Cmentarz zapomnianych książek

„…witamy na Cmentarzu Zapomnianych książek…”

Carlos Ruiz Zafon (Cień wiatru)

To nie była biblioteka. Już z daleka miejsce uderzało przechodnia kuszącym szyldem – Livres d’ Occasion. Lyon i  antykwariat wciśnięty w kamienicę przycupniętą ponad kamiennym nabrzeżem Saony. Fondée en 1840… założone w 1840… Jedna z witryn już dawno przestała służyć za wejście do sklepu. Zagracona dowodzi nadwyżki podaży nad popytem…

Wchodzę do środka i przeciskam się między regałami. Wspinam się po wąskich schodkach tkwiących między ścianami pokrytymi papierowymi tapetami i  mam wrażenie, że całkiem spora cześć książek tkwi tutaj od owego 1840 roku. Nietknięte zębem czasu, czytane przez kolejne pokolenia.

Cytując półgłośno Zafona (Cień wiatru) mówię do siebie – „każda znajdująca się tutaj książka, każdy tom posiadają własną duszę”. A może jednak dziedziczą dusze czytelników, którzy je tutaj kiedyś zostawili, czytali, z żalem (lub bez) zostawili, odłożyli na półkę?

Omiatam wzrokiem kolejne półki, sycę wzrok widokiem z niskiego okna na rzekę. Dotykam grzbiety, zaciągam się zapachem kwaśnego papieru i stęchlizny.

Goethe powiedział, że wiódł życie szczęśliwe, ale nie pamięta choć jednego tygodnia szczęścia…. Gdyby trafił tutaj, zmieniłby zdanie?

Wyzwalam jedną z książek. Przebłysk szczęścia.

Ślepy los(?) pada na dzieło Marcela Pagnola  L’Eau  de collines.  Jean de  Florette, Paris 1971. Każdy kto widział ekranizację tej powieści (z 1986 roku), poczuł skwar gorącej Prowansji i pamięta porywającą kreacją Daniela Auteuil i Yves’a Montand, wie dlaczego to zrobiłem.

W kilka godzin później, gdzieś między Lyonem, a Monachium odkrywam, że to tom pierwszy powieści. Poczucie ulgi i uspokojenia. Wrócę. Wiem to na pewno. A dzisiaj chcę tego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Livres d'Occasion (Lyon) Książki, kartki skupuję... / Books, postcards ... (Lyon)

Książki, książki / Books, books (Lyon) Zstępowanie / Descending (Lyon)

Usiądź i czytaj / Just sit and read (Lyon)

Okno z widokiem / Window with the view (Lyon, 2016))

Sen o wolności. Zapiski z Sabaudii (10)

Czytam:

„(…) Sabaudia stała się motorem zjednoczenia Włoch. Władca z dynastii sabaudzkiej został pierwszym królem włoskim. Jednak w zamian za pomoc w zjednoczeniu Włoch, sama Sabaudia na mocy porozumienia z Plombières (1858 r.), popartego referendum wśród miejscowej ludności, została w 1860 r. włączona do Francji – w referendum nie przewidziano opcji pozostania niepodległą ani włączenia do sąsiedniej Szwajcarii, z którą Sabaudia utrzymywała zawsze bliskie stosunki.

Pojawiły się również głosy, że referendum zostało sfałszowane.(…)”

Hmm…

Sabaudia i jej historia niesie z sobą przestrogę. Wiedząc to łatwiej zrozumieć, co o tej sprawie (wciąż) myśli ulica…

Sabaudia, Sabaudia, Sabaudia (Restauracja w Annecy)

Sabaudia. Wydanie stołeczne (Chambéry, Stare miasto)

Wolna Sabaudia (Okolice Marceau, wlepki jakich setki można zobaczyć w Górnej Sabaudii, to zdjęcie zrobiono na przystanku autobusowym w okolicach Marceau)

Tabliczki. Zapiski z Sabaudii (9)

Podróżując po południu Francji widywałem je głównie w małych miasteczkach i wioskach.

Odnajdywałem je w osadach, które osuwają się w coraz większy letarg. W tych brakowało albo siły albo pieniędzy, by stare żaluzje zamienić nowymi lub po prostu je wyrzucić. Sklepy były puste, zamknięte. Zaniedbane.

Może trochę inaczej było z tymi widzianymi na starym mieście w Annecy i Lyonie. Choć nieużywane wciąż dodają patyny winiarniom i sklepom prowadzonym od pokoleń przez te same rodziny…

Jak pewien sklep, który już  jakiś czas temu musiano zamknąć w Doussard, osadzie nad brzegiem Jeziora d’Annecy.

Szyby brudne. Na półkach  puszki. Stare, nowsze, wszystkie jednak liczyły już wiele lat.  Pokryte kurzem, spowite pajęczynami.

***

Tabliczki nie opowiadały wprost jakiejś historii. Przynajmniej ja byłem na nie głuchy. Coś zupełnie innego w stosunku do tych odnajdowanych na Śląsku.

Mimo to, stały się częścią moich wspomnień z Sabaudii.

Doussard Doussard (2)

Annecy

Lyon

Aix-le-Bains

Aix-le-Bains

Igła Południa. Zapiski z Sabaudii (8)

Alpy nie posiadają dla mnie takiego znaczenia, jak dla takiego na przykład Antoniego Malczewskiego, poety proto-romantycznego pierwszego dwudziestolecia 19. wieku. Malczewski w latach 1816–1821 zwiedził Szwajcarię, Włochy i Francję. Podczas tych podróży spotkał się też George’m Byronem. Sporo, by poczuć się spełnionym poetą-amatorem.

Moja postromantyczna, wymuszona edukacją i tradycją szkoły polskiej fascynacja światami romantyków, utknęła gdzieś-nigdzie na mitycznej Litwie, może w okolicach Lwowa.  Tam ulokowała tęsknoty, pragnienie poznania okopów św. Trójcy i wszystkiego tego, co było na końcu tej drogi. Tych dwadzieścia kilka lat temu tradycja tamtych kresów była mi zdecydowanie bliższa niż karkonoskie obrazy Caspara David Friedrich, czy postać i poezja Byrona czy Alpy właśnie.

Dopadła mnie ta myśl, gdy stałem u podnóża Południowej Igły (Aiguille du Midi, 3842 m.n.p.m.) przywieziony tutaj kolejką linową z Chamonix.

Pomyślałem o Antonim Malczewskim, nie z powodu owych tropów literackich (dopełnionych monologiem Kordiana J. Słowackiego na Dachu Europy), które łatwo znaleźć w okolicy i w naszej pamięci o literaturze polskiej. Nie, zero literatury (jaka ulga).

Pomyślałem o nim ponieważ był pierwszym z Polaków (i ósmym turystą na świecie), który wszedł na szczyt Mont Blanc (4 sierpnia 1818). Co więcej, 4 sierpnia 1818 stał się również pierwszym zdobywcą szczytu Aiguille du Midi. Dokonał tego wspólnie z Jean-Michelem Balmatem i 5 innymi przewodnikami.

Opis wyprawy zawarł w XIX tomie genewskiej Bibliotheque Universelle. Tekstu nie znam, tytuł cytuję z jego biogramu. Mam nadzieję jedynie, że nie brakowało mu fantazji i jak poprzednicy i jego następcy, na szczycie i w drodze na górę wychylił kolejne hausty wina białego lub czerwonego. Inny Polak Karol Hopppen, gdy zdobywał Białą Górę (Mont Blanc), miał ze sobą beczkę białego wina i… 18 butelek wina czerwonego. Standard wypraw w tym czasie, pragnę uspokoić zaniepokojonych (potencjalnym) opilstwem polskiego alpinisty. Tak się to robiło. Tak wyglądał tamten slow-alpinizm.

Gdy wychodzę z kabiny kolejki, która od wysokości 2309 m (stacji pośredniej), nie korzysta już z podpór, przenoszę się niemal natychmiast do przedsionka lodowców pokrywających okoliczne góry i stoki. Wokół doliny, szczyty gór i naturalnie majaczący w oddali masyw Mont Blanc (4810,45). Z przewodnika wyczytuję, że jest do niego tylko osiem kilometrów. Patrzę i  (dziwna rzecz w górach) mam wrażenie, że dzieli mnie od niego dużo więcej.

Turyści krążą po grotach i przejściach wydrążonych współcześnie w Igle. Dominują (jest po sezonie) Chińczycy. Co jakiś czas trafiam na podesty i tarasy widokowe. Mogę bezkarnie patrzeć na alpinistów. Hen w dolinie, na lodowcu. Pobyt przestaje mieć powab wyprawy „na chwilę” z biletem w ręku za 57 euro i gwarancją powrotu o np. 16.00.  Widzę namioty rozbite na lodowcu. Ktoś tam nocował? Zostanie na noc? Nieco dalej asekurowani, przypięci do liny idą alpiniści. Są nierealni i dalecy, choć dałbym słowo, że słyszę chrzęst ich raków na lodowej pokrywie i posuw gładzi nart na śniegu.

Wiem, że tutaj w Alpach Sabaudii, powyżej Chamonix ćwiczyła przed jedną ze swoich wypraw Wanda Rutkiewicz. Mieszkała kilka tygodni gdzieś kątem u życzliwych ludzi (relacja dolara do ówczesnego złotego nie dawał jej szans na komfortowe przemieszkiwanie w tym kurorcie) i chodziła w góry. Przemierzała masyw Mont Blanc. W latach 1973 -1975 bywał tutaj Jerzy Kukuczka. Na Igle, w jednej z witryn znajduję jego wypłowiałe zdjęcie upamiętniające tą okoliczność.

Nie zostawię tutaj po sobie innych śladów, jak te zdjęcia.

Robione bez kontroli. Zdradzają moją fascynację nie tyle górami, czy potrzebę ich zdobywania (tej nigdy nie miałem w takim procencie, by stanowiła istotną część mego życia; morze zawsze pozostanie mi bliższe).

Bezgranicznie ulegam ich urodzie, dramaturgii tego co widzę. Pierwotność obrazów jakie stwarzają, jakie tam odnajduje, jest w istocie nie do opisania. W miejsce słów i zdań kolejny spust migawki, i kolejny. I jeszcze jeden. Alpy bez słów.

Mnnt Blanc Masyw Mont Blanc

Faktura lodowca (Masyw Mont Pbanc, w drodze na Igłę Południa) Faktura lodowca. Opuszczona stacja

W drodze na szczyt. Stacja pośrednia (Plan de l'Aiguille)

Zmiana klimatu (Iglica Południowa, droga na jeden z tarasów widokowych) Alpy Sabaudzkie

Alpy. Masyw Mont Blanc (okolice Igły Południowej)

Wspinaczka (1) Wspinaczka (2)

Na szczycie (Wspinaczka 3)

Alpy  Szczyty (Alpy - impresja)

Na lodowcu (1) Na lodowcu (2)

Linie (1) (Na lodowcu 3)  Znaki i linie (Na lodowcu 4)

Igła Południowa Wspomnienie o (Igła Południowa)

Miniatura jako forma opisu świata. Zapiski z Sabaudii (7)

Zwykle omijam takie miejsca.

Uprzedzenie? Preferencja dla kultury i sztuki wysokiej? Obawa przed kiczem i estetycznym sponiewieraniem? Pewnie wszystkiego po trochu. „My ludzie muzeów…” itd.

Tak było z miejscowym Muzeum (cokolwiek to w tym kontekście znaczy) Miniatur i Kina (Musée Miniature & Cinema), na które zupełnie przypadkowo natknąłem się  spacerując po starym Lyonie. I które pewnie bym zlekceważył. Wpadłem na nie, przemykając się przez miejscowe tajemne przejścia między podwórzami i kamienicami domów (fr. Les traboules) i poszukując wejścia do kolejnego. „Błąd w sztuce” i na mojej drodze stanął numer 60 przy ulicy św. Jana  (rue Saint-Jean 60). Drzwi nie prowadziły tym razem do renesansowych i średniowiecznych zakamarków lyońskich kamienic, lecz do ułudy kina i światów wymyślonych, czyli owego muzeum właśnie.

Miniatury, tutaj tworzone przez Dan Ohlmanna (zajmującego się także zawodowo efektami specjalnymi w kinie), nie są czymś wyjątkowym, to jasne. Miniatura i miniatury jako ersatz doświadczania świata trafiły także i do naszych parków rozrywki, czyniąc z tego rodzaju prezentacji coś skrajnie banalnego i dobrze wpisującego się w plastikową metarzeczywistość tego, co dzięki zabiegowi pomniejszania jest nagle na wyciągniecie ręki. Proste? Do bólu.

Taki opis rzeczywistości przez cytowanie jej w pomniejszonej skali jest obecny w tradycji wielu europejskich kultur, by wspomnieć  o bliskich mi Holendrach i tamtejszych domkach dla lalek.

Dziedzictwo to (dowodzące, przy okazji że wbrew stereotypom domkami i ich lalkami zajmowali się głównie mężczyźni) zostało docenione i zachowane, o czym można się przekonać wędrując po salach ekspozycyjnych niderlandzkiego Rijksmuseum w Amsterdamie. Ilekroć je tam oglądam, widzę w nich – poza archetypicznym poszukiwaniem ideału domu i życia rodzinnego – bardzo protestanckie, miejscowe przeniesienie afirmacji życia codziennego ze sfery obyczajowości i religii właśnie, na grunt artystyczny i neutralny zarazem.  Cokolwiek zresztą o nich nie myśleć, współcześnie holenderskie domki dla lalek, to kreacje nie mniej istotne dla rekonstrukcji życia codziennego w Niderlandach, jak obrazy Małych Mistrzów. Są równie wiwisekcyjne  i realistyczne w opisie tego, co składało się na kulturę materialną Zjednoczonych Niderlandów…

Piszę o tym nie bez powodu, bo jak odnotowałem we wstępie, raczej z niechęcią odnoszę się do podobnych kreacji paramuzealnych, jak ta w Lyonie. Do wszystkich tych gabinetów i (wakacyjnych) izb tortur, wystaw zmumifikowanych wielorybów, potworów z Loch Ness, galerii figur woskowych i podobnych wystaw niosących w sobie potrzebę zaspokajania sensacji i niezwykłości. Mówiąc krótko – kiczu i muzealnopodobnych wrażeń (natychmiast czuje, pisząc te słowa, jak usta me wypełnia wspomnienie czekoladopodobnych wyrobów późnego PRL-u i tym bardziej odrzuca myśl o tych niby-muzach).

Mimo tego (jak widać) nagannego stosunku do muzeopodobnych miejsc, muszę i chcę odnieść się do tego co zobaczyłem w lyońskim muzeum Ohlmanna.

Po części robię to dlatego, że wiele się zmieniło w przestrzeni muzealnej w ciągu ostatnich dwóch dekad i bywają muzea, gdzie sens i istotę oryginału dawno zatracono. Powstało – także i w Polsce –  całkiem wiele takich, w których nie ma oryginałów, o czym niechętnie mówi się publiczności,  pozostawiać  ją w fikcji obcowania z niby-zabytkami. To makabryczna manipulacja.  W tym sensie, muzeum przy rue Saint Jean, nie jest od nich w niczym gorsze. Ba, chyba wolę, gdy wprost i nie kryjąc się z tym, w muzeach takich niczego się nie udaje, obiekt nie jest obiektem, a kreacją artystyczną. Jasna sytuacja.

Miniatury Ohlmanna (wszystkie w skali 1:12) to jak twierdzi sam ich autor, dzieła odwzorowujące kulisy realizacji filmowych, które porwały wyobraźnię autora, uwieczniły to, co w filmach często (będzie 3xN) nieuchwytne, nierejestrowane, niedocenione, bo jak wiemy doskonale (przykładem w tym zakresie wysiłki CSP w Katowicach) scenografia filmowa jest nietrwała i jej istnienie (w warstwie materialnej) skazane jest najczęściej na czas trwania zdjęć do filmu, po czym… znika. Bezpowrotnie.

W galerii Dana Ohlmanna (upierałbym się, że bardziej w galerii niż w muzeum, bo z  definiowaniem tego miejsca jako muzeum nadal mam problemy), rzeczywistość powiązana z filmem przeradza się w autentyczną fascynację. Jest kwestią co prawda starej, ale jednak rzemieślniczo (czym innym są wciąż akademie sztuk?) doskonałej umiejętności odwzorowywania rzeczywistości. Znamy to. Nie brzmi to jak awangarda, ale zdradza uznanie dla otwartej kategorii sztuki i kreacji.

W Lyonie pozostałem sobą i konsekwentnie do wnętrza tego muzeum nie wszedłem. To co zobaczyłem w jego  przedsionku  (twórcy muzeum doskonale wiedza czym jest współczesny marketing), było jednak naprawdę imponujące. W długim korytarzu wiodącym do muzeum, po obu stronach w ścianach umieszczono małe okienka (ok. 10×15 cm). Patrząc przez nie zanurzamy się w świecie wyobraźni stworzonym przez Ohlmanna.

Wszystkie kilkanaście dioram filmowych obejrzałem ze sporym uznaniem dla twórcy. Jeśli nawet oceniać prace Dana Ohlmanna jako jego osobiste postscriptum do miejscowego Muzeum Lumière i odniesienia się do historii kina, zrodzonego w Lyonie, to myślę że warto zmylić krok i na chwilę (lub dłuższy czas) wydłużyć spacer po lyońskich traboules o adres przy Jana 60.

Rozczarowanych zapraszam na miejscowe crêpes. Ukoją (za jedyne 2 euro plus dodatki) każdy ból, rozczarowania też…

Les Traboules (1) (Lyon, stare miasto) Zakamarki Lyonu (les Traboules)

Książki (fragm. instalacji biblioteka, Muzeum Miniatur i Kina, Lyon) Biblioteka (Muzeum Miniatur...)

 Gina Lollobrigida zaraz wróci... (Fragment instalacji ; Muzeum Mniatur i Kina, Lyon; tytuł własny) Ojciec chrzestny? Gabinet fryzjerski (Muzeum Miniatur...)

Nana? Pralnia (fragment instalacji, Muzeum Miniatur...) Pralnia Pralnia )detal; Muzeum Miniatur...)

Crepes - oczekiwanie (Lyon, październik 2016)

Zapachy (Crepes 2) Lyon, 2016 Nutella crepe czyli dużo radości za 2 euro)

Gdzieś w górach Sabaudii. Zapiski z Sabaudii (6)

Z perspektywy listopadowych, deszczowych dni które za oknem, wspomnienie wyprawy po Alpach Górnej Sabaudii coraz bardziej blaknie i traci kontury. Staje się bardziej emocją i wrażeniem niż dokładnym opisem. Żałuję tego, ale tym bardziej staram się utrwalić to, co pamięć jeszcze niesie. Sięgam po zdjęcia.

Droga (czy muszę dodawać, że kręta i wąska tak, że pytanie o to kto kogo zepchnie nie jest pytaniem retorycznym?), kończy się koło nieczynnej serowarni gdzieś na wysokości 900 m. n.p.m. Dalej jest dość szeroki trakt (głównie do transportu krów, gdy są wprowadzane i spędzane z hal górskich). Powoli, ale konsekwentnie wiedzie aż do Przełęczy Freu (Passage du Freu).

Wciąż obracam się za siebie, co nie wróży podróży dobrej, ani wygodnej. Chodzenie z głową odwróconą w tył, jest – jak i w życiu – zapowiedzią nieustannych powrotów do nieistniejącego i kolekcjonowaniem obrazów minionych. Stępia obserwację tego co tu i teraz. Mimo to tak właśnie robię, zaniedbując mijane, drewniane budynki dawnych gospodarstw i górskich szałasów, gardząc szczytami co wokół.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu widoku doliny Jeziora Annecy przysłoniętej chmurami. Obraz niezwykły. Dwóch światów.

Jeden to szczyty i pasma górskie Przedalpia Sabaudzkiego,  tkwiące ponad podstawą chmur zalegających nad Jeziorem Annecy. Drugi to świat utopiony we mgle i owych chmurach. Od czasu do czasu spod bieli i mlecznej osnowy zalegającej dolinę, widać zresztą, to co znajduje się tam w dole. Są więc dwa światy i my między, na granicy obu. Lubimy być na granicy.

Nasz przewodnik, zakochany w Alpach Sabaudii, bezceremonialnie odziera obraz z jego metaforycznego wymiaru. „Jesień się zbliża. Annecy się wychładza, paruje… Stąd to wszystko” – zauważa. B. wie co mówi. Patrzę na niego z lekkim wyrzutem i gdy B. staje na granicy grani pokazując kolejną dolinę, nie mogę uciec przed obrazami Caspara Davida Friedricha. Tymi z Karkonoszy. Obrazy te niemal natychmiast rozpadają się jak tafla szklana uderzona kamieniem. Prawie słyszę dźwięk opadających odłamków. Dzieje się tak z zupełnie prozaicznego powodu.  Jest zbyt jasno i zbyt pogodnie, by ulec obrazom Friedricha i skąpać się w jego brązach, wyblakłych fioletach i błękitach, rozmazanych bielach i jej siwych tonacjach i poświacie Księżyca. Jest zbyt pięknie, idyllicznie. Nic z romantycznego nastroju dolnośląskich Riesengebirge i tradycji wrocławskiej szkoły pejzażowej. Dam czuć podmuchy przemijania i refleksji o historii. Tutaj (na moje szczęście) słychać dzwonki krów, które jeszcze (kończy się sezon) popasują na okolicznych wzgórzach.

Na przełęczy Freu, a właściwie jakieś 100 metrów poniżej jej najwyższego punktu, pasą się leniwie  jeszcze krowy. Niewiele wyżej stoi, pozornie opuszczony dom pasterski i obora. Zamknięte, głuche, czekające już na sezon… zimowy.

Nieopodal górska kaplica poświęcona Matce Boskiej Nieustającej Opieki.

Sabaudia jest jednak, nawet w tym miejscu i z tego powodu, inna od reszty Francji, którą wcześniej znałem?

Droga / A way behind me (Górna Sabaudia, Francja) Podział / Division (Dolina Jeziora Annecy, Górna Sabaudia, Francja)

Dwa światy / Two Worlds (Lake d'Annecy; Jezioro Annecy, Francja-France)

Drogowskaz /Signpost (La Fatte, G. Sabaudia, Francja - France)

Pastwisko w chmurach (G. Sabaudia; okolice Col de Sur le Freu) Dzwonki i porykiwania (Passage du Freu, Savoie - Sabaudia, Francja)

Ślady / Signs (Col de Sur le Freu, Sabaudia, Francja) Dom / Hause (Col de Sur le Freu, Górna Sabaudia, Francja, France)

Znak / Sign (Passage du Freu, Górna Sabaudia, France)

Chapel / Kapliczka (poblize Col de Sur le Freu, G. Sabaudia)

Tam / There (Alpy Sabaudzkie, okolice J. Annecy, Francja

Widok doliny z rdzawym dachem / Valley with red roof (okolice Passage du Freu, Górna Sabaudia) Zużycie / Wear (droga do Passage du Freu, Sabaudia, Francja)

Przenikanie /Diffusion (Sabaudia, Francja)

Jezioro Annecy (Tam gdzie startują paralotniarze...)

Anioły z Lyonu. Zapiski z Sabaudii (5)

Pamiętacie film „Niebo nad Berlinem” (1987) i to jak dobrowolnie zstępowały na ziemię?

Wrażenie ich obecności nie opuszczało mnie w Lyonie.

Fasada gotyckiej katedry św. Jana Chrzciciela i wnętrze świątyni. Zachwyca wizerunkami rozradowanych i muzykujących postaci cherubinów… W innym miejscu poraża cokołami ziejącymi pustką i korpusami bez głów i skrzydeł.

***

Radosne oblicza aniołów z Lyonu są odległym przypomnieniem uśmiechów Regelindy z katedry w Naumburgu i tego błąkającego się na twarzy anioła z Reims.

Anioły upadłe, bo zrzucone na ziemię rękoma ludzi… Odmienne od berlińskich.

Reszta (na szczęście) wciąż trwa w niebiańskim uniesieniu…

[Lyon, 8 października 2016 r.]

Fasada katedry (Lyon, katedra pw. św. Jana Chrzciciela)

Anioły utrącone (1) (Lyon)

Grający anioł (3) (Lyon) Anioły muzykujące (4) (Lyon)

Anioły (Lyon)

Sabaudzkie piekarnioki. Zapiski z Sabaudii (4)

Wszystko zaczyna się w środę. Małe samochody dostawcze, rozmaitych kooperatyw dowożą drewno do rozsianych po tutejszych wsiach i miasteczkach wolno stojących piecach chlebowych. Potem zaczyna się rozpalanie, tak by je lekko przepalić, oczyścić z brudu i sadzy.

Do rozpalonych komór trafia mąka pośledniej jakości. Te z sieciówek, niecenione i traktowane jak środek czyszczący. Rozsypywana, spalając się, mąka pochłania wszystko to, co zostało po poprzednim piątkowo-sobotnim wypiekaniu chleba.

Rozsypywana w  kolosalnym brzuchu chlebowego pieca, najpierw brązowieje, potem zamienia się w sadzę i jest wymywana przez jednego z piekarzy. Tkanina jaką ma na końcu długiego kija szybko zmienia się szmatę i staje się kompletnie czarna, podobnie jak woda w wiadrze, w którym jest raz po raz płukana.

Tak oczyszczony i wstępnie rozgrzany piec, jest pozostawiony w spokoju do piątkowego późnego popołudnia, gdy po raz kolejny piekarze pojawiają się ponownie i powoli, mozolnie palą w piecu kolejne szczapy i sążniste kawałki drewna. Magazynowane ponad i obok pieca, drewno szybko znika w czeluściach paleniska. Zapada zmrok. Ponad wlotem do piekarnika rozbłyska światło.  Praca nie ustaje. Nad ranem, a może jeszcze nocą (kwestia definicji tego, czym jest noc a czym świt w tym przypadku), gdy kamienie piekarnioka już palą w dłonie, do wnętrza pieca trafia wyrobione ciasto. Jak na obrazach Breughlów przynoszone jest przez rosłych piekarzy w okolice pieca na potężnych drewnianych stolnicach. Są ciężkie.  Widzę wysiłek na ich twarzach. Wrzecionowate formy ciasta leżą na deskach równo ułożone, wstępnie wyrosłe (wyłącznie na zakwasie). Na potężnej łopacie szybko znikają w czeluściach piekarnika…

Wokół piekarnioka od samego rana rozchodzi się zapach świeżo wypieczonego chleba…

Przywiedzeni jego aromatem w okolice piekarnioków od rana przybywają  mieszkańcy wioski i ci wszyscy, którzy cenią sobie świeże i niczym nie ulepszane pieczywo. Kolejne bochenki rozchodzą się niczym świeże bułeczki… Przyjeżdżają i znikają kolejni klienci. Miejscowi unoszą pieczywo do swoich domów. To okazja do spotkań, rozmów. Degustacji chleba na miejscu i małej lampki domowego wina.

Renesans w wypiekaniu chleba, powrotu do tradycyjnych receptur, datuje się tutaj od około dekady. Wraz z nim prawdziwe odrodzenie przeżyły zaniedbane od wielu lat gminne chlebowniki. Często ulokowane są w pobliżu tutejszych lavoirs.  Tak symbolicznie jak i geograficznie wyznaczają centra lokalnego życia.

***

Gdy je zobaczyłem po raz pierwszy w oczywisty sposób przypomniały mi górnośląskie piekarnioki i tak nazywałem kolejne, mijane w Górnej Sabaudii, wolno stojące budynki mieszczące  chlebowe piece. Piekarnioki były bardzo często widziane w podwórzach domów na Górnym Śląsku. W nich  kobiety (w Sabaudii to zdecydowanie zajęcie dla mężczyzn!) wypiekały kołocze oraz domowy chleb. Pięknie przypomniała ich istnienie i rolę jaką odgrywały w życiu wspólnot górniczych Małgorzata Szejnert, kreśląc w Czarnym ogrodzie (2007), pejzaże Nikiszowca i Giszowca, a w nich skąpane w dymie i zapachu świeżego chleba i ciasta, owe piekarnioki właśnie.

Gdy myślę o tych podobieństwach zadziwi mnie nie to, że z małymi wyjątkami ślad po piekarniokach niemal bezpowrotnie zaginął na Śląsku, a tutaj pozwolono im trwać. Do tych strat się przyzwyczaiłem, niestety. Sabaudia to nie Górny Śląsk, choć i tutaj (to kolejne podobieństwo) i dobywano węgiel i wytapiano rudy żelaza. W pobliskim Ugine wciąż funkcjonuje jedna z najstarszych stalowni w regionie, spadkobierczyni 19.wiecznych hut żelaza. Jej wyroby o kształtach lanych w żelazie balustrad i ogrodzeń zdobią kamienice i domy we wszystkich miastach, które zwiedziłem.

Bardziej zdumiewa mnie to, że miejsca geograficzne tak odległe od siebie, potrafi tak wiele łączyć i formy życia wspólnotowego powtarzają się lub posiadają zbliżone formy i trwanie.

Ale i  w tym przypadku szczerze mówiąc, to umiarkowany stan zadziwienia. Ilekroć bowiem tak się dzieje, przypominam sobie ten moment, kiedy studiując „wieki temu”, reprezentacyjny portret sarmacki, „odkryłem” jak niezwykle podobne do niego malarstwo portretowe powstawało na przeciwległych kresach Europy, w odległej Szkocji. Niepojęte i jak wiem, do dzisiaj nieodgadnione związki.

Zostawiam te myśli i koncentruję się na doznaniach najprostszych.

Jest miejscowe wino, ciepłe jeszcze pieczywo i masło. Jest też kawałek fromage de Taimé. Reszta jest rozcieranym na podniebieniu i nieco łapczywie przełykanym zachwytem nad istnieniem sabaudzkich piekarnioków

Sabaudzki piekarniok (Doussard, Sabaudia, Francja)

Przed rozpaleniem (Doussard, Sabaudia) Zanim będą użyte (piekarniok, Doussard)

Piekarniok (1) (Doussard) Piekarniok (2) (Doussard)

Czyszczenie piekarnika (Doussard, Sabaudia) Czyszczenie piekarnioka (Doussard)

Ciasto trafia do piekarnika (Doussard)

Narodziny chleba (Doussard, Sabaudia)

[zdjęcia wykonane w miejscowości Doussard, koło Annecy; październik 2016]

Opactwo w Tamié. Zapiski z Sabaudii (3)

Obrazy o poranku

Rozpoczynają się od pól, ponad które wstają wczesnojesienne mgły. Unoszą się nad dachami obór, pastwisk i łąk w dolinie.

Droga za Faverges raptownie się zmienia. Do opactwa pozostanie taka właśnie. Długa i wąska. Daje poczucie lekkiej klaustrofobii. W zamian oferuje piękne widoki na Masyw Bagues.

Opactwo cystersów (w istocie ich odłamu, trapistów) w Tamié założone jest na zboczu wzgórza. Nie wiem czy tego się spodziewałem, ale gdy docieram na miejsce jestem szczerze zachwycony. Podróż wąskim wcięciem doliny Tamié (kołnierzem fr. Collet de Tamié) opłaca się. Zatrzymuję samochód. Rześkie, lekko chłodne powietrze przedalpejskiej Sabaudii.

Cisza

Po raz pierwszy od długiego czasu mogę wsłuchać się w ciszę. Jest ona i ja. Nie mąci jej nawet odgłos dzwonków pasących się nieopodal krów. Dzwonki jedynie ciszę tą potęgują. Dzieje się tak również, gdy po łagodnym  wzniesieniu zbliżam się do zabudowań klasztoru, a potem (jakżeby inaczej ) mocuję się z ciężkimi drzwiami i znajduję się w romańsko-barokowej świątyni (korpus romański, sklepienie z 18 wieku) klasztoru. Zatrzaskują się drzwi i w tej samej chwili ogarnia mnie, w istocie spada na mnie, niewyobrażalna przenikliwa cisza.

Niedługo potem otwierają się drzwi prowadzące do kościelnego chóru. Metaliczny dźwięk naciskanej klamki, głuche uderzenie drewna o kamienne ciosy z trawertynu. Lekkie poruszenie tkaniny ocierającej się o kamienną posadzkę. To ostatnie, to szelest habitów zakonnych.

Seksta

Chór wypełniają zakonnicy. Po kolei wchodzą do prezbiterium. Opactwo liczy ich podobno 30. Jest ich mniej. Zajmują krótkie stalle kościoła.

Godzina 12.30. Czas seksty. Wnętrze rozbrzmiewa śpiewem i słowami modlitwy.

Jeśli można próbować zrozumieć istotę cysterskiej powściągliwości formy (odnoszącej się także do architektury ich kościołów) i minimalizm gestów, to jest to dobry moment na taką obserwację.  Jest zatem modlitwa i dokonująca się na naszych oczach zamiana perspektyw i światów. Z tego „tu i teraz” na ten „na wieki”.

I znowu śpiew. Zabiorę go z sobą. Moja pamięć wypełnia się nim po brzegi. Staram się z niej nic nie uronić.

Jeden z zakonników pociąga za sznur dzwonu i wybija miarowe uderzenia sygnaturki. Gdy jest już po wszystkim, oglądam jego sploty w niemal intymnej bliskości (w takiej nano i makro perspektywie). Teraz spoczywa zahaczony o ścianę transeptu.

Przestrzeń prezbiterium rozświetla krzyż zawieszony ponad stołem ofiarnym. Jest tak jak lubię, bez zbędnym dekoracji i ozdób. Cysterki minimalizm.

Tamié, Henryków, czy Rudy

Opactwo jest jednym z najstarszych we Francji.

Data założenia klasztoru w 1133 roku może robić pewne wrażenie na zwiedzającym, ale pamięć o roku 1140 i cystersach w Brzeźnicy (późniejszy klasztor w Jędrzejowie)  przywraca jej odpowiednie proporcje. To czas Europy zasiedlanej i cywilizowanej przez św. Bernarda z Clairvaux.

Podróż tutaj jest w pewnym sensie powracaniem do korzeni tamtej Europy. To wspomnienie dolnośląskiego Henrykowa, Lubiąża, Krzeszowa, czy górnośląskich Rud. Miejsc innych (bo to nieco inna tradycja cysterska). Chętnie jednak krążę myślami pomiędzy tamtymi klasztorami, a tym. Robię to  fotografując rozmównicą klasztorną, obok której się zatrzymuję. Moją uwagę przykuwa krzyż – uchwyt na końcu dzwonka do furty… Właśnie przed chwilą pociągał za nią zakonnik. Jeszcze kołysze się na wietrze. Uciekał przed moim obiektywem. Zostanie tylko to jedno zdjęcie.

Ser i kultura masowa

Klasztor w Tamié, a w istocie mnisi tutejsi, słyną z produkcji sera. Ser trapistów (Fromage de Tamié) i jego reputacja daleko wykracza poza Sabaudię. Półmiękki twaróg posiada wersję grand modèle (ok. 1,5 kg)  peit modèle (ok. 600 gr). Robiony jest z mleka krowiego, niepasteryzowanego. Prasowany, ma kształt krążka i z niczym innym niedającą się porównać w smaku, pomarańczowo-żółtą, miodową w kolorze skórkę… Jego lekko drażniący, ostry zapach rozchodzi się po klasztornym sklepie.

Niemal jak na komendę znowu gdzieś z doliny dobiegają dzwonki pasących się krów. To ostatnie dni wypasu w dolinach górskich. 8 października znikną z zielonych pastwisk doliny Tamié.

Film

Opactwo było miejscem szczególnego eksperymentu filmowego w 2009 r. To tutaj, przygotowując się do filmu Ludzie-boga (Des-hommes-et-des-dieux), zrealizowanego w 2010, w klasztorze kilka tygodni spędzili grający w nim aktorzy. Pewnie dlatego nieśpieszna, chciałoby się powiedzieć rozmodlona atmosfera tamtego filmu, tak wiarygodnie czerpie ów nastrój z klasztoru w Tamié.

Obsypany nagrodami film (nagrody w Cannes, Wenecji) zobaczyłem już po wizycie w opactwie.

Moralitet z uznaniem i wręcz gorąco przyjęty w laickiej Francji. Niewygoda wiary, gdy ceną za pozostanie sobą jest śmierć lub zagrożenie utraty życia. Widzę jeszcze jak na filmowym obrazie, w milczeniu zakonnicy znikają w tumanie śniegu w Górach Atlasu. Oni i ich oprawcy. I to ci pierwsi są zwycięzcami.

Odjazd

Droga. Kręta (jak wcześniej) i tym bardziej nieśpieszna.

Za mną miejsce, do którego już tęsknię… Patrzę w lusterko. Znikają i blakną wieże opactwa. Słońce stoi już wysoko. W Polsce 8-9 stopni i pada. To kolejny powód, dla którego ściągam nogę z gazu… Powoli toczę się w dół.

Rozciągam rozstanie do granic niemożliwego…

Mgły. W drodze do Tamié

Opactwo (Tamié, Sabaudia) Opactwo (2) (Tamié, Sabaudia)

Znak (Tamié, Sabaudia)

To co za murem (1) (Tamié, Sabaudia) To co za murem (3) Wspomnienie Edenu (Sabaudia,Tamié)

 To ca murem (3) (Sabaudia) To co za murem (4) (Góry wokół opactwa Tamié)

Mur (1) (Opactwo w Tamié) Mur (2) (Opactwo)

Szept (opactwo w Tamié, Sabaudia) Znak (furta klasztorna,Tamié, Sabaudia)

Pielgrzymi (opactwo Tamié )

Speculum maius Tamié

Geometria miejsca (1) (Tamié, Sabaudia) Geometria miejsca (2) fragment bramy (opactwo, Sabaudia)

Węzły (sznur sygnaturki kościoła klasztornego w Tamié)

Światło (2) Fragment chóru kościoła trapistów w Tamié  (Sabaudia)

Światło (krzyż ołtarzowy kościoła trapistów w Taime)