Hopperowskie okno u literatów

Klimat pokoiku w Domu Literatury jest lekko niepokojący.

Na korytarzu wciąż stoją, traktowane jak relikwie minionego czasu, porcelanowe resztki tamtego świata. Czasu, gdy „hartowała się stal”, a niemiecki komplet wałbrzyskiej Friederike, nabierał cech swojskich, tylko dlatego, że opatrzony został uspokajającym nadrukiem z akronimem ZLP (Związek Literatów Polskich). Obłaskawianie obcego…

Okno widziane o na granicy nocy i brzasku  przypomina mi obrazy Hoppera.

Słoneczne światło zastępuje tutaj nocna, miejska  poświata płynąca z placu Zamkowego. Poza tym niemal wszystko się zgadza. Jestem ja, jest oczekiwanie. Napięcie. Wydobywane z niebytu przedmioty. Wyrysowuje je światło ulicznych latarń i iluminacji bożonarodzeniowych.

Okno staje się swoistym passe-partout. Kluczem do odczytywania rzeczywistości. Kluczem do innego świata. Korzystam z tej sposobności i wymykam się na chwilę…

To co widzę, ma się jednak nijak do rzeczywistości tego co tu i teraz.

Niedawno widziałem, po raz kolejny Pingwina (1964), z wbijającą się w ucho muzyką Komedy. Ta-ta-ta ta. Tatata, ta tatata… chodzi za mną od tamtego momentu i nie daje spokoju. Jeśli w ogóle tęsknie za Warszawą, to może tamtą. Szczerze prowincjonalną, wciąż poranioną, pretensjonalnie zalewającą gardło tanią whisky i marzącą o świecie, w której konsumpcja jest cnotą.

Oczekiwanie boli (mówią w Pingwinie), ale odnoszą to do miłości.

Patrzę na okno.

Oczekiwanie uświadamia, że to co nadchodzi jest nieuchronne. I przyjdzie.  Jest wybawieniem.

bez tytułu

Miniatura jako forma opisu świata. Zapiski z Sabaudii (7)

Zwykle omijam takie miejsca.

Uprzedzenie? Preferencja dla kultury i sztuki wysokiej? Obawa przed kiczem i estetycznym sponiewieraniem? Pewnie wszystkiego po trochu. „My ludzie muzeów…” itd.

Tak było z miejscowym Muzeum (cokolwiek to w tym kontekście znaczy) Miniatur i Kina (Musée Miniature & Cinema), na które zupełnie przypadkowo natknąłem się  spacerując po starym Lyonie. I które pewnie bym zlekceważył. Wpadłem na nie, przemykając się przez miejscowe tajemne przejścia między podwórzami i kamienicami domów (fr. Les traboules) i poszukując wejścia do kolejnego. „Błąd w sztuce” i na mojej drodze stanął numer 60 przy ulicy św. Jana  (rue Saint-Jean 60). Drzwi nie prowadziły tym razem do renesansowych i średniowiecznych zakamarków lyońskich kamienic, lecz do ułudy kina i światów wymyślonych, czyli owego muzeum właśnie.

Miniatury, tutaj tworzone przez Dan Ohlmanna (zajmującego się także zawodowo efektami specjalnymi w kinie), nie są czymś wyjątkowym, to jasne. Miniatura i miniatury jako ersatz doświadczania świata trafiły także i do naszych parków rozrywki, czyniąc z tego rodzaju prezentacji coś skrajnie banalnego i dobrze wpisującego się w plastikową metarzeczywistość tego, co dzięki zabiegowi pomniejszania jest nagle na wyciągniecie ręki. Proste? Do bólu.

Taki opis rzeczywistości przez cytowanie jej w pomniejszonej skali jest obecny w tradycji wielu europejskich kultur, by wspomnieć  o bliskich mi Holendrach i tamtejszych domkach dla lalek.

Dziedzictwo to (dowodzące, przy okazji że wbrew stereotypom domkami i ich lalkami zajmowali się głównie mężczyźni) zostało docenione i zachowane, o czym można się przekonać wędrując po salach ekspozycyjnych niderlandzkiego Rijksmuseum w Amsterdamie. Ilekroć je tam oglądam, widzę w nich – poza archetypicznym poszukiwaniem ideału domu i życia rodzinnego – bardzo protestanckie, miejscowe przeniesienie afirmacji życia codziennego ze sfery obyczajowości i religii właśnie, na grunt artystyczny i neutralny zarazem.  Cokolwiek zresztą o nich nie myśleć, współcześnie holenderskie domki dla lalek, to kreacje nie mniej istotne dla rekonstrukcji życia codziennego w Niderlandach, jak obrazy Małych Mistrzów. Są równie wiwisekcyjne  i realistyczne w opisie tego, co składało się na kulturę materialną Zjednoczonych Niderlandów…

Piszę o tym nie bez powodu, bo jak odnotowałem we wstępie, raczej z niechęcią odnoszę się do podobnych kreacji paramuzealnych, jak ta w Lyonie. Do wszystkich tych gabinetów i (wakacyjnych) izb tortur, wystaw zmumifikowanych wielorybów, potworów z Loch Ness, galerii figur woskowych i podobnych wystaw niosących w sobie potrzebę zaspokajania sensacji i niezwykłości. Mówiąc krótko – kiczu i muzealnopodobnych wrażeń (natychmiast czuje, pisząc te słowa, jak usta me wypełnia wspomnienie czekoladopodobnych wyrobów późnego PRL-u i tym bardziej odrzuca myśl o tych niby-muzach).

Mimo tego (jak widać) nagannego stosunku do muzeopodobnych miejsc, muszę i chcę odnieść się do tego co zobaczyłem w lyońskim muzeum Ohlmanna.

Po części robię to dlatego, że wiele się zmieniło w przestrzeni muzealnej w ciągu ostatnich dwóch dekad i bywają muzea, gdzie sens i istotę oryginału dawno zatracono. Powstało – także i w Polsce –  całkiem wiele takich, w których nie ma oryginałów, o czym niechętnie mówi się publiczności,  pozostawiać  ją w fikcji obcowania z niby-zabytkami. To makabryczna manipulacja.  W tym sensie, muzeum przy rue Saint Jean, nie jest od nich w niczym gorsze. Ba, chyba wolę, gdy wprost i nie kryjąc się z tym, w muzeach takich niczego się nie udaje, obiekt nie jest obiektem, a kreacją artystyczną. Jasna sytuacja.

Miniatury Ohlmanna (wszystkie w skali 1:12) to jak twierdzi sam ich autor, dzieła odwzorowujące kulisy realizacji filmowych, które porwały wyobraźnię autora, uwieczniły to, co w filmach często (będzie 3xN) nieuchwytne, nierejestrowane, niedocenione, bo jak wiemy doskonale (przykładem w tym zakresie wysiłki CSP w Katowicach) scenografia filmowa jest nietrwała i jej istnienie (w warstwie materialnej) skazane jest najczęściej na czas trwania zdjęć do filmu, po czym… znika. Bezpowrotnie.

W galerii Dana Ohlmanna (upierałbym się, że bardziej w galerii niż w muzeum, bo z  definiowaniem tego miejsca jako muzeum nadal mam problemy), rzeczywistość powiązana z filmem przeradza się w autentyczną fascynację. Jest kwestią co prawda starej, ale jednak rzemieślniczo (czym innym są wciąż akademie sztuk?) doskonałej umiejętności odwzorowywania rzeczywistości. Znamy to. Nie brzmi to jak awangarda, ale zdradza uznanie dla otwartej kategorii sztuki i kreacji.

W Lyonie pozostałem sobą i konsekwentnie do wnętrza tego muzeum nie wszedłem. To co zobaczyłem w jego  przedsionku  (twórcy muzeum doskonale wiedza czym jest współczesny marketing), było jednak naprawdę imponujące. W długim korytarzu wiodącym do muzeum, po obu stronach w ścianach umieszczono małe okienka (ok. 10×15 cm). Patrząc przez nie zanurzamy się w świecie wyobraźni stworzonym przez Ohlmanna.

Wszystkie kilkanaście dioram filmowych obejrzałem ze sporym uznaniem dla twórcy. Jeśli nawet oceniać prace Dana Ohlmanna jako jego osobiste postscriptum do miejscowego Muzeum Lumière i odniesienia się do historii kina, zrodzonego w Lyonie, to myślę że warto zmylić krok i na chwilę (lub dłuższy czas) wydłużyć spacer po lyońskich traboules o adres przy Jana 60.

Rozczarowanych zapraszam na miejscowe crêpes. Ukoją (za jedyne 2 euro plus dodatki) każdy ból, rozczarowania też…

Les Traboules (1) (Lyon, stare miasto) Zakamarki Lyonu (les Traboules)

Książki (fragm. instalacji biblioteka, Muzeum Miniatur i Kina, Lyon) Biblioteka (Muzeum Miniatur...)

 Gina Lollobrigida zaraz wróci... (Fragment instalacji ; Muzeum Mniatur i Kina, Lyon; tytuł własny) Ojciec chrzestny? Gabinet fryzjerski (Muzeum Miniatur...)

Nana? Pralnia (fragment instalacji, Muzeum Miniatur...) Pralnia Pralnia )detal; Muzeum Miniatur...)

Crepes - oczekiwanie (Lyon, październik 2016)

Zapachy (Crepes 2) Lyon, 2016 Nutella crepe czyli dużo radości za 2 euro)

Jesienny Świerklaniec. Esej fotograficzny

Gdy wychodziłem z parku, myślałem o liściu na korze drzewa. Kurczowo do niej przylegał. Jakby walczył – wbrew wszystkiemu poczynając od sił grawitacji –  z tym co nieuchronne. Tkwił tam zapewne przez kolejne sekundy, może minuty. Na moim zdjęciu pozostanie na zawsze(?). I tylko tutaj jest to możliwe.

Jesień w Świerklańcu.

Zachwyty nad kolorem, światłem i tym, że każdy z owych kadrów jest inną opowieścią o miejscu, które po raz kolejny odwiedzam.

Utrwalanie (Liść) (Świerklaniec, jesień 2016)

Linia (Świerklaniec, 2016) Plama (Świerklaniec, 2016)

Ławka (Świerklaniec)

Kadr (Świerklaniec) Jesień w Świerklańcu

 Ślązaczka (dom Kawalera)

Zbliżenie (Świerklaniec) Światło (Świerklaniec)

Kamień (Świerklaniec) Animal (ŚWierklaniec, fragment dekoracji mauzoleum)

Wspomnienie (w tle Dom Kawalera)

Krążę

Krążę po Kazimierzu. Nie poznaję miasta, które znam?

Ratuje mnie mapa, na którą trafiam na ulicy Nowej.  To niemal taki sam obraz zagubienia i braku orientacji jak ten, którego doświadczam.

Jak zawsze tak i teraz łapie się na tym, że i na tej mapie szukam odnośnika do Śląska. Do mojego miejsca.

Jest Gogolin. Nie powiem bym odczuł jakąś ulgę, ale pojawia się delikatne poczucie zakotwiczenia. G. znam i nie znam.

W pamięci pozostaje jakaś krótka wizyta w tym mieście, gdy pociągi miały kolor khaki. Jest i pozostanie dla mnie przede wszystkim drogowskazem przy A4 i zjazdem, z którego nie korzystam.

G. – miejsce z piosenki zużytej do granic możliwości i historii, jak ta z losów kampanii Market Garden. Jeden most za daleko zmienia wszystko i bywa krokiem nieodwracalnym.

Crystoleum z pobliskiego antykwariatu przy Meiselsa 4.

Fotografia ‘Schloss W’. osadza mnie w kontekście tego, gdzie jestem. Środkowa Europa. Kraków, Berlin. Uzupełnione masą perłową, zdjęcie przypomina mi podobne kupowane przez pielgrzymów na Górze św. Anny.

Uspokojenie.

Mapa (Kazimierz, Kraków 2016, fot. L. Jodliński)

 

Mrużenie oczu…

Mamie

Ten film był i pozostanie we mnie. „Zmruż oczy”…. objawienie upalnego lata 2003 roku…

Film Andrzeja Jakimowskiego obejrzałem w nieczynnym już dzisiaj kinie „Świteź”w Łagowie.

Kino „Świteź”, było trochę jak to z mojego dzieciństwa, gdy wracam pamięcią do gliwickiego „Mikrusa”. Nie jestem jedynym, który je wspomina. Pamięć o tym miejscu dzielę z Peterem Lachmannem, który w tym kinie, w Gleiwitz, a nie Gliwicach, oglądał sam jeden filmy w dniu urodzin, gdy dziadek (do którego ów bioskop należał) fundował mu taką atrakcję…  Pewnie przy całej swojej siermiężności, było tym samym czym „Cinema Paradiso” w obrazie Giuseppe Tornatore, dla bohatera tamtej opowieści…

W jednym i drugim skrzypiały fotele, na tyle jednak wygodne, że nie przeszkadzały w oglądaniu tego co na ekranie.Panował gwar, wybuchały emocje…

W kinie w Łagowie w lipcu 2003 roku z kątów dolatywał zapach stęchlizny, a może była to tylko wilgoć niewietrzonego i powoli nieumierającego kina? Nie było to istotne. Zapadała ciemność i świat zmieniał się (wtedy i wówczas)  w oka mgnieniu w poza-świat jaki znałem.

Pewnie działo się tak dlatego, że – jak zauważał bohater filmu Tornatore – Życie nie jest takie jak w kinie. Życie… jest dużo cięższe

Pamiętam, że w łagowskim kinie film Jakimowskiego niemal je rozsadził. Temperaturą, wysłonecznieniem kadrów. Jakimś takim odjechanym zupełnie klimatem Polski, którą co prawda znałem, ale którą wreszcie ktoś pokazał na ekranie. Była za oknem, miała swoje odniesienia do tego, co znałem z opustoszałych PGR-ów środkowego wybrzeża. Świat zatopiony między Meksykiem, a Polską B, podlaskim Pełele dokładnie rzecz biorąc gdzie film też kręcono. Tam, gdzie wino Arizona właśnie, a pytanie o jutro gdzieś zawiesza się w upale drżącym od promieni słońca.

Łagów jest dla mnie miejscem szczególnym. Tam właśnie, zupełnie przypadkowo widziałem jeden jedyny raz Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza. Siedzieli na jakimś pomoście nad miejscowym jeziorem i sączyli coś z kubków. Himilsbach w kraciastej, czerwonej koszuli z flaneli. Maklakiewicz w jakiejś jasnej. Musiał to być czas festiwalu filmowego. Myśląc o tej scenie nie mogę nawet powiedzieć, że dosięgnął mnie i prześladował efekt Presley’a. Nie miałem aparatu fotograficznego, więc i zero rozterek. Mogłem tylko zapamiętać tą scenę i gdy o tym myślę, to coś z tego  niepozornego wspomnienia zostało.

Niebo, no i film „Zmruż oczy” powrócił do mnie, gdy rok temu dotarłem do podlaskiej Krasnogrudy na pograniczu światów, które są i które odchodzą w literackie utrwalanie i zapomnienie. Zachwycałem się wiatrem i nieboskłonem, od którego trudno oderwać wzrok. Jest ogromny i  wisi całym swym ciężarem nad ziemią.

Dzisiaj odbywając spacer, który stał się kilka lat temu moim osobistym rytuałem, trafiłem na dom, pół ruinę. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że zaraz rozlegnie się heksametr  ‚Odysei’, a ja się wzruszę, jak wówczas, gdy otwierając szeroko powieki patrzyłem na  ‚Zmruż oczy’ i nie potrafiłem przestać patrzeć…

Mrużenie oczu (1)

Mrużenie oczu (2)

Mrużenie oczu (3)

Moje zjadanie Essen (czyli wie ich Essen esse)

Essen…

To nie jest najbardziej urodziwe miejsce na świecie. Mimo to po raz kolejny znalazłem tutaj obrazy, które gotowe -czekały na mnie.

Mój kompakt kupiony na Placu Wacława w Pradze, „niemal do niczego i już zupełnie z innej epoki”, próbuje sobie radzić z moimi tęsknotami do uzyskania doskonałości kadru, wysycenia go światłem. Staram się zamieniać deficyty na stany zaspokojenia i posiadania…

Miasto wymarłych osiedli górniczych. Żyjące przeszłością zamienianą na towar pierwszej potrzeby. Powietrze nie przenikają sygnały górniczych dzwonków i wind opuszczających się w czeluść ziemi. Ku memu zaskoczeniu, niedzielny poranek rozbrzmiewa odgłosem dzwonów kościelnych. Biją mocno i równo. Zaskoczenie trwa.

Zastaję inny obraz Zollverein Essen.

Miejsce niepokojąco opustoszało. Niewielu zwiedzających. Kryzys? Zużycie nowego-starego? Miejsca układają się nastrojem i kolorem w dzieła Hoppera… Niemal słyszę sierpniowe cykady. Czy naprawdę to co umarło można ożywić? Mam wątpliwości widząc jak trawa i chwasty starannie zarastają to miejsce.

W drodze widzę w locie sterowca. To dziwne (a może nie?), że z nieba przychodzi ratunek. Odnajduję siebie i wracają wspomnienia.

Gliwickie lotnisko. Rok 1931, lipcowe popołudnie i ten moment, gdy nad głowami obecnych pojawił się Graf Zeppelin Z-127. Entuzjazm tłumu.

Cytaty (historyczne) bywają zbawienne. Odzyskuję poczucie zakorzenienia.

Ścigam sterowiec tak długo jak to możliwe. Przypomina mi się odlegle Tokio, gdzie w podobny sposób podążałem za tamtejszym sterowcem. Tamte zdjęcia. Nieostre, pośpieszne. Tokijska wizja Metropolis. Cygaro sterowca między drapaczami chmur (kto dzisiaj tak nazywa te korporacyjne wieże Babel i więzienia w jednym?)…

Trafiam na staw w parku w Borbeck.

Stoję oniemiały. Pochłaniam wzrokiem powierzchnię wody skrzącą się od kolorów i monetowskiej kompozycji. Cytaty, odniesienia. Kawałek po kawałku…

Ich esse Essen. Ocalam siebie.

[Essen, Essen-Borbeck, 6-9 sierpnia 2016 r.]

Było lodowisko (Zollverein Essen) Hothaus (Zollverein Essen)

Mist (mgła) (Zollverein Essen)

Hopper tu był... (Zollverein Essen)

Linie (2) (Essen) Linie (Essen Kettwig)

MM (Most Moneta) (Essen Borbeck)

MM (Motyw Moneta) (Essen Borbeck)

Zamek (Essen-Borbeck)

Zeppelin [2] (Essen) Zeppelin [1]

Zeppelin [3] (Essen)

Historia bez tytułu, początku i końca (9). Spacer

Historia, którą mam opowiedzieć powoli dobiega końca. Tak myślałem, ale dziś już wiem, że będzie jednak miała kilka puent i finałów.

Czekam na telefon z Izraela, który pewnie wiele wyjaśni. Wprowadzi też nowych bohaterów do tej historii.

Bohaterowie mojej opowieści wreszcie odzyskują  (z niepamięci) swoje twarze. Widziałem ich zdjęcia. Wreszcie.

Odczułem rodzaj nieskrywanej ulgi, że moja (w sensie opowieści) historia przybierze ludzki wymiar, że spoza miejsc, opisów, przedmiotów ujawni się twarz Martina Hirscha i jego syna Samuela. Są mi potrzebni. Także po to, bym i ja mógł w nią bezwarunkowo uwierzyć. Jak można opowiadać historię wątpiąc w czyjeś istnienie? Nie będąc tego pewnym, ścigając się z domysłami?

Odbywam spacer po Bytomiu. Raz jeszcze. Po miejscach związanych z tą historią.

To wciąż te same miejsca.

Patrzę na to co stanowi resztki murów posesji, na której wznosiły się budynki synagog, mykwy. Nieciągłości muru, jego wygląd jest metaforą tego miasta.

Mur (d.posesja synagogi)

Ponad nim wznosi się kamienica. Z jej okien i tego nie muszę już sobie wyobrażać oglądano pożar synagogi.

Okna, które widziały

W pobliżu placu, przy którym stała synagoga wciąż tkwią budynki straży pożarnej. Ta bliskość nie uchroniła synagogi od spalenia. Miała obrócić się w proch i w niwecz. Więc jej nie ma. A na murze remizy wciąż tkwi relief strażaka. Lekko heroizujący, syntetyczny. Jemu podobni stali 9 listopada 1938 roku na placu Wilhelma Fryderyka, patrząc nieczule na pożar i nieszczęście bytomskich Żydów.

Strażak (relief na budynku straży pożarnej, Bytom)

Inne miejsce jest niezwykłe i w jakimś stopniu metaforycznie pasuje do tej historii. To studnia dawnego hotelu Hamburger Hof. Brzydka, zapuszczona. I to drzewo. Jest. Trwa. Trudno uciec od elementarnej symboliki, gdy się ją nosi w sobie.

Nadzieja (Tył d. Hamburger Hof)

Na koniec ta cegła z wypisanym rokiem 1929.

Kamień węgielny budowanego wówczas w Bytomiu nowego muzeum. Dlaczego tutaj i teraz? Właściwie zdjęcia tego by nie było, gdyby nie fakt, że jedna z piękniejszych fotografii synagogi, jej dachu i wież, wykonana została z dachu nowego muzeum… dwa, trzy lata później. Więc to zdjęcie ma powód by tu być. By być początkiem własnej, odrębnej opowieści.

Może zresztą dowiem się wkrótce, czy Martin i Samuel lubili chodzić do muzeum… Martin – to już wiem – walczył podczas Wojny Światowej. Przeszłość miała dla niego znaczenie, podobnie jak wychowanie obywatelskie syna, więc może myśl o jego wizytach w Oberschlesisches Landesmuseum, nie jest już czymś więcej niż tylko literackim wymysłem…

Kamień węgielny

Zdjęcia. Wkrótce kolejne… słowa w tej opowieści…

Za duży surdut pana młodego

Max Steckel raz po raz wkracza w moje życie. Właściwie nie on, a jego fotografie.

Natknięcie się na jego zdjęcie to rodzaj miłej niespodzianki. Przypomnienie, że w życiu przypadek ma swoje miejsce i czas.

Gliwicki Turner

Steckel trochę przez przypadek stał się też fotografem Gliwic. Gleiwitz raczej, bo tak myślał i mówił o kolejnym  z górnośląskich miast, w którym osiadł rozbudowując swoje studio przy Wilhelmstrasse 4. Pewnie w upały takie jak dzisiaj kończył dzień w pobliskiej piwiarni Conrada Kisslinga.

Fotografował Gliwice znajdując rodzaj ukojenia w obrazach lekko nostalgicznych. Bogato operował światłocieniem, sięgał po nokturny. Wyraźnie chciał  pokazywać współczesnym świat, który miał za chwilę odejść w niepamięć. Zawieszony już wówczas między tradycją, a nowoczesnością. Rutyną dnia i nieuchronną perspektywą jej odmiany.

Zdjęcie gliwickiego portu na kanale kłodnickim, przypomina mi w sferze nastroju i drzemiącej w nim emocji, płótna W. Turnera, gdy ten rejestrował ostatnie chwile  żaglowca Temeraire i odchodzenie w przeszłość pewnej epoki.

Snujące się nad wodą dymy z kominów statków, nieostra panorama miasta. Przeciwstawienie nabrzeża poprzecinanego liniami szyn kolejowych powierzchni wody i gładkich odbić na jej powierzchni. Wszystko to składa się na malarski, intymny wręcz obraz miasta i miejsca, o którym Steckel wiedział, że wkrótce przestanie istnieć…

Max Steckel, Gliwicki port (po 1936) / Max Steckel, Hafen am Klodnitzkanal (nach 1936)

Za duży surdut pana młodego

Kilka miesięcy temu wpadło w moje ręce zdjęcie z czasów, gdy swoje atelier fotograficzne Steckel miał w Katowicach i Lipinach.

Pozornie typowe. A jednak ciekawe.

Patrzę z zainteresowaniem na strój nowożeńców. Coś mi nie daje spokoju. Nie wiem czy suknia panny młodej była wypożyczana. Na niej leży jeszcze dość dobrze. To co zwraca uwagę to garnitur pana młodego. Jego surdut. Za duży. Za długi. Kolosalny. Beznadziejnie gubi się w nim jego szczupła i wysoka postać. Nogawki spodni też jakby szyte dla kogoś innego.

Steckel wobec tego faktu i w ogóle zachowania się pary młodej wydaje się jedynie niemym obserwatorem. Pozwala nam zobaczyć i zapisuje na kliszy dwoje nieco wystraszonych ludzi. Nie angażuje się. Utrwali tę niezręczność i ich brak wprawy w pozowaniu.

Symbolem tego zdjęcia pozostaną dla mnie twarze wpatrzone w obiektyw aparatu. To dzięki nim powracam do tego kadru. Reszta chyba nie ma znaczenia. Poza twarzami i lekko wycofanymi sylwetkami młodożeńców, wszystko inne jest jak to tło w zakładzie fotograficznym. Umowne. Powierzchowne w dosłownym znaczeniu tego słowa. Wzięte z innego świata.

Max Steckel, Para młoda (1)

Fotograf książęcy

Na kolejnym, pochodzącym z chorzowskiego atelier Steckla, spod współczesnego brudu i wyblakłej sepii wyłania się zupełnie inna para młodożeńców. Mocno odcinająca się od poprzedniej.

Są świadomi tego, że to zdarzenie w ich życiu, do którego –  dzięki właśnie fotografii – będą często powracać.

Patrzą więc śmiało w unieśmiertelniające oko aparatu, a stroje są ich. Panują nad sytuacją. Zapewne pochlebia im fakt, że zdjęcia wykonuje fotograf książęcy na dworze Hohenlohe-Oehringen, jak z dumą wypisuje na kartonikach Max Steckel, umieszczając na rewersach zdjęć długą listę honorowych odznaczeń i nagród, które u schyłku 19. wieku obfitym strumieniem spłynęły na Steckla. Książęcy splendor, którego stają się częścią? Magia fotografii…

Rozglądam się już za kolejnymi fotografiami Steckla. Gdzieś tam są i czekają…

[2 lipca 2016]

Max Steckel, Para młoda (2) / Brautpaar (2)