Ponad dachami

Cieszyn na szczęście wciąż ten sam.

Nadal nieznany.

Poznawany w sposób, by nic nie tracił ze swojego uroku i mojej o nim niewiedzy.

Miejsce na granicy – historii, światów, pamięci.

Po długiej przerwie aparat wzięty do ręki.

Odżałowane kadry?

Nie wiem.

Czy przerwa nie była zbyt długa?

Okna Avionu (C. Tesin, 2017)

Dachy Cieszyna (1)

Oplatanie (dachy Cieszyna (2)

F1

Już myślałem, ba zacząłem się obawiać, że w czerwcu 2016 r. na moim blogu nie pojawi się nowy tekst, tekścik, zapis kilkuwersowy. A tutaj proszę, jadę słucham i wkrótce potem pisze.

Z pomocą przyszło mi czeskie F1 (rozgłośnia Frekvenze 1), coś pomiędzy naszym RMF FM i Radio Zet, chyba.  Dużo (jak głosi slogan) czeskiej muzyki, trochę klasyki popu.

Do tego rozmowy Czechów o poranku, które nieuchronnie przeniosły mnie w rejony niedalekiej i drogiej sercu Opawy.

Usłyszałem więc  że w  Jičinie pada, a w Pardubicach słonko świeci. Ktoś kto wygrał 10 tysięcy koron (taka połowa przeciętnej pensji w Czechach) na antenie zadeklarował, że wszystkich bliskich (ma ich niewielu?) obdaruje, ale na pewno też nie zapomni o sobie. W końcu nie wiadomo kiedy szczęście znowu się do niego uśmiechnie.

Była też lekcja czeskiego dystansu  do tradycji i spot reklamowy o fantastycznej ofercie jednej z sieci  telefonii komórkowej, sprzedającej po koronie chytre fony (smartfony) w ramach… letniego Bożego Narodzenia.

Na koniec (czas podróży szybko biegnie) zdążyłem jeszcze  usłyszeć volani na hrad, mini-kabaretową audycję tej rozgłośni, czyli telefon do Prezydenta Zemana (dosłownie: telefon na Hrad(cany).

Volani na hrad to synteza czeskiego humoru, błyskotliwej parodii prezydenta, no i demonstracja czeskiego stosunku do tego co ważne w życiu, a co nieistotne.

Co dzisiaj będzie Pan robił – zapytał radiowy dziennikarz parodystę wcielającego się w rolę prezydenta.

Spotkam się sam ze sobą  – odpowiedział rozbrajająco szczerze „prezydent”  (Prezydent Milos Zeman ma dzisiaj istotnie spotkać się z Pavlem Zemanem , Prokuratorem Generalnym Czech).

Ale to nudne. Każdy zna się na policji – (nomen omen sprawa organizacji policji też gorącym przedmiotem dyskusji politycznych nad Wełtawą, a dzisiaj tematem spotkania obydwu panów) – dodał.

Rozmowa o grzybach, o pogodzie lub o mnie, to byłoby coś naprawdę ciekawego – zakończył „prezydent”….

„To nie jest język, to jest masaż dla mózgu”  – napisał o czeskim klasyk tematu, czyli M. Szczygieł.

Z żalem i nostalgią łapałem ostatnie słowa na F1, po tym jak wyłączyłem silnik i ucichło radio…

Posta 1 (wersja B&W)

Buty Zemana

Milos Zeman w 2014 roku nie był osobą lubianą w Czechach.

Na każdym spotkaniu Prezydent dostawał od zgromadzonych czerwone kartki. Za to, że publicznie mówił to co mówił (pochwała Putina, co najmniej neutralny stosunek do interwencji na Ukrainie, wulgaryzmy jakich dopuszczał się w publicznych wypowiedziach) i chyba za coś, co najbardziej bolało część Czechów.

O ile jego poprzednik Vaclav Klaus, nie był ulubieńcem mas, o tyle Vaclav Havel, to postać i legenda w jednym i z nim wygadując o piz…ach i kurwach nie miał już szans wygrać, na żadnym polu. Zresztą, gdy miałem okazję obserwować go na wiecu w Opawie zrozumiałem, że jest coś co łączy go z niektórymi przedstawicielami naszej rodzimej sceny politycznej. Ten ponad 70-letni polityk nie znajdował wspólnego języka z młodymi ludźmi i beneficjentami obalenia komunizmu. Brawa i głosy poparcia płynęły jedynie od tych, którzy już dzisiaj zapomnieli o zamordyzmie komunizmu i tęsknią za jego „ludzkim” obliczem, dającym wszystkim pracę, „czy się stoi, czy się leży”. To dziwny sentymentalizm na temat husakowskiego dobrobytu i amnezja o czerwonych gwiazdach na budynkach w każdej czeskiej pipidówie.  Oczywiście dobrobytu idealizowanego i dzisiaj zakłamywanego przez część stablishmentu politycznego, bo to chyba nie on wypchnął ludzi na ulice miast i doprowadził do Aksamitnej Rewolucji.

Czeski prezydent wzbudził więc entuzjazm średniego i starszego pokolenia, gdy w Opawie powiedział, że nie nosi jak jego poprzednicy garniturów z zagranicy, butów włoskich też nie, jak inny premier Czech. Do tego momentu nie zwracałem uwagi na jego buty w ogóle, ale pewnie nie ja jeden w tej chwili popatrzyłem na nie natychmiast. Tak, nie były z Włoch, to pewne, ale do tego momentu nie to było chyba najważniejsze (dla mnie z pewnością). A buty były raczej z tamtej epoki. Dobre dla kogoś kto ma zmęczone, może po prostu stare stopy. Ludzka rzecz. Ale po tych słowach prezydenta staly się butami z miejsc, gdzie enigmatyczna Unia Europejska jest symbolem diabła wcielonego, a nie synonimem awansu cywilizacyjnego. Bo oczywiście dla większości Czechów jest wartością docenianą i rozumianą przez pokolenia wyrosłe na zgliszczach 1989 roku. Spotykałem takich ludzi bardzo wielu mieszkajac tam. Mówili „nigdy więcej”: Husaka, jego bandy i tego, co było i pozostanie traumą tamtego czasu.  Tych moich znajomych nie było na placu w Opawie. Zarabiali na inne buty, może. Lepsze. To pewne.

Zeman chodzi tak naprawdę w butach ludzi z minionej epoki. Są za ciasne lub za duże, nie wiem. O gustach się nie dyskutuje, wiec nie będę tej części jego wyborów komentował. Nie o to tu przecież chodzi. Szkoda jedynie, że dzisiaj ktoś nam próbuje bić pianę z mózgu i twierdzić, że z takim człowiekiem i z taką jak on drogą, jest nam „po drodze”. Czesi są wyjątkowi. Cenię ich ponad miarę i noszę więcej niż blisko serca. Czechy tym bardziej. Ich prezydent jest kwestią ich wyborów. I tyle. Ale jak kiedyś mówiono wart Pac pałaca, a pałac Paca. W butach á la Zeman nigdzie nie dojdziemy. Na pewno nie tam, gdzie niosą go Jego nogi.

Buty Zemana (Opawa, październik 2014)

Zwrotne myśli

Obejrzałem po raz kolejny Butelki zwrotne (reż. Jana Svĕrák, 2008), ze scenariuszem napisanym przez jego ojca Zdenka Svĕráka i pomyślałem, że zatęskniłem za Pragą i Czechami w ogóle.

Nurt kina czeskiego, który reprezentuje ten film, to uwodzące widza przechodzenie od codzienności  do niezwykłości i zachwytu nad życiem…

Już kiedyś postawiłem tezę, że w afirmacji Czechów dla życia, widzę ich reakcję na to, że zarówno Niebo, jak i Bóg wydają się im pojęciem zupełnie niezwiązanym z ich rzeczywistością. Pogląd ten wciąż wydaje mi się uzasadniony.

Rzeczywistością dla większości Czechów jest życie jakie wiodą i znają. Tu i teraz. Czasami od pokoleń, no i wtedy stają się lekko ksenofobiczni. Ale i to robią z wdziękiem.

Ono (życie) dostarcza im powodów do zachwytu nad jego pozornie oczywistymi przejawami. Uprawiają coś, co w malarstwie oglądanego przeze mnie w Brukseli Magritte’a (świetna wystawa w Królewskim Muzeum Sztuk Pięknych) jest odkrywaniem melancholijnych pokładów tkwiących w każdym przedmiocie i formie ludzkiej aktywności. Rozwijania własnej kompetencji poznawczej, wrażliwości, budowania relacji z innymi. Może dlatego, pewna Czeszka o filmie Svĕráka powiedziała, że jest bardzo śmieszny, ale śmiać się z niego może jedynie cynik…

Butelki zwrotne są jak myśli, które recyklingowane powracają do nas, a my wciąż albo napełniamy je nową treścią albo z premedytacją tą samą, godząc się z tym, że życie to nieznośna rutyna. Rodzenia się, zdobywania doświadczeń, odchodzenia. Jest w tym akceptowanie nieuchronności tego, że natura ludzka w istocie jest wciąż taka sama.

Istotnym wyborem przed jakim stajemy jest afirmacja życia lub niezgoda na jego immanentną niesprawiedliwość i rozczarowania jakich nam dostarcza…

Butelki zwrotne są dla mnie wciąż obrazem, który zamienia to co minione i przypadkowe,  w przedmiot czułego rozmarzenia. Proponuje nam czeską rezygnację z rozumienia świata (a przynajmniej nie dręczenie się tym, że tego nie potrafimy), na rzecz kolekcjonowania obrazów, myśli, emocji i… butelek właśnie. Tych ostatnich z bardzo praktycznych powodów…

Pytanie (widziane w Ostrawie; pażdziernik, 2014)

Praska scena (Praga, lato 2014)

Zbliżanie. Slandia

Intro

Ta podróż była jak zawsze wyzwaniem. Zmierzaniem się.

Z chłodem (czasami mocno poniżej dziesięciu stopni poniżej zera), pokusą zatrzymywania się, z czasem, by zdążyć.

Była inna od zaplanowanej. Celem były Krzanowice (Kranowitz) i spotkanie z czytelnikami „Dziennika księdza Franza Pawlara”. Cel oczywisty i jasny. Zbliżanie się do nich (i miejsca, i ludzi) stało się swoistą „podróżą w podróży”. Podróżą w czasie: moim i jego, i jeszcze kogoś. I co oczywiste w przestrzeni map i granic zatartych. Pokrytych śniegiem. Dróg z naniesionym śnieżnym pyłem i pokrytych białymi grafitti.

Ostrawa, Opawa

W podróży zupełnie nagle i w sposób nieplanowany uczestniczył też on. Rafał Milach, a może, bardziej ten drugi – jego pisarz (copy)writer. Towarzyszyli mi od czasu opuszczenia galerii FIDUCIA w Ostrawie.

Wpadłem do niej wyliczając po drodze, kiedy byłem w niej po raz ostatni. Ustaliłem, że dawno, w maju tamtego roku… Tęskniłem już za pomazankami serwowanymi tam podczas wernisaży (różowe i zielone kolory niektórych pomazanek były znakomitym potwierdzeniem wyższości  chemii spożywczej nad ecofoodem) i klimatem tej galerii.

Tym razem chciałem zobaczyć, mającą swoje ostatnie dni, wystawę fotografii Rafała Milacha. Niestety, nie zobaczyłem In the car with R.

Śląsk jak Slandia

Było to tak.

Wpadłem na skrzypiące stopnie wiodące do galerii. Stare i sterane, wspinające się z mozołem ponad antykwariat.  Wszystko po to (rajd przez centrum miasta, korony wydane na parking i pęd do galerii), by przeczytać na drzwiach galerii kartkę w znanym mi wciąż języku. Odręcznie acz zgrabnie napisano na niej Obĕdová přestavká. 13.30-14.30. Byłem o 13.32. Mam nadzieję, że obiad był smaczny.

Przede mną wciąż była Opawa, a potem Krzanowice i to co między i na poboczu. Nie dam rady. Nie, nie lubię czekać. Nie będę.

Od tej chwili przemierzając drogę z Ostrawy do Opawy i jadąc nowo wybudowaną nitką autostrady, jechaliśmy jakby wszyscy razem. R. Milach ze swoim tytułowym R. no i ja. Było też z nami tych 29 zdjęć – notatek z Islandii. Notatek na marginesach z tamtej podroży, których nie poznałem tym razem i nie zobaczyłem w FIDUCII.

Z jednej strony była we mnie irytacja, z drugiej odnajdowałem rodzaj ukojenia w tym, co działo się za szybami mojego samochodu i było „łudząco” podobne do Islandii, jaka jest – w mojej wyobraźni –zimą.  Tak naprawde nie znam Islandii. Ale nie muszę. Od czego zdjęcia Milacha i pomysły własne? Kontynuowałem więc podróż z tamtą nieobejrzaną podróżą w tle…

Pejzaże Islandii widziane na czeskim Górnym Śląsku.

Islandia, Śląsk jak Slandia, a ja gdzieś między.

W stosunku do podróży R. Milacha, różnica była taka, że moje zatrzymywanie (się) działo się niemal automatycznie. Nie było rozmową dwojga ludzi, z których jedno prowadzi, a drugie wybiera kadry do zdjęć i mówi „stań tutaj” lub „tam”.

Właściwie to jechałem dokładnie od obrazu do kolejnego, mając je wszystkie w głowie lub licząc na to, że je ujrzę. I nie chciałem, by były to pocztówki z drogi (postcards from the road, praktykowane przez fotografów Magnum w latach 60-tych). To co chciałem zobaczyć było raczej odnajdowaniem obrazów ze starego albumu, mieszaniem zdjęć kolorowych z tymi, które mógłbym sobie wyobrazić, że znajdowały się w albumie zdjęć wykonanych małoobrazkowym aparatem przez księdza Pawlara. Jak gdybym to z nim, a nie z R. odbywał tę podróż.

Widziałem albumy Franza Pawlara z jego zdjęciami i dobrze wiedziałem, czego poszukuję.

Kartka z albumu ks. Pawlara (Polaroid style)

Minąłem Opawę rozumiejąc, że jest jej już we mnie dość i w jakimś sensie, nie muszę karmić się jej widokiem. Nie poszukuję tym razem nowych ujęć budek telefonicznych miasta Troppau z 1929 roku, przy alei Masaryka, Pošta nr 1.

Droga.

Powoli te nieobejrzane obrazy z Islandii ustępowały miejsca tym, na które trafiałem docierając do Rohova, widząc z oddali Sudice, a nieco wcześniej odnajdując na horyzoncie sylwetkę kościoła pw. św. Wacława w odległych Krzanowicach. Byłem już blisko, Islandia daleko.

Krzanowice

Nie wiem na czym polega fenomen światła w tym miejscu i o tej porze roku, ale gdy wjechałem do Krzanowic, jak niemal rok temu, dachy domów, spadziste krzywizny kościoła zalewało złotawe, miękkie światło. Jest (wciąż) w jakimś sensie hipnotyzujące. Prowokuje u mnie kolejne spusty migawki aparatu.

Wizyta w barze u Emila. Coś, by opędzić głód i zimno. Gdy go opuszczam Księżyc wypływa na niebo.

Za chwilę moje spotkanie. Islandia z tej perspektywy nabiera już absolutnie nierealnego charakteru. Już jej nie ma.

W Kranowitz rozpoczynam moją własną i ostatnią tego dnia podróż…

Pławniowice/Pławniowitz

Jest rok 1945. Zimno, skrzypi śnieg pod stopami.

W kąciku ust hrabiego tkwi świeżo zapalone cygaro…

Zimowe grafitti (droga z Pietraszyna do Krzanowic)

Miejsce, w którym zawsze się zatrzymuję (Rohov) Ziemia (okolice Rohova)

Po sezonie (okolice Rohova)

Krzanowice (Kościół św. Wacława; widziane ze wzniesienia ponad Rohovem)

Sudice Sudice (2) (widziane od strony Pietraszyna)

Droga (kościół św. Barbary, Pietraszyn/Klein Peterwitz) Śląskie rozstaje (Pietraszyn/Klein Peterwitz)

Zakłócenie lini horyzontu (Pietraszyn) Zakłócenie (2)

Podwójne skreślenie Znak

Spacer (Krzanowice) Wspomnienie ks. Pawlara (wnętrze kościoła św. Wacława, Krzanowice)

Światło (2) (brama wejściowa, kośicół św. Wacława, Krzanowice)

Światło (Krzanowice, szczyty kościoła św. Wacława) Światło (wersja albumowa; Krzanowice; kościół św. Wacława)

Pełnia (kolor; Krzanowice) Pełnia (2) (Krzanowice)

***

Wystawa Rafał Milach, In the Car with R., Galeria Fiducia, Ostrava (do 25.01. 2016)

Zdjęcia z podroży do Krzanowic, w dniu 22 stycznia 2016 r.

Kartka z albumu Ks. Pawlara, reprodukowna w „Dzienniku” (wyd. 2015)

Jazda dookolna

Mgły, pejzaże i obrazy.

Wczoraj odbyłem podróż do miejsc od kilku miesięcy niewidzianych.

Przedzieranie się przez pejzaże jesienne w grudniu. Mijane lasy Rud, a potem nieogarnięte pustkowia Bramy Wielkomorawskiej. Pola zadziwiająco zieleniejące się o tej porze roku. Samotnie stojące drzewa na krawędziach horyzontu. Mgła między nimi i ta rozpierzchająca się pod wpływem jadącego samochodu. Odsłaniająca drogę.

Dobrze jest wracać do miejsc, w których zna się niemal każdy kamień, zakręty nie niosą zaskoczenia. Wspinanie się po wzgórzach ciągnących się od Sudic w stronę Opawy. Niezobowiązujące spotkanie starych znajomych, którzy już niczego od siebie nie chcą.

Dawne budki telefoniczne przy Alei Masaryka wypełniły kolejne postaci i obrazy. Robię zdjęcia. Nieco pośpiesznie i niechlujnie. Nie mam tej uważności. Zapominam, że nie jestem już stąd i kolejnego kadru – poprawki, nie będzie.

Powrót koło ulubionej kapliczki. Potem Rohov i widziane z daleka Krzanowice (Kranowitz).  Punkty odniesienia świata, którego (jak myślę naiwnie) nikt nie posiadł tak doskonale jak ja.

***

Tworków. Ruiny. Zegar Pana Weissa na pałacowej wieży wciąż pozwala zapomnieć o czasie. Że jest i nas dotyczy.

Bieńkowice. Ślady obecności i słowa zwieszone w powietrzu.

Mgła napływa znad rozlewisk Odry.

Napis „St. Valentin Stift” wyłania się z nieomal już nocnej mgły. Dobijam do miejsca przeznaczenia.

Wzruszenia. Słowa. Szelest kartek.

Krawędź (okolice Sudic)

Sudice. Pejzaż I liked

Szablony (Opawa)

Ślady (Tworków) Przeszłość (Twórków)

Nokturn (Twórków)

Oto... (Bieńkowice)

Stopniowanie (Bieńkowice, kościół parafialny)

O tym jak to czeski fotograf wpadł z wizytą do Kielc (i zostawił tam kilka zdjęć)

Co jest najważniejsze w życiu?

Przeżyć.

Jan Saudek, czeski fotograf

 

Czeski fotograf w Kielcach

Pisałem już o nim na swoim blogu, recenzując, a może raczej informując o filmie „Fotograf”, który mając premierę 8 lutego 2015 r. przypomniał czeskiej (i nie tylko) publiczności o istnieniu Jana Saudka.

Czeski fotograf jak lubi o sobie mówić (tak też zatytułował swój reportaż ze spotkania z nim Mariusz Szczygieł w II tomie esejów-reportaży z Czech w: „Zrób sobie raj”, 2010) ponownie i ze świadomością znaczenia własnego dorobku, od kilku lat skutecznie pozostaje w centrum zainteresowania mediów, tabloidów i czeskiej kultury masowej.

Dla tej ostatniej jest nie tylko wybitnym (a na pewno skandalizującym) fotografem. Przede wszystkim  – szczególnie po 1989 roku – pozostaje atrakcyjnym obiektem pozaartystycznych spekulacji. Kolejne żony, setki kochanek (nie inaczej jak u Nobuyoshi Arakiego i w obydwu przypadkach równocześnie modelek fotografów), których liczba rośnie wraz z wiekiem Saudka (ma ponad 80 lat) w postępie niemal geometrycznym. Nie tak dawno Czechy żyły  kontrowersyjną i pouczającą historia jego relacji z Sarą Saudek (Saudek po ślubie z synem Jana z pierwszego małżeństwa), w wyniku której stracił niemal całkowicie kontrolę nad znakomitą częścią swego dorobku artystycznego po 1959. Ten rok był ważny w jego biografii. Wówczas to  stał się posiadaczem (używanego do dzisiaj) aparatu fotograficznego  FLEXARET 6×6.  Dla jasności fotografią Saudek zajmował się nieco wcześniej. Jak sam przyznaje swoje pierwsze zdjęcie pokolorował już w 1951 roku.

Jan Saudek po kilku latach  (ostatnią wystawę monograficzną miał w Polsce w Tarnowie, w 2013 roku) powraca do Polski (tym razem do Kielc, do Galerii Winda) prezentując swoje prace począwszy od tych wczesnych jak ikoniczny w jego twórczości „Żywot” z 1966, czy pełen intymistycznego ciepła i napięcia portret rodziny z 1965, aż po fotografie z końca lat 90-tych 20. wieku (jak np. Tancerka/Krowia parada (b.r.).

Istotną cezurą pozostaje i na zdjęciach, i w jego twórczości, rok 1972 gdy w tle, w drugim planie jego zdjęć pojawiła się słynna odrapana, brudna i obłażąca z kolejnych warstw farby ściana. Z oknem, a potem bez. Ścian było zresztą wiele. To one w jakimś sensie (podobnie jak retusz barwny zdjęć) nawet najbardziej skandalizującym, artystycznie i treściowo odważnym fotografiom nadawały tego odrealnionego, „saudkowego” charakteru i metafizycznego nastroju.

Na wystawie nie brak prac o symbolicznym wymiarze (dyptyk z miejscem, w którym  Saudek wykonał fotografie pod tytułem „Hey Joe”, 1979/1989) i tego nurtu w jego fotografii, który jest dyskursem na temat seksualności człowieka, zmagania z trapiącymi nas namiętnościami i rolami społecznymi, którym nie zawsze (jak sam Saudek) potrafimy sprostać.

Zdjęcia Saudka są także (a może przede wszystkim) odzwierciedleniem poglądu Saudka, że sztuka to bzdura/ogłupienie (Umeni je blbost). To przeinterpretowana rzeczywistość, w której dzisiaj łatwo o pozór tego co jest, a co nie jest oryginalne. W opinii Saudka to co ma znaczenie i wartość to autentyczna ekspresja, poszukiwanie form i znaczeń. Pytanie przez artystę samego siebie „po co” i „dlaczego” tworzy. Sensem fotografii i ekpresjii jest  w jego opinii znajdowania piękna także w tym, co pozornie nieproporcjonalne, odrzucające i wzgardzone. Jak owe ciała modelek, których niemal dosłowna „mięsistość” i materialne przerosty nadają im odrealnioną (za sprawą barwnego retuszu)  sankcję estetyczną. Dzięki niej zapewne mieszczą się w szerokim pojęciu tego, co kształtuje otwartą definicję współczesnej sztuki(?), fotografii.

Daleko, daleko w tle jego twórczości tkwi doświadczenie Holokaustu i strachu przed śmiercią. jej oswajanie.  Odpowiedzią była i pozostaje potrzeba kształtowania obrazu jako metafory życia, jako  brutalnej i dosłownej pochwały witalności, sił rozrodczych. Świata Jej i Jego beznadziejnie i szczęśliwie ze sobą splecionych i na siebie skazanych. Czasami zaklinanie śmierci to niecodziennie potraktowane wątki eschatologiczne. Jak ten na pozro oczywisty jakim jest obecna na zdjęciach czaszka  jego nieżyjącego brata bliźniaka… Dwa światy i relacje ambiwaletne, skrywające się za pozornie oczywistym ciałem modelek i rekwizytów.

Wystawa (otwarta z udziałem Saudka co nie jest normą w jego przypadku), potrwa do końca lipca br.

To nie jest oczywiste, że na wystawę Saudka jedzie się do Kielc, ale skoro już tam się znalazła (czego szczerze gratuluję), to warto odbyć tę podróż, by zobaczyć  prace czeskiego fotografa w naprawdę szerokim wyborze. Szczęśliwcy i majętni będą wybrane prace mogli kupić (są na sprzedaż, ceny zasadniczo powyżej 12 tyś. złotych). Ci ogarnięci pasją i potrzebą prostego poznania ( i z ich obecności mam nadzieję Jan Saudek cieszyłby się najbardziej), jak również ogarnięci (niezdrową?) ciekawością  spotkania z jedną z ikon czeskiej fotografii, powinni się tam wybrać. Warto.

Katalogu niestety już nie ma (odsyłam rozczarowanych do monumentalnego dzieła Saudek, wydanego w 2009 r. przez Slovart), ale nagrodą jest to, że wejście na wystawę jest bezpłatne i fotografii jest naprawdę wiele. Aranżacja wystawy i zamysł scenariuszowy nie wyrasta ponad przeciętny, ale na szczęście prace Saudka bronią się i oskarżają same. To wystarcza.

Saudek bywa prowokacyjny, obrazoburczy i o czym sam wie, czasami porusza się na obrzeżach pornografii lub świadomości tego, że to co tworzy może być za taką uznane. Poza wszystkim potrafi też być dowcipny. Podobnie było w Kielcach. Za swoje liczne bon mots jest uwielbiany przez czeską publiczność. Lubią go, nawet jeśli go odrzucają.

Pytany o to, co najcenniejszego mamy w Polsce, za największy nasz skarb uznał… kobiety oczywiście. Najpiękniejsze, bo do ich stworzenia Stwórca miał się, jego zdaniem, najbardziej przyłożyć.

Nie wiem co na to Czeszki, ale chyba nie ma to większego znaczenia. Jeśli są brzydsze od Polek, to Saudek od dekad wyręcza w tym dziele boskiego demiurga i każdą z nich, we właściwy sobie sposób czyni pięknymi. I za to, część jego czeskiej i nie tylko  publiczności na pewno go po prostu kocha. Inni cenią. Nikt nie pozostaje obojętnym.

 ***

Co: Jan Saudek. Wystawa fotografii

Gdzie: Kielce, galeria Winda

Kiedy: do końca lipca 2015 r.

Wystawa w Galerii Winda

 Fragment wystawy Jan Saudek (Galeria Winda)

Życie, J. Saudek (fragment zdjęcia z 1966)

Marie, J. Saudek (1974)

New York, New York J. Saudek  (fragment) Homage to Saudek (na podstawie zdjęcia J. Saudka)

Fragment zdjecia Trzy kolory, J. Saudek

"Miejsce gdzie wykonałem zdjecie "Hey Joe!" trzydzieści lat później, J. Saudek (1989)

Jan Saudek. Fragment wystawy (Galeria Winda, Kielce)

Macierzyństwo, J. Saudek (fragment)

Pożegnanie

W podziękowaniu Tondzie

i ludziom, których spotkałem na tej drodze

 Mrużenie oczu…

Wąska droga prowadzi mnie wciąż wyżej i wyżej. Konsekwentnie zakręt i kolejny. W dole, za mną Opawa i czas jaki tam spędziłem. Upalny dzień czerwca zaskakująco mocno przypomina tamten kwietniowy dzień, gdy rozpocząłem swoją ponad roczną emigrację.

Inne to jednak emocje, inne Czechy, Śląsk Czeski za mną. Zdecydowanie przestał być enigmatycznym pojęciem odległego pogranicza, peryferii Górnego Śląska, leżacym gdzieś tam „za Raciborzem”. Jest chyba odwrotnie, a pytanie o peryferie nie doczeka się tutaj dobrej i satysfakcjonującej odpowiedzi. Bo czy tym „krańcem” Górnego Śląska jest Opawa, siedziba i miejsce pochówku Przemyślidów, czy odległe Katowice (potraktowane tutaj symboliczne) wciąż nie umiejące się wybić na samodzielność oglądu własnej historii…?

Lubiłem kościół św. Ducha. Był tam w chwilach niezwykle trudnych. Także wtedy, gdy każdego dnia (a był taki czas) w tym miejscu łączyłem się z zupełnie innym światem, zanosząc beznadziejne jak się okazało, swoje prośby o cud.

Ludzie.

W oczywisty sposób taki  rok pozwala na wypełnienie każdej takiej (nostalgicznej) opowieści, o tym co było setkami twarzy, rozmów, uśmiechów, pytań poniesionych przed siebie i wzruszeń. Przekraczanie granicy było wyzwoleniem, zwieraniem paktu o normalizacji stosunków ze światem. Za tym być może będę tęsknił. Czechy to doświadczenie, że życie potrafi być istotnie stanem zadziwienia, że jego uroda jest nieprzemijająca i wciąż tej emocji ulegamy.

Jadę. Mijam miejsca, które utraciły swoją anonimowość. Mógłbym policzyć drzewa mijane po drodze dziwiąc się, że choć jednego brak, tak dobrze znam tę drogę. Kaplica, przy której tradycyjnie się zatrzymuję, nurza się w morzu dojrzewających zbóż. Cennymi kamieniami w jej otoczeniu są czerwone płatki kwitnącego maku.Połyskują dzisiaj w słońcu.

Nie wiem jak opisać i jak pokazać to wielkie niebo, które tutaj zdaje się być naprawdę niezwykłe, gdy zawisa ponad rozległym horyzontem Bramy Morawskiej. Nie mogę wyzbyć się odczucia, że widok ten napełnia mnie podobną nostalgią do tej, którą odczuwam gdy mijam oddalone wieże kopalniane o których wiem, że widzę je po raz ostatni i wkrótce będę musiał zawierzyć swojej pamięci, że były. Dziwne zestawienie zupełnie niepasujacych do siebie obrazów…

Zatrzymuje mnie pociąg. Stacja Racibórz Markowice. Miejsce. Ławka. Mam wrażenie, że przed chwilą widziałem na niej dwoje ludzi. To pewnie tylko pozór, a strzępy rozmowy i gesty wykonane, to obrazy pozornie ożywiające to miejsce, gdy zmrużam oczy i literacko pozwalam dziać się scenom, jakich to miejsce zapewne widziało setki? Choć czy na pewno?

Na pobliskiej latarni przysiadł na moment potężny bocian. Był tutaj rok temu. Jestem mu za to głęboko wdzięczny. Dodaję go do inwentarza istot i rzeczy zostawionych. Stan się zgadza, mogę jechać dalej…

 Bez tytułu

bez tytułu

Pejzaż nostalgiczny (okolice Rohova)

Kościół św. Ducha (Opawa)

Ławka dla dwojga

Czeskie reminiscencje…

Mój pobyt w Czechach dobiega końca. Spędzony tam ponad rok, był doświadczeniem nie mniej ciekawym  od czasu w Japonii, Niemczech czy w Holandii. Nie dlatego, że to tak oryginalny kierunek. To jasne. Działo się to raczej z powodu odkrywania kraju, o którym nosimy w sobie standardowe wyobrażenia, ukształtowane przez Haska, Hrabala, czy publicystykę Leszka Mazana.

Pozostawiam tam kilku przyjaciół, sprawy pozamykane lub jeszcze nie. Bilans zawarty między poczuciem wdzięczności (za gościnę, za okazaną przyjaźń), a nostalgią za moim finis Bohemiae.

Opuszczam kraj, który się mocno zmienia. Zmaga się ze swoją postkomunistyczną przeszłością lepiej niż Polska, choć jak słusznie zauważał w swoich reportażach Mariusz Szczygieł wypieranie przeszłości jest tutaj silne i na ulic, dziwnym trafem, spotykamy niemal samych przeciwników dawnego systemu. Nadal niektórzy i tu i tam wierzą zresztą, że można to zrobić na skróty. A może wynika to z faktu, że tak w Czechach, jak i w Polsce, wciąż polityka to domena postsystemowych dinozaurów, którzy tkwią pamięcią, nawykami w minionym stuleciu i przy najlepszych chęciach nie rozumieją współczesności, ani tego co przed nimi… Ale spotykałem też niekwestionowanych beneficjentów zmiany systemu. Ci ostatni nadal definiując punkt życia w którym się znaleźli często powtarzają, że ich życie wyraźnie dzieli się na to „do 1989 roku” i to co stało się potem…

Czechy są dzisiaj państwem i narodem, którego obraz wciąż niebezpiecznie łatwo budujemy odwołując się do  literackiego przekazu, nawet jeśli ostatnio uwspółcześniony został on reportażami Mariusza Szczygła. Jego dopełnieniem jest to, co wyłania się zpoza kadru filmowego nakreślonego przez „Kolę” (2005)  czy nieco sielankowo-nostalgiczny obraz w „Zwrotnych butelkach” (2007).  Ale nie powinno nas to dziwić. W końcu wszyscy lubimy opowieści z  prostą treścią i budującym morałem…

Film opawskiego nomen omen reżysera Bohdana Slamy „Szczęście” (2005 r.), opowiada nam już o innych, mniej oczywistych Czechach. To opowieść o kraju, w którym jest sporo nędzy, a jego bezrobotni obywatele (głównie zaludniający tutejsze blokowiska) zmagają się z codzienną egzystencją i niewidzialną ręką wolnego rynku. Jak myląco sugeruje tytuł, nie wszyscy z tej sytuacji wychodzą cało i szczęście swe odnajdują…  Obraz Czech widziany z perspektywy bioskopu, jak niektorzy wciąż staromodnie nazywają tu kino, jest dzisiaj bardziej ucieczką w banalną i bezpieczną bajkę o „Trzech braciach” (Tri bratri, 2014 r.; film zrealizowany został przez duet syn – ojciec – Jan i Zdenek Sverak; tych samych od Koli i Zwrotnych butelek) lub w nieco hedonistyczny i farsowy świat fotografii Jana Saudka. W kinie tym nie ma raczej miejsca na pytania o obecną kondyncję Czechów… To byłby temat nie pasujący do czeskiej koncepcji ‚pohody‚ i czerpania radości z życia, takim jakim jest…

Ten rodzaj dyskusji  odbywa się więc na placach miast i czeskich wiosek, gdzie każdorazowe pojawienie się Milosa Zemana, prezydenta Republiki Czeskiej wywołuje gwizdy, wzlatujące w powietrze pomidory lub prowokuje wyciągane masowo czerwone kartki, które zwłaszcza młode pokolenie (co za analogia do sytuacji w Polsce) wystawia czeskiemu przywódcy i partiom, które znalazły się na jego politycznym zapleczu. Pozytywny stosunek Zemana do Putina, do sytuacji na Ukrainie, wulgarny język, gdy komentował los wokalistek z Pussy Riot, sprawił, że część mieszkańców republiki poczuła się trwale zakłopotana zachowaniem swojego prezydenta. To nie jest pęknięcie na polską skalę, ale wyraźnie dzieli Czechów na tych bardziej europejskich i solidarnych z resztą świata (np. z Ukrainą) i tych, którzy popierając  Zemana, wyciągają prosty wniosek, że poza interesem Czech nic więcej się nie liczy. Gorzka to i zaskakująca postawa  w kraju sprzedanym w Monachium w 1938 roku…

Czechy świętują w tym roku 70- lecie wyzwolenia. W jakimś stopniu uwalnia to część środowisk od myślenia o tym, czym był w praktyce kraj Protektoratu Czech i Moraw, a przede wszystkim zwalnia elity od powracania do tego, co miało miejsce po 1945 roku, a co stanowi niezabliźnioną ranę wypędzeń i prześladowań sudeckich Niemców i w ogóle niemieckojęzycznych obywateli ówczesnej Czechosłowacji. Ale w przeciwienstwie do tego co bywa w Polsce, dopuszczane są tu do dyskusji głosy alternatywne i na przykład dyskutuje się o tym, czy dla wszystkich rok 1945 był wyzwoleniem, czy po prostu końcem wyniszczającej wojny (takie głosy pojawiają się w dawnym Kraju Hulczyńskim, gdzie większość mężczyzn służyła w niemieckiej armii, a miejscowa ludność doznała bolesnych prześladowań po 1945 roku). Dramat ODSUN!!! o jakim pisalem na łamach tego blogu odważnie i symbolicznie pyta o dawnych niemieckich mieszkańcach domów, w których dzisiaj na terenie Czech, Moraw i Czeskiego Śląska, mieszkają obywatele Republiki Czeskiej. To diametralnie inna niż w Polsce dyskusja o sąsiadach, których już nie ma… i o tych, którzy pozostali, ponosząc za ich nieobecność osobistą odpowiedzialność.

Pobyt w Czechach nauczył mnie, że nadal tylko pozornie jest blisko z Opawy do Raciborza, a z Katowic do Ostrawy i że Górny Śląsk jest jeden…

Nie wiem co i jak szybko może zmienić tę sytuację. Fobie, historyczne zaszłości i odmienne fascynacje kulturowe (zorientowanie Czechów na Zachód czyni z nas mało atrakcyjnych partnerów takich relacji), czyni te stosunki mocno asymetryczne i prawdę mówiąc wydaje się, że to Polacy wciąż bardziej cenią i „kochają” Czechów, niż ci ostatni… Polaków. Pewnie to pogląd zbyt ogólny i nie sprawdza się na poziomie Czeskiego Śląska (gdzie relacje te są żywsze, dotyczą także sytuacji polskiej diaspory na Śląsku Cieszyńskim), ale już w głębi Czech Polak i Polska rodzą skojarzenia kraju nieco odległego. Tak naprawdę nieznanego i z perspektywy Pragi nieco prowincjonalnego. Katolickiego, zaściankowego i nie dość zrozumiałego. Polska, nie tylko z powodu eksportu jabłek i innych produktow spożywczych do Czech, wywołuje tutaj niepokój i dystansowanie się od wspólnej tradycji czesko-polskiej. Zdumiewająca była opinia jednej z moich znajomych, gdy na pytanie dlaczego wśród czeskich śląskich potraw, jest tyle polskich dań (np. bigos, tutaj definiowany jako śląskie danie), odpowiedziała nieco retorycznie i z niekłamanym zdziwieniem – Może nie są śląskie, ale przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwie ich  tutaj polskimi?!  W Opawie i innych miejscach wciąż spotykałem ludzi, którzy ostatni raz  byli w Polsce w latach 70-tych XX wieku i prawdę mówiąć nic nie sugerowało, że zobaczymy ich nad polską Odrą i Wisłą w najbliższym czasie… A może się mylę? Chciałbym.

Póki co wsiadam w samochód i odbywam podróż, która po raz kolejny odsłania za oknem to, co Eva Tvrda nazywa „Dyskretnym urokiem  Śląska”. Opava, Hnevosice, Rohov, Sudice... W oddali już widać wieżę kościoła w Samborowicach. Za mną rok, a co przede mną? Kolejny zakręt… ? Taka droga tutaj… Malownicza i w niewymuszony sposób piękna…

***

Poniżej… Tamten czas w fotograficznych kadrach. W bardzo subiektywnym wyborze… Pierwszy taki, będą kolejne.

 Wyburzanie starego [Usuwanie w centrum Opawy domu towarowego wzniesionego w pobliżu rynku w latach 70-tych XX wieku. ] "Pan a Buh" [ Opawa, kościół św. Jana Chrzciciela]

Pejzaż czeskiego Śląska [Widziany z Rohova]

Na kole przez czeski Śląsk [Okolice Rohova]

Kolory industrialu [Dolna Oblast Witkowice - tereny dawnego kombinatu w morawskiej Ostrawie]

 DOV w odsłonie zimowej [Witkowice - Ostrawa, luty 2015]

Witkowice [Dawny kompeks metalurgiczny. Dzisiaj DOV, centrum nauki i edukacji o industrialnej przeszłości czeskiego Śląska] Witkowicka MM [Ostrawa; Galeria na terenie DOV]

Nasłuchiwanie [ Instalacja na wystawie "Świat Techniki" na terenie dawnej huty w Witkowicach]

 Zimowa ścieżka [Zamek Hradec nad Morawicą, luty 2015] Zima. [Hradec nad Morawicą, historyczne miejsce spotkania orszaku Dobrawy i orszaku Mieszka I)

Zimowa Opawa [Pałac Razumowskich - siedziba dyrekcji Śląskiego Muzeum Ziemskiego, zima 2015]

Pustka [ Rynek w Nowym Jiczynie]

Żydowska wspólnota [ Krnov-Karniów, Krnovska synagoga] Odcisk [Opawa; dany dom gminy żydowskiej]

To co zostało [Poruba - Ostrava: socrealistyczna architektura nowego osiedla robotniczego; rówieśnika Nowej Huty]

Poruba [Poruba-Ostrawa; dawna dzielnica robotnicza; fragment socrealistycznej zabudowy]

Volby (Wybory) [Opawa; punkt plakatowania po zakończeniu wyborów do Europarlamentu w maju 2014 roku] "Nie mów o nas, żeśmy pi..." [Opawa, protestujący na opawskim rynku w trakcie wizyty Milosa Zemana]

Wymiana spojrzeń? [Milos Zeman, prezydent Republiki na opawskim rynku, październik 2014 r.]

Bożonarodzeniowe bramboraky [Opawa, Jarmark Bożonarodzeniowy, grudzień 2014]

Emocje [ Opawa, instalowanie skarbów muzeow czeskich, lipiec 2014] Czeska piękność [ Wenus z Dolnych Vestonic; fragment wystawy zorganizowanej w Opawie, Pradze i Brnie w ramach obchodów 200-lecia muzealnictwa na Ziemiach Czeskich]

Goście z Polski [ Robert Makłowicz nagrywający jeden z odcinków swojego programu w oddziale Muzeum Śląskiego; umocnienia CS w Darkovickach]

Poszukiwania [Opawa; zdjęcie z wykopalisk w kościele św. Ducha w Opawie poszukujacych szczątków Przemyślidów, lato 2014]

Dwa światy [Ostrawa; Galeria Fiducia, 2014]

Czeska fotografia [Ostrawa, Galeria Fiducia, miejsce spotkań ze współczesną fotografią]

 Legenda Saudka. [Plakat filmu, którego premiera miała miejsce 8 stycznia 2015 r.]

Stolpersteine [Ostrava]

Księżyc nad Opawą

Stare i nowe [Fasada nowego gmachu Muzeum Narodowego w Pradze; historyczny budynek zostanie udostępniony dla zwiedzających w 2018 roku na 200-lecie istnienie Muzeum]

Puste miejsce - zmiany [Konferencja prasowa byłego dyrektora Muzeum Śląskiego w styczniu 2015 r. ]

Tekstylna przeszłość [ Karniów, dawna hale zakładów tekstylnych]

Dotyk [ Ołomuniec; święto światła, 2014]

Mattoni ugasi pragnienie ? [Reklama przy drodze między Ostrawą, a Opawą; kolejną taka znajdziecie przed wjazdem do Pragi, przy drodze krajowej D1] Zachód Słońca [Brama Wielkomorawska; pogranicze polsko-czeskie]