Jak Adolf Pieck pozostawił tu ślad i o kanapce śledziowej też

Adolf Pieck pozostawił ślad

Ulica Głęboka 11. Cieszyn. Do wejścia do sklepu z wędlinami zachęca mnie nie ich widok, ani perspektywa zakupu. Jestem przecież po kanapce śledziowej i przy niej i jej smaku pozostanę tym razem przez cały pobyt nad Olzą.

To coś co mnie pcha w stronę sklepu, to niemal kompletne, choć tu i owdzie nadgryzione zębem czasu oryginalne kafelki pokrywające sklep od podłogi po sufit. Próbuję nie koncentrować się na tym czego nie ma, ale na fakcie, że niemal zaraz koło wejścia widzę ten oto napis:

Pieck (1) Cieszyn, 2016

Niemal natychmiast uruchamia to moje wspomnienia z podobnych sklepów widzianych w Gliwicach przy Dworcowej czy  Bytomskiej. Dzisiaj z wszystkich znanych mi dawnych masarni ostała się ta jedna przy dawnej Wilhelmstrasse.  Postanawiam, nie pytając o to obsługę, zrobić zdjęcie. Mieć, utrwalić. Ocalić od zapomnienia.

Adolf Pieck…

Po długich poszukiwaniach wpada mi w ręce książka adresowa berlińskich przedsiębiorców (nie znajduję roku, ale jest to najprawdopodobniej druk z końca 19. i początku 20 wieku) i przynosi ku mojej radości reklamę firmy Pieck.

Jak możemy się z niej dowiedzieć Adolf Pieck, wówczas mieszkający już przy Potsdamerstrasse 122C w Berlinie, specjalizował się w wyposażaniu sklepów mięsnych w szklane lady, zapewniał wyposażenie do prowadzenia sklepów i masarni, pokrywał ich ściany mozaikami i kafelkami, no i wreszcie kładł na podłogach nowoczesne i funkcjonalne linoleum. Jak berlińska, a nie na przykład wiedeńska firma trafiła do Cieszyna? Nie wiem. Może ktoś znajdzie na to odpowiedz. Początek został zrobiony.

 Adolf Pieck (2) (Cieszyn, 2016)

Kanapka śledziowa

No jest świetna. Wreszcie to wiem. Jej smak wciąż gdzieś rozcieram na języku.

Jest masowo konsumowana przez cieszynian (to jednak ważne dla przybysza nieufnego wobec reklamy i szeptanego marketingu).

Dopadam ją przy Głębokiej 3. To dobry adres.

Na miejscu mała kolejka i zakupy po 6, 8. sztuk. To norma. Na wynos. Do tego dwie, trzy na miejscu.

Można bić rekordy w zjadaniu jednej. Pięć, sześć sekund?

*

Mam w oczach taką scenę (czasami wykonanie zdjęcia nie jest możliwe, bo przecież ma się ręce zajęte jedzeniem własnej kanapki!)

Jedna z ulic Cieszyna. Sklep Społem. Dość siermiężna estetyka szyldu.

Nad witryną napis Kanapki śledziowe.

W oknie poniżej, co metr, półtora, na krzesełkach siedzą osoby namiętnie zajadające się kanapkami. Jedną, potem drugą…

Wrócę.

Po kanapkę (i po zdjęcie też).

Avion

Wracam. Minęły te dwa lata.

Piję espresso.

Czytam z zadowoleniem, że kawę i co tam jeszcze,  podają w kawiarni uczniowie średniej szkoły gastronomicznej księcia Albrechta.

Myślę (nieśpiesznie dopijając swoją małą czarną), że Rosalie Wiesner, spodobałby się ten pomysł i to, co się tutaj dzieje…

Avion. Widok na (2016)

Żacy... (Avion, Cesky Tesin) Grand Avion

Tego dnia (31 października 2016 r.)

Anioły z Lyonu. Zapiski z Sabaudii (5)

Pamiętacie film „Niebo nad Berlinem” (1987) i to jak dobrowolnie zstępowały na ziemię?

Wrażenie ich obecności nie opuszczało mnie w Lyonie.

Fasada gotyckiej katedry św. Jana Chrzciciela i wnętrze świątyni. Zachwyca wizerunkami rozradowanych i muzykujących postaci cherubinów… W innym miejscu poraża cokołami ziejącymi pustką i korpusami bez głów i skrzydeł.

***

Radosne oblicza aniołów z Lyonu są odległym przypomnieniem uśmiechów Regelindy z katedry w Naumburgu i tego błąkającego się na twarzy anioła z Reims.

Anioły upadłe, bo zrzucone na ziemię rękoma ludzi… Odmienne od berlińskich.

Reszta (na szczęście) wciąż trwa w niebiańskim uniesieniu…

[Lyon, 8 października 2016 r.]

Fasada katedry (Lyon, katedra pw. św. Jana Chrzciciela)

Anioły utrącone (1) (Lyon)

Grający anioł (3) (Lyon) Anioły muzykujące (4) (Lyon)

Anioły (Lyon)

Historia bez tytułu, początku i końca (12). Spotkanie we Wrocławiu

Jest rok 1917? A może już 1918. Trwa wojna, a to jest ważne zdjęcie.

Martin Hirsch stoi na nim po lewej stronie. Obok niego inny podoficer Helmuth Bloch. Pochodził z Mühlbach z Alzacji. Musiał mieć dla Martina znaczenie, bo to jego nazwisko odręcznie pojawia się obok fotografii. I z nim robi sobie zdjęcie.

Oficerska czapka Helmutha (ujednolicony wzór z 1917 roku) pozwala na dosyć dokładne ustalenie tego, kiedy obydwaj panowie stanęli przez obiektywem. Format pocztówkowy, na którym wykonano odbitkę tylko potwierdza datowanie. Niestety, dalej już nie zagłębię się  w materię zdjęcia. Nie znam się na umundurowaniu wojsk niemieckich z czasu pierwszej wojny światowej.

Impas. Czekam na opinie eksperta. Tik tak, tik tak.

Oczekiwania się opłaca. Pierwotnie nie chciałem zajmować się przeszłością Martina Hirscha i tego co robił podczas I wojny światowej. Czułem jednak, że jego zwolnienie z KZ Buchenwald po trzech tygodniach, a potem tak późny wyjazd z Niemiec, musiał mieś jakiś związek z jego wcześniejszym życiorysem.

Dostaję wytęsknionego maila, z którego dowiaduję się, że obywaj panowie na zdjęciu ubrani są w mundury „podoficerów piechoty 51 regimentu stacjonującego w Breslau…”. Biały otok na pagonie munduru Hirscha i  numer 51 potwierdzają jednoznaczną opinię. Ratuje mi cenny czas na dociekanie niemożliwego, bo nie widzę na pagonie nic więcej poza zarysem „czegoś”. Na szczęście nie o moje  widzenie tutaj chodzi.

Tym rozpoznaniem nie powinienem być aż tak zaskoczony. Kolejny fragment układanki pasuje do całości. No, przynajmniej zyskuje na prawdopodobieństwie.

Przeglądam stare zdjęcia Langegasse (ul. Długa), przy którym w 1872 roku, w rok po pysznym zwycięstwie nad Francją powstały nowe koszary dla 51 pułku piechoty (tzw. Westend-Kaserne). Potężne, boniowane ciosy kamienne licują trzy kondygnacje budynku wzniesionego w tzw. stylu urzędniczym lub neoromańskim. Masywne wieże na narożach są demonstracją siły i funkcji tego kompleksu. W trakcie Wojny Światowej koszary będą oficjalnie siedzibą 51 pułku piechoty (4. dolnośląskiego) wchodzącego w skład VI Korpusu Armii.

Gdy Rachel Jacobson przybywa do Wrocławia, Martin Hirsch jest już w wojsku od co najmniej ośmiu lub nawet dziewięciu lat, bo tyle czasu spędził w niemieckim mundurze.

Patrzę na mapę miasta i sprawdzam, jak daleko jest z koszar na Uniwersytet Wrocławski… to nieco ponad dwa kilometry. Dwadzieścia minut drogi… To nie jest odległość, która miałaby cokolwiek znaczyć.

Rachel, gdy Martin staje przed obiektywem aparatu w którymś z wrocławskich atelier i pręży swa podoficerską pierś do zdjęcia, wybiera się na studia medyczne. Zdaje niezbędne egzaminy i 3 października 1918 roku zostaje oficjalnie kandydatką na studia medyczne. Trwa jeszcze Cesarstwo Niemiec. Jeszcze, więc to w imieniu Wilhelma II władze uczelni potwierdzają jej status kandydatki na medycynę.  Pomimo zawieruchy wojennej i w istocie końca świata , który znała przed najmłodsza córką Jakuba Jacobsona z Lübau otwiera się wielka kariera.

Tak się jednak nie stanie. I znowu nie wiem dlaczego? Aranżowane małżeństwo? Czy wielka miłość? Rachel nie podejmuje studiów.

Zmiana polega jednak na tym, że tutaj na pograniczu dwóch światów i epok, wieku 19. i 20., schodzą się  światy osobiste Martina i Rachel.

Patrzę na pieczołowicie zachowany anons prasowy, z którego (przy innej okazji)  dowiadujemy się, że w maju 1919 roku oboje są już narzeczonymi… Myślę też, że matka Racheli była daleką krewna rodziny Hirsch.

Jedno jest pewne. To tutaj we Wrocławiu, oboje spotykają się. Rok później się pobierają. Gdzie? No właśnie, gdzie?

Dwa lata później, na świat przyjdzie Samuel Hirsch. To już ich drugi syn. Wciąż nie wiem, czy urodził się w Berlinie, jak chcą jedne źródła, czy w Bytomiu, nomen omen w kobiecej klinice dr Hirscha, zupełnie niespokrewnionego z rodziną…

To Samuel urodzony 27 listopada 1921 roku, wyśle do Bytomia, swojego „Boiten” list w 1994 roku, który nada bieg tej historii…

(cdn)

Martin Hirsch w mundurze 51.pułku piechoty, ok. 1917 (wszelkie prawa zastrzeżone)

Wrocławski rynek - wspomnienie (ok. 1890 r.)

Historia bez tytułu, początku i końca (11). Matura

Budynek w czerwonej cegle. Trzypiętrowy. Nawiązuje, choć poorany ranami z II wojny, do modnego wówczas stylu niderlandzkiego.

Victoriaschule przy dawnej Holzgasse (ul. Kładki 24)… Pierwsza żeńska szkoła (Mädchenschule) w tym mieście. Wzniesiona pod koniec 19. wieku, dobrze wpisywała się w ceglaną estetykę miasta i klimat miast Hanzy. Gdańsk – krótki i odległy od Bytomia przystanek na trasie poszukiwań w tej opowieści.

Szkoła nie jest taka zupełnie anonimowa. Gości na kartach historii miasta. Tej oficjalnej, spisanej. I literackiej -przepełnionej emocjami.

Najpierw poświęcił jej kilka słów uwagi Artur Brausewetter w romansie  Und hätte der Liebe nicht z 1926 r. Obraz 1 września 1939 roku w tej szkole ożywił Bruno Zwarra w powieści Gdańszczanie (Die Danziger, 1976). To tragiczny opis zatrzymanych w jej salach Polaków i Żydów, których wprost ze szkoły wywieziono do pobliskiego obozu w Stutthofie.

Gedania, Danzig, Gdańsk…

Lubię to miasto i w sposób nieoczywisty tę jego część, gdzie znajduje się owa szkoła, choć jest nieco obok ścieżek wydeptywanych przez turystów.

Blisko stąd do dawnego klasztoru pofranciszkańskiego, który w latach 1870-1872 staraniem Rudolfa Freitaga, ucznia Bertela Thordvaldsena, zamieniono na miejskie muzeum.

Rudolf Freitag był Wrocławianinem. To niemal od razu stwarza tę niewidzialną wspólnotę i bliskość między nami, ale powodem dla którego odwiedzam dawne mury klasztoru (ilekroć jestem w Gdańsku) jest Sąd Ostateczny Hansa Memlinga…, a nie Freitag oczywiście.

Napisano o tym obrazie wiele, ale wciąż czeka na opowieść o tym ile i jak niezwykłych podróży odbył, by zawsze w finale powrócić do Gdańska.

Lecz i nie dla Memlinga  trafiam do Gdańska. Tym razem jestem tutaj dla Rachel Jacobson, która 21 marca (ta data jest pewna) w 1908 lub w 1909 w Gdańsku właśnie zdaje maturę uzyskując jako jedna z pierwszych kobiet w Prusach, prawo do studiowania na uniwersytecie…

To wszystko jest ponownie mocno niezwykłe. Nie pierwszy raz w tej historii. Jeśli jest to rok 1908 (a tego nie wykluczam) to byłaby to jedna z pierwszych maturzystek w Prusach, przed którą otwierała się  droga na niemieckie uniwersytety…  Dziewczęta zdawały wówczas egzamin między 16, a 18 rokiem życia. Rachel urodziła się w 1891 r. zatem możliwości nie jest zbyt wiele…

Dlaczego interesuję się tym faktem? Dopytuję się tym razem o losy urodzonej w odległej Saksonii, Rachel Jacobson?

Rech (Rachel) Jacobson przyjechała do Gdańska z Löbau, miejscowości niedaleko leżącej od Görlitz.

Dlaczego ona i jej rodzice nie wybrali dla niej Wrocławia jako miejsca nauki? Drezna? Nie wiem. Może wówczas nie oferowana tam była matura dla kobiet? Nie będę tego sprawdzał, nie tym razem. W sumie nawet mnie cieszy ta jej wyprawa nad Bałtyk i moja perspektywa poczucia w nozdrzach zapachu morza (tu i teraz), smagnięcia wiatru, czy spaceru ulicą Mariacką, którą zdecydowanie wolę od Długiego Targu…

Löbau, gdy mieszkał tam jej ociec Jacob Jacobson (co sugeruje niemal ze stuprocentową pewnością, że syn Jakuba, wywodził się od Jakuba, a ten od poprzedniego), liczyło odpowiednio 747 (1890) i 705 (1900) Żydów. Niewielu z nich, jak myślę, miało tak szerokie i tak dalekosiężne plany w stosunku do swoich dzieci jak Jakub syn Jakuba. Rech (Rachel) Jacobson miała studiować i… jakkolwiek brzmiało to wówczas bulwersująco i rewolucyjnie, chciała studiować medycynę…

Gdańsk. Ponownie.

Przedzieram się przez informacje o pięciu, a potem w istocie jednej dużej i jednej małej ortodoksyjnej wspólnocie żydowskiej w tym mieście (zw. polską), zastanawiając się jak wyglądały lata spędzone w gdańskiej szkole przez Rachel. Na pewno bywała na Wyspie Spichrzy, gdzie mieszkało wielu gdańskich Żydów. Z pewnością mogła podziwiać niedawno otwartą synagogę w Gdańsku przy Reitbahnstrasse (ul. W. Bogusławskiego). Spoglądam na jej zdjęcie i myślę, że absolutnie dorównywała dziełom Berlina, Wrocławia, Pragi czy Wiednia. Mogła zachwycać.

Ale mogło się zdarzyć (a wiele na to wskazuje), że Rachel uczęszczała do ortodoksyjnej synagogi przy Mattenbuden (ul. Szopy) i właśnie na Wyspie Spichrzów zamieszkiwała pośród takich kupców, jak jej ojciec Jacobson… i w tych chwilach czuła się jak w rodzinnym Löbau.

Czy znała już wtedy Martina Hirscha? Nie sądzę.

Jego rodzinę? Nie wiem. Tego nie wykluczam.

To co pewne, to fakt, że w jej planach życiowych nie było wtedy miejsca na przenosiny na Górny Śląsk. Były marzenia o studiowaniu medycyny – i na to są dowody.

Historia… wydobywana z mroku zapomnienia. Słowa wywoływane z ciemni, jak obrazy… Historia bez początku…

(cdn)

Pamiątka matury (fragm. ogłoszenia prasowego; wszelkie prawa zastrzeżone)

Gdańsk, Ulica Mariacka (fot. 2009)

Historia bez tytułu, początku i końca…

Leży przede mną zdjęcie. To nie są ci bohaterowie. Moi nie mają jeszcze twarzy. Ale to kwestia czasu. Mają imiona i nazwiska. Wiem już całkiem sporo, ale to nie czas by ujawnić wszystko.

Właściwie można by zacząć tą historię od tego, że w 1897 roku F.E. Neumann przebudował część chóralną bytomskiej synagogi. Było to już wiele lat po tym, jak 25 maja 1868 roku położono kamień węgielny pod dom modlitwy. Nadano jej popularny kostium mauretański. Wiele takich powstało wówczas w Europie Środkowej. Podobną wzniesiono w pobliskich Gliwicach. Wzorem, niedoścignionym i wspaniałym była dla bytomskiej Nowa Synagoga w Berlinie i w Budapeszcie. Nie mam już zdjęć tej pierwszej. Właśnie skradziono mi fotografie z Berlina z 2015 roku. Trudno. Należy posłużyć się wyobraźnią, by zrozumieć o czym marzyli bytomscy Żydzi budując swoją synagogę.

Niedługo potem w przedsionku prowadzącym do chóralnej empory, znalazła się szafka, tak myślę, z nazwiskami członków synagogalnego chóru. Z upływem czasu tabliczki będą wymieniane na kolejne. Gdy opowieść nabierze tempa i kolorów, chórmistrzem będzie Rosenthal. Nie lubię tych niemieckich źródeł. Z pewną beztroską traktują imiona. Zatem na tym etapie ów Rosenthal, bez imienia które przecież miał, może związany z Selb w Bawarii, a może nie (nie znam innego Rosenthala) znajdzie się w chóralnej części synagogi i  da znak do śpiewu… Stop. Nie teraz.

Mogę też sobie go wyobrazić zmuszonego przez SS-manów do patrzenia na płonącą synagogę przy Friedrich-Wilhelm-Ring w ówczesnym Beuthen, jak nazywał się w 1938 roku plac przy którym stała. Budynki synagogi palić się będą trzy długie noce i dni. I spłoną. I niemal nic nie ocaleje. Niemal. To ważne w tej historii.

A może tą opowieść można bardziej skomplikować? Cofnijmy się zatem pod koniec 19. wieku do ówczesnego Breslau, gdzie bracia Halpaus, świeżo po fuzji z uznaną firmą  A. M. Eckstein & Söhne prowadzą dużą wytwórnię tytoniu i papierosów, pyszniąc się tytułem oficjalnych dostawców na dwór pruski. Papierosy damskie i sportowe (cokolwiek to znaczyć może) palić też będzie wielu w Bytomiu.

Wreszcie początkiem tej opowieści może być 27 listopada 1921 roku. I berliński szpital…. przy Iranischen Strasse? Tego nie wiem. Data jest pewna i na pewno pójdę tym tropem.

Ta data jest także z innego powodu znamienna. Oznacza, że matka nowo narodzonego dziecka, jak i jego ojciec opuścili w tym czasie Bytom uciekając przed niepokojami plebiscytu i powstań śląskich. Berlin też jest targany niepokojami, ale dla obojga tam jest bezpieczniej niż w Beuthen. Ale wrócą tu jeszcze. Przecież bez tego ta historia zupełnie nie miałaby sensu…

(cdn: za jakiś czas)

Zdjęcie

Miejsce (Bytom)

Dwa

Mój „facebook” przypomniał mi, że ten blog ukończył właśnie dwa lata. Pomyślałem natychmiast o tym, co o czyms takim jak wydarzenie (w sensie fotograficznym i historycznym) pisała Susan Sontag. Wydarzenie „(…) to coś, co można sfotografować (…)”. Dość prosta definicja. O reszcie, czyli czy coś jest wydarzeniem, czy tez nie przesądza ideologia…, dodaje w innym miejscu.

Jaki byłby więc portret tego blogu? Kim jestem po tych dwóch latach, a kim moi Czytelnicy? Jaki jest świat, który w swoim nomadycznym oglądzie opisałem, wierząc, że warto być uważnym godząc się z tego świata zmiennością i przemijaniem?

Zmieniło się więc niemało. A może wręcz wszystko?

Za mną emigracja do Czech. Spotkania i twarze, z których część nie powróci.

Doświadczenie emigracji uczy dystansu, wymusza budowanie własnego stosunku do miejsca, które się opuściło. Czechy pozostaną miejscem szczególnym i ten ich kawałek Śląska, na którym mieszkałem.

Niedawno pytany o czas który minął i to jak mnie zmienił (wywiad z Józefem Krzykiem w Magazynie Katowice z 16 kwietnia 2016 r.), wspomniałem o tym, że najbardziej zweryfikował moje relacje z ludźmi. Z pewnym spokojem i rodzajem pozytywnego zaskoczenia odkryłem, że jestem w dobrym punkcie swojego życia. Przebrzmiale przyjaźnie nie bolą, a ludzie spotykani dzisiaj w jakimś sensie są mi bliżsi i doceniam historie ich życia no i to co wnoszą w moje. Uspokojenie… Stan cokolwiek paradoksalny, jeśli mówić o spokoju w chwili, gdy tak wiele, tak niebezpiecznie się zmienia…

Inny jest też Śląsk, który uznałem za własny.

Śląsk, w przestrzeni którego od tych dwóch lat się poruszam, który znam, a zamykając oczy rozpoznaje każdy kamień na drodze. Mój Śląsk jest jeszcze bardziej Górny (choć z radością odkrywałem zadomowienie na Dolnym). Wrósł we mnie.

Blog, jak przewrotnie zaznaczyłem w swoim pierwszym bodaj tekście, był „pisany dla pieniędzy”. Ta deklaracja była prowokacją, ale też miała w sobie ten zamysł, by lektura mojego blogu warta była czasu i zainteresowania Czytelników. Piszą, że warta. Uwierzę im, przecież to tekst rocznicowy.

Niedługo wybór z tego, co znalazło się na jodłowane.pl złoży się na moją post-blogową książkę.

Nie wiem ilu Czytelników sięgnie po nią, by od spotkać się z moim subiektywnym i osobistym oglądem Śląska i światów (sztuki, emocji i topografii podróżniczej), które mnie fascynowały.

Mam nadzieję, że wyposażona w równie osobisty materiał zdjęciowy znajdzie nie mniej Czytelników, niż znajdowały ich moje teksty, pojedyncze zdania, słowa. Flashe wrażeń i emocji.

Te półtora tysiąca osób sięgających co miesiąc po teksty z jodlowania, daje mi nadzieję, że będzie to książka życzliwie przyjęta.

Pisanie nie jest łatwe. Tym bardziej, gdy dotyczy Śląska. Nietrudno jest popełnić błąd i uderzyć w dźwięk naiwnego sentymentalizmu, zatracić dystans. Czas, owe dwa lata właśnie niektóre z tych wpisów zapewne zweryfikuje i pozostaną tylko tutaj na blogu, nie doczekując się swojej „hard kopii”. Trud wyboru przede mną.

Dwa lata, 24 miesiące. 572 wpisy. Tysiące kilometrów.

Przestrzeń rozpięta między nowojorskim High-line, londyńskim barem wegetariańskim, galeriami Brukseli, śląskiego Berlina i tych wszystkich miejsc w Polsce, które jak senne i mocno wczorajsze Kłodzko wyryło swój obraz w pamięci i słowie.

Najistotniejsi byli jednak ludzie. Ich myśli, emocje. Były tym, czemu ulegałem i poddawałem się najchętniej.

Dla nich pisałem – tak myślę – przez te dwa lata… Za bycie ze mną, dziękuję.

Two (fragment obrazu R. Magritte'a; tytuł własny)

 

Przekraczanie Rubikonu (8). Metropolis w Neue Galerie

Jest taka wyjątkowa mila w Nowym Jorku (Museum Mile), która jest w istocie przedłużeniem Piątej Alei. Na wysokości Central Parku rozlokowane są wzdłuż tego jej odcinka liczne muzea miasta, poczynając od Met(ropolitam Museum of Art), z którego trudno jest wyjść, bo posiada tak fantastyczne i przepastne zbiory, a kończąc na muzeach mniejszych, jak Neue Galerie, do której dotarłem skuszony tytułem trwającej tam właśnie wystawy Berlin Metropolis 1918-1933.

Wystawa o jakiej kilka słów poniżej (sorry, ale Archibald Motley czeka!) potrwa do 4 stycznia przyszłego roku, więc jeśli ktoś będzie miał na zbyciu 20 dolarów lub będzie to jeden z pierwszych piątków miesiąca, gdy podwoje muzeum stoją otworem dla publiczności, można się tam wybrać.

W samym muzeum jest z reguły kameralnie, podają niezłą kawę i miejsce to ma coś w sobie raczej z przystani dla tych, którzy łakną tradycji i kultury Austrii i Niemiec (oficjalna nazwa instytucji to Neue Galerie. Museum for German and Austrian Art) w Nowym Jorku, niż posiada cechy wybitnej i potężnej instytucji muzealnej. Rodzaj slow museum. Fanom takiego muzealnictwa miejsce to się z pewnością spodoba.

Na co dzień Galeria oferuje zbiory, których lwią część zbudowano na kolekcji nieżyjącego już Serge’a Sabarsky’ego, kolekcjonera i marszanda sztuki secesyjnej i ekspresjonistycznej powstałej w środowiskach artystycznych Wiednia, Monachium i Berlina. Dlatego zapewne na wystawie stałej (tworzą ją zaledwie trzy salony pierwszego pietra pałacu miejskiego, w którym ulokowano Neue Galerie) tyle Oscara Kokoschki, Gustawa Klimta, czy Josefa Olbricha.

Zbiory Sabarsky’ego bywały zresztą pokazywane w Polsce. Zamierzchłe to już czasy, ale w Krakowie w Międzynarodowym Centrum Kultury pokazywano prace wiedeńskich Wilde w połowie lat 90-tych 20. wieku, wywołując w tamtym czasie i klimacie spore poruszenie. Były to bodaj pierwsze prace Kokoschki, czy Schiele’go pokazywane nad Wisłą, a że cenzura obyczajowa już nie szalała, to było w tych pokazach więcej zachwytu niż oburzenia ze strony widzów i krytyki. Jedna i druga spragniona była dzieł  twórców światowych. Kolekcja Sabarsky’ego dawała bodaj namiastkę obcowania z taką właśnie sztuką.

To co jednak ciekawego w Neue Galerie to nie wspomniane prace klasyków przełomu 19.i 20. wieku, lecz znajdująca się na 2. piętrze Galerii opowieść o Niemczech i Berlinie po wielkiej zmianie jaką w życiu tego miasta i państwa był rok 1918 i powstała na gruzach Cesarstwa Republika Weimarska. Lustrem, w którym się przeglądamy i zaglądamy do Niemiec tego okresu jest Berlin pokazany w okresie jego zachłyśnięcia się awangardą, Berlin oddychający moderną, kosmopolityczny. Czarny, jazzowy. Szalony.

Wystawa (kuratorem jest dr Olaf Peters) potwierdza wciąż żywe zainteresowanie tym okresem zarówno po stronie krytyków i historyków, jak i publiczności, która (może szczególnie w Nowym Jorku, gdzie istnieje i spora diaspora emigracji niemieckiej, i liczne środowisko Żydów mających swoje korzenie w krajach niemieckojęzycznych Europy), ustawia się w kolejce, by zobaczyć wystawę (stałem w takiej około 15 minut).

Czy warto? Na pytanie to nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć, ale chyba drugi raz bym się na nią nie wybrał i jest to chyba jakaś forma odpowiedzi nie wprost na to moje pytanie.

Pomimo ambicji mówienia o nowej rzeczywistości (świadoma gra autorów wystawy z kategorią Neue Sachlichkeit, jako nurtu artystyczno- intelektualnego, funkcjonującego w Berlinie w drugiej połowie lat 20-tych XX wieku), obracamy się raczej wokół tradycyjnego dla podobnych wystaw odtwarzania obrazu tamtego miasta i tamtego społeczeństwa (co już wielokrotnie robiono i powiedzmy to sobie wprost na znacznie lepszym poziomie, jak między innymi w obrębie wystaw zestawiających ze sobą dwie awangardy artystyczne Berlina i Tokio).

Na wystawie mamy więc miasto w biegunowym ujęciu. Jeden oparto na wizji miasta i społeczeństwa rodem z „Metropolis” Fritza Langa. Potężnego, żarłocznego i… fascynującego. W jego cieniu rozgrywa się narracyjna i niemal dokumentalna (choć nie mniej przerażająca chwilami) opowieść o Berlinie współczesnym dla czasu wystawy, w filmie Alfreda Döblina „Berlin Aleksanderplatz” z końca lat dwudziestych XX wieku.

Na przeciwległym biegunie umieszczono oniryczne, kabaretowe i ultranowoczesne migawki z miasta, które znajdujemy na obrazach Ludwiga Kirchnera, Georga Grosze, czy na fotomontażach Johna Heartfielda. Półnagie zdjęcia Josephine Baker w kabaretach Berlina to ikoniczny obraz nowego Berlina. W jego i jej tle nowa kobieta (Neue Frau), berlińska kobieta wyzwolona, która po wojnie jest już inna od tej z kojarzonej z tradycyjnymi trzema K(kościół), K(uchnia), K(ilkoro dzieci). Nowa jest niepodobna do niczego wcześniej co widział Berlin przed 1914 rokiem. Inaczej ubrana i uczesana, inaczej odczuwająca. Wyzwolona, także w sferze seksualnej jak dowodzi bardzo odważny obraz Christiana Schada Girls/ Dziewczęta z 1928 roku, które w mieście bez mężczyzn leniwie  masturbują się na naszych oczach…

Jeśli już pójdziemy na tę wystawę to dlaczego warto to uczynić? Ja miałem swój powód i był nim Berlin. Jakie mogą być inne?

Wystawa to natłok obiektów (głównie obrazów ekspresjonistycznych tego czasu, do wymienionej już grupy artystów dodajmy m.in. prace Otto Dixa, czy Maxa Beckmanna). Zamierzony lub nie rodzaj kolażu wrażeń i ikon (z) tego czasu właśnie. Trochę wymuszone (bo ograniczone przestrzenią sal wystawowych), a trochę przemyślane, by dać obraz pełny i zróżnicowany.

Obok tego sztuka plakatu, fotografii (rewelacyjny Herbert Bayer, Lonely Metropolitan, 1932) i przede wszystkim (także w obrębie narracji o schyłku Berlina urodzonego 1918 roku, a umierającego w 1933 roku w cieniu brunatnych koszul) fantastyczne dokonania grafiki fotograficznej (zaangażowanej społecznie) wspomnianego już tutaj wcześniej Johna Heartfielda. Duża gratka by zobaczyć je tutaj w oryginale.

Na szczęście (nie tylko dla mnie) na wystawie pojawia się tez opowieść o architekturze miasta, architekturze Niemiec tego okresu, pośrednio Europy.

Głos zyskuje cała awangarda i przywiezione specjalnie na tę wystawę eksponaty między innymi z Niemieckiego Muzeum Architektury z Frankfurtu nad Menem. Wśród nich oryginalne rysunki Miesa van der  Rohe (w tym słynny wieżowiec zaprojektowany na Aleksanderplatz), czy projekty Ericha Mendelsohna, wraz z jego gipsowym modelem Wieży Einsteina w Poczdamie. Lekki uścisk w gardle i moment niezwykły dla kogoś, kto jego architekturze poświęcił kawałek swojego życia. Obok tego lekka irytacja, że jak rzadko w nowojorskich muzeach, nie można robić zdjęć na wystawie. Właściwie pisząc o niej na swoim blogu robię wyjątek od wyjątków, bo wystawy na których nie można dokumentować, by móc o nich potem pisać, w jakimś sensie nie interesują mnie (jako przedmiot opisu właśnie). Będziecie w Nowym Jorku, wpadnijcie, zobaczcie. Może jednak warto? Wciąż nie wiem…

***

Co: Berlin Metropolis: 1918-1933

Gdzie:   Neue Galerie, Nowy Jork

1048 Fifth Ave.

Wstęp: 20 USD

 Berlińskie Metropolis

 

Dussmann. Miejsce, gdzie wciąż słychać szelest przewracanych kartek…

To jest miejsce, które zawsze odwiedzam ilekroć jestem w Berlinie. Nie dlatego, że muszę. Zdecydowanie bardziej dlatego, że mogę sobie wyobrazić wizytę w Berlinie bez zobaczenia, nie wiem Bramy Brandenburskiej (?), ale już z trudem wyobrażam sobie pobyt w Berlinie bez zaglądnięcia do Dussmanna.

Dussmann to coś czego nie ma Warszawa, nie ma Kraków. Katowice, niestety też nie mają. To wielki skład książek, księgarnia w najlepszym rozumieniu tego słowa, w której można się zagubić i odnaleźć i znowu zatracić w lekturze, oglądaniu, czytaniu, słuchaniu.

Mój pierwszy pobyt w tym miejscu, kilkanaście lat temu oznaczał strawione na czytaniu-nie-czytaniu kilka dobrych godzin. To był mój Berlin. I wiedziałem, że będę już tutaj powracał, za każdym razem. Po wielokroć.

Peter Dussmann, twórca tego projektu, pochodził z rodziny właścicieli niewielkiej księgarni w wirtemberskim Rottweil. Takiej małej, rodzinnej i prowincjonalnej, jakie może jeszcze pamiętamy i z naszych miast i miasteczek. Dzisiaj ich nie ma. Są co najwyżej składy podręczników.

Peter Dussmann przez większość życia nie zajmował się książkami. To znaczy chyba zajmował, ale pracował z myślą, by kiedyś powstało coś takiego jak Dussmann Kulturkaufhaus. Wcześniej założył i prowadził firmę zajmującą się opieką nad ludzi starszymi, obsługą biur, ich sprzątaniem. Nic „ambitnego”, jak wówczas uważano, ale on wyniósł każda z tych dziedzin na szczyty zarządzania i organizacji. A potem był rok 1966 i powstała grupa Dussmanna. Mekka dla uzależnionych od wynalazku Gutenberga. Gdy wejść do domu Dussmanna przy Friedrichstrasse, jest ich tam wciąż setki i tysiące.

To taka księgarnia, w której księgarz wie co ma na półce, potrafi doradzić, wyszukać, wymienić opinię na jej temat z przyszłym czytelnikiem. Porozmawiać o książce, autorze lub na temat innych jej na przykład krytycznych wydań. Jest częścią świata, do którego on i my należymy. Do świata książek, a dzisiaj i multimediów. To tam fani serialu ‘Mad men’ (serdecznie pozdrawiam) znajdą wszystkie sezony serialu, a miłośnicy muzyki filmowej, ścieżkę z każdego filmu jaki kiedykolwiek został wyprodukowany.  Takie miejsce.

Wciąż słychać tam szelest przewracanych stron. Widziałem tam i takich, którzy pochłaniali zapach świeżego druku, rozkoszowali się nim, błogo zagłębiając w lekturę w miękkich skórzanych fotelach, na stojąco, przy regale. Złapani na tym, że książka ich wzięła w posiadani, a nie oni ją

W podziemiach sklepu znajdują się wiszące, wertykalne ogrody Patricka Blanca, niedoszłe marzenie ogrodów porastających ulice i place Katowic… Przypomnienie prastarego lasu, korzeni, naszych źródeł. W istocie miejsce, gdzie ze swoją lub wciąż nie swoją (jeszcze) książką, możemy zejść, napić się kawy i ponownie chłonąć. Tym razem dźwięk opadających kropel wody ze ścian porosłych roślinami i zapach tego co jest przypomnieniem soczystej trawy, dusznych zapachów dżungli, chłodu górskiej wody.

Do każdej kawy, herbaty tu serwowanej, dołączony jest niewielki rulonik, starannie opleciony delikatnym, papierowym pierścieniem. Mój był tym razem niebieski. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, gdy go rozwinąłem i go bezgłośnie przeczytałem, że miał się znaleźć przy mojej filiżance. Tego dnia i w tym czasie.

„Auch aus Steinen,

die einem in den Weg gelegt werden,

kann man Schönes bauen”  

Johann Wolfgang  von Goethe

***

(spolszczenie)

„I z kamieni,

jakie rzucane są nam pod nogi,

można zbudować  coś pięknego”

J.W. von Goethe

Odkładam kartkę na bok i biorę do ręki dopiero co zakupioną książkę Hansa-Dietera Rutscha, Das Preussische Arkadien. Schlesien und die Deutschen / Pruska Arkadia. Śląsk i Niemcy, (Berlin 2014).

Przewracam pierwsze strony, a szelest kartek zagłusza tym razem opadająca w moim sąsiedztwie woda. Trafiam na prolog otwierający książkę.

Jest luty 1790 roku i oto J.W. Goethe pisze w liście do księcia Carla Augusta, o tym iż wybiera się w tym roku w wyjątkową podróż na… Śląsk. W jej trakcie (wyprawa Goethego ma wiele powodów i celów jej podjęcia), dotrze między innymi do Tarnowskich Gór, gdzie obejrzy maszynę ogniową (parową).

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to książka która w jakimś sensie należy do mnie, dotyka historii, którą kilka lat wcześniej miała opowiadać (otwierając swoją opowieść o historii G. Śląska)  wystawa w Muzeum Śląskim. Nie, nie odczuwam tym razem żalu, że tak się nie stało. Zdecydowanie jest odwrotnie. To rodzaj uspokojenia i pewności, że jeśli nie w Katowicach dzisiaj, to ktoś tę historię pozna., ba już czyta. „W świecie”, a potem tutaj.  Za chwilę zaś w Polsce, gdzie (mam nadzieję) ktoś uzna, że warto tę książkę przetłumaczyć. A czytelnik, jeden, drugi i następny odkryje, jak głęboko historia Śląska jest zanurzona w historii Europy i tamtego świata. Nie mniej niż w tej, którą światu w kilka lat później opowiadał John Q. Adams, pisząc swoje Letters on Silesia (1801) i opowiadając światu historię Śląska.

Odkładam książkę, biorę kolejne (czy wspominałem, że uzależnienie kosztuje?)… zagłębiam się w pośpiesznej lekturze…

Dussmann. Taki adres

Ogrody u Dussmanna. Wilgoć

Ogrody Dussmanna (proj. & realiz. Patrick Blanc)

Dworzec Anhalter. O Berlinie inaczej

Przeczytałem niemal wszystkie reportaże ze zbioru  Mur. 12 kawałków o Berlinie (dziwne, ale numer 12. wciąż się koło mnie „kręci”: a to lista 12. z której kandyduję, a to restauracja „12 Apostołów”, którą dzisiaj mijałem w śródmieściu Berlina). Po ich lekturze  nie mogę ukryć pewnego rozczarowania. Ale może trzeba znać to  miasto inaczej, by wiedzieć, że najważniejsze rzeczy to te, które zdarzają się tutaj o poranku?

Są dalekie od historii muru, które są zbyt osobiste, by być przedmiotem rozmów z berlińczykami.  Tak, owszem. Nadają się na opowiadania dla turystów, dla których to zdarzenia odległe i już nieprawdopodobne. Ale tylko tyle. Te prawdziwe potrzebują ciszy i intymności. Często zresztą można usłyszeć w Berlinie narzekania turystów, że muru już nie ma… Tęsknota za przekleństwem, tych którzy tutaj żyli??? z tym muzrem to zresztą nieprawda. Mur nadal tkwi w głowach, w losach poszczególnych rodzin. No, a  ci bardziej dociekliwi, znajdą jego fragmenty i ślady w mieście. Zobaczą je w tym, jak nagle w pewnych swoich dzielnicach Berlin z Ost, różni się od tego z West. Nieważne. Miało być przecież o poranku w Berlinie…

Zatem jesienne poranki w Berlinie, oznaczają kolory drzew od żółcieni po intensywnie bordowe wariacje. Brązy i zielenie zmieszane i z bielą mgły… Skąpane w sosie nieostrości i niejednoznaczności. Coś niezwykłego i mało pruskiego w tej stolicy Fryderyka Wielkiego.

Gdy, o poranku opuszczałem hotel, ściągał mnie cień wieży telewizyjnej. Cień pozorny. Skryty w chmurach, we mgle spowijającej miasto. Intrygujący. Wielkie oko, Wielkiego Brata, którego już nie ma od 25.lat… A może jest?

We wspomnianym zbiorze reportaży o Berlinie, brakuje mi miasta, które pachnie poranną kawą i rogalikiem podanym na x sposobów. Pośpiechu ulicy, znającej ograniczenia historii i wiedzącej, że to co jest dzisiaj, nie musi dawać gwarancji, że będzie też jutro. Miasto z przeszłością, jak rozwodnik z piętnem tego co było.

Historii, jak ta o dworcu Anhalter, co przetrwał wojnę i zniknął niemal całkowicie z powierzchni ziemi wysadzony na początku lat 60-tych XX wieku. Świadek wyjazdów cesarza Wilhelma II do ludu swego, wstydliwego spotkania Ribbentropa i Mołotowa w listopadzie 1940 roku, czy jeszcze bardziej zawstydzających współczesnych deportacji berlińskich Żydów, co nagle zostali wyzucie z  wszystkiego i jak później dworzec skazani na niebyt?

Berlin. Mój kawałek tutaj. Inny od 12. znalezionych na kartach książki.

PS. A ja polecam swój esej o emigracji. Osoba, której ocenom bezwzględnie zawierzam, napisała, że świetny…  „Obcy u siebie”, taki tytuł. W najnowszej Fabryce Silesia… Już jest. Odczuwanie oddalenia, osobiste. Przeżyte.

 Poranek/ Mgła (Berlin, 16.10. 2015 r.)

Poranek / Mgła (2) Berlin

Poranek / Mgła (3) (Berlin)

Kolory  (Berlin)