Zapiski z klawiatury. Japonia (19). Tokijski kurs sushi

Tokijski kurs jedzenia sushi…

Moje pierwsze spotkanie z sushi miało miejsce w małej, ustronnej restauracji na krakowskim Kazimierzu. Dziwne miejsce jak na smakowanie owoców kuchni japońskiej… A może jednak nie? Kazimierz już wtedy (był rok 2003 lub nieco później) był miejscem skrajnie eklektycznym i współczesnym. Tyglem smaków i jedynym takim miejscem w Krakowie, gdzie podróż do przeszłości, była podróżą w nieznane i czasami kończyła się  w niewielkim barze na placu Wolnica…

Taki obraz przywoływałem tysiące kilometrów od Kazimierza, w tokijskiej Odaibie , gdy u początku dnia i u kresu krótkiej letniej nocy wyruszałem na tokijską giełdę rybną Tsukuji.

Stałem samotnie na stacji i był to ten jedyny moment, gdy zwykle bezzałogowa kolejka Yurikamome mknęła do śródmieścia z motorniczym, który chwilę wcześniej wyprowadził ją z zajezdni.

Gdy do niej wsiadam jest zbyt wcześniej by w nowoczesnych wagonikach kolejki był ktoś więcej niż on i ja. Mało to romantyczne. Mimo to niezwykle. Za oknem Zatoka Tokijska, przedzierające się przez chmury promienie słońca. Tokio gdzieś tam.  Daleko i blisko. Widać wieżę telewizyjną z pulsującą nazwą miasta i rokiem 2007. Zatapiam się w obrazach za oknem, wspominając chwile spędzane jeszcze kwadrans temu w swoim ascetycznym mieszkaniu i w gładkiej, otulonej wciąż snem pościeli.

*

Na giełdzie, gdy docieram tam taksówką ze śródmieścia miasta, trwa już wzmożony ruch. Większe i mniejsze ciężarówki jadą w tylko sobie znanych kierunkach. Obok i wokół ludzie rozbiegający się w różne strony. Na ich baseballowych czapkach numery. Potrzebne i niezbędne, gdy dochodzi do licytacji ryb i owoców morza. Choć to nieludzko wczesna pora, emocje dochodzą do szczytu, gdy rozpoczyna się licytacja. Trwa około godziny.

Mimo to jestem… zbyt późno. Ryby już sprzedane. Błyskawicznie trafiają do swoich nowych właścicieli. Więksi i mniejsi pośrednicy. Czasami właściciele restauracji, sushi barów.

Tłuste tuńczyki leżą w plastikowych skrzyniach. Zamrożone. Nieobecne. Naznaczone czerwonymi znakami nowych właścicieli. Odcięte ogony pozwalają na ustalenie jakości mięsa, tego jak mocno jest otłuszczone, jak aksamitne, jak smaczne. Taka metoda, taka tradycja. Ryby i ich ogony. Taki obraz.

Miejscowa prasa (jest rok 2007) ze smutkiem donosi, że łowiska są przetrzebione, tuńczyk jest coraz droższy i pochodzi z coraz bardziej odległych mórz i łowisk. Meksyk, Nowa Zelandia, Argentyna… Nazwy odległe, nierealne. Tu o tej porze, jawią się jak egzotyczni goście, zwiezieni na stoły żarłocznych smakoszy rybiego mięsa. 128 milionów Japończyków zje je szybko i ze smakiem. Tuńczyk jest drogi, ale też najbardziej pożądany. Tradycja. Ta kosztuje.

Włóczę się po giełdzie. Mijam kolejne stoiska. Małże, jeżowce i stworzenia, które widzę po raz pierwszy.

Wśród tych ostatnich ryba fugu. Legenda, mit, dreszcz emocji dla turystów i przybyszy takich, jak ja. Na stoiskach, gdzie ryba jest sprawiana, specjalne, zamknięte na kłódkę puszki, do których trafia każdy kawałek tej ryby, gdy jest starannie filetowana. Tak na wszelki wypadek, by sprawdzić co tam trafiło, gdyby klient, a raczej jego rodzina pojawiła się z reklamacją i twierdziła, że ryba została źle przygotowana i sprowadziła na nieszczęśnika śmierć… Taki system bezpieczeństwa..

Jak wielu pracujących tutaj (jestem o tej porze jedynym turystą, a odrobina japońskiego zdecydowanie pomaga), po obejściu giełdy trafiam do miejscowego baru serwującego najświeższe sushi, jakie można sobie tylko wyobrazić. Smak, aromat i atmosfera miejsca nie da się porównać z niczym podobnym. Zasiadamy przy kontuarze. Po drugiej stronie szaleje mistrz serwujący sushi, które śnić mi się będzie po nocach. Dobra okazja, by podpatrzyć, jak i co powinno być  robione.

Najpierw trafia na mój szeroki, zielony liść (na nim serwowane jest moje sushi) nigiri (ryba na kulce ryżu) z białą rybą. Kolor tej ostatniej będzie z każdym kolejnym kawałkiem ciemniał, przechodząc od kolory srebrzystego, przez bladoróżowy, po intensywny czerwony plaster tuńczyka i intensywny w smaku pasek łososia. Tradycyjny kurs sushi. Od białego do  ciemnego (mięsa). Taki porządek i kolejny ukłon w stronę wielowiekowej tradycji.

Pewną ekstrawagancją będzie wieloryb. Wiem, wiem to zbrodnia, ale skoro był w karcie, nie mogłem się oprzeć spróbowania go, podobnie, jak nie ulec lekko cierpkiemu smakowi jeżowca, wciąż pulsującego tchnieniem, gdy po otwarciu lądował na gładkiej powierzchni liścia. Wśród tych moich ulubionych bez wątpienia był miejscowy węgorz morski (anagi), najsmaczniejszy w maju, gdy jest sezon jego połowu (dzisiaj zresztą pochodzi najczęściej z łowisk chińskich, choć niechętnie mówią o tym sprzedający go handlarze)…

Sygnałem do kończenia posiłku jest zamówienie rolek maki, czy też japońskiego omletu przewiązanego paskiem wodorostów i… podanie nam najtłustszego kawałek tuńczyka, nazywany hara-kami, pochodzący z podgardla tej ryby… Struktura ryby jest jak marmur (albo wołowina z Kobe), w którym czerwone mięso przenikają delikatne paski tłuszczu. Nadaje to całości delikatnego, wyjątkowego smaku. Wokół rozlegają się dopuszczalne tutaj odgłosy mlaskania, oznaka zadowolenia delektowania się ostatnim kawałkiem. To rodzaj swoistego deseru i jego podanie definitywnie zamyka posiłek.

Sushi przygotowują w japońskich barach (bywałem w tych tradycyjnych) wyłącznie mężczyźni. Nie widziałem kobiet przygotowujących sushi. Tradycja chce, że dzieje się tak między innymi z powodu temperatury dłoni mężczyzn (niższej od tej, jaką mają dłonie kobiet) i dlatego to tylko oni przygotowują sushi. Kobiety bezszmerowo roznoszą herbatę (pijemy ją tyle ile chcemy, nie płacąc za nią) i donoszą kolejne kawałki ryby.

Korzystam z pałeczek, ale w tych warunkach wygląda to na nieco barbarzyński obyczaj.

Gdyby wyznaczać pewne standardy poprawnej, pożądanej konsumpcji sushi to warunków tych jest kilka.

Właściwą i wciąż bardzo popularną formą jest w istocie jedzenie sushi rękoma. To dobra wiadomość dla tych, którzy nie lubią lub nie są w stanie sprawnie operować pałeczkami.

Moczenie nigiri w sosie sojowym (jest ich w Japonii ponad 1000 rodzajów sosów) oznacza jedynie dotknięcie powierzchni nigiri przez część, na której  spoczywa pasek ryby.

Jedząc sushi nie dzielimy go na kolejne kęsy. Japończyk uzna takie zachowanie za niezgrabne i niedoceniające trudu mistrza sushi, który tworząc je komponuje coś więcej niż złożenie potrawy z ryżu, wasabi i ryby.  Gdy kawałki sushi są za duże, wystarczy o tym powiedzieć kucharzowi  i natychmiast przygotuje dla nas mniejsze i łatwiejsze do przełknięcia.

Wasabi, o czym można się przekonać podnosząc pasek ryby spoczywający na kulce ryżu, już na nigiri jest, więc warto go dodawać z umiarem, na rybę, nigdy nie do sosu sojowego! Ten zmieszany z wasabi tworzy kolorystycznie i smakowo dziwną, błotną konsystencję. Coś w sam raz dla Shreka, ale nie dla smakosza sushi…

No i imbir. Jemy go między poszczególnymi kawałkami sushi i jego w istocie jedynym zadaniem jest oczyszczenie naszych kubków smakowych i przygotowanie do smakowania kolejnych kawałków nigiri, maków czy innych kawałków ryb… Łączenie ich razem (imbiru i ryby) to rodzaj profanacji i wcale bym się nie zdziwił, gdyby mistrz sushi stracił ochotę na serwowanie nam kolejnych swoich dzieł.

Zupa miso, podawana często do sushi, nie jest przystawką, stąd podadzą nam ją  po, a nie przed posiłkiem. Można ją pić. Siorbanie będzie mile przyjęte, poza tym, że pozwoli na szybkie schłodzenie potrawy, zanim trafiłaby gorąca do naszego przełyku.  Hmm… rady niby oczywiste, ale jedząc tak, a nie inaczej, na pewno zyskamy w oczach tych, którzy nam sushi serwują i współbiesiadników naszego posiłku.

A na koniec warto, nieco mlaskając i oblizując usta, powiedzieć ‘oishii desu’ [ – było smaczne, smakowało]. Ucieszymy tym mistrza sushi, który nas obsługiwał i zostawiamy sobie szansę na to, że następnym razem o nas nie zapomni i tym bardziej postara się, by to, co trafi na naszą tacę/ liść/talerz, było równie smaczne i wspaniale wyglądało…

Opuszczam bar. Mijam bramę giełdy. Jest już (?) 7 rano , a ja mam wrażenie, że ten dzień był jednym z bardziej niezwykłych, jakie przeżyłem w Tokio…

Odaiba o świcie (Odaiba, Tokio)

Trasa kolejki Yurikamome. Po drugiej stronie już Tokio...

Sprzedany (tuńczyk; zwraca uwagę odcięty ogon pozwalający na sprawdzenie jakości mięsa ryby) Sprzedany... (Czerwony znak nowego właściciela, Tokio 2007)

Korzenie wasabi (giełda warzywno-owocowa w Tokio) Przegrzebki

Legenda - ryba fugo

Krojenie tusz tuńczyka (Tokio, giełda)

Patroszenie ryb (Giełda, Tokio 2007) Giełda i targ rybny w Tokio (1)

Targ rybny (Tokio, 2007) Małże, ośmiornice, ryby... giełda w Tokio (2007)

Zbliżenie. To co na targu (Tokio, 2007) Dla odważnych - jeżowce (Tokio, giełda)

Liść już czeka

Przygotowywanie sushi. Na liściu leży już węgoż morski...

Od jasnego do ciemnego...

Gotowe do podania...

Nigiri z wielorybem

Zapiski z klawiatury. Japonia. Boskie strzały…(18)

Pogoda, ani dzień nie wróżył takich emocji.

Zatłoczone metro, choć nie tak bardzo jak oczekiwałby tego przybysz z „naszego” świata, przyzwyczajony do obrazów „dopychaczy”, upychających pasażerów na każdym wolnym centymetrze podłogi… Jest wciąż dość miejsca, by znaleźć jakieś dla siebie, poczytać lub podpatrywać to, co dzieje się w wagoniku kolejki. Pasażerowie. Senni i śpiący, niektórzy zagłębieni w lekturze komiksów manga. Inni mają nieco tępo wlepiony wzrok w jakiś nieodgadniony punkt w przestrzeni kończącej się gdzieś przed szybą wagonu. A za nią Tokio.

Dojazd do parku Meiji. Linia Yamanote biegnie gdzieś dalej. Mnie interesuje stacja Harajuku. Świat, ten dalej dzisiaj nie ma znaczenia.

Przed wejściem do parku festiwal ekspresji zagubionej generacji DINKS-ów. Duchy anime i mangi zapełniają pasaż biegnący w stronę parku Meiji. Jedna z zielonych wysp w morzu betonu i stali tego miasta. Pobliskie drzewa prowokują, by sprawdzić czy to co widzę jest tym czym jest, a nie ersatzem natury. Tak. To park, to zieleń, to prawdziwe drzewa.

Założony w 1920 roku, Park Meiji. Na cześć cesarza, który zastał Japonię drewnianą i zostawił murowaną i odmienioną… Park porównać można do londyńskiego St. James Park i Hyde razem wziętych, czy też paryskiego ogrodu Luksemburskiego czy berlińskich Tiergarten.

Mijam kolejne sintoistyczne bramy torii (dłuższa wymowa „i” niż krótsza), na tyle duże, że wciąż konkurują z pobliskimi drzewami. Ich skala nadaje im nadnaturalne, boskie cechy. Sakralizuje przestrzeń, wycisza głosy spacerowiczów. Pewnie także dlatego, że jak wierzą prowadzi do oczyszczenia ich serc i dusz… Dziesięć minut spaceru od południowej bramy i trafiam do kwartału głównej świątyni dedykowanej cesarzowi.

Na przyświątynnych terenach, w istocie na granicy tego parku i przenikającego się z nim parkiem Yoyogi trafiam na spektakl, który mnie tutaj sprowadził.

Jest ciepłe, nadzwyczaj ciepłe październikowe przedpołudnie. Dobiega mnie tęten kopyt końskich i co rusz rozlegajace się okrzyki publiczności przeplatane moementami absolutnej ciszy.

Przed mną i tysiącami zgromadzonych widzów rozgrywa się ceremonia, konkurs(?), zawody (?) yabusame, strzelania z łuku.

Dla Japończyków to ceremonia poświęcona bogom. Dla takich obserwatorów jak ja, to wyjątkowy spektakl i zawody w jednym, które wymagają od jego uczestników wyjątkowej sprawności, odwagi i skupienia. Miejscem rozgrywania się tych „zawodów” jest blisko 250.metrowy tor do jazdy konnej. Po nim kolejno, na dany sygnał, w pełnym galopie, ubrani w historyczne stroje z okresu Edo pędzą barwni i egzotyczni w tych strojach jeźdźcy. Jadąc muszą trafić do trzech tarczy, ustawionych niemal jedna po drugiej.

Istnieją dwie szkoły yabusame i tradycyjnie kilka miejsc, gdzie można je obserwować. Tokijskie yabusame nie jest najsławniejsze (przodują Nikko, Kyoto i pobliska Kamakura, której wówczas jeszcze nie znałem), ale i tutaj emocje sięgają zenitu, gdy kolejni jeźdźcy kończą swój wyścig z czasem i celnością. Na ich głowach, pomimo zawrotnej prędkości z jaką nas mijają, niewzruszone pozostają jingasy, lekkie hełmy, rozcięte na środku, by nie spadały właśnie. Każde trafienie nagradzane jest aplauzem i okrzykami radości i uznania publiczności. Na trybunie, gdzieś daleko ode mnie jest specjalne podestr, a na nim grono osob oceniających kunszt i zdolności jeźdźców. I choć to nie zawody, ci najlepsi i wyróżnieni, dostają w dowód uznania biały szalik…

Pisałem tutaj już kilka razy, że są momenty, kiedy Japończycy pokazują nam swoje inne, zaskakujące oblicze. Powściągliwość i pewne zdystansowanie, do którego się szybko tutaj przywyka, zastępuje w takich razach entuzjazm, śmiech, radość  i spontaniczność. Tak dzieje się i tym razem. I wiem, że jak w dworskim teatrze gagaku, choć widzę spektakl,  to to co najważniejsze (w Japonii i Japończykach) pozostaje wciąż nieodgadnione…

Powracam na stację. W drodze widzę sprzątaczy omiatających ogromnymi miotłami ścieżki i drogi parku, i świątyni… Spektakl i tutaj dobiega końca…

Tokijskie metroKoloryt Harajuku (Tokio, 2006)

Torii (Park Meiji, Tokio)

Jeźdżiec yabusame

1/4 km metrów (tor do yabusame; Tokio, 2006)

Start

Nie tym razem (Meiji Park, Tokio, 2006)

Po zawodach (prezentacja wyników i najlepszych)

Powrót / Dwóch sprzątaczy (Tokio, Meiji Park)

Znaki i godzina zero

Opawa ma kolosalne problemy z pamięcią.

Gdy dzisiaj świętuje się tu rocznicę 1945 roku, pisze się i mówi o „umarłym mieście” i  „godzinie zero”. Zero, czyli wcześniej czy potem niczego nie było? Co umarło? A co zostało?

Spacer po ulicach miasta, które przetrwały tamten czas uświadamia, że z pamięcią nie byłoby tak może źle, gdyby dokładniej rozejrzano się dookoła.

Są kościoły, które nie są świątyniami,  puste i zamknięte kościoły, do których nie wejdziemy. Ślady komunizmu i negowania wszystkiego, co było.

Na ścianach domów przeczytamy wypisane cyrylicą ogłoszenia o kwarantannie do 1 lipca… 1945 r.? Napisy nieczytelne z godziny „zero”. Jakiej zero skoro są?   Istnieją. Zostały.

Nie potrafię przejść obojętnie koło budynku przy nieistniejącej synagodze (a był jej częścią) nie patrząc na cegły noszące ślady ludzkich dłoni. Odciski sprzed godziny „zero”. To też null, nic, bo ich nie ma, bo milczą świadkowie i budowniczy?

Relief będący pochwałą tego co było po 1945 roku, sąsiaduje z reklamą dawnej wytwórni neonów, tak samo nierealnych jak „prawda” socrealistycznej propagandy. Potykam się o znaki, tyle ich wokół. Tylko ja je widzę?

Opawa naznaczona. Przed i po godzinie zero…

Kwarantanna

Rosjanie napisali (1945)

Ślady dłoni (sprzed 1945 r.)

Relief (lata 50-te XX wieku)

Zgasły neon (lata 60-te XX wieku)

Wpółotwarte drzwi

Widziane przez kraty (wnętrze jednego z opawskich kościołów)

Hanami. Delikatne muśnięcia wieczności… Zapiski z klawiatury. Japonia (16)

Patrzę przez okno. Na drzewach pojawiają się pierwsze kwiaty. Są przypomnieniem tamtych… odległych, których zwiastunem były płatki kwiatów rozsypane w świątynnych tsukubai (źródła wodne znajdujące się w świątyniach shinto dla rytualnego oczyszczenia). Na przełomie marca i kwietnia, woda szemrząc w świątynnych ogrodach, unosi z sobą ów delikatny zapach owocu wiśni…

Lektura japońskich gazet, gdy zbliża się czas kwitnienia wiśni (sakura) sprowadza się do śledzenia publikowanych w tym czasie map, na których zaznaczane są obszary Japonii, gdzie pojawiły się już ukwiecone drzewa.

Pamiętam to napięcie towarzyszące oczekiwaniu na hanami (zbiorowe oglądanie kwitnących drzew owocowych) i rodzaj powszechnego rozczarowania i niecierpliwości, która poprzedzała hanami wiosną 2007 roku. Zima nie była wówczas ciężka, ale to wiosna  jakoś się ociągała z nadejściem i podobnie było z porą kwitnienia wiśni. Miała już być, a… jakoś jej nie było. Japońscy znajomi chodzili lekko nieswoi i widać było, że w oczekiwaniu tym jest coś więcej niż niespełniona potrzeba uczestniczenia w wyjątkowym spektaklu przyrody, jaki się w tym czasie dokonuje na oczach setek tysięcy osób. Nie tracili jednak czasu. Rezerwowali miejsca pod drzewami, z mozołem rozkładali maty, tradycyjnie w kolorze niebieskim, choć nikt nie wie dlaczego… (niebieskie są właśnie), gromadzili piwo i sake…

Moja niecierpliwość była innego rodzaju. Dotyczyła w istocie pragnienia zobaczenia czegoś, o czym wiedziałem, że jest niezwykle mocno wpisane w kulturę i tradycję japońską. Oczekiwanie zawierało w sobie symboliczną wymowę hanami. Miało tę słodko-gorzką emocję, że być może będzie to pierwsze i jedyne hanami, które kiedykolwiek zobaczę… Nastrój bliski  temu jaki odnaleźć można w niemieckim filmie Hanami – kwiat wiśni (2008; reż. Doris Dörrie).

Był schyłek marca 2007 roku, gdy drzewa zakwitły.  Szczęśliwie stało się to pod koniec tygodnia i już nic ani nikt nie mógł powstrzymać mnie, by hanami stało się i moim doświadczeniem…

Pchany ciekawością poszedłem najpierw do ogrodów świątyni Yasukuni, by przy okazji zgromadzić materiał fotograficzny do pisanej wówczas pracy. Zaraz potem, zawróciłem, by oddać się zbiorowemu oglądaniu kwitnących drzew wiśni wokół cesarskiego pałacu w Tokio.

Wyposażony w zestaw lunchowy bento rozsiadłem się pod jednym z setek drzew i posilając się zieloną herbatą serwowaną na wysokości teatru narodowego, kontemplowałem urodę miejsca, smak bentowego nigiri i wnikałem w prostą metaforę czasu kwitnienia wiśni. W chwilę potem krążąc pośród rzeszy Japończyków, doświadczałem ulotnego charakteru piękna i symboliki życia i przemijania jaką z sobą niesie… kwiat wiśni. Pączkowania, a potem kwitnienia – narodzin i krótkiej egzystencji, kończącej się na kwietnym kobiercu ułożonym poniżej drzew, czy równie  malowniczo, na wodach okalających pałac… Wiem, że tak napisane brzmi to banalnie, fotograficznie ociera się o kicz absolutny, ale dokładnie ten rodzaj emocji odczuwałem i podzielałem wraz z tymi, co wokół…

Myślę, że nie byłoby to możliwe chłonięcie atmosfery hanami, bez wcześniejszego doświadczenia koyo, zwyczaju zbiorowego oglądania opadania liści z drzew jesienią. Schyłek roku i moment zbliżającego się końca wegetacji roślin jest kolejnym momentem doświadczania cykli życia przez Japończyków. Te dwa pozornie odlegle bieguny odczuwania łączy bardzo wiele… Początek i koniec.

Reszta opowieści o hanami to historia czasu spędzonego pod zielonym listowiem drzew czereśni, wiśni czy moreli. Mikro historie płatków kwiatów opadających na kulki sushi i ciasteczka z pasty sojowej. Smak piwa Asashi z odległego Hokkaido i schłodzonej sake z nie wiem skąd. I godzin rozmów, które jak rzadko w tym kraju były okazją do odnajdowania wspólnoty i rozbudzenia tęsknoty za kolejnym hanami, choć to wciąż jeszcze trwało…

Prognoza kwitnienia wiśni (wiosna 2007; źródło: The Japan Times)

Sacura & seven boats (Tokio, fosa pałacu cesarskiego, 2007)

Widok (Tokio; okolice pałacu cesarskiego, 2007)

Moja sakura (Tokio, 2007)

Zanim opadną (cykl: Hanami, Tokio 2007)

Sakura, saakurra! (cykl: Hanami, 2007)

Sakura, sakura... (Tokio, 2007)

Cesarska sakura (Tokio, 2007)

A o poranku błękitne maty pustoszeją... (seria: Hanami, 2007)

Two men and sacura (in the background) (Tokio, 2007)

Catching the moment (2) (Tokio, Sakura 2007) Catching the moment (seria: Hanami, 2007)

Sakura za oknem... (GRIPS, Tokio, 2007)

Sacura and boats (2)

Czesi jak Japończycy, czasami. Słowo na wtorek (4)

Zdziwnienie

To trochę dziwne. Czasami to o Węgrzech i Węgrach pisze się, że to europejscy outsiderzy  i nie wynika to wprost z aktualnych kontaktów Orbana  z Putinem (wspomina sie przy takich okazjach o oryginalnym języku, kulturze innej od sąsiednich, alienacji społecznej, czego skutkiem znaczna na tle Europy liczba samobójstw). A tymczasem ja tutaj o Czechach i Japończykach… Owszem zaskakujące, ale po blisko roku pobytu tutaj, nasuwają się czasami pewne porównania i analogie.

Skąd się biorą te podobieństwa? Nie wiem (jeszcze).

Ale znalazłem dwa (co z pewnością nie stanowi liczby zamkniętej), a właściwie to one mnie znalazły, gdy ostatnio podczytywałem miejscowe gazety. Czytam je sobie spokojnie (i wolno) i czytam, i oto bang! Zauważyłem, że w szybkim czasie przenoszę sie z (O)pavy do tokijskiej (O)daiby i na odwrót. Dwa światy, pozornie tylko odległe… Oba na literę ‚O’.

Języki obce

Japończycy nie mówią po angielsku, sprawa jest znana, zanalizowana. Tak jest. Każdy z nich wymieni całkiem sporo słów w tym języku (mniejsz a oto jak), wykaże się długoletnimi studiami nad językami obcymi (głównie angielskim), ale gdy przychodzi co do czego, na pytanie w jakimkolwiek innym języku niż własnym, przeciętny Japończyk zareaguje bardzo nerwowo.

Ucieka pytany na ulicy, poci się gdy nie może już uciec i powiedzmy niewerbalnie (a to silna strona komunikacji w Japonii) informuje nas, że oczekując od niego znajomości języka obcego, stawiamy go (a to już straszne i niebezpieczne) w bardzo niezręcznej sytuacji. Są wyjątki (oczywiście) i jest ich sporo, ale jak na nację 128. milionową, funkcjonującą na globalnym rynku i w relacjach międzynarodowych, jest rozczarowująco niedobrze.

Sprawę badał kiedys internetowy Japan Today i tam zawarte obserwacje potwierdzają się z moimi doświadczeniami. Winny jest system edukacji (głośnego czytania w klasie i powtarzania treści z podręcznika, przenosimy się do niemal średniowiecznego lektorium), nawyki kulturowe (w Japonii milczenie jest częścią komunikowania, nie ma imperatywu nieustannego mówienia i… w ten sposób pogłębiania znajomości języka). No, a na końcu jest też coś zupełnie niezwykłego i bolesnego, czy to się mieszkańcóm Albionu podoba, czy nie. Tym czymś jest lekko lekceważący stosunek to tego języka (innych języków obcych tym bardziej), jako skutecznego środka porozumiewania się ze światem. W dziwny sposób funkcjonuje domniemanie (graniczące z pewnością), że świat mówi po… japońsku. Cóż, przejaw mentalności wyspiarzy ktoś powie… Może. To znaczy tak to, ale to też jedynie część wyjaśnienia w tej sprawie.

No i wiedząc o tym wszystkim wpadam na krótką notatkę w dzienniku Pravo (z 11.02. 2015) i dowiaduję się, że ¾  populacji Czechów mówi jednym językiem obcym. Jest to albo angielski, albo niemiecki lub (to jest ciekawe) rosyjski. Orędownikiem tego ostatniego i jego lingwistycznym propagatorem jest prezydent kraju Miloš Zeman. Dzisiaj nie o polityce, więc nie będę przytaczał dyskusji mieszkańców, co o tym sądzą.

W grupie mówiących obcymi językami, jednak już jedynie 34% płynnie mówi po angielsku, 20% po niemiecku, no i 13% po rosyjsku. 90% Czechów zna tylko jeden język obcy. Czesi są w tej statystyce dla siebie wymagający i nie uwzględniają jako języka obcego mowy Słowaków, a przecież  znakomicie zmieniłoby to te proporcje. Brawo dla Czechów za tak pryncypialną postawę.

Brawa milkną, gdy widać jak rzeczy mają sie w praktyce. Czesi uczą się języków obcych, ale podobnie jak my i podobnie jak Japończycy, nie wspierają codziennej ich obecności w przestrzeni społecznej, publicznej.

Filmy są bardzo często dubbingowane (przypomina to sytuację żywcem przejętą z tradycji niemieckiej i japońskiej właśnie), a w typowych kontaktach biznesowych, towarzyskich (o ile nie  dotyczą relacji naprawdę międzynarodowych i realizowanych na poziomie korporacji, relacji z UE etc.), jak ognia unika się zejścia na poziom języka obcego. „Mówię po angielsku(niemiecku, polsku),  tylko gdy muszę”, to chyba najczęściej wypowiadane zdanie w języku czeskim, jakiego można się tutaj nauczyć. Nadal zresztą nie bedzie to TA sytuacja i ten rodzaj przymusu. Po takim wyjaśnieniu, już bez stresu naszego rozmówcy, dalsza część konwersacji kontynuowana będzie z pewnością po… czesku.

Biura podróży uspokajają Czechów, że tam gdzie się wybiorą na wakacje miejscowa ludność także bedzie mówiła po czesku (przynajmniej niektórzy) i … będzie prawie jak w domu (bardzo japońskie). Nawet nie wiem kiedy i jak, czuje jakbym odbywał błyskawiczną podróż na… Wyspy Japońskie. Nauka języka obcego w wielu przypadkach wciąż przypomina tradycję zgoła samurajską. Z niektórych opowieści wyłania się obraz typowego zaliczenia lektoratów na studiach wyższych „w nagrodę” za sam fakt bycia i pasywnego uczestniczenia.

Dziwne, ale dotyczy to także przedstawicieli świata mediów. Poznani dziennikarze w różnym wieku i powiedzmy mający za sobą różne ścieżki kariery zawodowej niechętnie identyfikują się z ową ¾ częścią populacji mówiącą inaczej niż po czesku (i słowacku).Choć oczywiście są wyjątki (nic nie zmeiniające).

Obraz zdziwienia i zaskoczenia, że świat takiej kompetencji od nich może oczekiwać zastanawia, a zdziwione oczy moich rozmówców po raz kolejny przypominają mi twarze widziane gdzieś na ulicach kolorowych ulicachTokio i innych większych miast Japonii. Na prowincji (japońskiej) szansa na spotkanie kogoś kto mówi językami… jest naprawdę jest bardzo mała. W tamtych warunkach doradzałbym jednak wzięcie ze sobą rozmówek lub elektronicznego tłumacza, naprawdę ułatwi (uratuje) życie. W Czechach rada dotyczyłaby zachowania ostrożności w używaniu polskiego jako języka czeskiego. Jest tak może jeszcze w Opawie, będzie czasami w Ołomuńcu, ale im dalej (na południe i zachód) tym gorzej i myślę, że prawdziwa jest sarkastyczna uwaga (nie wiem czyjego autorstwa), że mieszkańcy Pragi  mogą niekoniecznie wiedzieć o istnienieniu takiego kraju i języka (jak Polska i polski).

Tutejszy najwyższy urzędnik państwowy (niedawno wybrany), odpowiednik takiego szefa civil service (służby cywilnej) w Japonii lub Zjednoczonym Królestwie, posiada zachwalaną przez media komptencję jezykową na poziomie B2. To nieźle (bo więcej niż nic), ale już w Polsce nie mógłby się ubiegać o większość wyższych stanowisk w administracji publicznej, bo tam jest wymagany poziom C1. Niby drobiazg, ale posiada swoją symboliczną wymowę. Trzymajmy jednak kciuki za niemal-ministra (podobnie jak czynią to tutejsze media), bo wkrótce staje do kolejnego egzaminu w Brukseli i  (jak się tu mówi) ma szanse stać się szczęśliwym posiadaczem certyfikatu C 1 właśnie…

DINX I DISK. Starcie dwóch światów

Inna informacja, która sprawiła, że lektura czytanych z reguły pobieżnie tekstów tutejszych gazet, przykuła moją uwagę, dotyczyła tego, że oto Czesi, nieco jak Japończycy (porównanie jest moje, autor artykułu w Pravie z 23.02. nie czynił takowych, uspokajam), coraz później wchodzą w związek małżenski. W Japonii dało to początek ruchowi konsumencko-społecznemu, który ponad wszystko wynosi konsumpcję i życie w formule singla (DINX, rozwinięcie niżej). Rzecz ma się, jak czytam nieco podobnie w Czechach, albo to tylko moje skojarzenie?

Dzisiaj średnia wieku mężczyzny biorącego ślub to 32 lata. Wiek kobiety to około 30 lat. Jeśli zmiany w tym zakresie bedą tak szybko postępowały, to jak zauważają zaniepokojeni socjologowie, połowa mężczyzn zakładających (za kilka lat) rodzinę, będzie w wieku lat50-ciu.

Przyczyny są i tutaj, i w Japonii podobne.

Praca, praca i nadzieja, że kiedyś będzie czas na to wszystko.. Do tego dochodzi brak dawnych instytucji państwa opiekuńczego, bezrobocie, obawa przed jutrem. No, ale w Czechach egoizmu jest jakby mniej. W porównaniu z Japończykami jest o tyle lepiej, że w choć w nieformalnych związkach, to dzieci się tutaj nadal rodzą. Japońskie Double Income No Kids (DINX), tutaj funkcjonuje raczej jako DISK(?) i oznaczałoby Double Income Some(times) Kids, co daje Czechom zdecydowaną przewagę nad Japończykami i jako takie perspektywy na przyszłość… narodu. Ahoj:)

 Bez tytułu

 

Yokohama Shashin. Zapiski z klawiatury. Japonia (15)

Raj dla odkrywców

Na początku na przybyszy z Zachodu nikt nie czekał w Japonii. Było wręcz przeciwnie. Obcy (aliens) zaczęli doń napływać od początku epoki Meiji (1868-1912). Było to następstwem przymusowego otwarcia kraju po 1854 roku i decyzji cesarza (wraz z jego otoczeniem) o westernizacji kraju.

Cudzoziemcy szybko znajdowali zatrudnienie w gwałtowanie modernizującym się  kraju. Zapełniali stanowiska na cesarskim dworze jak Ottmar von Mohl, tajny radca na dworze cesarza Mutsuhito, autor interesujących wspomnień pod tytułem Na japońskim dworze (Am japanischen Hofe) wydanych drukiem w Berlinie w 1904 r. Pełnili rozmaite i z reguły wysokie funkcje w tworzącej się administracji państwa. Inni byli  pożądanymi ekspertami. Inżynierami, architektami, których tak pilnie potrzebowało Cesarstwo. Uczyli Japończyków rozwijać przemysły: tekstylny, stalowy, wspierali budowę kolei i rozbudowywali armię. Wprowadzali, jak w Jokohamie, nowoczesną  infrastrukturę miasta. Promowali zachodnią architekturę. Przykłady tego rodzaju budownictwa można nadal znaleźć na nabrzeżu współczesnego portu w Jokohamie. Są wyjątkową pamiątką tamtego okresu, jakich niewiele już w całej Japonii.

Ottmar von Mohl. Strona tytułowa jego wspomnień. Berlin 1904 (ze zbiorów własnych) / Ottmar von Mohl. Front page from his memories from the Emperor's court, Berlin 1904

Stare magazyny w Jokohamie / Old store-houses in Yokohama seaport from the late 19th century (2007) Przeszłość, która trwa / Past that lasts (Jokohama/ Yokohama, 2007)

Początkowo dotarcie do Japonii nie było łatwe.  Podróż na wyspy japońskie oznaczała długą, wyczerpującą i kosztowną podróż. Zdobywało się na nią niewielu. Wkrótce jednak doszło do zmian, które w skali globalnej (jak dzisiaj byśmy powiedzieli)  zainicjowały faktyczne odkrywanie Japonii przez przybyszy z zewnątrz.

Pierwszą ze zmian było uruchomienie transkontynentalnej kolei w USA w maju 1869 roku. Kolej ta, budowana nota bene rękoma tysięcy chińskich robotników, ułatwiła dostęp do portów zachodniego wybrzeża USA, a stąd otwierała drogę na Daleki Wschód (i do Japonii) dla rosnącej liczby przybyszy z kontynentu amerykańskiego. Pierwsze stałe połączenie transoceaniczne z San Francisco do Hong Kongu  (przez Jokohamę, Kobe i Nagasaki) zostało uruchomione już w 1867 roku. Obsługiwała ją Pacific Mail Steamship Company. Turyści podróżowali do Japonii na pokładzie niewielkich (drewnianych) statków parowych. Długi czas podróży, jak wspominała jedna z pasażerek, spędzali spacerując po górnych pokładach statku, zajmując się lekturą książek, słuchając muzyki lub (co było ulubionym zajęciem panów) praktykując ćwiczenia gimnastyczne…

Otwarcie kanału suezkiego w listopadzie  1869 roku, znakomicie zwiększyło liczbę osób, które zafascynowane opowieściami o Japonii, były pierwszymi turystami, którzy w większej liczbie zaczęli napływać do Japonii z Europy…

Jokohama była pierwszym miejscem, które widzieli przybywając do cesarstwa. Wiarygodną wizję ówczesnej Jokohamy przynosi filmowy obraz „Ostatni samuraj”, wielokrotnie przywoływany na stronach tego bloga. Jak wspomina jeden z podróżników tego czasu, bostończyk Harry Hughes, „(…) miasto to było jedną z najbardziej zadziwiających mieszanek tego,  czym było zderzenie Wschodu z Zachodem… (…)”. Najważniejszym adresem w tym mieście dla zachodnich turystów był otwarty już w 1870 roku Grand Hotel, wzniesiony w manierze czegoś, co współcześni nazywali zachodnim stylem właśnie.

Proces westernizacji postępował jednak bardzo dynamicznie i już po 1900 roku osoby przybywające do Jokohamy przypływały do prawdziwie zachodnioeuropejskiego miasta. Oświetlonego lampami gazowymi, wyposażonego w brukowane chodniki i drogi, szczycącego się miejskimi wodociągami, które uruchomiono w 1887 roku.

Pojawienie się turystów w Japonii, pociągnęło za sobą publikację pierwszych relacji z podróży do tego kraju, poczynając od zapisków Komodora Perry’ego z 1854 roku, a kończąc na stosunkowo współczesnych przewodnikach i albumach fotograficznych… Te ostatnie, pierwszemu pokoleniu podróżników na wyspy japońskie, dawały przedsmak czekającej ich przygody i wpisywały się w romantyczną wizję kraju Kwitnącej Wiśni, która  funkcjonowała w Europie i w USA. Fotografia podróżnicza generowała i odzwierciedlała współczesne wyobrażenia o Japonii jako kraju egzotycznego, nieznanego. Zaludnionego postaciami samurajów i gejsz.

Fotografie z Jokohamy

Yokohama Shashin, fotografie z Jokohamy, w pewnym sensie zastępowały lub dopełniały doświadczenia podróżników, którzy przybywali na wyspy japońskie i swoje poznanie kraju ograniczali do… tego portu. Jeszcze bowiem do 1899 roku, każdy przybysz planujący podróże po cesarstwie musiał posiadać specjalny paszport, umożliwiający mu wędrówkę w głąb wysp. Bez tego dokumentu, przed turystami otworem stało jedynie pięć wielkich portów Japonii (Jokohama, Kobe, Nagasaki, Hakodate i Nijgate) i dwa metropolitalne miasta (Tokio i Osaka) wraz z obszarem dwudziestu pięciu mil wokół każdego z tych miejsc. Mimo tych ograniczeń, ruch turystów i poszukiwaczy przygód przybywało. Zdjęcia jedynie podsycały to zainteresowanie. W otwartych miastach  otwierano hotele, które – jak głosiły ich reklamy i opisy – z myślą o przybyszach oferowały im  „dobre zachodnie łóżka”, „wina i alkohol w rozsądnych cenach”, a latem luksus „serwowania lodu”…

W miastach tych powstawały liczne atelier fotograficzne, które dawały możliwość niemal osobistego kontaktu z egzotyką i kolorytem lokalnym. Sesja fotograficzna w stroju samuraja, czy kimonie gejszy stała się obowiązkowym punktem w programie zwiedzania każdego szanującego się turysty. Pracownie fotograficzne wytwarzały zdjęcia z przeznaczeniem na eksport, publikując imponującą liczbę obrazkowych wydawnictw na temat Japonii. Albumów niosących z sobą zarówno prawdziwe wyobrażenia o kraju, jak i tych podporządkowanych potrzebom swoistej projekcji zachodnich turystów na temat tego, czym w oczach owych przybyszy pozostawała Japonia.

Wydaje się, że szczególnie zdjęcia z 2 połowy 19. wieku,  przyczyniły się do stworzenia niezwykle trwałych wyobrażeń na temat mieszkańców tego kraju i panujących w Japonii obyczajów. Fotografie te wzmacniały stare i budowały nowe stereotypy kulturowe. Te skutecznie wrosły w symboliczne wyobrażenia na temat Japonii, które często i zupełnie nieświadomie nosimy w sobie po dziś dzień… Przez ich pryzmat ‚widzimy’ przeszłość Japonii, choć często nie ma ona zbyt wiele wspólnego z prawdziwymi scenami z historii tego kraju.

Na centrum fotografii tego czasu, tj. II połowy 19. wieku, wyrosła Jokohama, gdzie fotografia stała się potężną gałęzią aktywności ekonomicznej jej mieszkańców.

Była to fotografia odręcznie kolorowana, prezentująca pejzaże, typy ludzkie, sceny rodzajowe, portrety. Jeszcze w roku 1867 w Osace było ponad czterdzieści warsztatów fotograficznych, podczas gdy w Jokohamie tylko cztery… Wkrótce sytuacja ta radykalnie się zmieniła i to w Jokohamie zaczęły masowo powstawać studia fotograficzne. Masowo zatrudniano w nich statystów do scen rodzajowych. Miasto stało się centrum produkcji wydawnictw albumowych. Te, publikowane  w formie zbiorów liczących od 50 do 100 zdjęć, oprawiane w ozdobny papier lub dekoracyjnie potraktowaną skórę, setkom, a potem tysiącom turystów napływających do portu i kraju miały zastępować ich osobiste doświadczenie Japonii… lub je utrwalać.

Wytatułowany Japończyk. Zdjęcie z epoki (reprodukcja) / Japanese man with tatoos. Photo from the epoch

Fotografowie z Zachodu

Za prekursora fotografii z Jokohamy uchodzi, pochodzący z Wysp Brytyjskich Felice Beato, który założył swoje atelier latem 1863 roku. Już w roku 1865 oferował zainteresowanym wystandaryzowane formaty zdjęć i cennik albumów. Albumy, poza samymi zdjęciami zawierały opisy pomieszczonych tam fotografii i bardzo szybko zyskały popularność zarówno wśród turystów, jak i między rodzimymi fotografami, znajdując licznych i zdolnych naśladowców. Ich zdjęcia stały się równie popularne, co oryginały. Były autorstwa między innymi Uchidy Kuichi, fotografa z Tokio i Kusakabe Kimbei, znanego fotografa praktykującego w Jokohamie. Miejscowi autorzy zdjęć wypracowali nowe typy ikonograficzne i przedstawieniowe, które na trwale ukształtowały fotografię z Jokohamy i z Japonii tego czasu, w ogóle.

Kolejną postacią na trwale związaną z fenomenem fotografii z Jokohamy jest Adolfo Farsari, fotograf pochodzący z Włoch, którego biografia jest porównywalna do historii głównego bohatera „Ostatniego samuraja” z tą może różnicą, że jest… prawdziwa i równie niezwykła.

Farsari, zagorzały abolicjonista, ochotnik w wojskach Unii i kawalerzysta podczas Wojny Secesyjnej, w 1873 roku wyemigrował ze Stanów do Japonii i osiedlił się w Jokohamie. Tutaj po opanowaniu technik fotograficznych, w 1883 roku  otworzył swoje studio i rozpoczął własną praktykę.

Farsari w istotny sposób wpłynął na ukształtowanie się japońskiej fotografii tego okresu. Jej symbolem stały się ręcznie kolorowane odbitki albuminowe (były to fotografie wykonywane zresztą nie tylko w tej technice). Pomimo nieszczęść i wypadków, które trapiły go  i jego firmę A. Farsari & Co. (np. w 1886 roku wszystkie posiadane przez niego negatywy spłonęły w jego atelier w Jokohamie; nie wyklucza się, że być może  w wyniku działań konkurencji), po jego śmierci pozostało ponad 1 000 negatywów, głównie z dziedziny fotografii pejzażowej i rodzajowej. Miarą sukcesu odniesionego w Japonii było to, że Farsari był pierwszym z fotografów aktywnych w Japonii, któremu zezwolono na wykonanie zdjęć w Ogrodach Cesarskich w Tokio.

Farsari współpracował z wieloma japońskimi fotografami, choć równie liczną i ważną częścią jego zespołu były zatrudnione przez niego osoby… ręcznie kolorujące zdjęcia ( w 1891 roku, na 32 pracowników jego firmy, 19 zajmowało się właśnie kolorowaniem zdjęć). Jego spuścizną były kolejne pokolenia rzemieślników i mistrzów fotografii, które inspirowały się jego pracą…

Fotografia się upowszechnia, niestety.

Kolorowanie zdjęć, w jakimś sensie i paradoksalnie przyczyniło się do… upadku fotografii z Jokohamy. Stało się tak, gdy począwszy od  1888 roku, w Tokio, zaczęto fotomechaniczne (światłodrukowe) wytwarzanie zdjęć kolorowanych.

Takie zdjęcia były zdecydowanie tańsze, wytwarzano je masowo, co w praktyce oznaczało koniec ekskluzywnych albumów z Jokohamy. O nowych zdjęciach  z Tokio pisano, reklamując ich zalety, że ich „kolory nigdy nie płowieją” i są zawsze doskonałe technicznie, czego istotnie nie dało się powiedzieć o fotografiach powstających w rzemieślniczych warsztatach Jokohamy.

Gdy w 1900 roku dopuszczono w Japonii do obrotu handlowego pocztówki, los zdjęć z Jokohamy został ostatecznie przypieczętowany. Fotografia  trafiła na kartki pocztowe, co  przyczyniło się do umasowienia fotografii w ogóle… Swoistym gwoździem do trumny dla  przemysłu fotograficznego w Jokohamie, było szybkie, także w Japonii, rozwijanie się fotografii amatorskiej, która ostatecznie obaliła monopol atelier fotograficznych. Te były już potrzebne co najwyżej do… wywoływania zdjęć. W 1905 roku właściciel sklepu fotograficznego w Tokio, Pan Kusakabe, dumnie reklamował się jako wiodący importer na rynek japoński aparatów fotograficznych firmy Kodak…  i wszystkich innych akcesoriów fotograficznych.

Meisho stare i nowe

No, a co fotografowano najchętniej?

Fotografia, jak każda nowa dziedzina sztuki bardzo szybko „weszła w buty” wcześniejszych gatunków, jakimi były między innymi popularne drzeworyty klockowe. Stała się nową formą obrazowania tradycyjnych motywów krajobrazowych meisho-e, czyli widoków słynnych i popularnych miejsc, wcześniej uwiecznionych w literaturze i przekazie historycznym, w okresie Edo i wcześniejszych.

Do najpopularniejszych meisho wśród cudzoziemców należały widoki Kioto i Edo (Tokyo) oraz krajobrazy wokół historycznej i współczesnej stolicy Japonii. Innym, niezwykle popularnym tematem była Góra Fuji, Jezioro Hakone, wzgórza wokół Jokohamy i miejsca spopularyzowane w okresie Edo, takie jak świątynia w Nikko, czy (jak w Tokio) park Ueno oraz  nabrzeża płynącej przez to miasto rzeki Sumida…

Nowy gatunek wykreował także własną, autonomiczną ikonografię i popularyzował nowe miejsca, wcześniej nieobecne w wyobraźni samych Japończyków. Do rangi nowych meisho szybko awansował trzynastowieczny, odlany w spiżu, posąg Wielkiego Buddy w Kamakurze, czy też mauzoleum shogunów z dynastii Tokugawa w Nikko. Nikko zresztą cieszyło się wśród turystów ogromną popularnością, do tego stopnia, iż to wówczas właśnie utarło się powiedzenie że „ten kto nie widział Nikko, nie widział wspaniałości świata”

Kamakura, zdjęcie z epoki / Kamakura. Photo from the beginning of the 20th century

Wielki Budda w Kamakurze / Great Budda in Kamakura Budda z Kamakury

Nikko. Antyczne latarnie / Nikko, Old lanterns

 Epilog

Świat zdjęć z Jokohamy to z jednej strony fascynujący obraz tradycyjnej Japonii, z drugiej rejestracja zmian, które  bezpowrotnie ją zmieniły.

Gdzie je można zobaczyć?

Ponad 20. zdjęć z okresu Meiji i Taisho (a więc do 1926 roku), głównie fotografii portretowej, po swoim powrocie z Japonii przekazałem do zbiorów gliwickiego muzeum. To bodaj jedyna taka placówka muzealna na Górnym Ślasku, która za sprawą darowizn przekazanych przez niemieckich oficerów doradzających Japończykom w wojnie japońsko-rosyjskiej 1905 roku, posiada dzisiaj relatywnie bogate zbiory japoników na  Śląsku i w Polsce.

W Tokio (pomijając miejscowe muzea) wciąż można się na nie natknąć i… co już jest wyjątkowe,  stać się ich właścicielem.

Co niedzielę,  na terenach przylegających do Tokyo International Forum (ścisłe centrum miasta, znajdujące się w pobliżu historycznego, głównego dworca kolejowego japońskiej metropolii) odbywają się targi staroci. Wśród nich, przy pewnej dozie szczęścia i uwagi, odnaleźć można historyczne fotografie z Jokohamy i inne 19. wieczne zdjęcia z Japonii w ogóle. Wśród nich są i dagerotypy, ferrotypie, albuminy… i odbitki stereograficzne. W każdym przypadku będzie to wyjątkowe doświadczenie…a  nagrodą niezwykłe zdjęcia…

Osobista pamiątka i intymne wspomnienie z Japonii…

Tokio. Targi staroci / Tokyo. Antique market Antique market in Tokyo / Tokio. Targ staroci w Tokyo International ForumA po targach staroci czas na kawę... / Nothing tastes better than coffee after visiting antique market (Tokio, 2007)

Pani MacKenzie i jej uczennice (1895). Zdjęcie ze zbiorów własnych

Powiedz szefowi co myślisz, czyli bōnenkai party. Zapiski z klawiatury. Japonia (15)

„No to je parada” – chciałoby się powiedzieć po czesku, myśląc  o bonenkai party, które tradycyjnie organizują wszystkie instytucje w Japonii w okresie poprzedzającym święta i  przed końcem  starego roku.

Patrząc na źródłosłów tej nazwy, od razu zrozumiemy, że jest to spotkanie którego istotą, jest… zapomnienie o tym co było (głównie złego) w minionym roku…

Bonenkai-party to wydaje się dobry pomysł na odreagowanie tego, co można nazwać sformalizowanymi, powierzchownymi stosunkami ludzkimi w Japonii, gdzie nawet w trakcie rozmowy telefonicznej wymienia się (na odległość) grzecznościowo-rytualne ukłony. Pamiętam taką scenę na tokijskiej Ginzie i muszę powiedzieć, że wywarła ona na mnie kolosalne wrażenie. Uzmysłowiła siłę rutuału i tego co nazwać można hierarchią społeczno-plemienną Japończyków.

Jest więc taki dzień, „wyjątkowy, choć grudniowy”, chciałoby się sparafrazować znany tekst pastorałki,  gdy pozornie nic nowego się nie dzieje, bo wszyscy znowu zostają w pracy,  po pracy (nota bene często pozorując pracę i po prostu będąc w niej, by zadowolić szefa swoją obecnością i trwaniem – jak i on –  na stanowisku). Tym razem jednak to „po pracy”, oznacza wspólne wyjście na sutą kolację, opłaconą przez firmę. Bywa zresztą, że spotkanie organizowane jest w siedzibie danej instytucji. W jakimś stopniu zależy to od kultury korporacyjnej danej instytucji.

Na kolacji kończącej rok, spotykają się wszyscy pracownicy danej firmy. Jej opuszczenie jest oczywiście niemile widziane, w końcu to dzień wolności (o tym za chwilę), ale nie od wszystkich obowiązków… Zresztą magia suto zastawionego stołu, alkoholu i wszystkiego tego, co kojarzy się z dobrze spędzonym czasem sprawia, że raczej nikogo nie zabraknie na takiej imprezie…

Egalitaryzm kolacji i całego spotkania uwidacznia się także w sposobie zasiadania do stołu. Jest mniej formalny, nie obowiązuje wprost hierarchia i zdarza się (manifestacje takie są mile widziane i w jakimś sensie pożądane), że prezes firmy usiądzie koło fizycznego pracownika (inna sprawa, że etos pracy w Japonii nie dyskryminuje  pracowników fizycznych, ani ich pracy nie lekceważy  w sposób znany nam w Europie, więc sytuacja taka z zasady nie jest tak bardzo szokująca).

Formalizm i ceremonia, która z jednej strony potrafi tak bardzo uwierać w Japonii, tym razem się ogromnie przydaje, bo wiedza na temat tego czym jest i czemu służy  bonenkai-party sprawia, że szybko i skutecznie wszyscy przestawiają się i dostosowują do nowych ról i nieformalnego, otwartego charakteru takiej imprezy.

Wygląda to dokładnie tak, jakby na tych kilkanaście godzin Japończyk przestał być Japończykiem, choć pamiętajmy dzieje się tak właśnie dlatego, że wiadomo, że można, że wolno tak się zachowywać i w ramach konwencji jaka obowiązuje tego dnia, nie poniesie się żadnych konsekwencji.

Je się i pije się tego wieczora, a z ust uczestników biesiady mogą i płyną żale, pretensje, zwierzenia i co tam jeszcze chcecie. Szef może zweryfikować opinię na swój temat (robi to z godnością i zrozumieniem, że w końcu także i on nie jest tak doskonały), ale takie spotkanie pozwala mu też spojrzeć (w tej jeden wieczór) innym okiem na ludzi, którzy go otaczają i na co dzień, zachowują się (czasami) zupełnie inaczej.

To oczywiste, że i szef  ma prawo do osobistego odniesienia się do tego, jaki był to rok i tego co i o kim i jak myśli. By była jasność. Akcenty tego co dobre i co złe mieszają się na takim spotkaniu w niejednoznacznych  proporcjach i nie jest tak, że jest to ten rodzaj spotkania, podczas którego alkohol topi tylko złe emocje. To moment swoistego oczyszczenia i właściwie tak należy interpretować to, co ma miejsce  tego wieczora i nocą przy stole…  To zamykanie spraw, których prawdopodobnie inaczej nie da się już rozwiązać.

Po bonenkai-party przychodzi dzień po. ..

Nie łączy się go już w żaden sposób z tym co miało miejsce jeszcze kilka godzin wcześniej (no może jedynie z silnym bólem głowy, jeśli się przesadziło z sake lub shōchū (rodzaj japońskiej wódki). Są to dwa różne światy, które mają tych samych bohaterów, ale pozostających oni w kompletnie innych konwencjach zachowań i kodów językowych.

Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie podobnej sytuacji w Polsce i założenia, że to co było wczoraj, nie ma wpływu, na to co dzieje się i co myśli się następnego dnia. No może, wnioskowanie po takich spotkaniach możliwe jest i w Japonii, ale zdradzanie się z tym, że zacznie to kształtować wprost  zachowanie wobec określonych osób, byłoby z miejsca napiętnowane (ostracyzmem, odrzuceniem) i jest złamaniem pewnej ważnej umowy społecznej. W Japonii można czasami wiele (?), ale nie aż tyle… Obyczaj, niepisane (i pisane) zasady postępowania (tradycja kodeksu bushido) sprawiają, że jest rzeczywistość bonenkai -party i tego co się tam stało, to obszar funkcjonowania swoistego, niewzruszalnego milczenia. Tak jest. Po prostu. Taka jest Japonia.

Bonenkai-party poza tą ceremonialną i integracyjną rolą, spełnia inną bodaj jeszcze ważniejszą rolę. Jest w mojej ocenie swoistym „wentylem bezpieczeństwa” w relacjach społecznych, które – nie waham się tego powiedzieć – eliminują jakikolwiek poziom indywidualizmu, ograniczają ekspresję własną i przeciwstawiają  się  zmianom, o ile te nie  są akceptowane przez istniejący establishment, czy senioralnego systemu opresji wielopokoleniowej, którego doskonałym przykładem na gruncie administracji jest system konsultacji i podejmowania decyzji znany jako nemawashi. To system mający dać przekonanie wszystkim, których dotyka, że faktycznie uczestniczą w podejmowaniu decyzji. Niestety, choć rozstrzygnięcia są podejmowane „od dołu”, w praktyce każda decyzja- taka, czy inna – dawno już została przesądzona przez podejmującą owe rozstrzygnięcie senioralną „górę”. Ta ostatnia ma swoje oczekiwania, które w nieformalny sposób potrafi zawsze skutecznie przeforsować. Czy to nie powód (kolejny), by w tej jeden, jedyny grudniowy dzień się zapomnieć i kontestować istniejący porządek?

*

Bonenkai-party jest częścią tego, co składa się na grudniowe celebracje w Japonii. Temat uznany już wczoraj (prawie) za zamknięty, domykam dzisiaj. Sprowokował go artykuł w miejscowej prasie o czeskich firmowych imprezach świątecznych…

Następstwem tych czeskich, jak dowodzą badania (lubię to, że Czesi tak naukowo i z powagą badają swój charakter i styl życia) jest to, że stare przyjaźnie bywają zastępowane nowymi. Rozczarowanie ustępuje miejsca fascynacji (np. walorami osoby przez nas dotąd lekceważonej), no i często pozostaje silny ból głowy. Spotkania takie sprzyjają także przygodnemu seksowi, co niestety psuje relacje w pracy i utrudnia powrót do następnego dnia (a ekonomia i wynika finansowy firmy cierpi).

Czytam tak o tym i myślę o serialu Mad men, wspominam lekturę  książki Mad women (Jane Maas, 2012) i łapie się na tym, że daleko od wysp japońskich są lub raczej były firmy, gdzie bonenkai-party trwały cały rok… Zastanawiam się komu to przeszkadzało? Ale to typowe wręcz idealne pytanie na bonenkai party, ale nie na blog. Tutaj traci ono rację bytu i jest już bardzo niepoprawne politycznie.

 Oczekiwanie. (Kioto, Japonia)

Japońskie Boże Narodzenie. Zapiski z klawiatury (14)

Czas Bożego Narodzenia jest w Japonii  czasem wyjątkowym, choć innym od nam znanego. Nie tylko dlatego, że  jest tam tak mało chrześcijan.

Japończycy w swoim dążeniu do westernizacji zrobili wiele, by i to święto jakoś wpisać w ich kulturę i doroczny kalendarz świąt. A mimo to…dla przybysza spoza wysp, gaijina (obcego-cudzoziemca) to okres, który myślę trudno się znosi, mając –  jak ja – w pamięci święta rozgrywające się w cieniu betlejemki, przy dźwiękach kolęd i obrazu opłatka, którym przełamujemy się z najbliższymi…

Szczerze? Perspektywa Bożego Narodzenia w Tokio lekko mnie przerażała, ale na szczęście wszystko skończyło się dobrze i 23 grudnia lądowałem na warszawskim Okęciu (mgieł nie było, jak dzisiaj)…

Co takiego napawało mnie przestrachem? Jakie wygląda Boże Narodzenie po japońsku ?

Oto krótka opowieść o niektórych obyczajach tego czasu…Opowieść zbudowana na tym co widziałem i co opowiedzieli mi o tym czasie sami Japończycy (Japonki w istocie, kultywujące tradycję; tą własną i przysposobioną)

Xmas tree, czyli choinka musi być kawaii

Oczywiście, jak wiele innych miłych rzeczy (a Xmass są miłe) i te święta muszą być „kawaii”. W praktyce oznacza to niezliczone  iluminacje choinkowe i „lodowe instalacje” . Tak przynajmniej było w Tokio, w którym mieszkałem. Owe choinki to zresztą rodzaj bardzo swobodnej interpretacji tego czym jest Xmas tree (tak też tutaj nazywanej) i dowód na to, że o ile Japończycy są  strażnikami własnej tradycji,  to tę zachodnią traktują już bardziej swobodnie lub (powie tak optymista) baaardzo kreatywnie…

Choinka ma być zatem słodka w wyrazie, ma być kawaii, musi byś śliczna, piękna. Świecić się i skrzyć złotem i srebrem, granatem, purpurą, różem. Olśniewać światłem własnym i odbitym. Drzewko w praktyce jest raczej pokaźną konstrukcją stalową, rzadko już zielonym drzewem (mówię o tych wystawianych w miejscach publicznych).

Choinka a la naturelle

Jeśli z jakiś powodów chcemy mieć prawdziwą choinkę, świerk lub jodłę, to jest to oczywiście możliwe.

Te są  sprowadzane na życzenie, droższe z Japonii (z Hokkaido), tańsze spoza wysp. No, ale w takim przypadku po pierwsze trzeba rzecz całą zaplanować wcześniej (coś co Japończycy robią nader chętnie) i już na początku listopada wybrać z katalogu najbliższej kwiaciarni drzewko naszych marzeń i… możliwości finansowych.

Taki okaz 1,50 m wysokości (+ pokaźny korzeń w donicy), zachwyci nas nie tylko swoją nieziemską urodą, ale też ceną około 10 000 yenów (100 dolarów) za sztukę. Te większe będą z każdym centymetrem droższe, a i transport trzeba jakoś w to wliczyć, bo o ile nie ma się siły i warunków na miarę Pudziana, dostarczenie go do odległej dzielnicy metropolii będzie nas kosztować co najmniej drugie tyle…

Przez pewien czas bardzo chciałem stać się szczęśliwym posiadaczem bożonarodzeniowego drzewka, rekompensując sobie oddalenie od ojczyzny… Może z powodu niepowodzenia przy jego zakupie zdecydowałem się na desperacki powrót do Polski? Może, to dobry pretekst i trop do rozwinięcia zupełnie innej opowieści, ale mnożąc kolejne „może”, może, nie tym razem?

Było bardziej banalnie.

Oto w drodze na moją uczelnię, w jednej z bocznych uliczek, w ekskluzywnej kwiaciarni w dzielnicy Roppongi, choinki kusiły mnie już od połowy listopada. Na początku twardo opierały się mojej nadziei na przecenę i na to, że coś utarguję.. To ostatnie przeświadczenie przywiozłem z Europy Środkowej, gdzie targowanie się jest przyjętą formą wykazywania zmysłu ekonomicznego i oczywistej inteligencji. Nie tutaj, niestety.

Po pierwszych rozmowach z właścicielem w sprawie zbyt wysokiej ceny (zero reakcji na moją legitymację studencką!), wymiany uwag na temat wyjątkowej jakości jego towaru (pochlebstwo nie zadziałało, wzmocniło jedynie upór sprzedawcy i przekonanie o wartości jego towaru…), a na koniec przywoływaniu z przeszłości wspomnień radosnych świąt spędzonych w domu i tych smutnych poza nim (próba wzbudzenia współczucia zawiodła całkowicie), dałem sobie spokój…

Z obojętnością i dobrze wyćwiczonym fochem mijałem przez kolejne dni kwiaciarnię, nie spoglądając w stronę zieleniejącego igliwia.

Pomyślałem sobie nawet (dla wygody własnej oczywiście i tak sobie tłumacząc porażkę negocjacyjną), że pewnie jest to jeden z tych szemranych interesów prowadzonych przez miejscową yakuzę (jest mocno reprezentowana  w Roppongi). Drzewka po prostu nie są na sprzedaż, a to co się robi w tej kwiaciarni bliższe jest  w swojej istocie znajdującej się obok pralni chemicznej, czyli pierze się tam kasę mafii i zniechęca klientów (bez właściwego tatuażu) do jakichkolwiek zakupów.

Potem, nagle choinki były tańsze, ale równie niespodziewanie okazało się, że na święta powrócę do Polski, więc problem świąt (i choinki) sam się rozwiązał… (no nie wiedziałem, że podróż z Aeroflotem dostarczy mi innych, intensywnych emocji, ale to już inna opowieść).

Wracając do świąt, są oczywiście enklawy w Japonii, gdzie święta i związana z nimi obrzędowość jest traktowana bardziej świadomie (np. północna część Hokkaido poddana historycznie oddziaływaniu prawosławia), ale nawet w Tokio, żyjące tam wspólnoty chrześcijańskie nie są w stanie zmienić powszechnego obrazu tych świąt, jako czegoś zupełnie innego i na inny temat… (że tak to ujmę).

Boże Narodzenie w Japonii, czyli ‘Love hotel, ’ KFC, tort truskawkowy i dzień cudów (miłosnych)…

Boże Narodzenie po japońsku to mówiąc obrazowo hybryda będąca formą skrzyżowania hollywodzkich (Diseney’owskich) obrazów Bożego Narodzenia, z dość typową u Japończyków predyspozycją do przesady i popadania w coś co w Europie nazwalibyśmy estetyką kiczu, maksymalizacji efektu i racjonalizacji.

Zatem już od połowy listopada ulice japonskich miast się z(a)mieniają w iluminowane arterie, coś na kształt widowisk z gatunku „światło i dźwięk”. Cale dzielnice rozświetlają  iluminacje i dekoracje o motywach „it must be Christmas now” (gwiazdy, gwiazdeczki, świece i sople lodu itd).

Wspominając to wszystko teraz, z lekkim rozbawieniem myślę, że choć święta tego Japończycy ( w mojej ocenie) nie rozumieją (ba, wyrasta z tradycji odrzuconej i tępionej w epoce Edo, jaką było chrześcijaństwo, a zwłaszcza zakazany tutaj katolicyzm), to cieszą się na ich nadejście jak dzieci…i jak my właśnie, widząc w nich okazję do uczynienia życia barwniejszym i ciekawszym od tego, którym jest na co dzień.

Love comes first

Przede wszystkim Boże Narodzenie w Japonii, to odpowiedni i właściwy czas na okazanie sobie (i zamanifestowanie światu jeśli trzeba) miłości.

W Wigilię Bożego Narodzenia, a także w pierwszy dzień świąt, zakochani spotykają się i czynią sobie wzajemnie wyznania miłosne. Gdy sprawy są już zaawansowane, to dzień świąteczny jest dobrą i właściwą okazją do tego, by para w romantycznym uniesieniu wylądowała w jednym z licznych „love hotels” i tam nieniepokojona przez nikogo (najwyżej cenione są hotele bezobsługowe), ustaliła intensywność emocji i trwałość relacji…

Kolacja, na którą w taki dzień zaprosi swoją ukochaną, kochający ją  mężczyzna, będzie miała niezwykle ciekawy, by nie powiedzieć kontrowersyjny anturaż. Tym najbardziej pożądanym miejscem będzie restauracja… KFC i serwowany tam drób… Tak, wiem jak to brzmi.

Bez przesady można powiedzieć, iż w te dni „Love is All Around” i tym stanem emocji przesycona jest cała  Japonia… Dzień ten odgrywa zresztą niezwykłe ważną rolę w biografiach miłosnych większości Japończyków, urodzonych po 1945 roku. Niezaproszenie jej/jego tego dnia do restauracji KFC (lub podobnej; w tej pierwszej miejsca trzeba rezerwować z miesięcznym wyprzedzeniem!)  lub niezłożenie poważnej propozycji (jak owa wizyta w hoteliku na godziny), może definitywnie zachwiać, by nie powiedzieć zmieść z powierzchni ziemi inkryminowaną miłość… Święta w tym przypadku to bardzo poważna sprawa…, jak widać.

Tort truskawkowy na deser

Tradycyjne danie w czasie Bożego Narodzenia, to jak już widać z tej opowieści, drób przygotowywany metodą pułkownika Sandersa i… spożywany tego dnia (24 grudnia) i następnego, tort truskawkowy… nazywany z angielska „Christmas cake”.

Biszkoptowy, „wypasiony” gdy mowa o ilość kremu i bitej śmietany, dekorowany godną liczbą truskawek, które w zadziwiającej liczbie, jak na tę porę roku, zdobią jego szczyt… Przyznaje, że byłem mocno zdziwiony, gdy pewnego grudniowego poranka (na początku tego miesiąca) wchodząc do swojego sklepiku „na rogu” (Daily Yamazaky) moim oczom ukazało się to cukiernicze cudo… Cena (nie jestem tego teraz pewien, może ktoś mnie skoryguje?) też była lekko szokująca, bo było to co najmniej  powyżej 5 000 yenów (ok. 50 dolarów US), czyli sporo jak na tego rodzaju kulinarną awanturkę (wiem, wiem, co to awanturka, ale mi tutaj to słowo bardzo pasuje).

No i uwierzcie, że siła tej ponowoczesnej tradycji wciąż działa, bo choć tort jest naprawdę drogi, to są one kupowane masowo, zamawiane i wreszcie zjadane (niestety, nie spróbowałem, nie znam smaku!) w Wigilię i pierwszego dnia świąt…

26 grudnia zawsze tracą drastycznie na wartości i… podlegają przecenie… Nagle też nikt ich nie chce… i stoją takie niechciane i porzucone…  (Ta niechęć Japończyków do przecen nie dziwi mnie w ogóle; Japończycy bardzo krytycznie postrzegają wszelkie „okazje” i przeceny, wietrząc w nich próbę sprzedania im w takich razach tandety i rzeczy o złej lub co najmniej obniżonej  jakości).

Za długi ten wpis. Też wiem. Czas kończyć…

Tort truskawkowy stał się także inspiracją do wykreowania przysłowiowego wyrażenia odnoszącego się do młodych kobiet… Gdy usłyszymy zatem, zdecydowanie w lekko ironicznym kontekście, że jakaś dziewczyna lub kobieta „przeistoczyła się w Bożonarodzeniowy tort ”, oznacza to ni mniej, ni więcej, że ma już ukończone co najmniej 26 lat i podlega „przecenie”, przestając być młodą, atrakcyjną panną do wzięcia…

Taak, owszem. Japończycy mają wiele wad (jaka nacja ich nie ma). Jedną z nich jest i ta, że są bardzo seksistowskim społeczeństwem. To wyrażenie nie należy zresztą do najgorszych. Bardziej zniechęcające jest to jak nadal i wciąż pomimo między innymi zapewnień obecnego premiera Shinzo Abe postrzegają miejsce kobiet w swoim społeczeństwie. To co jest praktyką życia codziennego, a to co jest postulowane, to dwa różne światy, w Japonii potrafiące się świetnie uzupełniać.

A bycie tortem Bożonarodzeniowym japońskie kobiety raczej nie przeraża, Wiem to od nich. Powiedziały mi to w sekrecie. No, to już i Wy wiecie.

A  to jest ów wyczekiwany koniec.

(PS. Szczęśliwych Świąt, gdy już nastaną)

"Lodowe pole". Stacja Shimbashi

"Xmas tree" na nabrzeżu Odaiby. W tle nocna panorama Tokio.

Siedziba FujiTV w świątecznej oprawie. Odaiba, Tokio

Roppongi Midtown. Świąteczna iluminacja. W tle Tokyo Tower

Nobuyoshi Araki i jego warszawska wystawa z supportem Pawła Jaszczuka. Zapiski z klawiatury. Japonia (13)

„Arakimania” i „Love by Leica” Nobuyoshi Arakiego oraz „Kinky City” Pawła Jaszczuka w warszawskiej galerii Leica, to bardzo wyjątkowe wydarzenie artystyczne tej jesieni, z kilku powodów. Zostało jeszcze kilka dni, by ją obejrzeć… (do 14 grudnia!).

Nobuyoshi Araki swoimi zdjęciami zbliża nas to intymnej sfery życia Japończyków, jaką jest ciało, sex, intymność odczuwania i doznawania – bólu i przyjemności lub obu tych składników równocześnie. To opowieść o zaspokajaniu, która zbliża nas do zdefiniowania tego, czym w sztuce  są korzenie, jak shunga w tym przypadku. Drzeworytnicza sztuka „zaawansowanej erotyki”  związana z epoką Edo, wyradzająca się w pornografię…

Ta (pornografia) nadal funkcjonuje w Japonii i ma się bardzo dobrze, uprawiana nie tylko w mediach ( w istocie drugiego obiegu i z ograniczeniami cenzorskimi), ale przede wszystkim w komiksowych wcieleniach brutalnej mangi, zczytywanej przez rozgorączkowanych mężczyzn w całodobowo otwartych sklepach Seven Eleven i im podobnych. Tam właśnie jest jak ryż  powszechna. Tam, bo czytana za darmo, dopóki o swoje prawa nie upomni się obsługa sklepu…

Pisze o tym, bo tych wystaw i fotografii Arakiego (i pośrednio obyczajowości japońskiej), nie da się zrozumieć, czytając dosłownie to,  co Araki pisze o koniecznej obecności pornografii w sztuce.

Skoro pornografia i fascynacja nią obecna jest w życiu codziennym  (choć często w chory sposób skrywana i kamuflowana, w myśl i tam panującej zasady, że jeśli o czymś się nie mówi, to tego nie ma), to tym bardziej ujawnia się w japońskiej sztuce. Tej dawnej i współczesnej.

Opowiedzenie się Arakiego na rzecz obecności pornografii w sztuce, w jego fotografii, jest więc naturalną konsekwencją tej konstatacji. Tym bardziej, że jak sam pisze  (a cytat ten jest potraktowany przez autorów wystawy jako rodzaj otwarcia i wprowadzenia w jej przestrzeń), fotografia jest „jak oddychanie” . To oddech, a czasami jak widzimy, ból pętania sznurem ciała w rytualnym kinbaku. Innym razem to akt miłosny lub emocje tuż po. I nie wiem, czy teraz pisze o fotografii, czy japońskiej erotyce, bo przecież to w jakimś sensie to jedno, gdy wierzyć Arakiemu.

Fotografia Arakiego jest osobista. To dobrze i źle.

Dobrze, bo pozostaje autentyczna (nawet jeśli jest narcystowską opowieścią o kobietach, które stały się częścią jego życia).  Źle, bo dla niektórych seria jego polaroidowych aktów pozostanie dziennikiem i obrazem emocji, których nie rozumiemy i je odrzucamy.  Bo kłócą się z naszym poczuciem estetyki, bo nie jesteśmy z wyspy zwanej j Japonią.

Fundamentalnie nie zgadzam się z opinią wyrażoną w tekście katalogu wystawy, że ciało w kulturze i sztuce japońskiej nie stanowi tabu. Jest nim i dlatego właśnie, taką siłę wyrazu (po części jako obrazu świata, którego nie rozumiemy) posiadają zdjęcia  Nobuyoshi Arakiego, choć on erotykę swą łagodzi i humanizuje. I może to łączy go w ciekawy sposób z tradycją shungi. Łagodnieje.

Kontrastem dla jego zdjęć, kontrastem dla mnie negatywnym, pozostają fotografie Pawła Jaszczuka, wyraźnie ulegającego fascynacji perwersją tokijskich salonów i odgrywanych tam  takich czy innych inscenizacji erotycznych (wystawa Kinky City, też Leica Gallery).

Ten świat seksualnych marzeń i traum, gry i perwersji będącej reakcją na ludzką samotność, znalazł już swój filmowy wyraz  w Mapie dzwięków Tokio (2009, reż. Isabel Coixet). I chyba wolę prawdę tamtego obrazu, niż wyłącznie to, co widzę na zdjęciach Jaszczuka, a jest nią w mojej ocenie powierzchowna opowieść typowego  gaijina (obcego) zafascynowanego Japonią, której nie rozumie…  lub godzącego się na to, co o świecie który ogląda opowiedzą mu sami Japończycy. Nie powiedzą (wszystkiego). To pewne.

Istotą tych zachowań (w części nawiązuję do wywiadu Pawła Jaszczuka dla Wysokich Obcasów  z 29 listopada 2014) jest coś więcej niż rozbudowany przemysł porno w Japonii. To pytanie raczej o to, czego brak w relacjach międzyludzkich i co  sprowadza jednostki nadwrażliwe, wykluczone (z współodczuwania a la japonaise) do podziemia seksualnego Tokio, w którym tę akceptację i zrozumienie znajdują…

Fotografia Arakiego, do niej wracając,  funkcjonuje w dziwnym miejscu. Nie znam innego miasta na świecie, gdzie funkcjonują  sklepy sprzedające używaną bieliznę damską, w lokalach nocnych wykłada się lustra na podłodze, by obserwować to co pod spódniczkami lolitowatych kelnerek… Miejsca,  gdzie obraz seksu, wygenerowany przez przemysł erotyczny to w istocie wyłącznie ból, poniżenie i podporządkowanie. Jaszczuk pozostaje w swojej opowieści na tym brzegu. Rozumiem, ale to jakby tylko część tego świata. I grzeszy wymiarem zero-jedynkowym. Jak jego czarno białe zdjęcia.

Erotyka Japończyków, jak sądzę, to świat rozpięty między projekcjami związków idealnych (a więc nierealnych i niespełnionych), a tym co nazwałbym obawą przed zbliżeniem i wynikającą stąd pokusą traktowania relacji, jako neutralnego związku ( a więc opłaconego  i niezobowiązującego społecznie ). Neutralnego, w istocie egoistycznego i skoncentrowanego na realizacji własnych projekcji tego, co jest jej absolutnym zaspokajaniem.

Ciało w życiu i sztuce japońskiej temat bardzo ważny, to przedmiot „mrocznego  pożądania” (korzystam z tytułu filmu Luisa Buñuela z 1977 roku), ale z pewnością też sposób na kompensowanie sobie tego, co jest ponurą rzeczywistością życia społecznego w Japonii: alienacji, porażająco głębokiego sformalizowania niemal każdej sfery życia: prywatnego i publicznego.

W tym kontekście innego znaczenia i wymiaru nabiera ten inny, podziemny wymiar cielesnego, seksualnego spełniania się Japończyków, który interesuje Jaszczuka. Sfery kompensacji, wyzwolenia, zmierzenia się z nieznanym i społecznie zakazanym. Nawet jeśli to konfrontacja nie wprost, co jest typową formą niedopuszczania w Japonii zachowań nieakceptowanych i niedopuszczalnych.

Erotyka, jako zabagniona sfera prowadząca do wyzwolenia i wolności? A klucz do zrozumienia, to fakt, że bliskość (lub jej brak) wiąże się z wysoką ceną, jaką za nią jesteśmy zdolni ponosić?

Interpretacji tego co dzieje się na ścianach galerii Leica w Warszawie jest pewnie o wiele więcej. Pozostanę przy tej wierząc, że w tle tych i kolejnych obrazów rozgrywają się historie i pozostają konteksty, jakich nie jesteśmy, tu i teraz, w Polsce, w Europie świadomi.

Shunga (lub jej ekwiwalent)  w nie ma swojego odpowiednika w naszej tradycji. To wyznacza  obszar ograniczenia poznawczego.  Ekstaza lub ból obecny na twarzy fotografowanego modela, nie musi być tym, czym nam się wydaje, że jest.  Czasami to emocje zupełnie bezużyteczne dla innych ludzi, by sparafrazować wypowiedź Arakiego.

Polecam, choć to trudny świat, emocje i estetyka. Dwa spojrzenia (Araki i Jaszczuk), dwa inne obrazy.

"Kinky City" (fragment)

Love by Leica (fragment ekspozycji)

Araki. Fragment ekspozycji

Art & porn...

Shunga by Araki (fragment wystawy)

 

Arakimania (fragment ekspozycji)

Arakimania (fragment ekspozycji)

 

"Kinky city" by Jaszczuk (fragment wystawy)

Znak