Zbliżanie. Slandia

Intro

Ta podróż była jak zawsze wyzwaniem. Zmierzaniem się.

Z chłodem (czasami mocno poniżej dziesięciu stopni poniżej zera), pokusą zatrzymywania się, z czasem, by zdążyć.

Była inna od zaplanowanej. Celem były Krzanowice (Kranowitz) i spotkanie z czytelnikami „Dziennika księdza Franza Pawlara”. Cel oczywisty i jasny. Zbliżanie się do nich (i miejsca, i ludzi) stało się swoistą „podróżą w podróży”. Podróżą w czasie: moim i jego, i jeszcze kogoś. I co oczywiste w przestrzeni map i granic zatartych. Pokrytych śniegiem. Dróg z naniesionym śnieżnym pyłem i pokrytych białymi grafitti.

Ostrawa, Opawa

W podróży zupełnie nagle i w sposób nieplanowany uczestniczył też on. Rafał Milach, a może, bardziej ten drugi – jego pisarz (copy)writer. Towarzyszyli mi od czasu opuszczenia galerii FIDUCIA w Ostrawie.

Wpadłem do niej wyliczając po drodze, kiedy byłem w niej po raz ostatni. Ustaliłem, że dawno, w maju tamtego roku… Tęskniłem już za pomazankami serwowanymi tam podczas wernisaży (różowe i zielone kolory niektórych pomazanek były znakomitym potwierdzeniem wyższości  chemii spożywczej nad ecofoodem) i klimatem tej galerii.

Tym razem chciałem zobaczyć, mającą swoje ostatnie dni, wystawę fotografii Rafała Milacha. Niestety, nie zobaczyłem In the car with R.

Śląsk jak Slandia

Było to tak.

Wpadłem na skrzypiące stopnie wiodące do galerii. Stare i sterane, wspinające się z mozołem ponad antykwariat.  Wszystko po to (rajd przez centrum miasta, korony wydane na parking i pęd do galerii), by przeczytać na drzwiach galerii kartkę w znanym mi wciąż języku. Odręcznie acz zgrabnie napisano na niej Obĕdová přestavká. 13.30-14.30. Byłem o 13.32. Mam nadzieję, że obiad był smaczny.

Przede mną wciąż była Opawa, a potem Krzanowice i to co między i na poboczu. Nie dam rady. Nie, nie lubię czekać. Nie będę.

Od tej chwili przemierzając drogę z Ostrawy do Opawy i jadąc nowo wybudowaną nitką autostrady, jechaliśmy jakby wszyscy razem. R. Milach ze swoim tytułowym R. no i ja. Było też z nami tych 29 zdjęć – notatek z Islandii. Notatek na marginesach z tamtej podroży, których nie poznałem tym razem i nie zobaczyłem w FIDUCII.

Z jednej strony była we mnie irytacja, z drugiej odnajdowałem rodzaj ukojenia w tym, co działo się za szybami mojego samochodu i było „łudząco” podobne do Islandii, jaka jest – w mojej wyobraźni –zimą.  Tak naprawde nie znam Islandii. Ale nie muszę. Od czego zdjęcia Milacha i pomysły własne? Kontynuowałem więc podróż z tamtą nieobejrzaną podróżą w tle…

Pejzaże Islandii widziane na czeskim Górnym Śląsku.

Islandia, Śląsk jak Slandia, a ja gdzieś między.

W stosunku do podróży R. Milacha, różnica była taka, że moje zatrzymywanie (się) działo się niemal automatycznie. Nie było rozmową dwojga ludzi, z których jedno prowadzi, a drugie wybiera kadry do zdjęć i mówi „stań tutaj” lub „tam”.

Właściwie to jechałem dokładnie od obrazu do kolejnego, mając je wszystkie w głowie lub licząc na to, że je ujrzę. I nie chciałem, by były to pocztówki z drogi (postcards from the road, praktykowane przez fotografów Magnum w latach 60-tych). To co chciałem zobaczyć było raczej odnajdowaniem obrazów ze starego albumu, mieszaniem zdjęć kolorowych z tymi, które mógłbym sobie wyobrazić, że znajdowały się w albumie zdjęć wykonanych małoobrazkowym aparatem przez księdza Pawlara. Jak gdybym to z nim, a nie z R. odbywał tę podróż.

Widziałem albumy Franza Pawlara z jego zdjęciami i dobrze wiedziałem, czego poszukuję.

Kartka z albumu ks. Pawlara (Polaroid style)

Minąłem Opawę rozumiejąc, że jest jej już we mnie dość i w jakimś sensie, nie muszę karmić się jej widokiem. Nie poszukuję tym razem nowych ujęć budek telefonicznych miasta Troppau z 1929 roku, przy alei Masaryka, Pošta nr 1.

Droga.

Powoli te nieobejrzane obrazy z Islandii ustępowały miejsca tym, na które trafiałem docierając do Rohova, widząc z oddali Sudice, a nieco wcześniej odnajdując na horyzoncie sylwetkę kościoła pw. św. Wacława w odległych Krzanowicach. Byłem już blisko, Islandia daleko.

Krzanowice

Nie wiem na czym polega fenomen światła w tym miejscu i o tej porze roku, ale gdy wjechałem do Krzanowic, jak niemal rok temu, dachy domów, spadziste krzywizny kościoła zalewało złotawe, miękkie światło. Jest (wciąż) w jakimś sensie hipnotyzujące. Prowokuje u mnie kolejne spusty migawki aparatu.

Wizyta w barze u Emila. Coś, by opędzić głód i zimno. Gdy go opuszczam Księżyc wypływa na niebo.

Za chwilę moje spotkanie. Islandia z tej perspektywy nabiera już absolutnie nierealnego charakteru. Już jej nie ma.

W Kranowitz rozpoczynam moją własną i ostatnią tego dnia podróż…

Pławniowice/Pławniowitz

Jest rok 1945. Zimno, skrzypi śnieg pod stopami.

W kąciku ust hrabiego tkwi świeżo zapalone cygaro…

Zimowe grafitti (droga z Pietraszyna do Krzanowic)

Miejsce, w którym zawsze się zatrzymuję (Rohov) Ziemia (okolice Rohova)

Po sezonie (okolice Rohova)

Krzanowice (Kościół św. Wacława; widziane ze wzniesienia ponad Rohovem)

Sudice Sudice (2) (widziane od strony Pietraszyna)

Droga (kościół św. Barbary, Pietraszyn/Klein Peterwitz) Śląskie rozstaje (Pietraszyn/Klein Peterwitz)

Zakłócenie lini horyzontu (Pietraszyn) Zakłócenie (2)

Podwójne skreślenie Znak

Spacer (Krzanowice) Wspomnienie ks. Pawlara (wnętrze kościoła św. Wacława, Krzanowice)

Światło (2) (brama wejściowa, kośicół św. Wacława, Krzanowice)

Światło (Krzanowice, szczyty kościoła św. Wacława) Światło (wersja albumowa; Krzanowice; kościół św. Wacława)

Pełnia (kolor; Krzanowice) Pełnia (2) (Krzanowice)

***

Wystawa Rafał Milach, In the Car with R., Galeria Fiducia, Ostrava (do 25.01. 2016)

Zdjęcia z podroży do Krzanowic, w dniu 22 stycznia 2016 r.

Kartka z albumu Ks. Pawlara, reprodukowna w „Dzienniku” (wyd. 2015)

Jazda dookolna

Mgły, pejzaże i obrazy.

Wczoraj odbyłem podróż do miejsc od kilku miesięcy niewidzianych.

Przedzieranie się przez pejzaże jesienne w grudniu. Mijane lasy Rud, a potem nieogarnięte pustkowia Bramy Wielkomorawskiej. Pola zadziwiająco zieleniejące się o tej porze roku. Samotnie stojące drzewa na krawędziach horyzontu. Mgła między nimi i ta rozpierzchająca się pod wpływem jadącego samochodu. Odsłaniająca drogę.

Dobrze jest wracać do miejsc, w których zna się niemal każdy kamień, zakręty nie niosą zaskoczenia. Wspinanie się po wzgórzach ciągnących się od Sudic w stronę Opawy. Niezobowiązujące spotkanie starych znajomych, którzy już niczego od siebie nie chcą.

Dawne budki telefoniczne przy Alei Masaryka wypełniły kolejne postaci i obrazy. Robię zdjęcia. Nieco pośpiesznie i niechlujnie. Nie mam tej uważności. Zapominam, że nie jestem już stąd i kolejnego kadru – poprawki, nie będzie.

Powrót koło ulubionej kapliczki. Potem Rohov i widziane z daleka Krzanowice (Kranowitz).  Punkty odniesienia świata, którego (jak myślę naiwnie) nikt nie posiadł tak doskonale jak ja.

***

Tworków. Ruiny. Zegar Pana Weissa na pałacowej wieży wciąż pozwala zapomnieć o czasie. Że jest i nas dotyczy.

Bieńkowice. Ślady obecności i słowa zwieszone w powietrzu.

Mgła napływa znad rozlewisk Odry.

Napis „St. Valentin Stift” wyłania się z nieomal już nocnej mgły. Dobijam do miejsca przeznaczenia.

Wzruszenia. Słowa. Szelest kartek.

Krawędź (okolice Sudic)

Sudice. Pejzaż I liked

Szablony (Opawa)

Ślady (Tworków) Przeszłość (Twórków)

Nokturn (Twórków)

Oto... (Bieńkowice)

Stopniowanie (Bieńkowice, kościół parafialny)

„Dziennik” w… Dzienniku

Nie przypuszczałem, że to się stanie, ale na moim blogu pojawi się, w dobrym świetle, nazwa Dziennika Zachodniego

Tak naprawdę to wszystko za sprawą zainteresowania książką  „Dziennik księdza Franza Pawlara. Górny Śląsk w 1945 roku. Opis pewnego czasu”i felietonu na jej temat pióra Krzysztofa Karwata.

To miłe, nobilitujące i cieszę się, że lektura Dziennika sprzyja refleksji na temat tego, czym jest historia Górnego Śląska, ile o niej (nie)wiemy i jak może łączyć i zbliżać.

Książka wciąż pozostaje numerem pierwszym na liście bestsellerów wydawnictwa Silesia Progress, które zapiski księdza Pawlara wydało. To ogromna satysfakcja i radość, że jest czytelniczo doceniana.

Wkrótce rozpoczynam prace nad teatralną adpatacją tego tekstu. Wiem i czuję, że obok plebejskiego obrazu Górnego Śląska  w Cholonku, Janoscha, teatralogii Bienka, czy osobistego ujęcia tamtego 1945 roku roku w Gliwickiego hamleta Lachmanna potrzebujemy, my tu i ze Śląska, kolejnego utworu na scenę, który bez krzyku, odwołując sie do spraw trudnych i ważnych w najnowszej historii Śląska, opowie historię śląskiej prowincji, wsi  i mikro osad w 1945 roku. Bez patosu, po ludzku, nie kreując świata biało-czarnego, a takim, jakim zapamiętali go współcześni. Proszę trzymać kciuki. A ja zabieram się do pracy…

Karwat o Pawlarze (fragment felietonu z DZ, 4 grudnia 2015 r.)

 

Pierwsze

To było wczoraj.

Pierwsze spotkanie autorskie związane z moją publikacją Dziennik księdza Franza Pawlara. Górny Śląsk w 1945 roku. Opis pewnego czasu. W miejscu wyjątkowym i dla autora Dziennika i dla mnie, bo w Pławniowicach, które tak mocno kształtują kontekst narracji tej książki. W tle tego dnia był obchodzony tam Martinstag (Dzień świętego Marcina) i smakowite rogale, czy radosna procesja dziecięca.

Były wzruszenia, także po stronie piszącego, a do tego pytania, rozmowy po spotkaniu (i przed także). Do tego piękny bukiet kwiatów w kolorach żółto-niebieskich i dłuuga kolejka osób, które postanowiły wzbogacić książkę o mój autograf.

Kolejne spotkania i promocja książki wkrótce. Póki co, Dziennik cieszy się pozycją najlepiej sprzedającej się publikacji pośród wydawnictw Silesia Progress, co zważywszy na tak szlachetne i ważne tytuły na tej liście, bardzo mnie cieszy. Czy to będzie książka sezonu jesiennego na Śląsku?  Wierzę w to bardzo.

Jak słyszę, w niedługim czasie recenzja i kilka fragmentów książki w piątkowej Gazecie Wyborczej (Katowice). A potem wielki pochód książki przez miasta, miasteczka i osady Górnego Śląska (na początek:). Bo to naprawdę ważna opowieść. Historia ludzi w najmniejszych miasteczkach i wsiach Górnego Śląska w 1945 roku.  Historie mikro- co nie odbiera ich bohaterom wielkości, rysów tragicznych i prawdy, o tym jaki był rok 1945 na Śląsku.

Osobno w tym miejscu pragnę podziękować Pani Ewelinie Klaka, która i to, i pierwsze spotkanie 8 maja 2015 roku, zorganizowała.

Kwiaty z Pławniowic

Mój Franz Pawlar

To oczekiwanie można zapewne porównać do chwili, gdy (cokolwiek to znaczy) słowo staje się ciałem… Gdy czas spędzony na tworzeniu, układaniu, składaniu ‚czegoś w coś’ nabiera realnego kształtu. Może nie zadowalać, prowokować odruch natychmiastowej korekty, ale jest. Fizyczność skonfrontowana z wyobrażeniem.

Za chwilę trafi do Waszych rąk książka niezwykła. Tak myślę. Pisana nie przeze mnie. Przeze mnie jedynie przypomniana. Jedynie (?) nadałem jej nowe, polskie zdania, emocje.  Odczytywałem i słowa i uczucia, tłumacząc Dziennik księdza Franza Pawlara. Przynajmniej bardzo się starałem by dotrzeć do ich jądra.

Skoro już mowa o tłumaczeniu to bardziej przemawia do mnie to, co robił Stanisław Barańczak spolszczając teksty obcojęzyczne. W takim podejściu widzę szansę na uratowanie osoby autora oryginału. Wydobycia na powierzchnię jego słów, jego samego. Ocalenia go i tego co czuł, i myślał pisząc…

Moje życie splotło się z osobą księdza na dobre i na złe od stycznia 2015 r. Stało się to niemal dokładnie siedemdziesiąt lat po tym, jak siadł w styczniowy, mroźny wieczór 16 stycznia 1945 roku przed swoją maszyną do pisania i wystukał pierwsze słowa… Wiedział, zwłaszcza on, że ten czas potrzebować będzie świadectwa tego, jakim czasem był naprawdę. Kto i co zrobił. Nie po to, by wystawiać świadectwa przyzwoitości, lecz raczej opowiedzieć co czas wojny robi z ludźmi. Jakimi są, gdy zagląda im w oczy strach, głód, zachłanność, strach przed nieznanym czy potrzeba odwetu lub… zadośćuczynienia.

Zmierzch Bogów w podgliwickich Pławniowicach, a może – dla oddania natury zdarzeń – należałoby tym bardziej powiedzieć w podgliwickich Plawniowitz, Flössingen, czy w sowieckich Winohradach. Jak u licha opisać historię w miejscu, które traci swoją nazwę, tożsamość. Jest i go (już) nie ma?

Spolszczanie Dziennika dostarczyło mi ogromnie wiele satysfakcji. Było zanurzaniem się w niemczyznę G. Śląska, śląska austriackiego, w detale opisu, kształtujące świat, którego nie ma. Podobnie jak część z czytelników Dziennika na blogu, śledziłem losy księdza i postaci jego opowieści. Prześlizgiwałem się po połyskującej lakierem masce mercedesa hrabiego Mikołaja von Ballestrem, gdy opuszczał Pławniowice i w przeciwieństwie do niego, wiedziałem, że już tu nie powróci… Wyobrażałem sobie pałacową kuchnię w dniu kolacji, tej ostatniej, gdy wiadomo było, że „jutro” nie będzie podobne do „dzisiaj”. Tkwiłem przy łóżku wykrwawiającego się Austriaka, ulegałem odurzeniu pałacowym winem, gdy lało się po piwnicach i ścieżkach Pławniowic. Przenikał mnie strach w każdą zimową noc 1945 roku i zimno, i ogarniało poczucie wzruszenia, gdy na klepisku wiejskiej stodoły profanum przeradzało się w Sacrum. Tyle wspomnień, na marginesach kart Dziennika. Są, ale ich tam nie znajdziecie. Opowiem o nich podczas swoich spotkań…

Dziennik księdza Franza Pawlara już za chwilę trafi do Waszych rąk. Osobistej lektury życzę. Górny Śląsk w 1945 roku… Opis pewnego czasu i miejsca.

Okładka książki (wydawnictwo Silesia Progress; publikacja w ramach Canon Silesiae)

Pławniowice (w odddali wieża Pałacu; marzec 2015 r.)

 

Franz Pawlar… w Pławniowicach

To był wyjątkowy wieczór. Piękny słoneczny dzień dobiegał końca, gdy w miejscowej remizie strażackiej spotkało się blisko 80 osób, by odkrywać historię Pławniowic…

Spotkaniu towarzyszyła wystawa dokumentów związanych z historią Plawniwitz/Pławniowitz. Pochodziły ze zbiorów Leonarda Seichtera, pasjonata historii i kolekcjonera „pamiątek z przeszłości”.

Były relacje świadków historii z 1945 roku i czytane we fragmentach Dzienniki Franza Pawlara. Muzyka, wspomnienia i poczucie odzyskiwanej wspólnoty…

Za ten rodzaj emocji, słowa wsparcia i rozmów niemal do północy, bardzo dziękuję. Szczególnie Pani Ewelinie Klaka i Panu Leonardowi Seichterowi.

Poczułem się jak u siebie… Za tak wyjątkowe potraktowanie bardzo dziękuję.

***

Pretekstem do spotkania były przetłumaczone przeze mnie Dzienniki Franza Pawlara. Trwają intensywne prace nad przygotowaniem ich do druku. Kiedy i co napiszę już wkrótce.

Jak słyszę, już po napisaniu posta, osób na spotkaniu było dokładnie 99, a zatem korekta i nie 80.

Mapa Plawniowitz (sprzed 1936 roku)

DSC_2695 Fragment wystawy (8 maja 2015 r.)

Fragment spotkania "Wieczór z historią" (Pławniowice, 8 maja 2015)

 

Spotkanie. Zapis (Dzienniki Franza Pawlara)

Przyjechałem wczoraj do Bieńkowic z ogromnymi nadziejami. Była też trema. To oczywiste. Nie wiedziałem jak uda się spotkanie z siostrzeńcem księdza Franza Pawlara, Franciszkiem Korczokiem… Nie godom po ślonsku, a moje krakowskie numery niekoniecznie bywają w takich razach pomocne… No i nie zawsze równoważą fakt, że moim miejscem na ziemi są po trzykroć bardziej Gliwice, niż inne z miejsc, w których dane mi było żyć i mieszkać.

Wszystkie te obawy były zupełnie niepotrzebne…

Przywitał mnie pogodny starszy człowiek, podobny do swego nieżyjącego wuja. Podobieństwo to ujawnia się w czasie. Narasta i jednym z jego przejawów jest wspólne im obu zamiłowanie do historii.

Rozmawiamy niejako równolegle o człowieku, którego każdy z nas poznał inaczej. Ja wyłącznie za sprawą jego czteromiesięcznych zapisków z 1945 roku, a Franciszek Korczok mówi po prostu o swoim „ujku”, postaci z krwi i kości. O kimś (na przykład) kto będąc na emeryturze każdego dnia, przez osiemnaście lat jadał w jego domu obiady…

Spędziłem w domu państwa Korczoków blisko trzy godziny, odbywając fascynującą wyprawę do przeszłości, znacznie lepiej poznając śp. księdza Franza Pawlara, autora Dzienników, które jakiś czas temu, w odcinkach publikowałem na moim blogu. Niektóre z domysłów i przypuszczeń na temat Franza Pawlara się potwierdziły, inne przerosły moje najśmielsze oczekiwania (jak na przykład to, że znał osiem języków obcych, a w czasach nazistowskich był wielokrotnie (z pamiętników wynikało, że raz) aresztowany i więziony.

Materiał fotograficzny i dokumentacyjny jaki zgromadziłem podczas tego spotkania jest naprawdę bogaty i już teraz jestem ogromnie wdzięczny za jego udostępnienie. To kilkadziesiąt zdjęć z życia księdza Pawlara. Z okresu studiów we Wrocławiu, prymicji, posługi w Pławniowicach i z czasu po 1945 roku.

Wyjątkowo tym razem nie będę ich publikował, poza jednym jedynym zdjęciem pochodzącym z okresu, gdy już na emeryturze bywał w domu, w którym i ja wczoraj się znalazłem. Zdjęcia znajdą się w pamiętnikach, który – już to wiem – na pewno opublikuję. Tam wzbogacą, uzupełnią obrazy skreślone przez księdza w 1945 roku.

Gdy opuszczam o zachodzie Bieńkowice, mijam pomnik który pierwotnie powstał w 1871 roku (po wojnie prusko-francuskiej), potem wraz z kolejnymi wojnami był rozbudowywany i… niszczony. Takim, by był jak dzisiaj, zrekonstruowano go w 2004 roku.

Przy wejściu w obejście wokół krzyża, umieszczono dwujęzyczną tablicę z rozpoczynającym tekst zapytaniem „Dlaczego?” Nie mam dobrej odpowiedzi na to pytanie, ale wiem, że wciąż czeka ono na swoją odpowiedź. Jest dobrą metaforą losów Górnego Śląska.

Odpowiedz, która czeka na współczesne, nowoczesne opisanie losów Śląska i Ślązaków. Takimi będą dzienniki księdza Pawlara.

 Ksiądz Franz Pawlar u schyłku życia

Pan Franciszek Korczok

Pomnik (Bieńkowice, 2015) Dlaczego?

Bieńkowice, zanim zapadnie zmierzch (wczoraj 21 kwietnia 2015 r.)

Krzanowice – Kranowitz. Opis miejsca, gdy wiosna już jest

Prawdę mówiąc sięgając po Dzienniki księdza Pawlara (prace nad wydawniczą wersją trwają), nie wiedziałem, jak dalece temat ten wniknie w moje życie. Życie tutaj w Opawie.

Gdybym robił to mieszkając w Polsce, dojazd do Bieńkowic, czy Krzanowic (Kranowitz, miejscowość ma dwujęzyczny opis nazwy i dzisiaj), byłby niemal całodzienną wyprawą. A tymczasem dojazd z Opawy do obu tych miejsc zajmuje mi 30 minut?

Ostatni taki wypad miał miejsce w tym tygodniu.

Zrobiłem kilkanaście  zdjęć. Czasami światło było niezwykłe, jak wówczas gdy oświetliło kościół p.w. św. Wacława, a ja się do niego zbliżałem. Dominuje nad miasteczkiem, jest na małym wzgórzu…Neobarokowy, w tej formie ukończony w 1915 roku (poprzedni strawił pożar).  Projektował go –  i jak tu się nie zachwycić pograniczem górnośląskim – Joseph Seyfried z Krawarz (Kravare), ten sam którego dziełem jest imponująca świątynia neogotycka dominująca nad Sudicami…

W  obejściu przykościelnym, groby kolejnych gospodarzy świątyni. Jest też tablica pamiątkowa poświęcona księdzu Franzowi Pawlarowi. Grób, jak wiecie, jest w nieodległych Bieńkowicach (Benkowitz).

Mogiły i tablice wokół kościoła to takie asylum pamięci i historii (Krzanowic). W różnych językach, dominuje niemiecki. Na bramie symboliczny dowód łączności z tym Górnym Śląskiem, który jest bardziej już moim, bo znanym.

Tabliczka z nazwiskiem „J. Juretzka. Beuthen [Bytom] O.S. Kunst -Gußschlosserei”, przybliża mnie ku domowi (choć niekoniecznie z powodu Bytomia). Odlewane i kute żelazo natychmiast wywołuje wspomnienie gliwickiego żeliwa i początków odlewnictwa żelaza na Górnym Śląsku. Instynktownie, ilekroć znajduję takie przedmioty, poszukuję potwierdzenia na to gdzie powstały, łudząc się że może właśnie w gliwickiej odlewni żeliwa, Gleiwitzer Eisengiesserei. Podobnie zachowywałem się na cmentarzach  wokół Świątyni Pokoju w Świdnicy i Jaworze, gdzie wdziałem wiele z ogrodzeń i krat, krzyży i dekoracji niemal żywcem wyjętych z Preis-Courantów (XIX-wiecznych katalogów handlowych) gliwickiej odlewni. Niemało z nich zapewne powstało w Małej Panwi, a może przywędrowało z odległego Sayn i nie miały nic wspólnego z Gliwicami.  Nieważne, wówczas wywoływały ten sam rodzaj emocji i poczucia przynależenia (choć było zaskakujące i nieco dziwne, na pierwszy rzut oka), jak ta tabliczka tutaj.

Krzanowice, miasteczko niemal wyludnione, gdy tam byłem we wtorek. Trochę tak jakby wszyscy którym się śpieszyło już gdzieś wyjechali. Ci co zostali mogą pójść do restauracji Manhattan 2 i poczują się lepiej?

Na ulicy kobieta zamiata chodnik wzdłuż swojego domu. Dla mnie to bardzo śląskie. Stereotyp. Może, na pewno.

Wiosna? Tak. Przy kościele całe kobierce przebiśniegów potwierdzały to, co czuć już w powietrzu… Wiosna.

Krzanowice z oddali (2015, marzec)

Na rozdrożu. W drodze do Krzanowic.  (marzec, 2015)

Kościół w Krzanowicach (marzec, 2015)

Biel wiosny... (Krzanowice, 2015)

Kościół p.w. św. Wacława (Krzanowice, 2015)

Pamięć o ks. Pawlarze (Krzanowice, 2015)

Ślad. Krzanowice, marzec 2015

Stodoła przy kościele (Krzanowice, marzec 2015)