Niebieski (Blue)

„Spodobała ci się żółta torba, to kup niebieską…” czytam (cytując mniej lub bardziej wiernie) pewien slogan reklamowy w IKEA.

Czy naprawdę ktoś nie myśli? A może to taka wielka metafora i próba definiowania naszych współczesnych wyborów – „w zastępstwie i obok”.

Myślę więc i  naiwnie (bo przecież „who cares”) odpowiadam Wielkiemu Nieobecnemu – „Nie kupię. Spodobała mi się  żółta, a nie niebieska”.

Moje wybory są moimi.

Kolory i odczuwanie też. I wykracza to poza potrzebę posiadania jutowej torby w kolorze blue.

Wybieram Yellow submarine.

bez tytułu

 

Z off-u

Wczoraj w TVN24 w „Czarno na białym”, usłyszałem niewczesne żale byłej minister kultury, że coś sie zmieniło (w kulturze i  „ale o co chodzi?”) i że nie rozumie, i ktoś komuś nie wybaczy itd. Owszem się zmieniło, niestety wcześniej. To właśnie stworzyło fatalny precedens i… jest jak jest… teraz. Zadziwia ten brak refleksji.

bez tytułu

Dwa

Mój „facebook” przypomniał mi, że ten blog ukończył właśnie dwa lata. Pomyślałem natychmiast o tym, co o czyms takim jak wydarzenie (w sensie fotograficznym i historycznym) pisała Susan Sontag. Wydarzenie „(…) to coś, co można sfotografować (…)”. Dość prosta definicja. O reszcie, czyli czy coś jest wydarzeniem, czy tez nie przesądza ideologia…, dodaje w innym miejscu.

Jaki byłby więc portret tego blogu? Kim jestem po tych dwóch latach, a kim moi Czytelnicy? Jaki jest świat, który w swoim nomadycznym oglądzie opisałem, wierząc, że warto być uważnym godząc się z tego świata zmiennością i przemijaniem?

Zmieniło się więc niemało. A może wręcz wszystko?

Za mną emigracja do Czech. Spotkania i twarze, z których część nie powróci.

Doświadczenie emigracji uczy dystansu, wymusza budowanie własnego stosunku do miejsca, które się opuściło. Czechy pozostaną miejscem szczególnym i ten ich kawałek Śląska, na którym mieszkałem.

Niedawno pytany o czas który minął i to jak mnie zmienił (wywiad z Józefem Krzykiem w Magazynie Katowice z 16 kwietnia 2016 r.), wspomniałem o tym, że najbardziej zweryfikował moje relacje z ludźmi. Z pewnym spokojem i rodzajem pozytywnego zaskoczenia odkryłem, że jestem w dobrym punkcie swojego życia. Przebrzmiale przyjaźnie nie bolą, a ludzie spotykani dzisiaj w jakimś sensie są mi bliżsi i doceniam historie ich życia no i to co wnoszą w moje. Uspokojenie… Stan cokolwiek paradoksalny, jeśli mówić o spokoju w chwili, gdy tak wiele, tak niebezpiecznie się zmienia…

Inny jest też Śląsk, który uznałem za własny.

Śląsk, w przestrzeni którego od tych dwóch lat się poruszam, który znam, a zamykając oczy rozpoznaje każdy kamień na drodze. Mój Śląsk jest jeszcze bardziej Górny (choć z radością odkrywałem zadomowienie na Dolnym). Wrósł we mnie.

Blog, jak przewrotnie zaznaczyłem w swoim pierwszym bodaj tekście, był „pisany dla pieniędzy”. Ta deklaracja była prowokacją, ale też miała w sobie ten zamysł, by lektura mojego blogu warta była czasu i zainteresowania Czytelników. Piszą, że warta. Uwierzę im, przecież to tekst rocznicowy.

Niedługo wybór z tego, co znalazło się na jodłowane.pl złoży się na moją post-blogową książkę.

Nie wiem ilu Czytelników sięgnie po nią, by od spotkać się z moim subiektywnym i osobistym oglądem Śląska i światów (sztuki, emocji i topografii podróżniczej), które mnie fascynowały.

Mam nadzieję, że wyposażona w równie osobisty materiał zdjęciowy znajdzie nie mniej Czytelników, niż znajdowały ich moje teksty, pojedyncze zdania, słowa. Flashe wrażeń i emocji.

Te półtora tysiąca osób sięgających co miesiąc po teksty z jodlowania, daje mi nadzieję, że będzie to książka życzliwie przyjęta.

Pisanie nie jest łatwe. Tym bardziej, gdy dotyczy Śląska. Nietrudno jest popełnić błąd i uderzyć w dźwięk naiwnego sentymentalizmu, zatracić dystans. Czas, owe dwa lata właśnie niektóre z tych wpisów zapewne zweryfikuje i pozostaną tylko tutaj na blogu, nie doczekując się swojej „hard kopii”. Trud wyboru przede mną.

Dwa lata, 24 miesiące. 572 wpisy. Tysiące kilometrów.

Przestrzeń rozpięta między nowojorskim High-line, londyńskim barem wegetariańskim, galeriami Brukseli, śląskiego Berlina i tych wszystkich miejsc w Polsce, które jak senne i mocno wczorajsze Kłodzko wyryło swój obraz w pamięci i słowie.

Najistotniejsi byli jednak ludzie. Ich myśli, emocje. Były tym, czemu ulegałem i poddawałem się najchętniej.

Dla nich pisałem – tak myślę – przez te dwa lata… Za bycie ze mną, dziękuję.

Two (fragment obrazu R. Magritte'a; tytuł własny)

 

List

Wpis dedykowany

Otrzymałem dzisiaj wyjątkowy list. Jakieś cytaty? Nie. Jest coś takiego jak tajemnica korespondencji…

Ale jeśli czytam, że mój blog odmienił czyjeś życie, to czuje się z tym wyjątkowo. I to nie jest próżność, literackie spełnienie.

To raczej dotknięcie świata, który stał za słowami.

I ktoś powiedział na głos, że nie ulegam ułudzie.

Dziękuję.

Jezioro marzeń (Jezioro Pławniowice, luty 2016)

Nostalgia jako choroba oczywista. Słowo na wtorek (7)

Krążymy wokół przeszłości żywiąc się nią, czerpiąc z sentymentu za minionym. Inspirację, łagodzenie (wciąż) strachu przed wchodzeniem w nowy wiek.  W czasy, które okazują się mniej oczywiste od tych jakimi spodziewaliśmy się, że będa. Z jej pomocą chcemy zrozumieć siebie jakimi jesteśmy dzisiaj? To podobno typowe dla cywilizacji żyjących na przełomie wieków.

To potrzeba umuzealnienia rzeczywistości, zobaczenia z czego wyrastamy i zrozumienia co nas ukształtowało?

Dostrzegam dziwną tendencją w tym, że w kulturze europejskiej to przeszłość, a nie przyszłość nas pociąga. Dzieje się tak, bo ta pierwsza pozornie należy do nas? Bo możemy ułożyć ją na obraz i podobieństwo własne? Jedynie „odszczepieńcy” i „szaleńcy” przyjmują inny tok myślenia i zakładają Stany Zjednoczone Ameryki lub budują życie  na wygnaniu. Nie na długo. Pierwsze co  robią to przywołują formy sprzed ich wielkiego wybuchu, sprzed zmiany. Pewnie dlatego stare miasteczka Australii i Tasmanii tak bardzo przypominają swoim wyglądem osady osiemnastowiecznej i wiktoriańskiej Anglii.

Koniec historii nie jest w istocie jej zamknięciem. Budujemy własną każdego dnia zapatrzeni w przeszłość, choć tego nie wiemy.

Gdy dotykają nas takie zdarzenia jak rok 1914, 1939 lub inne  cywilizacyjne i zbiorowe „pęknięcia” w ciągłości historii, to przeszłość właśnie wydaje się być tym jedynym stałym i (pozornie) pewnym punktem odniesienia.

Portret przywoływany

 

O potrzebie mówienia

Film Julie walking home (2002) w reżyserii Agnieszki Holland, przypomniał mi co istotne i ważne, gdy nas lub kogoś z naszego otoczenia dopada nowotwór, rak.

Niechętnie się o tym pisze i mówi. Może przede wszystkim dlatego, że czym innym jest nowotwór widziany jako abstrakcyjna jednostka chorobowa (która nas nie dotyczy), a czym innym jego doświadczanie dzień po dniu, godzina po godzinie. Nawet jeśli to doświadczenie z drugiej ręki.

Rak dotyka bowiem nie tylko swoją ofiarę. Pogrąża też w chorobie najbliższych. Zabiera im siłę na posiadanie nadziei, oddala od chorego. Ich cierpienia są różne, nieporównywalne. To co bywa najtrudniejsze to odbudowanie więzi, nowej, innej ponad poczuciem strachu. Strachu chorego przed śmiercią, najbliższych by móc o tym spokojnie mówić. W istocie odpędzać te strachy. Chory potrzebuje uczciwej rozmowy o tym, jakie są ryzyka, jakie zagrożenia i że czasami się nie udaje. To nie powinno być zaklinanie rzeczywistości, bo pierwszym, który zaneguje ten tok myślenia będzie chory. Straci zaufanie do nas i sens rozmowy. A zegar tyka, czas ucieka bezpowrotnie. Mówienie o przysłowiowym niczym, gdy za drzwiami wybór: śmierć lub odzyskanie zdrowia, zamyka go bezpowrotnie. Czym innym jest powiedzenie mu, że to ryzykowna walka i może się nie udać, ale warto ją podjąć, niż banalne powtarzanie, że będzie dobrze. Nie musi być dobrze i chory czuje i wie to najlepiej. Zresztą to ostatnie jest też potrzebne, ale nie zastąpi uczciwej rozmowy o tym, co może się stać.

To nie-mówienie o tym, że boi się chemioterapii, wzdryga się na myśl o radioterapii. Strach, obawy co paraliżują. Bo widział i słyszał. Jak ludzie wymiotują, tracą włosy, stają się otyli z powodu zażywanych sterydów. że rak to walka. Mozolna, mecząca, wyczerpująca.

Nie wolno nie być, gdy chory idzie na swój pierwszy zabieg. Gdy przekracza instytut onkologii, a potem słyszy, że to nieoperowalny guz. Nasza ucieczka przed rakiem nas nie chroni. Ba, odbiera nam szanse na bycie z kimś, kogo może za chwilę zabraknąć. Kogo kochamy. Nie uspokoi i naszych nocnych zmor, że geny, że dziedziczenie. Że to wszystko jest przewidywalne.

Rak łamie charaktery lub czyni nas bardziej heroicznymi niż moglibyśmy wcześniej podejrzewać. Ważne jest byśmy nie tkwili w tym stanie zawieszenia, pretensji i ucieczki zbyt długo. Straty mogą być nie do odrobienia. Czas w chorobie nowotworowej liczy się inaczej. Dla każdego i nie  warto go tracić.

Nadzieja nie umiera ostatnia. To nie prawda. Jest do końca. I w tym sensie rak zawsze przegrywa.

Bez tytułu

Głos w obronie

Dotarł do mnie niezwykle ciekawy apel historyków francuskich, którego polską wersję opublikowano w tygodniku „Przegląd” (18-24.05. 2015), pod nieco Miłoszowskim tytułem Zniewolona historia. 

Zastanawiające jest to, że mówimy  o dokumencie, który powstał w… grudniu 2005 roku! Czy nadal Zachód i Wschód Europy dzieli cywilizacyjnie cała dekada? Okoliczność ta szczerze mnie poruszyła…

Czego dotyczy apel, który nigdy nie był upowszechniany w mainstreamowych mediach w Polsce? Choć podpisany przez 1,4 historyków w 49 krajach jest niemal nieznany w Polsce. Na liście jego sygnatariuszy jest zaledwie kilku historyków z Polski, w tym między innymi profesorzy: Karol Modzelewski i Krzysztof Pomian.

We Francji petycja Wolność dla historii (Liberté pour l’histoire) definiując zasady uprawiania nauk historycznych była głosem sprzeciwu wobec ingerowania przez państwo w kształtowanie pamięci historycznej…

W Polsce – i cytuję w tym miejscu Juliana Bartosza z tegoż „Przeglądu” – do 2011 roku uchwalono kolejne ustawy, które jednoznacznie wyznaczają nam to, co mamy jako wspólnota myśleć o historii (pełna lista na portalu Recyklingidei.pl). Porażające odkrycie i perspektywa rodem ze świata Wielkiego Brata. Z pewnścią gorzki powód do refleksji.

W jakimś sensie te i podobne regulacje wychodzą z założenia, że dyskurs historii można pokazać jako czarno-białą przeszłość opartą na prostych biegunach dobra i zła, prawdy i fałszu, historii naszej i ichniej…

Czy nie brzmi to znajomo, gdy między innymi pomyśleć o historii Górnego Śląska, relacjach polsko-niemieckich, czy stosunkach polsko-żydowskich? Tak biegunowo prezentowana historia to raczej  mitologia, a nie nauka.

*

Zasady Wolności dla historii (skrócone tłumaczenie oparte na wersji francuskiej –  http://www.liberation.fr/societe/2005/12/13/liberte-pour-l-histoire_541669)

Historia to nie religia.

Historia nie akceptuje dogmatów.

Historia nie jest nauką moralności.

Historyk wyjaśnia, nie oskarża i nie popada w egzaltację.

Historyk nie jest niewolnikiem aktualnych potrzeb.

Historyk nie przenosi do przeszłości współczesnych schematów ideologicznych i nie ocenia wydarzeń z przeszłości operując kategoriami współczesnej wrażliwości.

Historia nie jest pamięcią. Historyk przez badania naukowe zbiera relacje świadków konfrontuje je ze źródłami, dokumentami, obiektami i na tej podstawie wydobywa fakty.

Historia nie jest przedmiotem prawa. W jakimkolwiek wolnym kraju, ani parlament, ani władza sądownicza nie może definiować prawdy historycznej.

*

Petycję opublikowaną 13 grudnia 2005 roku we francuskim Libération, podpisało 19 wybitnych historyków francuskich.

Symbolicznie – tu i teraz – dopisuję się do listy 1,4 tysiąca osób, które wsparły ją swoim podpisem.

bez tytułu

Portugalia. Memory flashback

To nie jest portret Portugalii.

To osobiste wspomnienie kraju. Obraz dostrzeżony w słoneczne południe na jednej z uliczek Praia da Vieira.

Smak świeżej dorady, kolor i zapach pomidorów, zabielonych morską solą. Nierwyrośniety świeży chleb i masło o poranku.

Do tego młode, zielone wino (vinho verde) w cenie jednego euro. Afordyzjak i źródło lekkiego zadużenia… w piaszczystych plażach, słońcu, co nie pali, chłodu Oceanu.

Portugalia, na krańcu Starego Świata.

Portugalskie południe (analog. fot. L. Jodliński)