Komentarz. Kultura, głupcze!

Patrzę na to co dzieje się w tzw. kulturze i zadziwia mnie amnezja jednych i brak krytycyzmu drugich. Między nimi ci, co nie chcieliby z obydwoma biegunami polityki miec cokolwiek wspólnego.

Poprzednia ekipa z jej ręcznym sterowaniem kulturą (nie tylko w sprawie Muzeum Śląskiego) wpada dzisiaj w zadziwienie widząc ingerencję w treści tejże tzw. polityki kulturalnej. Drudzy, wzmocnieni tamtymi decyzjami rozpięli parasol nad ‚naszą’, ich kulturą… Śmiech na sali…

Jedni i drudzy wykazują ten sam rodzaj arogancji w definiowaniu treści pożądanych i nagannych (zresztą jakby ktoś poczytał program wyborczy np. PiS-u to wiedziałby jaka ta kultura ma być i nie był dzisiaj zdziwiony…).

No, może jest jedna zmiana w całej tej sytuacji. Część środowiska obudziła się, bo trudno dłużej udawać, że kultura i polityka to coś, co nie ma z sobą nic wspólnego. Może da to początek pewnej prawdziwej solidarności w obrębie tego środowiska. Może. Pewien nie jestem.

bez tytułu

Za chlebem… Sprawy Górnego Śląska. Konkretnie i na temat (Dlaczego kandyduję – 3)

231 tysięcy mieszkańców województwa śląskiego wyemigrowało za chlebem za granicę…

Takie dane przedstawił w 2013 roku Główny Urząd Statystyczny. Nie wiem ilu przybyło od tego czasu, ale nawet taka liczba poraża i zmusza do zadania kilku pytań.

Jak pisała prasa województwo śląskie było najbardziej dotknięte falą wyjazdów, a komentarze, które się wówczas pojawiły mówiły wręcz o wyludnianiu się województwa śląskiego.

Unijny raport ośrodka eksperckiego Shrink Smart, wymieniał pośród najbardziej wyludnionych miast UE(!)… Bytom. Gdyby zresztą odnieść się do całego województwa, a nie tylko Górnego Śląska, to jednym z kolejnym najbardziej opustoszałych miast regionu pozostawał Sosnowiec. Wciąż kurczą się między innymi Katowice, Gliwice. To jasne, że wpływ na to ma także migracja ze Śląska do polskich metropolii. Głównie wyjazdy do Warszawy, Wrocławia. Poznania, czy Krakowa. Powody są te same, co w przypadku emigracji: praca i subiektywne odczucie, że tam gdzieś jest życie, jakiego nie są w stanie zapewnić sobie na Śląsku. W domu, u siebie…

Liczbę tych co wyjechali (a ostatnie liczby mówią o 2, 31 mln mieszkańców Polski, którzy w poszukiwaniu pracy i lepszego życia wyemigrowali), należy pomnożyć przez tych którzy tymi wyjazdami są dotknięci bezpośrednio. Ich własne rodziny, starzejący się rodzice. Bliscy zostawieni może z przelewami z Western Union, ale samotni, opuszczeni, bo tak trzeba było. Dla chleba.

Emigracja zarobkowa nie jest złą rzeczą. Mówi się, że wręcz trzeba mieć w sobie gen emigracji, by zdobyć się na odwagę zostawienia obecnego życia i zamienienia go na nowe. Odwagę do zmiany środowiska, otoczenia, emocjonalnego rozstania.

Znam go, sam byłem emigrantem po wielokroć. Ostatnio, gdy nie mogąc znaleźć pracy w Polsce, na Śląsku, znalazłem ją u Czechów. Nie znam pośród „wysokich numerów” polityków paradujących na plakatach wyborczych wieszanych na każdym wolnym słupie w województwie śląskim takich, którzy mogliby coś z własnego doświadczenia powiedzieć o tym, czym jest emigracja co znaczy poszukiwać chleba u obcych. I czym jest opuszczenie najbliższych, rozłąka z miejscem w którym wzrastała się przez lata. Nie znają ceny obijania się o drzwi urzędów pracy, jak ci ze 124 tysięcy kolejnych emigrantów, którzy wyjechali z Polski  w 2014 roku zapewne „nie rozumiejąc”, że jest tak dobrze, a jednak ich to nie dotyczy. A oni się nie liczą.

Z pewnością jest w tych decyzjach o wyjeździe wiele z rozczarowania tego jak wygląda życie społeczne i przede wszystkim dialog społeczny w Polsce. Obecne w nim piętnowanie innego, obcego. Brak tolerancji, niechęć. Na przykład wobec  kogoś, kto jak na Śląsku odnajduje w sobie typową tożsamość człowieka pogranicza. W oczywisty sposób emigrant szuka swojej szansy w Europie, gdzie nagle odkrywa, że czuje się bardziej zadomowiony niż u siebie ‘doma’. Bo choć pracuje w magazynach TESCO, na zmywaku lub na taśmie mrożonek, może sobie pozwolić na zakup mieszkania, domu na kredyt, a zdanie o tym, że „płaci podatki to wymaga”, przestaje być frazesem, jakim często jest tutaj.

Nie pocieszają mnie zdania o tym, że teraz wyjeżdżają ci, którzy mając pracę, chcą sobie poprawić standard życia. Poprawić z czego na co? – spytam. Ze śmieciówek na etat? Ze śmieciówek na wiarygodność kredytową? Jeśli nawet tak jest, to tracimy tych istotnych dla naszej ekonomii i egzystencji. Bo, by wyjechać, trzeba mieć odwagę.

Nie wiedzą tego politycy, którym  wielu z trudem przyjdzie sklecenie zdania w jakimś języku obcym poza ‘raus’ jakie znał np. poseł Protasiewicz na lotnisku we Frankfurcie. Nie mają nie tylko genu emigracji (kto po niektórych by płakał???), ale też genu odwagi by spróbować. W końcu wszyscy tutaj ich dość dobrze zaopatrujemy  futrując dietami i cała tą patologią synekur w radach nadzorczych i podmiotach w spółkach Skarbu Państwa, gdzie chętnie, po wyborach „emigrują”.Mniejsza o nich.

Protestuję…

Po pierwsze, że bogaty potencjalnie Śląsk (Górny Śląsk) nie stać na to, by (młodzi) ludzie tutaj zostawali, by z nim wiązali przyszłość. Bo węgiel to „obciążenie i problem” (jak powie niemal każdy polityk z prawa do lewa), bo dziedzictwo postindustrialne to obciążenie i koszty społeczne, niewygodne i mało medialne (takie dzielnice biedy źle się w tv prezentują). Bo programy rozwoju dla Śląska powstają, gdy tyka zegar wyborczy, a znikają, gdy jest już po nich. Wtedy Śląsk, staje się czarną dziurą, nie ma go, albo jak dzisiaj w TVP INFO słyszę, że kandydatka jakiejś partii jedzie „na Śląsk” i odwiedzi Będzin i Czeladź.

Protestuję po raz wtóry i pytam, czy ten rodzaj emigracji nie jest wstydem, że tak wielu z tych ludzi nie dano szansy, by swoje życie związali z Górnym Śląskiem? To zawstydzenie, że wyludniają się dzielnice kolejnych miast, bo ludzie nie mają siły, pieniędzy i perspektyw, by tutaj żyć. By tutaj budować. Że i tak są wielcy wykazując hart ducha i próbują.

To nie jest protest (byłby naiwny i jałowy), że ludzie opuszczają Śląsk. Tak działo się zawsze. Zwracam uwagę na to, że ponad dwieście tysięcy naszych sąsiadów powiedziało od 2005 roku, że nie widzą swojej przyszłości tutaj, na ziemi tak bogatej!

Bogactwem nie węgla (choć ważny i niedoceniony w kraju nie mającym długoterminowej strategii energetycznej, raz budującego elektrownie atomowe, a raz dopominającego się o farmy wiatrowe itd., itp.), czy innych zasobów surowców i kompetencji (także np. wiedzy zgromadzonej tutaj to jasne, reprezentowanej przez śląskie wyższe uczelnie), ale przede wszystkim bogatego z powodu ludzi, których – o ile nie ma wyborów – ma się zbyt czesto za nic.

Dlatego wyjeżdżają i dlatego, czas to zmienić i zrobić wszystko, by dać ludziom szanse tu gdzie przyszli na świat. W ich domu, w ich rodzinie. Pośród miast i miasteczek, które zbudowali ich poprzednicy i gdzie znają każdy kamień, gdzie bije ich (w co nie wątpię) serce i do którego (za)tęsknią.

Podpatrzone w Tarnowskich Górach

Ze Śląska i dla Śląska

Moje myśli o Śląsku. Nowa energia

  1. Największym kapitałem dla rozwoju Górnego Śląska są ludzie. Należy docenić i wykorzystać ich energię do działania.
  2. Przeszłość, tradycja i kultura mają ogromne, a wciąż niedoceniane, znaczenie. Bez nich nie można budować przyszłości. Takie podejście oznacza prawo do edukacji regionalnej, prawo do pielęgnowania języków mniejszości, mowy śląskiej oraz do pamięci i kultywowania (śląskich) tradycji, bez dzielenia ich na lepsze i gorsze.
  3. Ślązak powinien mieć realne możliwości kształcenia i awansu. Do przodu i w górę. Najlepiej pod kątem 45 stopni (bo to najlepsza i rozsądna prędkość wzrostu, jak mawiają ekonomiści).
  4. Śląsk potrzebuje wizji długoterminowego rozwoju i wskazania już dzisiaj miejsca, w którym  znajdzie się za 5, 15 i 30 lat.
  5. Dziedzictwo postindustrialne jest w takim samym stopniu zasobem historycznym, co ekonomicznym. Postindustrialna spuścizna nie może być dłużej traktowana wyłącznie jako obciążenie dla tego rozwoju.
  6. Istniejące gałęzie przemysłu powinny być rozwijane z uwzględnieniem potrzeb i sytuacji społecznej Górnego Śląska.
  7. Przyszłością Śląska powinny być przemysły oparte na wiedzy i nowych technologiach. Cały G. Śląsk powinien być beneficjentem tym zmian, bez tworzenia enklaw dobrobytu i marginalizacji niektórych obszarów (geograficznych i społecznych) regionu.
  8. Rewitalizacja terenów poprzemysłowych musi uwzględniać potrzeby integracji społecznej, tworzenia nowych miejsc pracy i stworzenia konkurencyjnej gospodarki na G. Śląsku.
  9. Celem aktywności politycznej musi być konsekwentne przeciwdziałanie biedzie i wykluczeniu społecznemu. Należy wspierać działania społecznie integrujące i proekologiczne. Inicjować specjalne projekty rządowe i samorządowe przeciwdziałające degradacji wspólnot społecznych i miast dotkniętych zmianami strukturalnymi w przemyśle.
  10. W obrębie programów narodowych /rządowych powinny być tworzone programy rozwojowe dla Górnego Śląska. Oznacza to wspieranie i inicjowanie programów na rzecz wybranych gałęzi gospodarki  (np. w zakresie polityki energetycznej, wydobycia surowców, rozwoju wysokich technologii) oraz pobudzania mobilności zawodowej w regionie.  Śląsk ma przed sobą wyzwania, które wymagają odrębnej interwencji finansowej i odrębnych programów specjalnych.
  11. Marka Śląska to dobra marka. Made in Silesia powinno być synonimem nowego i pozytywnego wizerunku  gospodarczego regionu.
  12. Śląsk wymaga konsensusu wszystkich środowisk i tworzenia warunków dla takiego porozumienia. Także po to, by wykorzystać tkwiącą w nas energię i wolę zmian.

Podpatrzone w Tarnowskich Górach

Dlaczego czyli czas na Górny Śląsk

Gdy zostałem zaproszony przez Komitet Wyborczy Wyborców ‘Zjednoczeni dla Śląska’ do reprezentowania tego środowiska uznałem, że jest to ten czas i ten moment, w którym decyzja ta jest uzasadniona. Konieczna.

Doświadczenie budowy Muzeum Śląskiego, a przede wszystkim losy wystawy stałej historii Górnego Śląska uświadomiły mi, że Górny Śląsk staje przed koniecznością zbudowania autentycznej tożsamości własnej.

Autentycznej, zakorzenionej w najnowszej wiedzy historycznej, odwołującej się do systemu wartości i tradycji, do której przez dziesięciolecia odmawiano mieszkańcom Śląska prawa. Czyniono z niej fetysz, przykrawano do celów bieżącej polityki historycznej. Śląsk był wymyślony, okazjonalny  od Barbórki do Barbórki, od konwencji jednej partii do kolejnej.

Taka postawa jest nierozumieniem tego, czym jest Śląsk, jaką wartość może wnieść do rozwoju Polski i Europy. Dzieje się tak ze stratą dla potencjału rozwojowego Śląska, a ceną za taki stosunek (do jego przeszłości) jest brak realnych perspektyw rozwoju. Trzeba znależć satysfakcjonującą odpowiedż  na pytanie, co zrobić z materialnym dziedzictwem industrializacji, jakie kierunki rozwoju powinny zostać wybrane dla kolejnych pokoleń. Dzisiaj nie ma takich rozstrzygnięć.

Jak długo będziemy się godzić na to, że młodzi ludzie emigrują poza Śląsk, nie znajdując tutaj szans na rozwój, na ułożenie sobie życia. Boli mnie coś, czego polityczny establishment próbuje nie widzieć poprzez pryzmat dokonań wielkich inwestycji infrastrukturalnych. To coś, to nędza i degradacja wielu śląskich miast, osiedli, rozbicie społeczności, które trwały tutaj od dziesięcioleci. To również porzucone grupy wykluczonych społecznie, zawodowo.

Zamykanie jednych gałęzi przemysłu powinno oznaczać obowiązek kreowania alternatywnych kierunków rozwoju. Przemysłów wiedzy dających perspektywę awansu społecznego, zawodowego mieszkańców. Uporania się ze zdegradowanymi obszarami poprzemysłowymi. To są obciążenia, z którym nie potrafimy sobie radzić systemowo. Chcę by Ślązak, mieszkaniec Śląska, każdy, bez ograniczeń wynikających z uwarunkowań zamożności, narodowości, czy innych względów, mógł z dobrodziejstwa awansu cywilizacyjnego Polski i Europy korzystać. Takiego patriotyzmu nam potrzeba, ponad podziałami opartymi na kategorii narodowości, czy przynależności. Dyskredytującymi i dyskryminacyjnymi.

Chcę by tak było, bo Śląsk zawsze był miejscem, do którego przybywali przybysze z zewnątrz. Przez swoją różnorodność narodową, religijną, uczynili tę ziemię zupełnie wyjątkową. Wierzę w Śląsk otwarty na przybyszy, gotowy do podejmowania trudu ciągłej zmiany, modernizacji i znajdowania własnej odpowiedzi na pytanie co dalej, co jutro? Nie interesują mnie zużyte komunały o pracowitości Ślązaków, bez oferowania im cywilizacyjnego projektu do czego ta pracowitość ma ich prowadzić.

Tożsamości Śląska nie mogą i nie powinni dekretować politycy i nie powinna być ona przedmiotem manipulacji i nacisków. Budowania prymitywnego obrazu pozornej homogeniczności wspólnoty mieszkańców. Śląsk jest barwy, wielowątkowy w swojej historii i czas, by ta pozorna oczywistość (na Śląsku) wybrzmiała w pełnym kształcie poza Śląskiem.  Była jego siłą i dawała impuls rozwojowy.

Śląsk jest inny, przeszedł odrębną własną drogę i jest to wartość, którą chcę wnieść do świadomości Polski i Polaków, Europy. Wartość Śląska oparta jest na inności. W dziwny sposób Ślązakom odmawia się tego prawa. Posłowie powinni stać się orędownikami do artykułowania tego prawa.

Nie chcę Śląska zapatrzonego wyłącznie w przeszłość. Ale bez jej opowiedzenia, zmierzenia się z nią nie stworzy się społeczności, która będzie autentyczną wspólnotą. Bez takiej wspólnoty nie uzyskamy społeczeństwa zdeterminowanego do  budowania swojej przyszłości na Śląsku. Ludzi związanych z ziemią i dla niej pracujących, tutaj znajdujących swoje szanse na przyszłość. Oznacza to jednak i sytuacja dojrzała do tego, by w procesie tym – budowania przyszłości Śląska – nie zabrakło żadnej z grup, żadna nie została  pominięta i nie była dyskredytowana. Nigdy więcej nie powinna powtórzyć się sytuacja obrażania i dyskredytowania nikogo z tego powodu, że inaczej myśli, inaczej mówi, inaczej postrzega rzeczywistość.

Chcę Śląska europejskiego, na którym podejmiemy otwartą dyskusję jak chcemy rozwijać ten region. To czas zerwania z biernością i godzeniem się na to, że Śląsk może być jedynie przedmiotem, a nie podmiotem polityki gospodarczej państwa, bez uwzględniania jego specyfiki i głosu mieszkających tu osób.

Pytanie o politykę energetyczną Polski nie może odbywać się ponad głowami Ślązaków. To ich dotyka brak spójnej polityki w tym zakresie, a w następstwie bezrobocie i brak alternatywnych rozwiązań. Gdzie i co mają robić ludzie wyzbyci dotychczasowej tradycji zawodowej ?

To tylko kilka powodów na postawione na wstępie pytanie dlaczego.

Jesteśmy odpowiedzialni za przyszłość  Śląska. Sprostanie jej jest naszym obowiązkiem. Śląsk zasługuje na to, by w tej przyszłości zająć swoje autentyczne miejsce. Oparte na talentach ludzi tu mieszkających, a nie na celach politycznych partii zorientowanych na korporacyjne interesy grup i środowisk, które reprezentują.

Śląsk wielokulturowy, wielojęzyczny, otwarty na świat. Nowoczesny i bez kompleksów. Budujący w istocie siłę państwa, rozumiejącego, iż pluralizm opinii i postaw jest wartością. Takiego chcę, o taki zamierzam się zmagać, rozumiejąc i wierząc, że jest to możliwe i zależy od naszej postawy. Postawy aktywności i wiary, że kształtowanie rzeczywistości zaczyna się z chwilą postawienia  sobie pytania dlaczego i  dlaczego nie?

 Bez tytułu

EA (Element Antysocjalistyczny). Wciąż

Rozpoczynają się obchody 35-lecia zakończenia strajków w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu (media jak zwykle mniej o Śląsku) oraz  podpisania porozumień, na bazie których do 13 grudnia 1981 roku Polska Ludowa cieszyła się niespotykaną w całym obozie wirtualnego socjalizmu realną swobodą i namiastką prawa do samostanowienia.

Myślę o tym czasie zarówno z perspektywy 13-latka, którym wówczas byłem, jak i tego co oglądam dzisiaj.

W tamtym czasie oznaczało to autentyczne uwolnienie energii społecznej, ludzkiej, sąsiedzkiej i nieprzebranych pokładów nadziei. Jasne, że tłumionej. Deptanej przez nagłe i drastyczne odcięcie od podstawowych produktów i pchnięcie części społeczeństwa (głównie kobiet, cichych bohaterek takich przewrotów i ich małoletnich dzieci) do kolejek, by wystawać w upokarzających kolejkach po 10. jajek na osobę, kostkę masła (lub jakiś jego posolony kawałek z mitycznego Zachodu).

Bo grunt, by zniechęcić, poszczuć na siebie (niektórym metody te pozostały do dzisiaj) i odwrócić uwagę od spraw najważniejszych. Pchnąć w spiralę narzekań i pretensji własnych, że to oni (czyli my?), ci z Solidarności są wszystkiemu winni. To oni topią w chaosie nasze ukochane, bo socjalistyczne (?!) państwo. Ustrój, którego wszyscy mieli dosyć i mgliste wyobrażenie, że mogłoby być lepiej (ale nie będzie).

Zdecydowanie był to czas, kiedy wielu z nas – w istocie miliony – uświadomiło sobie jakiego kraju na pewno nie chcą. I że tym państwem jest satelita spod parasola ZSRR, czy konstytucji PRL deklarującej lojalność wobec Sowietów i odcięcia od świata. Kraju zakłamania, dziennikarstwa propagandy sukcesu w rządowej telewizji i pustek w sklepach. Kartek na cukier i zadęcia jaką to nie jesteśmy potęgą w tym czy owym (np. w rabunkowej eksploatacji węgla kamiennego). Gest Kozakiewicza był gestem, jaki poszedł z moskiewskich Łużnik po całej Polsce.

Namiastką wolności były otwierane tu i ówdzie (i stojące do nich tasiemcowe kolejki) wystawy prezentujące odkłamywaną (i wciąż poruszające się po powierzchni tych zdarzeń) historię PRL-u. Wydarzeń 1956 roku, 1968 czy 1970, świeżo tkwiących w zbiorowej pamięci. Tu i ówdzie pojawiała się dyskusja na temat zbrodni katyńskiej. Elementarne kroki ku normalności. I Zjazd Solidarności nie może być inaczej postrzegany niż namiastka  wolnego parlamentu. Związek liczył w tym czasie 10 milionów członków i był wyrazicielem głosu znaczącej części narodu. Stąd posłanie do narodów Europy Środkowej i Wschodniej, które wywoływało białą gorączkę reżimów w sąsiednich krajach (Sowietów nie licząc). Dlatego po raz pierwszy nie było to wydarzenie transmitowane przez TVP, bo  nikt nie chciał chłamu jaki oferowała w formie produktu informacyjno-podobnego. Nie wpuszczono jej na sale, by tej wolności i pragnień nie sponiewierała głosami pani lub pana, narzekającego, że dziecka nie ma czym karmić, bo mleka nie ma w sklepie.

Teoretycy modernizacji i zmiany systemów politycznych wiedzieli już wtedy, patrząc na sytuacje w Polsce, że to co później nazwano karnawałem Solidarności nie mogło się udać. Ruch Solidarności tym różnił się od tego który zasiadł w Magdalence i przy okrągłym stole, że nie chciał negocjować warunków utraty przez PZPR-owskie (taka partia) elity i aparat bezpieczeństwa utraty władzy. Był piękny w swojej bezkompromisowości.

Przejmowanie władzy było w swoim założeniu bezwarunkowe, skrywało się co prawda za hasłami uczłowieczenia systemu (jak to byłoby możliwe, skoro system z definicji był do d…?), ale nie dawało władzom złudzeń, że zachowałyby monopol rządzenia. Miały go utracić, a tego za wszelką cenę nie chciały.

Rok 1980 był pięknym rokiem.

31 sierpnia był wyjątkowym dniem. Szczególnie gdy widzisz człowieka, który podnosi głowę wysoko i zaczyna wierzyć w siebie, nie ma piękniejszego obrazu człowieczeństwa. Socjalizm z „ludzką twarzą” nie mógł tego znieść. I gnębił, raz po raz. Dogadywał się ponad głowami, aż doprowadził do 13 grudnia 1981 roku i zafundował nam straconą dekadę lat osiemdziesiątych. Syf, beznadzieję, emigrujących obywateli za chlebem (pamiętajmy o tym dzisiaj złorzecząc na emigrantów ekonomicznych) i życia w ustroju szczęśliwości dla garstki miernot i tęsknoty za normalnością żywioną przez resztę, która dla tamtej władzy nie miała większego znaczenia.

Wciąż EA.

Zawieszka popularna wśród młodzieży w 1981

Znaczek Solidarności (z 1980 r.)

 Prasa związkowa informująca o zakończeniu I Zjazdu Solidarności w Gdańsku-Oliwie (zbiory własne) Dziennik Związkowy, Pismo codzienne Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, nr 23 z 29 IX 1981 m.in. doniesienia z I zjazdu Solidarności w Gdańsku-Oliwie)

PO(RAŚ) ka czy sukces?

Informacja o powstającej koalicji PO i RAŚ zelektryzowała opinię publiczną i ją zaskoczyła? Mnie do pewnego stopnia nie, zwłaszcza jeśli obserwować uważnie to, co zaczęło się dziać na scenie politycznej po wyborach prezydenckich.

Wiele się bowiem zmieniło, czego początkowo nie dostrzegało liczne grono komentatorów, jak niektórzy z tych w „DZ” z 29 maja 2015 roku, gdy zastanawiali się nie wprost nad istotą i źródłem porażki PO i pisząc o „śląskich” perspektywach prezydentury Andrzeja Dudy.

Budując swoją interpretację spraw śląskich, niektórzy – jak Jan Dziadul (tekst „Mój nowy niekochany prezydent”) – popadli w absolutną amnezję, ze smutkiem, a może zaskoczeniem zauważając, że (wciąż) obecny prezydent RP Śląskowi nie poświęcał zbyt wiele uwagi…

Jan Dziadul dopiero teraz to zauważył… ? Ups… Późna to refleksja i nie słyszałem jej przed II turą wyborów… No i skąd to nagle obudzone poczucie krytycyzmu?! Krytycyzmu, którego nie widziałem na Sali Sejmu Śląskiego, gdy cytowany tu Jan Dziadul prowadził w 2012 roku debatę na temat scenariusza wystawy stałej w Muzeum Śląskim…

Na szczęście w dalszym komentowaniu tego dziwnego w treści felietonu wyręczył mnie głos samych polityków PO, którzy w nowej sytuacji uznali, że zakaz tworzenia koalicji z RAŚ już ich nie obowiązuje, podobnie jak postanowienia przemilczanego (znowu amnezja?!) przez red. Dziadula słynnego spotkanie w Wiśle. Tej samej, w której – jak pisze – tak lubił bywać prezydent i gdzie (o czym wybiórczo nie wspomina ponownie) rozstrzygnięto o tym kto jest, a kto nie śląskim patriotą…

W ogóle pisząc w owych komentarzach o utraconym zaufaniu Ślązaków do polityków PO i obecnego prezydenta, czy roztrząsając błędy kampanii prezydenckiej, część komentatorów nie zauważyło lub nie chciało dostrzec tego, że poza sprawami braku perspektyw ekonomicznych dla regionu, pozorowanych inwestycji cywilizacyjnych (bo umówmy się, że Stadion Śląski, takim projektem na 21. wiek z całą pewnością nie jest) i ogólnie braku wizji rozwojowej dla regionu, powód tej sytuacji jest zupełnie inny.

Była nią i nadal pozostaje utrata zaufania do tej formacji. To następstwo odbieranego Ślązakom przez niektóre środowiska PO (kierowane przez Sekułę Mirosława, przy ochoczym wsparciu publicystów „DZ” pokroju Semik Teresy i populistów wszelkiej maści) prawa do nowoczesnej tożsamości. Nowej, i kosmicznie odległej od dyrdymał doktryny historycznej PRL-u…

Tożsamości śląskiej, europejskiej, której wyrazem miała być wystawa stała w Muzeum Śląskim. O niej (tożsamości i wystawie) tak łatwo na łamach „DZ” pisano, że jest proniemiecka, antypolska… Zaskakuje w tym świetle swoją radykalną zmianą ocen i opinii (a może nie powinna dziwić w ogóle, gdy wiatry się tak nagle zmieniły?) wypowiedź  dziennikarza„DZ” Marcina Zasady.

W tym samym numerze „DZ” („Mały śląski poradnik dla nowego prezydenta Polski”) nagle dostrzega cechy tamtej polityki historycznej prezydenta Komorowskiego i nawet pozwala sobie na rodzaj krytyki pod adresem prezydenta pisząc o jego cyt. „bierno-protekcjonalnym” stosunku do aspiracji tożsamościowych (Ślązaków). Gdzie był, gdy na łamach jego (a kierowanej to na pewno) gazety wylewano morze słów kłamliwych, przekłamanych i dezawuujących taką właśnie postawę tożsamościową części środowisk intelektualnych na Górnym Śląsku?

Kilka dni minęło i to politycy, a nie komentatorzy spraw śląskich pojęli, że  problem na Śląsku jaki ma PO i siły dotychczas reprezentujące środowiska konserwujące stereotypy tożsamościowe Ślązaków (jak pisze o tym stosunku do Śląska ten sam Marcin Zasada), to nie jest kwestia tego jak przeprowadzono kampanię lub czego nie powiedział i czego nie zrobił w jej trakcie jeden czy drugi kandydat (co oczywiste), ale kwestia tego, jak w swoich dążeniach tożsamościowych, kulturowych w ciągu minionych 8 lat potraktowani zostali Ślązacy.

A potraktowani zostali instrumentalnie, cynicznie, arogancko i w myśl zasady, że nie mają prawa do własnej historii. A dla tłumienia ich prawa do prawdy można użyć każdej metody i każda jest dobra…?

Ma to wszystko dzisiaj swoje znaczenie, gdy toczą się rozmowy na temat koalicji w samorządzie województwa śląskiego.

Dla PO jaką była dotychczas, przyszła koalicja to  próba uniknięcia politycznej odpowiedzialności za rządy m.in. Sekuły Mirosława, gdy przyjdzie wyborcza jesień.  Uniknięcia odpowiedzialności tych polityków w obrębie śląskiej PO, którzy zaszkodzili tej formacji na G. Śląsku, sabotując wystawę w Muzeum Śląskim, ośmieszając pamięć ofiar 1945 roku (owszem tak było jeszcze do niedawna, warto odświeżyć sobie pamięć w tej sprawie) lub ferując inne łatwe oceny na temat historii G. Śląska w 19. I 20. wieku, po to by dla realizacji celów polityki „pałacu” dzielić opinie publiczną na Górnym Śląsku na dobrych i złych Ślązaków, a w walce tej nie wzdrygając się przed sięganiem po kłamstwo i łamanie prawa.

Dla RAŚ koalicja jest jednym wielkim testem na wiarygodność w dziedzinie prawa regionu do podmiotowości w obszarze kultury, pamięci historycznej, wdrażania dobrych praktyk zarządczych w instytucjach kultury i  w ogóle w polityce regionalnej. Pryncypialność i autentyzm jak pokazały niedawne wybory jest częścią potrzeby ZMIANY w Polsce. Warto by RAŚ wziął po uwagę.

RAŚ jeśli chce już za cztery miesiące, jesienią 2015, spojrzeć w twarz swoich wyborców i liczyć na ich poparcie, będzie musiała wziąć autentyczną odpowiedzialność za CAŁĄ kulturę w województwie śląskim, nie pozostawiając wysp niekompetencji i swoistych rozwiązań, jakie wyszły spod ręki Sekuły Mirosława i jego ekipy.

Bycie odpowiedzialnym za kulturę (i za każdą inną dziedzinę w obrębie umowy koalicyjnej) oznacza bycie odpowiedzialnym za wszystko, co się w niej dzieje. W innym przypadku RAŚ przejdzie do historii. I to jasne, że nie ja o tym zdecyduję tutaj, ani żaden komentator. Zrobią to wyborcy.

A ZMIANA wisi w powietrzu na Śląsku i to jest ten moment napięcia społecznego, o jakim pisałem blisko rok temu. To stan rozumiany jako potrzeba prawdy, uczciwości i nie robienia nam wyborcom piany z mózgu. Na przykład na temat tego, że podobno nie mamy prawa samodzielnie mówić o własnej historii i swobodnie kształtować opisu rzeczywistości społecznej. Mamy, właśnie dokonaliśmy tego (jako naród) kilka tygodni temu.

To jasne, że dla śląskiej PO i tej części jej zaplecza, które się nagle obudziło koalicja daje nadzieję na ucieczkę przed perspektywą politycznego niebytu. Taka koalicja oznacza szansę na przeżycie. Przykład niektórych formacji uczy, że jest to pewna wartość w polityce, takie być lub nie być…, prawda?

Ale by tak się stało musi to być coś więcej niż zerwanie przez śląską PO z zasadą słuchania dyspozycji płynących z gabinetów prezydenta RP i jego doradców (czego do wczoraj śląska PO się wypierała) na temat tego, co należy robić na G. Śląsku, a co jest be i niestosowne.  Powinno to oznaczać odzyskanie własnej miary sądzenia i zdolności do podejmowania decyzji, pozbawionych arogancji i prymitywnego kolesiostwa.

Wreszcie, choć to zaboli – przeprosić, naprawić błędy i sięgnąć po cywilizacyjne wzorce państwa i partii o naprawdę  europejskim formacie, jaką PO była u swojego zarania. Widzącą potencjał regionu (także w wymiarze jego etnicznego bogactwa) jako swoistego paliwa na przyszłość. Także dlatego, że choć kultura kulturą, ale „ekonomia głupcze” (B. Clinton) jest najważniejsza… A by zmieniać i kształtować rzeczywistość, trzeba mieć za sobą wiarę i determinację mieszkańców regionu chcących wiązać swoją przyszłość z miejscem, którego historię i kulturę podzielają… To pewne i oczywiste. Bez przyjęcia tego jako zasady kształtującej cele koalicji, będzie ona dla śląskiej PO jedynie przedłużeniem kryzysu w jakim pozostaje i utrwaleniem napięć społecznych w jakie wpędziła G. Śląsk, niestety.

Na koniec jeszcze jedna uwaga.

Nieprawdą jest to co pisze, cytowany tutaj już Marcin Zasada. Nie trzeba być ze Śląska, by dobrze zrozumieć Ślonzoków i G. Śląsk.

Gdyby tak było, jak pisze red. Zasada i jak mówi bohater przytaczanej przez dziennikarza anegdoty, nie mielibyśmy całej rzeszy polityków różnej maści i opcji, którzy choć pochodzą ze Śląska i się tutaj urodzili, to kompletnie go nie rozumieją. Ba, zawstydzali i wręcz działali na rzecz utrwalania stereotypów, które funkcjonowały na temat Śląska i Ślązaków.

Myślę, że to coś, czego potrzeba, by zrozumieć Śląsk, kochać go i dobrze mu życzyć wymaga przede wszystkim kompetencji, wiedzy, otwartości i słuchania ludzi. Odwagi też. To a propos dzisiaj wygłaszanych opinii, jakich jeszcze nie usłyszelibyśmy przed 24. maja tego roku.

Cech tych nie posiadali ani politycy, którzy dzisiaj odchodzą do historii, ani ci którzy jeszcze niedawno zawłaszczali sobie prawo do bezwzględnego rozstrzygania o tym, czym jest Śląsk i kim  mają być Ślązacy.

PO(RAŚ)ka czy sukces? Pytanie już wkrótce znajdzie swoją odpowiedź.

Bez tytułu

Jestem górnikiem!

Nie wiem, co robią związkowcy w sprawie górników. Powinni więcej, zapewne.

Wiem, czego nie zrobiły przez kolejne lata rządy (bez względu na barwy polityczne), by odpowiedzieć na pytanie – jaka przyszłość dla Górnego Śląska. O znaczeniu gopodarki dla Śląska pisał już Korfanty i szkoda, że liczne grono historyków nie przypomniało tego niektórym politykom i samorządowcom budującym sobie pomniki próżności obok prawdziwego życia i potrzeb.

Śląskowi i jego gospodarce nie zaproponowano niczego, co byłoby strategią rozwoju na kolejne lata i dekady. Jeśli ktoś coś zmienia na Śląsku, to sami ludzie, tak u podstaw, z niczego. Albo wzięli sprawy w swoje ręce albo jak wielu stanęło pod ścianą beznadziei i widma bezrobocia, a nie chcą pracować na przysłowiowym zmywaku.

Nie ma dzisiaj pomysłu na to, co będzieMY robić na Górnym Śląsku, MY  i kolejne pokolenia. Frazesy i pustosłowie krążą w powietrzu i płyną z ust osób za to odpowiedzialnych.

Dlatego w ramach wypisywania kim jestem, a kim nie chcę być,  mówię dzisiaj JESTEM GÓRNIKIEM.

Solidaryzuje się z tymi, których pozbawia się pracy, nie tworząc alternatywy, nie szuka się odpowiedzi na pytanie, co zrobią ich rodziny, gdzie oni sami będą szukać pracy i wreszcie z czego będą żyć, gdy już zgaśnie światło w ostatniej kopalni, zamilkną ostatnie dzwonki.

JESTEM GÓRNIKIEM  i dlatego wołam NIE.

Ludziom, którzy górnikom zaglądają do portfela, mówię – zajmijcie się sobą, dochodami polityków, ich funkcyjnymi i patologią gospodarki, w której są wielomilionowe odprawy, interes publiczny jest pustym frazesem. I może najważniejsze. Niech zjadą do kopalni i podejmą to ryzyko, że nie wrócą. Do rodziny, bliskich, do życia. Ile to jest warte?

JESTEM GÓRNIKIEM.

Krzyk... (Opawska poczta).

Chorzy z urojenia. Coś o Porozumieniu Zieleniogórskim…

Od jakiegoś czasu nie zabieram głosu w sprawie polityki obecnego rządu, bo mi się nie chce, bo poznałem niską jakość jego zarządzania w dziedzinie kultury, na przykład.

Ale dla jasności. Nie czuję się niczyim zakładnikiem, a z pewnością nie tego rządu właśnie.

Piszę, bo irytująca jest tendencyjność wybranych mediów (np. taki słodki TVN i powtarzająca swoją kwestię jak mantrę red. Anita Werner, która kolejny dzień pyta dlaczego minister jest taki zły, a lekarze tacy dobrzy i biedni), gdy donoszą, jak jest źle w służbie zdrowia, nie usiłując ustalić dlaczego tak jest (poza tezą, że wszyscy tylko nie lekarze są temu winni).

Przede wszystkim irytuje mnie jednak demagogia uprawiana przez związkowe środowiska lekarskie. 20 dni (poza urlopem) płatnego zamknięcia gabinetów lekarskich (tych z POZ), zwiększenie wartości kontraktu do 2 mld złotych. To przemilczane argumenty w wyjaśnieniach, którymi nas karmią zatroskani działacze Porozumienia Zielonogórskiego. Kasa, by to wszystko zmieniła, co tak dzisiaj zażarcie krytykują? System, choć ułomny, gdy lepiej opłacony byłby ze swoimi patologiami lepszy? Ciekawa argumentacja. Brzmi jak recepta na dobry biznes, a nie leczenie chorego.

To zwykłe jaja, skandal i czuje się oburzony takim stawianiem sprawy. Sugeruje zasadniczo, że wszyscy  postradaliśmy zmysły i nadajemy się do… zbiorowego  leczenia. Cierpimy na amnezję tego, jak było i wciąż jest w tych fantastycznych przychodniach, z jakich korzystamy. Przychodniach, w których  rejestracja oznacza czekanie 2-3 dniowe „na swój numerek” i w sumie jest tak, że  jak ktoś chce być chory, to najlepiej by to sobie zaplanował z dwu- lub  trzydniowym wyprzedzeniem…

Śmieszy mnie szermowanie przez lekarzy „interesem chorego” i równoczesne mówienie o ryzyku badania go. O niewystarczalności czasu na przeprowadzenie oceny tego, czy jest zagrożony groźbą choroby nowotworowej. Każdy z nas w wykonywanym przez siebie zawodzie ponosi jakiś rodzaj ryzyka. To miara kompetencji i albo się ją ma albo nie.

Jestem zakładnikiem systemu. Niestety. To wina tego rządu i wcześniejszych. Jak w każdym szantażu, któremu ktoś się poddaje, przychodzi ten moment, że płacić trzeba wciąż więcej i więcej… Z mojego portfela też.

Nie solidaryzuję się jednak z lekarzami, bo z chęcią usłyszę ile wynosi ich średnia pensja (krajowa, nie zamierzam zaglądać nikomu do portfela). Z satysfakcją zobaczę, jak ci sami związkowcy zechcą się zmierzyć z oczywistością praktyki „lekarskiej” w Polsce, gdzie po pracy w przychodni jest praca „na swoim”, a potem bywa że w szpitalu itd, itp. Fakt. W takim systemie „dorabiania”, ryzyko właściwego zbadania  pacjenta zwiększa się, ale może to tymi patologiami zajmą się związkowcy z PZ?

No wiem, fachowcy z PZ nie zrobią tego.

Póki co, chrzanić będą o tym co chcą zrobić, a z czego i tak nie będę korzystać , bo jak większość ludzi  w tym kraju, którzy nie są na głodowych emeryturach i nie są wprost skazani na publiczną służbę zdrowia, gdy złapie mnie to coś (grypa, rak, lub cokolwiek to będzie), lekarzem mojego pierwszego kontaktu będzie komercyjna przychodnia. Bo mój pracodawca nie będzie czekał trzech dni na termin mojej wizyty w przychodni.  Podobnie jak moje gardło i boląca głowa.

Dlaczego to piszę?

Nie wierzę w zasadniczą zmianę. Rząd „pęknie”, bo nie negocjuje się cen węgla zimą, a stawek za leczenie w szczycie sezonu grypowego. Nie wiem jaki idiota lub geniusz negocjowałby w takich okolicznościach. To co może dzisiaj dostać,  to szantaż ze strony środowiska lekarskiego… mówiącego z troską o pacjentach, czyli o mnie (też). Nie wierzę w ich troskę. Nie doświadczałem jej wcześniej, więc co mogło się zmienić?

Każdy z nas ma swoje osobiste doświadczenia z kontaktu ze służbą zdrowia.  Są różne. Zostawiam je na boku. Dobrym momentem weryfikacji tych doświadczeń, niech będzie analiza zeznania podatkowego, w którym każdy z nas może się przekonać, ile władował z tę służbę zdrowia i co, póki zdrowia mu starcza, dostaje w zamian?

Słyszę, że cywilizowany świat zapewnia swoim obywatelom pełną opiekę zdrowotną. Hmm, to bzdura i udawanie – w istocie odkładanie w czasie – tego, że za opiekę zdrowotną będziemy płacić. Wysoki lub niski poziom odpłatności jest nieuniknioną perspektywą, ale wolę to niż fikcję, którą dzisiaj obserwuję i za którą płacę.

W Japonii (tak, może to niewygodny przykład, bo … działa i sprawdza się?), każdy z pacjentów pokrywa 10% wartości badania, służba zdrowia jest otwarta i nie jest zdominowana przez zawodową starszyznę. Skutek? Pacjent ma poziom służby zdrowia na niewyobrażalnym w stosunku do naszego poziomie, dokonuje konsumenckiego wyboru tego kto i gdzie go będzie leczył. Nikt, jak jest to dzisiaj, nie robi mu łaski, że np. zostanie mu wydana JEGO dokumentacja zdrowotna, jako skuteczna i jedyna metoda zatrzymania go przy wybitnym lekarzu domowym. To ten szantaż, który dzisiaj ćwiczą na nas związkowcy z PZ.

Czas na puentę.

Nie popieram tych lekarzy w tym sporze. Dokładanie wciąż więcej i więcej pieniędzy do systemu, który jest chory, jak każde niezdrowe zachowanie, musi prowadzić do patologii i zwyrodnień. Czas im, lekarzom właśnie, w trosce o ich zdrowie tego oszczędzić (i wiadomo, że odnoszę to do tych, którzy dzisiaj pokazują nam zamknięte drzwi swoich przychodni i praktyk, a nie do całego środowiska). Może dzięki temu będzie miał nas kto leczyć? Kiedyś?

Nie uda się, to trudno.

Zaoszczędzoną kasę zużyję na notorycznie zły tryb życia (pozbawiony doradztwa medycznego nie będę miał wyjścia, prawda). A życie choć krótkie, może będzie ciekawsze?

 bez tytułu

Podróż do kraju króla Ubu…z 70 minutowym opóźnieniem…

Właśnie jestem po wyczerpującej, bo długiej, podróży z Opawy do Warszawy, gdzie wziąłem udział w nagraniu najnowszego odcinka spotkań w Hali Odlotów, w TVP Kultura. O tym może w innym miejscu i nie teraz, bo podróż przyniosła także kilka refleksji na temat tego,  co dzieje się w Polsce. Te (refleksje) z perspektywy Opawy i życia w innym kraju wyostrzają mój punkt widzenia i zapewne „radykalizują” poglądy…No, ale czy na pewno to radykalizacja? Może glos rozsądku, gdy nie widać go (rzeczonego rozsądku) wokół?

Wątpliwości tego rodzaju naszły mnie, gdy po raz kolejny pomyślałem o tym, jakich postaw potrzebujemy, by móc efektywnie zmieniać, ba, komentować rzeczywistość. Wspomniałem też mimowolnie na tragiczną (u kresu swojego życia), postać Oriany Fallaci, która za odwagę przeciwstawiana się postawom arogancji i lekceważenia wartości lokalnych, endemicznych chciałoby się powiedzieć, skończyła we włoskim sądzie. Przed wyrokiem uratowała ją (jakkolwiek zabrzmi to makabrycznie) śmierć, a znalazła się tam m.in. po serii tekstów, w których skrytykowała zachowania społeczności muzułmańskiej w jej rodzinnej Florencji… Dosłownie i w przenośni olewającej jej świątynię, na przykład.

Myślę, że my, mieszkańcy Europy (także tej Środkowej) i absolwenci uniwersytetu życia pod nazwą multikulti nie lubimy oglądów rzeczywistości zbyt wyrazistych, bo jakoś usuwają nam grunt spod nóg i zagrażają naszej (odzyskanej) małej i różewiczowskiej  stabilizacji… Wzbudzają widmo utraty zasobnej i spokojnej Europy, a tej chyba „za każdą” cenę nie chcemy stracić…

Skutek jest taki, że ku zdumieniu ideologów i stróżów europejskich wartości (ciekawe czy wiedzą tak naprawdę czego strzegą, bo wielu z nich kilkanaście lat temu zdecydowanie występowało przeciwko umieszczeniu w preambule do tzw. konstytucji europejskiej odwołania do świata wartości i ducha tradycji judeo-chrześcijańskiej), młode pokolenie Europejczyków obojętnieje lub zaczyna  zasilać szeregi tzw. państwa islamskiego, tam znajdując zaginiony świat idei i alternatywę duchową.

I by była absolutna jasność. To nie jest jakikolwiek głos na rzecz lub w obronie tego co wyprawia się w tworzącym się na naszych oczach współczesnym syryjsko-irackim kalifacie. To jedynie powiedzenie, że obecność tak wielu Europejczyków  w tym projekcie, to przejaw kryzysu wartości i poszukiwania (bywa), że niebezpiecznych alternatyw. Tragiczne i smutne.

Piszę o tym, bo jakoś dziadzieje to życie publiczne w Polsce i prowokuje do zabierania głosu. Można oczywiście milczeć, ale właśnie dlatego, że jak ktoś „leje na moją świątynię”, to powinienem jednak nie udawać, że to krople deszczu i być jak Oriana Fallaci.

Dziwie się więc, gdy czytam w nielubianym przeze mnie śląskim dzienniku (nadwątlona wiarygodność uzasadnia ten negatywny stosunek do tytułu, prawda?), że oto za sprawą oddziaływania biskupów diecezji województwa śląskiego nie dochodzi do zawarcia takiej czy innej koalicji w tym województwie.. Myślę, że to niezwykłe (bez względu na to kto z kim, dla jasności)  i chyba wolałbym, by sprawy ducha bardziej zajmowały hierarchów, niż to, kto z kim usiądzie przy zielonym stoliku prezydialnym. Łudzę się też (bo jest  taka możliwość zważywszy na ową wiarygodność), że nie po raz pierwszy dziennik ów nie wie co pisze i fatalnie tylko, że nikt tego rodzaju wiadomości nie dementuje. Obie możliwości napawają mnie niepokojem i poważnymi rozterkami.

Martwi mnie też, że jak jadę do stolicy 38 milionowego kraju, to pociąg na dystansie ponad trzystu kilometrów doświadcza (co kuriozalna nowomowa) 70+  minutowego opóźnienia… I choć nie jest to sytuacja normalna, nikt o tym nie uprzedza i gdyby nie fora internetowe, szeptana informacja, uprzedzająca o takiej możliwości,  to kończy się to tak, jak w przypadku mojej współpasażerki, która już drugi raz, dzień po dniu próbowała się dostać do Warszawy, z każdym razem spóźniając się tak mocno, że na owe spotkania nie docierała…

Kto za to odpowiada? Gdzie jest ktoś to posprząta ten żwir i cały bajzel (przepraszam, ale tak mówi się w Polsce) wzdłuż torów, co miał posłużyć za nasyp kolejowy i szyny, a zalega tam, jak niedawne obietnice wyborcze?

W pociągu, gdy opóźnienie wyniosło ponad 60 minut zaczęto roznosić (w ramach bezpłatnego poczęstunku) wodę gazowaną i niegazowaną? Po cholerę? By uspokoić rozgrzane głowy, czy dola oliwy do ognia? Nie chce, nie zgadzam się na to. To upiorna niekompetencja i arogancja wobec ludzi. A w tle tego wszystkiego przemieszczające się za oknem stojącego pociągu, z zawrotną prędkością  40 km/h, pendolino. Wolny przedmiot pożądania zarządców polskich kolei, leczących nas z kompleksów zacofania? Jakich? Własnych? A może wizyta w Japonii (dla jasności na koszt tej „awangardy zarządczej” gotującej nam los pasażerów opóźnionych o kolejne 70 minut) i zobaczenie jak to działa już od 1964 roku…

I przykład pozytywny, choć pokazujący, że bez inicjatywy własnej, determinacji nie można wiele osiągnąć, gdy jednak zawodzi system i instytucje, które są, a jakby ich nie ma.

Dostałem właśnie do lektury pracę doktorską Jacka J. Proszyka, która w formie płyty CD,  staraniem autora doczekała się tłumaczenia na język angielski.

The History of Jews in Bielsko (Bielitz) and Biała between 17th century and 1939 właśnie trafia do wąskiego grona odbiorców, a ja się pytam, jak to się dzieje, że stało się tak wyłączne za sprawą trudu Autora, i jego determinacji (już raz zademonstrowanej, gdy wydał polską wersję tej publikacji) oraz grona prywatnych sponsorów i darczyńców. Nie mam dobrej odpowiedzi na to pytanie i niech pozostanie, drążąc milcząco sprawę  i tych, którzy kulturę i edukację traktują jak własne poletko, kultywowane za publiczne pieniądze.

Autorowi składam naturalnie wyrazy szczerego uznania i gratuluję. Do lektury szczerze zachęcam, wydanie tej e-książki z radością odnotowuję (choć wolałbym szelest przewracanych kartek) . Wyraźnie i dobitnie. Z interpunkcyjną kropką na końcu, wkładając publikację do odtwarzacza i zagłębiając się w lekturze.

Bez tytułu