizacja High Line oznaczała nie tylko jej sukces jako projektu infrastrukturalnego. Fantastycznie pobudziła aktywność lokalnej społeczności. Sam byłem uczestnikiem oprowadzania po tym naziemnym parku przez wolontariusza z ruchu Friends of High Line. Nie można mieć żadnych wątpliwości, że to ich miejsce, że należy od mieszkańców. Przez chwilę można się poczuć jednym z nich. To chyba dobrze, prawda?

Ślady. High Line wieczorem High Line (2)

To co pod High Line (stacja pogotowia ratunkowego przy 10.ulicy)

High Line

High Line porosły drzewa...

Urban Theatre - High Line

Koncert na High Line

Łącznik na 16.ulicą (po obydwu stronach dawne zabudowania National Biscuit Company)

Manifest High Line

High Line i IAC Building Franka Gehry

To co obok High Line (tu powstaje film)

High Line - obok joga, a w odbiciu IAC Building F. Gehry'ego

Zieleń High Line

High Line - a w dole typowy "American corner"...

High Line - impresja

 

Przekraczanie Rubikonu (8). Metropolis w Neue Galerie

Jest taka wyjątkowa mila w Nowym Jorku (Museum Mile), która jest w istocie przedłużeniem Piątej Alei. Na wysokości Central Parku rozlokowane są wzdłuż tego jej odcinka liczne muzea miasta, poczynając od Met(ropolitam Museum of Art), z którego trudno jest wyjść, bo posiada tak fantastyczne i przepastne zbiory, a kończąc na muzeach mniejszych, jak Neue Galerie, do której dotarłem skuszony tytułem trwającej tam właśnie wystawy Berlin Metropolis 1918-1933.

Wystawa o jakiej kilka słów poniżej (sorry, ale Archibald Motley czeka!) potrwa do 4 stycznia przyszłego roku, więc jeśli ktoś będzie miał na zbyciu 20 dolarów lub będzie to jeden z pierwszych piątków miesiąca, gdy podwoje muzeum stoją otworem dla publiczności, można się tam wybrać.

W samym muzeum jest z reguły kameralnie, podają niezłą kawę i miejsce to ma coś w sobie raczej z przystani dla tych, którzy łakną tradycji i kultury Austrii i Niemiec (oficjalna nazwa instytucji to Neue Galerie. Museum for German and Austrian Art) w Nowym Jorku, niż posiada cechy wybitnej i potężnej instytucji muzealnej. Rodzaj slow museum. Fanom takiego muzealnictwa miejsce to się z pewnością spodoba.

Na co dzień Galeria oferuje zbiory, których lwią część zbudowano na kolekcji nieżyjącego już Serge’a Sabarsky’ego, kolekcjonera i marszanda sztuki secesyjnej i ekspresjonistycznej powstałej w środowiskach artystycznych Wiednia, Monachium i Berlina. Dlatego zapewne na wystawie stałej (tworzą ją zaledwie trzy salony pierwszego pietra pałacu miejskiego, w którym ulokowano Neue Galerie) tyle Oscara Kokoschki, Gustawa Klimta, czy Josefa Olbricha.

Zbiory Sabarsky’ego bywały zresztą pokazywane w Polsce. Zamierzchłe to już czasy, ale w Krakowie w Międzynarodowym Centrum Kultury pokazywano prace wiedeńskich Wilde w połowie lat 90-tych 20. wieku, wywołując w tamtym czasie i klimacie spore poruszenie. Były to bodaj pierwsze prace Kokoschki, czy Schiele’go pokazywane nad Wisłą, a że cenzura obyczajowa już nie szalała, to było w tych pokazach więcej zachwytu niż oburzenia ze strony widzów i krytyki. Jedna i druga spragniona była dzieł  twórców światowych. Kolekcja Sabarsky’ego dawała bodaj namiastkę obcowania z taką właśnie sztuką.

To co jednak ciekawego w Neue Galerie to nie wspomniane prace klasyków przełomu 19.i 20. wieku, lecz znajdująca się na 2. piętrze Galerii opowieść o Niemczech i Berlinie po wielkiej zmianie jaką w życiu tego miasta i państwa był rok 1918 i powstała na gruzach Cesarstwa Republika Weimarska. Lustrem, w którym się przeglądamy i zaglądamy do Niemiec tego okresu jest Berlin pokazany w okresie jego zachłyśnięcia się awangardą, Berlin oddychający moderną, kosmopolityczny. Czarny, jazzowy. Szalony.

Wystawa (kuratorem jest dr Olaf Peters) potwierdza wciąż żywe zainteresowanie tym okresem zarówno po stronie krytyków i historyków, jak i publiczności, która (może szczególnie w Nowym Jorku, gdzie istnieje i spora diaspora emigracji niemieckiej, i liczne środowisko Żydów mających swoje korzenie w krajach niemieckojęzycznych Europy), ustawia się w kolejce, by zobaczyć wystawę (stałem w takiej około 15 minut).

Czy warto? Na pytanie to nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć, ale chyba drugi raz bym się na nią nie wybrał i jest to chyba jakaś forma odpowiedzi nie wprost na to moje pytanie.

Pomimo ambicji mówienia o nowej rzeczywistości (świadoma gra autorów wystawy z kategorią Neue Sachlichkeit, jako nurtu artystyczno- intelektualnego, funkcjonującego w Berlinie w drugiej połowie lat 20-tych XX wieku), obracamy się raczej wokół tradycyjnego dla podobnych wystaw odtwarzania obrazu tamtego miasta i tamtego społeczeństwa (co już wielokrotnie robiono i powiedzmy to sobie wprost na znacznie lepszym poziomie, jak między innymi w obrębie wystaw zestawiających ze sobą dwie awangardy artystyczne Berlina i Tokio).

Na wystawie mamy więc miasto w biegunowym ujęciu. Jeden oparto na wizji miasta i społeczeństwa rodem z „Metropolis” Fritza Langa. Potężnego, żarłocznego i… fascynującego. W jego cieniu rozgrywa się narracyjna i niemal dokumentalna (choć nie mniej przerażająca chwilami) opowieść o Berlinie współczesnym dla czasu wystawy, w filmie Alfreda Döblina „Berlin Aleksanderplatz” z końca lat dwudziestych XX wieku.

Na przeciwległym biegunie umieszczono oniryczne, kabaretowe i ultranowoczesne migawki z miasta, które znajdujemy na obrazach Ludwiga Kirchnera, Georga Grosze, czy na fotomontażach Johna Heartfielda. Półnagie zdjęcia Josephine Baker w kabaretach Berlina to ikoniczny obraz nowego Berlina. W jego i jej tle nowa kobieta (Neue Frau), berlińska kobieta wyzwolona, która po wojnie jest już inna od tej z kojarzonej z tradycyjnymi trzema K(kościół), K(uchnia), K(ilkoro dzieci). Nowa jest niepodobna do niczego wcześniej co widział Berlin przed 1914 rokiem. Inaczej ubrana i uczesana, inaczej odczuwająca. Wyzwolona, także w sferze seksualnej jak dowodzi bardzo odważny obraz Christiana Schada Girls/ Dziewczęta z 1928 roku, które w mieście bez mężczyzn leniwie  masturbują się na naszych oczach…

Jeśli już pójdziemy na tę wystawę to dlaczego warto to uczynić? Ja miałem swój powód i był nim Berlin. Jakie mogą być inne?

Wystawa to natłok obiektów (głównie obrazów ekspresjonistycznych tego czasu, do wymienionej już grupy artystów dodajmy m.in. prace Otto Dixa, czy Maxa Beckmanna). Zamierzony lub nie rodzaj kolażu wrażeń i ikon (z) tego czasu właśnie. Trochę wymuszone (bo ograniczone przestrzenią sal wystawowych), a trochę przemyślane, by dać obraz pełny i zróżnicowany.

Obok tego sztuka plakatu, fotografii (rewelacyjny Herbert Bayer, Lonely Metropolitan, 1932) i przede wszystkim (także w obrębie narracji o schyłku Berlina urodzonego 1918 roku, a umierającego w 1933 roku w cieniu brunatnych koszul) fantastyczne dokonania grafiki fotograficznej (zaangażowanej społecznie) wspomnianego już tutaj wcześniej Johna Heartfielda. Duża gratka by zobaczyć je tutaj w oryginale.

Na szczęście (nie tylko dla mnie) na wystawie pojawia się tez opowieść o architekturze miasta, architekturze Niemiec tego okresu, pośrednio Europy.

Głos zyskuje cała awangarda i przywiezione specjalnie na tę wystawę eksponaty między innymi z Niemieckiego Muzeum Architektury z Frankfurtu nad Menem. Wśród nich oryginalne rysunki Miesa van der  Rohe (w tym słynny wieżowiec zaprojektowany na Aleksanderplatz), czy projekty Ericha Mendelsohna, wraz z jego gipsowym modelem Wieży Einsteina w Poczdamie. Lekki uścisk w gardle i moment niezwykły dla kogoś, kto jego architekturze poświęcił kawałek swojego życia. Obok tego lekka irytacja, że jak rzadko w nowojorskich muzeach, nie można robić zdjęć na wystawie. Właściwie pisząc o niej na swoim blogu robię wyjątek od wyjątków, bo wystawy na których nie można dokumentować, by móc o nich potem pisać, w jakimś sensie nie interesują mnie (jako przedmiot opisu właśnie). Będziecie w Nowym Jorku, wpadnijcie, zobaczcie. Może jednak warto? Wciąż nie wiem…

***

Co: Berlin Metropolis: 1918-1933

Gdzie:   Neue Galerie, Nowy Jork

1048 Fifth Ave.

Wstęp: 20 USD

 Berlińskie Metropolis