„Żegnaj mój Śląsku”

dedykowane

Ofiarom Tragedii Górnośląskiej 1945

W dziwny sposób Ziemia Święta i Palestyna odżyła we mnie dzisiaj. Lubię ten rodzaj koincydencji. Nagłej, nieco absurdalnej i poruszającej do głębi.

Uciekając przed zimnem zaglądnąłem do księgarni z tanią książką.

Po chwili wywołany na zewnątrz odgłosami orszaków jednego z Trzech Króli, wyszedłem na ulicę, dźwigając pod pachą album Stanisława Markowskiego, Kazimierz. La ville juive de Cracovie. 1870-1988. Tak, to wersja francuska książki. Polskiej nie mieli, no i górę wzięła i ta cena, i te zdjęcia, co w środku.

Nie mogłem się oprzeć jej lekturze i już wkrótce, gdy siedziałem przy ogromnej szybie restauracji na ul. Brackiej, pochłaniałem obrazy tamtego Kazimierza. Biednego, magicznego, nieistniejącego. Poruszałem się ze znawstwem po ulicach Izaaka, Meiselsa (znanych mi od końca lat osiemdziesiątych 20. wieku). Robiłem 70 lat wstecz i  wpadałem na Szeroką, by zobaczyć handlarzy karpiem, którego w pobliskich domach sprawnie sprawiano na przepyszną, szabasową gefilte fish…

Kazimierz za sprawą tej książki ma swoją opowieść o jednostce czasu, która ilustruje bycie i nie-bycie wspólnoty Żydów Krakowa. Górny Śląsk wciąż takiej nie ma. Wkrótce to zmienię.

To co jednak poruszyło mnie do głębi, to zacytowany w albumie wiersz Mordechaja Gebirtiga z 1940 roku, Żegnaj mój Krakowie. Do tego momentu wierzyłem, że bardziej właściwe jest nie-mówienie o Kazimierzu, gdyż jak pisano o nim „Tej pustki nic nie wypełni. Niech życie uszanuje jej ciszę” (Bogdan Frymorgen, Kazimierz bez słów, Kraków 2011).

Pomyślałem (krew rozgrzewała już gorąca herbata i może stąd śmiałość i odwaga myśli), że to nie-prawda. Może (przy całej umowności i oczywistym, symbolicznym charakterze  abstynencji werbalnej, którą deklaruje Frymorgen),  słowa wobec takiej historii i o takich miejscach  wymagają jedynie (?) większego wysiłku, by je odnaleźć, wymyślić? Trudu wydobywania ich z historii zbrukanej, zapomnianej lub po prostu lekceważonej?

Śląsk ma podobny problem i jak u Gebirtiga słyszę, te wersy skargi – wiersza, który wielu Ślązaków mogłoby napisać (w swoim nienapisanym wierszu z 1945 roku). (To swobodna trawestacja słów poety z Kazimierza, których tutaj użyję):

„Żegnaj mój Śląsku,

gdzie pochowani są mój ojciec i matka,

(…) lecz spocząć obok ich kości

nie moim będzie przeznaczeniem”

 [Kraków, 6 stycznia 2017 r.]

(Nie)Szczęście świata

Szczęście świata

No jestem nieco rozczarowany. Z kilku powodów.

Nie jest nią, nieco spowolniona narracja kreśląca atmosferę dusznego lata 1939 roku. Znam ją i w jakimś  sensie bliska jest ona opowieściom tkanym w takich filmach Bernardo Bertolucciego jak „Pod osłoną nieba” (1990), czy w „Ukrytych pragnieniach” (1996). Patrząc na film Michała Rosy „Szczęście świata” (2016), powraca do mnie też klimat „Kroniki wypadków miłosnych” (1986, reż. A. Wajda) według prozy Tadeusza Konwickiego. I teoretycznie wieszczy to dobry początek dla filmu, którego kulminacją scenariuszową jest historia o tym, co przyniesie zmiana, która gdzieś „wisi” w powietrzu. To jednak za mało.

Takie opowiadanie w filmie tym bardziej wymaga więcej niż powołanie do życia postaci, które wypełniają kadry tego filmu. Te są w tym filmie zbyt papierowe, choć mają swoje pasje i namiętności.

Reszta recenzji będzie więc jak opis filmu, którego nie widziałem, a który sobie mogę wyobrazić patrząc na dzieło Rosy.

Śląsk w 1939 roku

Początkowo w filmie uwodzić nas może obraz Górnego Śląska (gdzieś zawieszony w okolicach Katowic, Chorzowa i Rudy Pawłowice), okresu międzywojnia i nie dziwi nagroda za scenografię, jaką przyznano filmowi podczas gdyńskiego Festiwalu Filmu Polskiego, latem 2016 roku.

Potem jednak owe kulisy to za mało, by wypełnić opowieść emocjami. Uczciwie też powiem, że jeśli wcześniej odwoływałem się do dzieł Bertolucciego (w istocie klimatu napięcia, jaki niosą), to właśnie w sferze scenograficznej mam wciąż niedosyt owych obrazów Górnego Śląska. Oglądam ułomki tamtego świata i rozumiem, że budżet na więcej nie pozwalał. Intymizm obrazów we wnętrzach (tu scenografia bardzo staranna, historycznie adekwatna) jest raczej emanacją świata zewnętrznego, którego nie widzimy, a którego zapowiedź niósł film w pierwszych kadrach.

Polak, Niemiec, Żyd(-ówka), no i Ślązak też

Najbardziej jednak dotyka  mnie schematyzm postaci jaki nam film serwuje. I Irytuje. Nie wiem, czy opowieść o tym czym jest sąsiedzka obojętność, wycofanie się w obliczu zagrożenia życia, musi być nakreślona przez tak przewidywalne postaci. No jest w tej grupie też Ślązak. Po prostu. Nie Ślązak-Niemiec, Ślązak- Polak. Ciekawe, odważne, aktualne. No, ale odchodzę od głównego wątku.

Jest zatem lekko upadła femme fatale, malowany ptak tej opowieści, jak napisałby (być może) o głównej bohaterce filmu – Róży, Jerzy Kosiński. Róża (i tutaj uderzamy w cała paletę stereotypów i kliszy) jest Żydówką o płomienistych, rudych włosach, wyraźnie nie pasującą do swoich sąsiadów. Choć może i jej, i ich ekscentryczność to coś, co ich łączy.

Róża żyje zatem na pierwszym piętrze owej kamienicy – metaforze, tego czym jest Górny Śląsk  w 1939 r. –  ów narodowościowy i społeczny przekładaniec. To też Śląsk pozostający w oczekiwaniu na nieunikniony zmierzch Bogów.

Róża żyje intensywnie (w sferze emocji i doznań) i kocha, i pije wino, smakuje życie, jest świadoma tego, że jednych mieszkańców kamienicy fascynuje i pociąga, innych (głównie panie) niepokoi.

To ona uświadamia im potrzebę zatrzymania się w życiu, smakowania go. Podważa matematyczną logikę uporządkowania świata od punktu A do punktu B (w ciekawy sposób, ofiarą i przykładem tego myślenia jest Ślązak, pasjonat matematyki, windziarz ogarnięty pasją docierania do prawd bezwzględnych i policzalnych).

Niesłyszana przez otoczenie (choć podsłuchiwana przez sąsiadów i upajająca ich zapachami swego ciała i kąpieli, które urządza), bezgłośnie wieszczy kres świata, który znają. Ona i jej sąsiedzi. Choć tylko ona zdaje się wiedzieć że to świat, który jej nie ocali i w którym po raz ostatni wybrzmią słowa w jidysz. Póki co (jest lato 1939 r.) błądzą jak mowa szaleńców po ścianach mieszkań, nim zamilkną.

Sąsiadów kataklizm nieco zmieni, przesunie na mapie kamienicy, którą zamieszkują… Ją unicestwi.

PUSTKA, gdy brakuje szczęścia

No i tyle. Sekwencja tego, co dzieje się przed 1939 rokiem, znajduje rozwinięcie w wojennej i powojennej historii tej mikrospołeczności. Jest to swoiste  „postscriptum” do pierwotnej historii (jest nią  swoiste śledztwo dziennikarskie, jakie prowadzi inny z bohaterów filmu).

Tym rozwinięciem obrazów, uczuć i zdarzeń 1939 roku, jest PUSTKA po Róży-Żydówce, a może przede wszystkim Żydówce-Róży. Cięcie. Koniec (filmu, jak lubiła dodawać kinematografia radziecka).

Wiemy jak Róża znika, „widzimy to obrazami” przywołanymi po latach. Jest rok 1940 roku, kiedy bezskuteczne szuka ratunku wśród sąsiadów, prosi o obecność, o dobre słowo i towarzyszenie jej w ostatniej drodze. Potem jest gestapo i śmierć.

Żydzi górnośląscy. Historia wciąż nienapisana

Nie po raz pierwszy widzę, oglądając ten film, jak niełatwo jest opowiedzieć historię anonimowych ofiar Holokaustu (na Górnym Śląsku).

Historię, tych którzy nagle(?) znikali. O których nikt się nie upomniał. Ktoś zajął ich mieszkanie, ktoś inny nie podał ręki w potrzebie i… był spokój. Do czasu. Taki czas zawsze odżywa, wspomnienia powracają i irytacja, że duchy ofiar Holokaustu nas dopadają. I szczęście świata znika. Czy ten rodzaj współodczuwania niesie z sobą film?

Śmiem i chcę wierzyć, że z podobną myślą, chciał nas zostawić scenarzysta.

Nie wiem, czy historia którą zbudował, jest dość dobrze opowiedziana, byśmy w to wszystko uwierzyli. Podobnie jak w to, że Polak błądzi i nie znajduje szczęścia (romantycznie kochając i nie kochając), Niemiec jest nazistą lub na nazizm skazany, a Ślązak to istota uwikłana w swoją nieskomplikowaną naturę. Żydówka też została obsadzona  stereotypowo, bo i ruda i lekko dekadencka, i stanowiąca zakazany owoc dla swoich sezonowych miłośników. Trochę za dużo tych obrazów prostych, jak na sceny o symbolicznym wymiarze…

Ktoś miał napisać, że film Michała Rosy, to taka polska „Amelia” (1991, reż. Jean-Pierre Jeunet).  No nie wiem. „Amelia” była filmową bajką o tym co nazwałbym wartościami, które nas konstytuują. Czynią  z nas i przywracają w nas człowieka. „Szczęście świata” to raczej opis świata, w których ich nagle zabrakło.

Antybajka zatem?  Może dlatego  postaci też nieco mniej atrakcyjne, z gruba skreślone? Film pozostanie. Wyznaczy drogę lepszym? Może. Oby.

Katowice. Dworzec kolejowy (repr. za A. Siermontowski-przed-1934 r.)

Nad Kanałem Młynówki

Nie planowałem tego, że idąc wzdłuż Kanału Młynówki, dopadnie mnie niewidziany obraz Nocy Kryształowej. Zdominuje moje emocje, uczucia.

Nie wiedziałem zbyt wiele o przebiegu Nocy w Opolu.

Nie wiedziałem o tym, że by spalić synagogę,  nocą zawleczono pod nią rabina Hansa Hirschberga. W nocnej koszuli, nocą rozlewał mozolnie benzynę we wnętrzu synagogi i zmuszony przez nazistów, podpalił dom modlitwy.

Dzisiaj poza kamieniem z pamiątkową tablicą, jedynym widomy znakiem istnienia synagogi jest dawny dom dozorcy.

Życie nie stoi w miejscu. W środku jest restauracja. Zjesz tam dania kuchni włoskiej. Nic nie zakłóci spokoju biesiadujących.

Opole. 9 listopada 2016 r.

Most Groszowy, Opole

Most na Zamkowej, Opole

Kamień, Opole Płonąca Nowa Synagoga (Opole 9.11. 1938) (źródło: Wikipedia; domena publiczna)

Rzymskie wakacje (d. dom dozorcy synagogi)

Historia bez tytułu, początku i końca (14). Zdjęcie

Ta historia jest taka od początku. Taką jest i teraz.

Wywołanie z niebytu istnienia drugiej synagogi w Bytomiu (jej obraz przewija się w przytaczanych i tutaj wspomnieniach Żydów bytomskich), sprowokowało pytanie jak wyglądała…

To nie jest zamknięcie tej dyskusji (w Izraelu czekają kolejne materiały, które trafią  na karty tej opowieści), ale zobaczcie co ukazało się moim oczom, gdy pewnego sierpniowego dnia 2016 r. otworzyłem mailową przesyłkę.

Oto zdjęcia z albumu Martina Hirscha i podpisane przez niego dwie fotografie – drugiej bytomskiej synagogi…

Wnętrze drugiej bytomskiej synagogi... (z archiwum rodziny Hirsch; prawa do reprodukcji bez zgody zabronione)

PS.

Gwoli rzeczowej informacji (mieszczącej się poza narracją tej opowieści), pragnę jednoznacznie wyjaśnić, iż to za moją sprawą (a nie GW!) w tekście na temat „Daru Samuela Hirscha”, pojawiło się inne zdjęcie (prawdopodobnie synagogi portugalskiej w A’damie). Informacja ta mam nadzieję rzecz całą wyjaśnia, co w zakresie ustaleń dotyczących istnienia synagogi niczego nie zmienia. Powyżej oglądacie Państwo wnętrza drugiej synagogi, nazywanej przez tradycyjne / konserwatywne/  środowiska Żydów bytomskich – „ortodoksyjną”.

Historia bez tytułu, początku i końca (13). Dar Samuela Hirscha (wersja 2. – blogowa)

Poszukiwanie początku

Właściwie można by zacząć tą historię od tego, że w 1897 roku F.E. Neumann przebudował część chóralną bytomskiej synagogi. Było to już wiele lat po tym, jak 25 maja 1868 roku położono kamień węgielny pod miejscowy dom modlitwy. Nadano mu popularny kostium mauretański. Wiele podobnych synagog powstało wówczas w Europie Środkowej. Taką właśnie wzniesiono w nieodległych Gliwicach. Wzorem, niedoścignionym i wspaniałym była dla bytomskiej Nowa Synagoga w Berlinie i w Budapeszcie…

Niedługo potem w przedsionku prowadzącym na emporę chóru znalazła się (tak to sobie wyobrażam) szafka z nazwiskami, a może tylko numerkami przypisanymi do członków synagogalnego chóru. Z upływem czasu tabliczki były wymieniane na kolejne. Gdy i ta opowieść nabierze tempa i kolorów, chórmistrzem zespołu będzie Heinrich Rosenthal.

Widzę też zupełnie odmienny początek dla tej historii.

Jest 9 listopada 1938 roku i klęczący przed synagogą bytomską Żydzi są zmuszani przez SS-mannów do patrzenia na oba płonące budynki przy Friedrich-Wilhelm-Ring (obecnie pl. Grunwaldzki) w Bytomiu. Budynki synagog dopalać się będą trzy długie noce i dni. I nic nie ocaleje. Tak myślano dotychczas. To istotne dla tej historii. Było tak do czasu, gdy z dalekiego Izraela nadszedł list od Samuela Hirscha. Zmienił wszystko.

List Samuela

List nie jest długi, ale nie to jest w nim istotne. Każde napisane w nim zdanie jest jak otwieranie drzwi do przeszłości, choć wydawało się, że ta jest już znana i pewna. Nie jest.

Samuel, pisząc list w 1994 roku miał 73 lata. Zrobił to w tajemnicy przed rodziną. Ustalę to jednak dopiero 22 lata później, gdy w słuchawce telefonu po raz pierwszy, w sierpniu tego roku usłyszę wzruszony głos jego córki Michal Hirsch-Noy.

Co zawiera list? Zaledwie cztery zdania, co ze zdziwieniem odkryłem omiatając go wzrokiem po raz wtóry. Samuel Hirsch napisał, że postanowił przesłać do Muzeum w Bytomiu swoją kipę (jarmułkę), którą wkładał śpiewając w chórze synagogalnym w Bytomiu. Kipę na zgliszczach synagogi, po Nocy Kryształowej, odnalazł jego ojciec – Martin Hirsch. Traktując jak największą relikwię wywiózł potajemnie do Palestyny. Dzisiaj on, Samuel Hirsch postanowił przekazać ją muzeum, by była przypomnieniem i przestrogą dla kolejnych pokoleń i pamiątką po żydowskiej społeczności miasta. Tyle. Ja zaś już wiedziałem, że historia ta ma zbyt wiele pytań, by tak ją zostawić. By nie dowiedzieć się czegoś więcej. I by list nadal spoczywał w muzealnym magazynie.

Rozplątywanie wątków

Pamiętam, gdy pierwszy raz zobaczyłem kipę. Zawinięta w biały delikatny papier. Po jego odwinięciu moim oczom ukazała się aksamitna jarmułka, wyścielana czarną podszewką. Od razu dostrzegłem podpis na jej otoku „Franz Hirsch”. Środek kipy wypełniał list złożony w kwadrat.

Oglądam list. Napisany tysiące kilometrów od Bytomia, na papierze dobrej jakości. Słowa wybite maszynowo. Na końcu odręczny podpis: Samuel Hirsch. To bohater tej historii. Podpis jest nieco nieporadny, a może po prostu zdradza sędziwy wiek autora? Już wiem, że kipę, którą widzę, Samuel (Franz) Hirsch zakładał w bytomskiej synagodze.

Samuel Hirsch. Bytom ok. 1930 roku (wszelkie prawa zastrzeż. repr. L. Jodliński; z archiwum rodziny Hirsch)

Zaczynam swoje muzealne śledztwo. Z listu wydobywam wszystko co może naprowadzić mnie na coś więcej. Na złapanie wątków i kierunków. Nazwiska, daty. Cokolwiek.

Krążąc po mapie Izraela znajduję miejscowość, z której go wysłano. To jedna z najstarszych moszewach [małych spółdzielni rolniczych – L.J.] w Yokneam. Dzisiaj osada liczy około 1 300 mieszkańców i leży na zielonych, południowo-wschodnich stokach Góry Karmel (pol. Winnica Boga). Nazwa pasuje mi do tego, co jest moim wspomnieniem Palestyny i Ziemi Świętej. Niemal każde miejsce jest tam naznaczone, słowa mają swoją moc, a ziemia własne mikro i makro opowieści. Ta jest kolejną.

Yokneam Moshavah założona została w 1935 roku przez żydowskich, imigrantów z Europy Środkowej. Głównie z Niemiec. Spełniali tu swoje marzenia o własnym państwie, bezpiecznym domu i sprawiedliwości społecznej. Samuel miał, czego nie wiedziałem przez kolejne tygodnie poznawania go, spełnić swój wielki sen o byciu rolnikiem.

Oglądam archiwalne zdjęcia z pierwszych lat osadnictwa.

Na szczęście ktoś zebrał je razem i w 70.rocznicę postawania moszewach umieścił na You Tube. Na zdjęciach widać proste, wręcz prymitywne domki. Trochę ‘miejscowe’, a trochę przypominające te pozostawione w Europie. Zaorane stoki, sadzone drzewa oliwne i pomarańczowe. Pierwsze plony. Nauka nowych zawodów i porzucanie starych, które w warunkach budowania wszystkiego od podstaw stawały się nagle anachroniczne i zupełnie nieprzydatne.

Port w Hajfie był zapewne tym, do którego przybyła rodzina Martina Hirscha, bytomskiego Żyda i ojca Samuela, który napisał list. W 1937 roku do Palestyny dotarła jednak tylko  żona Rachel Hirsch, z domu Jacobson poślubiona w listopadzie 1920 roku wraz z dziećmi. Rachel to nietuzinkowa kobieta. We Wrocławiu, gdzie się poznali, studiowała medycynę, której nie ukończyła. Wraz z nią przyjechały dzieci: Bianka, Miriam i syn Samuel.

Gdy rodzina Hirschów ląduje w porcie w Hajfie jest rok 1937. Martin Hirscha został w Bytomiu, by ich najstarszy syn Joseph ukończył średnią szkołę. Ludzie wtedy wciąż planowali. Martin miał szczęście -jego plany się spełniły. To niezwykłe, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że to Martin właśnie spędził trzy tygodnie w KZ Buchenwald po Nocy Kryształowej 1938 roku. Wrócił odmieniony jak wspominali najbliżsi.  Może jednak dlatego chciał sam, osobiście doprowadzić wszystkie sprawy do końca.

Zdążył wyjechać. Jako jeden z ostatnich bytomskich Żydów opuścił miasto i dotarł do rodziny w maju 1939 roku. W czasie I wojny światowej był podoficerem piechoty w 51. regimencie stacjonującym w Breslau (Wrocławiu). Pewnie w tym należy widzieć między innymi powody specjalnego potraktowania go przez nazistów i umożliwienia mu tak późnego wyjazdu. Przypomina mi tym losy Erwina Weichmanna, o którym kiedyś pisałem, czy Paula Karlinera z Pyskowic.

Martin Hirsch od początku lat dwudziestych 20. wieku był właścicielem sklepu z tytoniem, papierosami i cygarami. Sklepy zmieniały adresy. Towar pozostawał ten sam. Wszystkie je prowadził w Bytomiu. Gdy moje śledztwo dobiegnie końca, zobaczę wyciągnięte z archiwum rodziny Hirsch druki reklamowe firmy tytoniowej Hirsch, pokazujące jelenia (niem. Hirsch – jeleń) ujętego w wyskoku ponad cygarem. Ostatni bytomski adres sklepu jaki odnajduję to – wedle książki adresowej z 1937 roku – Kattowitzer Strasse 24.  Tu mieszkała też cała rodzina. To Martin Hirsch spędza ostatnie dni przed opuszczeniem Bytomia i Niemiec.

Papier firmowy składu Martina Hirscha (wszelkie prawa zastrzeżone; repr. L. Jodliński, archiwum rodziny Hirsch)

Z pewnym niepokojem i podekscytowaniem wybieram się pod ten adres. Dom stoi jak stał, a na parterze wciąż jest sklep. Teraz spożywczo-monopolowy. Z zachowanym, typowym narożnym wejściem. Nic się nie zmieniło chciałoby się powiedzieć, choć to nieprawda. Wszystko jest inne. Na drzwiach mieszkania rodziny Hirsch nie ma nawet śladu po mezuzie…

Chór synagogalny

Według żydowskiej tradycji pełne zrozumienie Tory jest niemożliwe bez odczucia jej dźwięku i brzmienia. Dlatego rytualne odczytywanie jej treści wymaga obecności pierwiastka muzycznego. Na tym gruncie wyrosła funkcja kantorów (chazanów), czyli profesjonalnych śpiewaków i melorecytatorów liturgicznych, a także chórów synagogalnych.

Chór synagogi w Bytomiu cieszył się sławą wykraczającą poza granice miasta i G. Śląska. Podobnie jak chór, znani byli bytomscy kantorzy. Rzeczą wyjątkową dla Bytomia było i to, że na organach synagogi (nieortodoksyjnej co prawda) grał nieznany bliżej Küster, nie będący Żydem.

Sam chór tworzyli mężczyźni i chłopcy bytomskiej gminy. Ci ostatni śpiewali altem i sopranem. Wszyscy chórzyści dostawali rodzaj niewielkiego honorarium, co było zgoła nietypową i wyjątkową sytuacją.

Jednym z członków chóru był urodzony w  7 czerwca 1921 roku w Katowicach, Max Ruben Guttmann, syn znanego dziennikarza katowickiego Fritza Guttmanna. Max Ruben Guttmann, był co ciekawe jednym z pierwszych napadniętych w Bytomiu Żydów. Stało się to  w drodze na… próbę chóru właśnie na Hohenzollernstrasse  (obecnie Jagiellońska) w 1930 roku.

Młody Max musiał się doskonale znać z Samuelem Hirschem, urodzonym 27 listopada 1921 roku. Myślę, że chodzili do tej samej szkoły przy dawnej Goystrasse 22 (obecnie ulica Rostka). Max dołączył do chóru w wieku 9 lat, w trzeciej klasie szkoły podstawowej.

Max R. Guttmann  i bohater tej opowieści przeżyli wojnę, choć tylko Guttmann wrócił na G. Śląsk po 1945 roku. Żył tutaj do 1959 roku. W 1960 roku wyemigrował do USA. Samuel Hirsch był po wojnie jeden jedyny raz w Bytomiu w 1986 roku. To musiała być dla niego ważna wizyta. W swoim archiwum zachował nawet orbisowskie bilety podróży pociągiem.

Archiwum Herpera i doktora Kamma. O chórze raz jeszcze.

Przeglądam archiwalia po Erwinie Herperze, dyrygencie Orkiestry Górnośląskiej (Oberschlesischer Orchesterring) w Bytomiu. Obfita korespondencja z  Żydowskim Związkiem Kulturalnym Górnego Śląska (Juedischer Kulturbund Oberschlesien).  Niestety, jedynie jakieś ułamki z tego, czym było muzyczne życie górnośląskich Żydów.  Jeszcze mniej informacji na temat chóru synagogalnego.

Znajduję jakieś zaproszenie na koncert muzyki żydowskich kompozytorów 12 grudnia 1934 roku w bytomskim hotelu Hamburger Hof. W koncercie jest anonsowany udział chóru synagogi reformowanej pod dyrekcją Rosenthala.

Pośpiesznie i niemal łapczywie rzucam się na zestawienia finansowe gminy bytomskiej z lat 1935-1936. W pozycji „Wydatki” pojawiają się kwoty wyasygnowane na chór. W roku 1935 jest to 700 RM, w 1936 800 RM. Chórmistrz dostaje  w 1935  r. 511,92 RM. Porzucam te słupki. To wciąż tylko liczby, Metadane wypełniające niewiedzę na temat chóru.

W poszukiwaniu informacji o chórze spędzam godziny nad lekturą tygodnika Juedisches Gemeindeblatt z lat 1934-1937. Jestem rozczarowany. Nic na temat chóru tam nie znajduję.

Ważnym uzupełnieniem do historii samego choru są zapiski bytomskiego adwokata, doktora Güntera M. Kamma zdeponowane w nowojorskim Instytucie Leo Baecka.

Przy okazji wspomnień na temat szkoły  podstawowej i on wymienia wykładowcę Rosenthala i równocześnie dyrygenta w chóru synagogalnym. W książce adresowej Bytomia jest Heinrich Rosenthal, nauczyciel w… szkole podstawowej. Mieszkał przy Lindenstrasse (ul. Lipowa) 66. To ten jestem już tego pewien.

Wspomnienia dra Kamma przynoszą też nowe ustalenia, choć komplikuje rzeczywistość, którą rekonstruuję z takim mozołem. Okazuje się bowiem, że były … dwa chóry. Mniejsza synagoga, zwana ortodoksyjną miała własny zespół. Tym chórem kierował dr Max Gruenewald. Mój bohater śpiewał w chórze dużej synagogi?  Nie jestem i tego pewien. Dobrze jednak wiedzieć, że były dwa.

Cukierki Pana Bernsteina

9 listopada 1938 roku była środa. Późnym wieczorem tego dnia obie bytomskie synagogi przestały istnieć. To znaczy stały jeszcze fragmenty ich murów, ale to było wszystko co z nich zostało.

Skoro była to środa to domyślam się, że śpiewy chórów po raz ostatni wybrzmiały  we wnętrzach bytomskich synagog w piątek 4 listopada 1938 roku. Czy był to tradycyjny Hymn chwały ? Nie wiem.

Pewne jest za to, w co chce wierzyć by ucukrzyć nieco tę historię, że w ów piątek 4 listopada, chłopcy z chóru jak zawsze, jak zwykle, „zarobili” po kilka cukierków w sklepie Raphaela Bersteina. Ten bowiem zawsze, jak wspomina Max R. Guttmann, obdarowywał ich kilkoma cukierkami „na łebka”, ilekroć zmierzali w piątkowe wieczory do synagogi. Nie mogli wiedzieć, że to ostatnie takie cukierki. Pewnie smakowałyby zupełnie inaczej. Wśród chórzystów nie było już wówczas Samuela Hirsch. Od niemal roku był Palestynie. I uczy się rolnictwa. Jest w tym bardzo dobry, kończy jedną z najlepszych szkół rolniczych w tym czasie. To syjonistyczna szkoła rolnicza w Mikwe Jisra’el. Tam uczy się sadzenia i pielęgnacji pomarańczy, uprawy warzyw. Bytom jest daleko i cokolwiek nierealny.

Bytomska synagoga

Nie ma zbyt wiele opisów bytomskich synagog. W tej opowieści skorzystam ze wspomnień, które w 1977 sporządził , wspomniany już, a mieszkający wtedy w Nowym Jorku  adwokat dr Günther Kamm.

W liście doktor przypomina fakt, który czasami umyka współczesnym, że w Bytomiu były dwie, a nie jedna synagoga.  Mniejsza, jak pisze Kamm, była świątynią „ortodoksyjną”. Znane jest jej zdjęcie z Nocy kryształowej. Okna i mury są już w ogniu. Wokół i w pobliżu klęczą przed nią, zmuszeni do tego przez siły policyjne, ortodoksyjni ubrani Żydzi.

Wnętrze drugiej bytomskiej synagogi... (z archiwum rodziny Hirsch; prawa do reprodukcji bez zgody zabronione)

Kamm przywołuje też obraz drugiej synagogi. Reformowanej,  z dwiema kopułami, emporami, organami i chórem. Wspomina, że mieściła 1500 wiernych.

Synagoga choć liberalna, zachowała podział na część zajmowaną przez mężczyzn i kobiety. Oglądam po raz kolejny jedyne zdjęcie z jej wnętrza i przypomina mi się karniowska synagoga. Były do siebie  bardzo podobne. Tamta stoi, po wnętrzu bytomskiej jest to jedno, jedyne zdjęcie z połowy lat dwudziestych. Zobaczyć je można w cyfrowym archiwum w Leo Beck Institute w Berlinie.

[link: http://digital.cjh.org/view/action/singleViewer.do?dvs=1473521578534~159&locale=pl_PL&VIEWER_URL=/view/action/singleViewer.do?&DELIVERY_RULE_ID=5&search_terms=Beuthen&frameId=1&usePid1=true&usePid2=true]

Noc Kryształowa

Gdy nad listopadowym Bytomiem 1938 roku miast jesiennych mgieł, unosiły się dymy płonących synagog, w Beuthen nie było już Samuela (Franza) Hirscha. W synagodze, odłożona na półkę została jego kipa z numerem 9. Nozdrza drażnił gryzący dym palącej się, lakierowanej stolarki. Wznosiły się ku górze czarne dymy z pokryć dachów mykwy, ubojni i synagog.

Ojciec Samuela, Martin Hirsch nie był tego dnia w pobliżu synagogi. O tym co się stało, dowiedział się z relacji jaką do domu przy Kattowitzerstrasse 24 przynieśli jego brat i siostra.

Usłyszał więc o dantejskich scenach, o przerażeniu tym co zobaczyli i o tym, że najpierw zniszczona została synagoga reformowana, a potem ta należąca do ortodoksyjnych Żydów. Tak mało i tak wiele. Dla mnie to jednak też interesujące, bo niejako obok tej historii dowiadujemy się po raz pierwszy o tym w jakiej kolejności oba domy modlitw zniknęły z powierzchni ziemi? Historycy znają tę sekwencję? Wątpię i jest to chyba coś nowego.

Jest kilka innych opisów tego, co działo się 9 i 10 listopada 1938 roku w Bytomiu.

Sięgam po mniej znany, spisany przez Pana Wernera, w liście do córki Suselotte Werner, szczęśliwie przebywającej wówczas już w Anglii.

List, znajduje się w kolekcji Instytutu Leo Baecka w Berlinie. Co ciekawe – napisano go w Katowicach, licząc się z tym, że tylko stamtąd będzie możliwa jego wysyłka za granicę.  Powstał 19 listopada 1938 roku i mimo upływu dziesięciu dni, pełen jest traumy i poczucia beznadziei.

Gdy dochodzi do opisu zdarzeń z 9 listopada, ojciec Suselotte pisze: –  Obie synagogi,  jak dom ich opiekuna o nazwisku Totschek spłonęły. Podobnie jak wyposażenie, meble itd. Totschek widząc pożar wyszedł niemal nagi z dozorcówki i został odciągnięty od budynków podobnie jak jego żona. Ta stała jedynie w swojej nocnej koszuli i szlafroku. Strażacy z uwagą obserwowali pożar pilnując, by wszystko się dokładnie spaliło i by ogień nie uszkodził innych domów. Kobiety i mężczyźni zostali dotkliwie pobici, młodzi i starzy. Najbardziej jednak starzy. Znany jest mi przypadek, gdy jedną z kobiet pobito niemal na śmierć. Mógłbym napisać ci dużo, dużo więcej, ale jestem bliski rozchorowania się mając to wszystko przed oczyma i muszę na tym poprzestać. (…) Świat pozna się na tym, ale będzie już za późno (…).

Nie wiadomo jak i kiedy Martin Hirsch trafił na zgliszcza synagog. Przypędzony na miejsce, gdy je porządkowano na rozkaz gestapo (co było powszechną praktyką zastosowaną m.in. w Gliwicach), czy może z oczywistych powodów trafił tam z własnej woli? Tego dziś nie ustalę. Noc kryształowa była tematem tabu w rodzinie. Niemal nikt nic nie pamiętał i o niczym w związku z nią nie mówił. Wkrótce po Nocy trafia do KZ Buchenwald. Jak wielu, jak większość nie będzie o tym mówił. Do końca swoich dni.

Samuel Hirsch wyraźnie jednak napisał w liście, że kipa odnaleziona została pośród zgliszczy synagogi… przez jego ojca Martina. Wierzę mu. Upewniła mnie w tym rozmowa z Michal Hirsch-Noy, córką Samuela Hirscha – Ojciec był bardzo wymagającym i zasadniczym człowiekiem. Zawsze mówił prawdę, nawet jeśli to bolało i było trudne.

Kilka miesięcy później Martin Hirsch dołączył do bliskich w Palestynie.  On jak i cała rodzina rozpoczęli nowe życie. Przypomnieniem tego zostawionego w Bytomiu był album ze zdjęciami i dokumenty zabrane z ‘Boiten’, jak później o odległym Bytomiu z rzadka mówiło się w rodzinie Hirsch.

Telefon w miejsce epilogu

Ustalenia dotyczące losu Samuela Hirscha i kipy z bytomskiej synagogi, dzisiaj jedynego judaikum w zbiorach Muzeum Górnośląskiego o tak ogromnej wartości historycznej i emocjonalnej, domknęły się gdy w po nawiązaniu kontaktu z Michalą Hirsch-Noy (od czego poczciwy Facebook), usłyszałem jej głos w słuchawce telefonu.

Zdziwienie pomieszane z radością. Niedowierzanie, że kipa, o której istnieniu pamiętano w rodzinie trafiła do… Bytomia, a nie do któregoś z izraelskich muzeów. Wzruszenie, gdy przesłałem do Izraela jej zdjęcie… Tak, to ona, pamiętam… powiedziała kilka dni potem Michala Hirsch-Noy.

Nie był to jednak kres niespodzianek i odkryć.

Okazało się, że Samuel Hirsch po ukończeniu szkoły rolniczej z powodzeniem, przez wszystkie te lata zajmował się rolnictwem. Było to spełnienie jego marzeń z bytomskich czasów.

Praktyka w chórze przydała się na tyle, że w synagodze, którą osadnicy wznieśli w Yokneam Samuel Hirsch był przez lata społecznym kantorem. Nagranie z jego śpiewem, wkrótce po naszej rozmowie trafiło, przesyłką ekspresową do muzeum. W ten sposób nie tylko kipa, gdy ją pokażemy śląskiej publiczności, ale i głos Samuela Hirscha wybrzmi podczas bytomskiej prezentacji. Będzie to zdarzenie więcej niż symboliczne.

No i wreszcie fotograficzne archiwum rodziny Hirsch, założone przez Martina Hirscha, które okazało się pełno niespodzianek i wręcz sensacyjnych zdjęć.

Wśród nich poza fotografiami Samuela, gdy miał 9-10 lat i zaczynał śpiewanie w chórze, zdjęciami rodziny, znalazły się absolutnie nieznane wcześniej zdjęcia pokazujące losy społeczności żydowskiej Bytomia, w tym nigdy wcześniej nie publikowane wnętrze synagogi ortodoksyjnej w Bytomiu. W zbiorach rodziny Hirsch są trzy (sic!) takie zdjęcia. Nie posiada ich w zbiorach ani Instytut Leo Baecka w Berlinie, ani w Nowym Jorku czy Yad Vashem w Jerozolimie. Znana jest jedynie fotografia wnętrza reformowanej synagogi bytomskiej. Premierowo i po raz pierwszy pokażemy światu, bo nie tylko górnośląskiej publiczności, jak wyglądała druga z synagog. Wszystko to zdarzy się  9 września w Muzeum Górnośląskim w Bytomiu. Zrobimy to w obecności córki Samuela, Michalę Hirsch-Noy, która tego dnia, wraz z mężem będzie z nami w muzeum.

Czy to zamyka historię Samulea Hirscha, jego daru dla muzeum i wypełnia pamięć o bytomskich Żydach? Z całą pewnością nie. To dopiero jej początek.

Tej historii i kolejnych dotyczące losów górnośląskich Żydów, czy innych społeczności które żyły na Górnym Śląsku. Wiem też jedynie, że nie szybko  coś równie wyjątkowego, tak w sferze materialnej jak i symbolicznej dorówna temu, co do naszej wiedzy o Żydach Górnego Śląska wnosi dar Samuela Hirscha… Kipa, uratowana ze zniszczonej synagogi bytomskiej, świadectwo istnienie społeczności, której już nie ma…

Historia bez tytułu, początku i końca (12). Spotkanie we Wrocławiu

Jest rok 1917? A może już 1918. Trwa wojna, a to jest ważne zdjęcie.

Martin Hirsch stoi na nim po lewej stronie. Obok niego inny podoficer Helmuth Bloch. Pochodził z Mühlbach z Alzacji. Musiał mieć dla Martina znaczenie, bo to jego nazwisko odręcznie pojawia się obok fotografii. I z nim robi sobie zdjęcie.

Oficerska czapka Helmutha (ujednolicony wzór z 1917 roku) pozwala na dosyć dokładne ustalenie tego, kiedy obydwaj panowie stanęli przez obiektywem. Format pocztówkowy, na którym wykonano odbitkę tylko potwierdza datowanie. Niestety, dalej już nie zagłębię się  w materię zdjęcia. Nie znam się na umundurowaniu wojsk niemieckich z czasu pierwszej wojny światowej.

Impas. Czekam na opinie eksperta. Tik tak, tik tak.

Oczekiwania się opłaca. Pierwotnie nie chciałem zajmować się przeszłością Martina Hirscha i tego co robił podczas I wojny światowej. Czułem jednak, że jego zwolnienie z KZ Buchenwald po trzech tygodniach, a potem tak późny wyjazd z Niemiec, musiał mieś jakiś związek z jego wcześniejszym życiorysem.

Dostaję wytęsknionego maila, z którego dowiaduję się, że obywaj panowie na zdjęciu ubrani są w mundury „podoficerów piechoty 51 regimentu stacjonującego w Breslau…”. Biały otok na pagonie munduru Hirscha i  numer 51 potwierdzają jednoznaczną opinię. Ratuje mi cenny czas na dociekanie niemożliwego, bo nie widzę na pagonie nic więcej poza zarysem „czegoś”. Na szczęście nie o moje  widzenie tutaj chodzi.

Tym rozpoznaniem nie powinienem być aż tak zaskoczony. Kolejny fragment układanki pasuje do całości. No, przynajmniej zyskuje na prawdopodobieństwie.

Przeglądam stare zdjęcia Langegasse (ul. Długa), przy którym w 1872 roku, w rok po pysznym zwycięstwie nad Francją powstały nowe koszary dla 51 pułku piechoty (tzw. Westend-Kaserne). Potężne, boniowane ciosy kamienne licują trzy kondygnacje budynku wzniesionego w tzw. stylu urzędniczym lub neoromańskim. Masywne wieże na narożach są demonstracją siły i funkcji tego kompleksu. W trakcie Wojny Światowej koszary będą oficjalnie siedzibą 51 pułku piechoty (4. dolnośląskiego) wchodzącego w skład VI Korpusu Armii.

Gdy Rachel Jacobson przybywa do Wrocławia, Martin Hirsch jest już w wojsku od co najmniej ośmiu lub nawet dziewięciu lat, bo tyle czasu spędził w niemieckim mundurze.

Patrzę na mapę miasta i sprawdzam, jak daleko jest z koszar na Uniwersytet Wrocławski… to nieco ponad dwa kilometry. Dwadzieścia minut drogi… To nie jest odległość, która miałaby cokolwiek znaczyć.

Rachel, gdy Martin staje przed obiektywem aparatu w którymś z wrocławskich atelier i pręży swa podoficerską pierś do zdjęcia, wybiera się na studia medyczne. Zdaje niezbędne egzaminy i 3 października 1918 roku zostaje oficjalnie kandydatką na studia medyczne. Trwa jeszcze Cesarstwo Niemiec. Jeszcze, więc to w imieniu Wilhelma II władze uczelni potwierdzają jej status kandydatki na medycynę.  Pomimo zawieruchy wojennej i w istocie końca świata , który znała przed najmłodsza córką Jakuba Jacobsona z Lübau otwiera się wielka kariera.

Tak się jednak nie stanie. I znowu nie wiem dlaczego? Aranżowane małżeństwo? Czy wielka miłość? Rachel nie podejmuje studiów.

Zmiana polega jednak na tym, że tutaj na pograniczu dwóch światów i epok, wieku 19. i 20., schodzą się  światy osobiste Martina i Rachel.

Patrzę na pieczołowicie zachowany anons prasowy, z którego (przy innej okazji)  dowiadujemy się, że w maju 1919 roku oboje są już narzeczonymi… Myślę też, że matka Racheli była daleką krewna rodziny Hirsch.

Jedno jest pewne. To tutaj we Wrocławiu, oboje spotykają się. Rok później się pobierają. Gdzie? No właśnie, gdzie?

Dwa lata później, na świat przyjdzie Samuel Hirsch. To już ich drugi syn. Wciąż nie wiem, czy urodził się w Berlinie, jak chcą jedne źródła, czy w Bytomiu, nomen omen w kobiecej klinice dr Hirscha, zupełnie niespokrewnionego z rodziną…

To Samuel urodzony 27 listopada 1921 roku, wyśle do Bytomia, swojego „Boiten” list w 1994 roku, który nada bieg tej historii…

(cdn)

Martin Hirsch w mundurze 51.pułku piechoty, ok. 1917 (wszelkie prawa zastrzeżone)

Wrocławski rynek - wspomnienie (ok. 1890 r.)

Historia bez tytułu, początku i końca (11). Matura

Budynek w czerwonej cegle. Trzypiętrowy. Nawiązuje, choć poorany ranami z II wojny, do modnego wówczas stylu niderlandzkiego.

Victoriaschule przy dawnej Holzgasse (ul. Kładki 24)… Pierwsza żeńska szkoła (Mädchenschule) w tym mieście. Wzniesiona pod koniec 19. wieku, dobrze wpisywała się w ceglaną estetykę miasta i klimat miast Hanzy. Gdańsk – krótki i odległy od Bytomia przystanek na trasie poszukiwań w tej opowieści.

Szkoła nie jest taka zupełnie anonimowa. Gości na kartach historii miasta. Tej oficjalnej, spisanej. I literackiej -przepełnionej emocjami.

Najpierw poświęcił jej kilka słów uwagi Artur Brausewetter w romansie  Und hätte der Liebe nicht z 1926 r. Obraz 1 września 1939 roku w tej szkole ożywił Bruno Zwarra w powieści Gdańszczanie (Die Danziger, 1976). To tragiczny opis zatrzymanych w jej salach Polaków i Żydów, których wprost ze szkoły wywieziono do pobliskiego obozu w Stutthofie.

Gedania, Danzig, Gdańsk…

Lubię to miasto i w sposób nieoczywisty tę jego część, gdzie znajduje się owa szkoła, choć jest nieco obok ścieżek wydeptywanych przez turystów.

Blisko stąd do dawnego klasztoru pofranciszkańskiego, który w latach 1870-1872 staraniem Rudolfa Freitaga, ucznia Bertela Thordvaldsena, zamieniono na miejskie muzeum.

Rudolf Freitag był Wrocławianinem. To niemal od razu stwarza tę niewidzialną wspólnotę i bliskość między nami, ale powodem dla którego odwiedzam dawne mury klasztoru (ilekroć jestem w Gdańsku) jest Sąd Ostateczny Hansa Memlinga…, a nie Freitag oczywiście.

Napisano o tym obrazie wiele, ale wciąż czeka na opowieść o tym ile i jak niezwykłych podróży odbył, by zawsze w finale powrócić do Gdańska.

Lecz i nie dla Memlinga  trafiam do Gdańska. Tym razem jestem tutaj dla Rachel Jacobson, która 21 marca (ta data jest pewna) w 1908 lub w 1909 w Gdańsku właśnie zdaje maturę uzyskując jako jedna z pierwszych kobiet w Prusach, prawo do studiowania na uniwersytecie…

To wszystko jest ponownie mocno niezwykłe. Nie pierwszy raz w tej historii. Jeśli jest to rok 1908 (a tego nie wykluczam) to byłaby to jedna z pierwszych maturzystek w Prusach, przed którą otwierała się  droga na niemieckie uniwersytety…  Dziewczęta zdawały wówczas egzamin między 16, a 18 rokiem życia. Rachel urodziła się w 1891 r. zatem możliwości nie jest zbyt wiele…

Dlaczego interesuję się tym faktem? Dopytuję się tym razem o losy urodzonej w odległej Saksonii, Rachel Jacobson?

Rech (Rachel) Jacobson przyjechała do Gdańska z Löbau, miejscowości niedaleko leżącej od Görlitz.

Dlaczego ona i jej rodzice nie wybrali dla niej Wrocławia jako miejsca nauki? Drezna? Nie wiem. Może wówczas nie oferowana tam była matura dla kobiet? Nie będę tego sprawdzał, nie tym razem. W sumie nawet mnie cieszy ta jej wyprawa nad Bałtyk i moja perspektywa poczucia w nozdrzach zapachu morza (tu i teraz), smagnięcia wiatru, czy spaceru ulicą Mariacką, którą zdecydowanie wolę od Długiego Targu…

Löbau, gdy mieszkał tam jej ociec Jacob Jacobson (co sugeruje niemal ze stuprocentową pewnością, że syn Jakuba, wywodził się od Jakuba, a ten od poprzedniego), liczyło odpowiednio 747 (1890) i 705 (1900) Żydów. Niewielu z nich, jak myślę, miało tak szerokie i tak dalekosiężne plany w stosunku do swoich dzieci jak Jakub syn Jakuba. Rech (Rachel) Jacobson miała studiować i… jakkolwiek brzmiało to wówczas bulwersująco i rewolucyjnie, chciała studiować medycynę…

Gdańsk. Ponownie.

Przedzieram się przez informacje o pięciu, a potem w istocie jednej dużej i jednej małej ortodoksyjnej wspólnocie żydowskiej w tym mieście (zw. polską), zastanawiając się jak wyglądały lata spędzone w gdańskiej szkole przez Rachel. Na pewno bywała na Wyspie Spichrzy, gdzie mieszkało wielu gdańskich Żydów. Z pewnością mogła podziwiać niedawno otwartą synagogę w Gdańsku przy Reitbahnstrasse (ul. W. Bogusławskiego). Spoglądam na jej zdjęcie i myślę, że absolutnie dorównywała dziełom Berlina, Wrocławia, Pragi czy Wiednia. Mogła zachwycać.

Ale mogło się zdarzyć (a wiele na to wskazuje), że Rachel uczęszczała do ortodoksyjnej synagogi przy Mattenbuden (ul. Szopy) i właśnie na Wyspie Spichrzów zamieszkiwała pośród takich kupców, jak jej ojciec Jacobson… i w tych chwilach czuła się jak w rodzinnym Löbau.

Czy znała już wtedy Martina Hirscha? Nie sądzę.

Jego rodzinę? Nie wiem. Tego nie wykluczam.

To co pewne, to fakt, że w jej planach życiowych nie było wtedy miejsca na przenosiny na Górny Śląsk. Były marzenia o studiowaniu medycyny – i na to są dowody.

Historia… wydobywana z mroku zapomnienia. Słowa wywoływane z ciemni, jak obrazy… Historia bez początku…

(cdn)

Pamiątka matury (fragm. ogłoszenia prasowego; wszelkie prawa zastrzeżone)

Gdańsk, Ulica Mariacka (fot. 2009)

Historia bez tytułu, początku i końca (10). Fotografia

„Roland Barthes przewraca się w grobie ze zgrozy,

słysząc, jak MIT – wtórny system modelujący –

likwiduje pierwotny sens języka, czyli tej fotografii”

(zasłyszane, dziwnie pasujące)

Susan Sontag pisze o fotografiach, po których obejrzeniu się zmieniamy. Bezpowrotnie. Definitywnie. Tak jest w przypadku i tej historii. Staje się inna, a my z nią, gdy oglądamy postaci z jej kart.

To „oglądanie” jest zresztą pojęciem umownym. Lewczyński by się ucieszył. Nie lubiłem jego archeologii fotografii, bo miała cechy grzebania po intymnych szufladach osób bez imienia. Szufladach co prawda wyrzuconych na śmietnik, ale jednak. Tymczasem praktykuję coś na jej kształt, wczytując się w narrację zdjęcia. Tego i kolejnych. Odtwarzając relacje, sekwencje zdarzeń. Ale zdjęć nie wziąłem bez pytania, więc to chyba nie ta sytuacja… Ulga.

Fotografia (ta i inne) właśnie wylądowały w mojej skrzynce mailowej. Przywędrowały aż spod Tel Awiwu. Obrazy, które ucinają spekulacje. W ich miejsce pojawiają się fakty wciąż nieostre, ale jednak pokazują to co było, a nie to co być mogło.

Dzisiaj już wiem więcej. Historia zatem wypełnia się faktami. Daty, osoby. Pewniki.

Pamiętacie to moje krążenie wokół Nocy Kryształowej? Nie chciałem tego, ale w jakimś sensie musiałem, bo tam się ta historia zaczynała i kończyła (czego wciąż nie wiecie). To miała być taka klamra. Dziś wiem, że nic bardziej mylnego. Złudzenie pielgrzyma, który po dotarciu do celu wędrówki odkrywa, że to nie koniec, a początek właśnie.

Gdy nad listopadowym Bytomiem 1938 roku miast mgieł, unosiły się dymy płonących synagog, w tamtym Beuthen nie było już Samuela Franza Hirscha. Nozdrza drażnił gryzący dym palącej się, lakierowanej stolarki. Wznosiły się ku górze czarne dymy z pokryć dachów mykwy, ubojni i synagog.

Samuel nie poszedł do synagogi w piątkowe popołudnie 4 listopada jak wcześniej myślałem. Od ponad roku był w odległym Jokneam Moshavah  w Palestynie i jego życie całkowicie się zmieniło. Z ucznia gimnazjum stał się osadnikiem. Wgryzał się w ziemię, twardniał, spełniał (jak mówią jego bliscy) swój sen o nowym życiu… rolnika.

Szarzało i oddalało się jego Beuthen. Pisane późnej po hebrajsku jako „Boiten”, pogodzi wszystkie tradycje językowe miejsca. Naziści i to co stało się po 15 lipca 1937 roku, było wspomnieniem. Upiornym, żywym, nie dającym spać, ale jednak dalekim. Topografia zbrodni ma wpływ na intensywność odczuwania.

Cały czas nie wiem, czy wyjeżdżając z Bytomia wiedział, że opuszcza miasto na zawsze. Zostawił tu przecież swojego ojca Martina Hirscha, siostry Miriam i Biankę, starszego brata Josepha. Ten ostatni został w Bytomiu, bo miał jeszcze skończyć średnią szkołę i potem wyjechać… Planowanie w czasach zarazy… A jednak zdążyli.
Gdy Samuel stawał się synem rolnika, w Bytomiu był rok 1938. Nie było go zatem wśród tych, którzy patrzyli na unicestwienie świątyni. Także tej, w której śpiewał w chórze podczas nabożeństw.

Martin Hirsch też nie był tego dnia w pobliżu synagogi. O tym co się stało, dowiedział się z opowieści  jakie do domu przy Kattowitzerstrasse 24 przynieśli jego jego brat i siostra. O dantejskich scenach, o przerażeniu tym co zobaczyli i o tym, że najpierw zniszczona została synagoga reformowana, a potem ta należąca do ortodoksyjnych Żydów. Tak mało i tak wiele. Czy to jednak nie jest interesujące, tak obiektywnie i niejako obok tej historii, dowiedzieć się o tym w jakiej kolejności oba domy modlitw zniknęły z powierzchni ziemi? Historycy znają tę sekwencję? To coś nowego?

Dowiaduję się, że Noc Kryształowa stała się (nie tylko w tej rodzinie) wielopokoleniowym tabu. Nie mówiono o niej. Rozumiem to. To dość typowe, a jednak pytam siebie, dlaczego Martin Hirsch poszedł na zgliszcza obu synagog? Przypędzony na miejsce czy z własnej woli? Jałowe spekulacje. Bo przecież, gdyby tam nie poszedł nie byłoby listu jaki Samuel Hirsch wysłał w 1994 roku i dał początek tej opowieści… I nie wysłałby tego, co na miejscu znalazł jego ojciec Martin Hirsch.  Samuel wyraźnie napisał, że to co wysłał odnalezione zostało pośród zgliszczy synagogi… przez jego ojca Martina. Wierzę mu. Nie miał powodu, by kłamać.

Nikt nie wie, jak było. Irytuje mnie taka świadomość. Znowu czas na domysły i spekulacje.  Bywają niebezpieczne. Wymuszają nawracanie i krążenie.

Gdyby zastosować analogię do sytuacji w nieodległych Gleiwitz, już zapewne od 11 listopada śląc pisma i grożąc władze wymuszały na Żydach porządkowanie terenu synagogi i innych budynków gminy, które zniszczono podczas Nocy. W ślad za tym szły upomnienia od nadzoru budowlanego, policji i straży pożarnej. Wszystko w zgodzie z tamtym (bez)praw(i)em.

Nie zapomnę wrażenia jakie zrobiły na mnie oschłe wersy urzędniczej nowomowy, w których – jak w pismach gliwickiego gestapo – ludność żydowska była zobowiązywana do „natychmiastowego usuwania szkód i zniszczeń zagrażających mieszkańcom miasta”. W ślad za tym konstruowane były tabele i zestawienia  kosztów, jakie gmina żydowska miała uiścić z tytułu zabezpieczenia ruin i pogorzelisk.  Pewnie podobne rozkazy popłynęły z adresu przy Gustav-Freytagstrasse (ul. Oświęcimska) 11 – gdzie mieściło się bytomskie gestapo – do miejscowych Żydów i władz gminy…

Martin Hirsch poszedł tam, bo został zmuszony? A może (cofnijmy się do czasów Wojny Światowej, gdy stacjonował w Alzacji na froncie zachodnim) jego przeszłość wojskowa uchroniła go przed takim aktem pohańbienia. Lub było zupełnie inaczej. Poszedł tam, bo nie mógł tam nie być. Bo chciał być razem z tymi, którzy zostali. I pomimo opowieści rodzeństwa zobaczyć co zostało z synagog…

Obłęd zgadywania, przypuszczeń.

Tak czy inaczej, to coś co wysłał po blisko 60 latach, Samuel Hirsch, syn Martina do kiedyś rodzinnego Bytomia, pochodziło z miejsca, które w te dni jeszcze dymiło, śmierdziało swędem spalenizny. Tyle wiemy.

Teraz już wiecie, dlaczego ta historia tak zmaga się ze swoim początkiem, punktem zero.

Ale, ale. Historie przecież mają alternatywne początki. Niech będzie nim zatem zdjęcie Martina Hirscha. W końcu to on był wówczas w Bytomiu… i tak czy inaczej trafił na zgliszcza synagogi…

Martin Hirsch z córkami Bianka (l.) i Miriam (r.) (żródło: zdjęcie z albumu rodzinnego rodziny Hirsch; wszelkie prawa zastrzeżone)

Historia bez tytułu, początku i końca (9). Spacer

Historia, którą mam opowiedzieć powoli dobiega końca. Tak myślałem, ale dziś już wiem, że będzie jednak miała kilka puent i finałów.

Czekam na telefon z Izraela, który pewnie wiele wyjaśni. Wprowadzi też nowych bohaterów do tej historii.

Bohaterowie mojej opowieści wreszcie odzyskują  (z niepamięci) swoje twarze. Widziałem ich zdjęcia. Wreszcie.

Odczułem rodzaj nieskrywanej ulgi, że moja (w sensie opowieści) historia przybierze ludzki wymiar, że spoza miejsc, opisów, przedmiotów ujawni się twarz Martina Hirscha i jego syna Samuela. Są mi potrzebni. Także po to, bym i ja mógł w nią bezwarunkowo uwierzyć. Jak można opowiadać historię wątpiąc w czyjeś istnienie? Nie będąc tego pewnym, ścigając się z domysłami?

Odbywam spacer po Bytomiu. Raz jeszcze. Po miejscach związanych z tą historią.

To wciąż te same miejsca.

Patrzę na to co stanowi resztki murów posesji, na której wznosiły się budynki synagog, mykwy. Nieciągłości muru, jego wygląd jest metaforą tego miasta.

Mur (d.posesja synagogi)

Ponad nim wznosi się kamienica. Z jej okien i tego nie muszę już sobie wyobrażać oglądano pożar synagogi.

Okna, które widziały

W pobliżu placu, przy którym stała synagoga wciąż tkwią budynki straży pożarnej. Ta bliskość nie uchroniła synagogi od spalenia. Miała obrócić się w proch i w niwecz. Więc jej nie ma. A na murze remizy wciąż tkwi relief strażaka. Lekko heroizujący, syntetyczny. Jemu podobni stali 9 listopada 1938 roku na placu Wilhelma Fryderyka, patrząc nieczule na pożar i nieszczęście bytomskich Żydów.

Strażak (relief na budynku straży pożarnej, Bytom)

Inne miejsce jest niezwykłe i w jakimś stopniu metaforycznie pasuje do tej historii. To studnia dawnego hotelu Hamburger Hof. Brzydka, zapuszczona. I to drzewo. Jest. Trwa. Trudno uciec od elementarnej symboliki, gdy się ją nosi w sobie.

Nadzieja (Tył d. Hamburger Hof)

Na koniec ta cegła z wypisanym rokiem 1929.

Kamień węgielny budowanego wówczas w Bytomiu nowego muzeum. Dlaczego tutaj i teraz? Właściwie zdjęcia tego by nie było, gdyby nie fakt, że jedna z piękniejszych fotografii synagogi, jej dachu i wież, wykonana została z dachu nowego muzeum… dwa, trzy lata później. Więc to zdjęcie ma powód by tu być. By być początkiem własnej, odrębnej opowieści.

Może zresztą dowiem się wkrótce, czy Martin i Samuel lubili chodzić do muzeum… Martin – to już wiem – walczył podczas Wojny Światowej. Przeszłość miała dla niego znaczenie, podobnie jak wychowanie obywatelskie syna, więc może myśl o jego wizytach w Oberschlesisches Landesmuseum, nie jest już czymś więcej niż tylko literackim wymysłem…

Kamień węgielny

Zdjęcia. Wkrótce kolejne… słowa w tej opowieści…