„Żegnaj mój Śląsku”

dedykowane

Ofiarom Tragedii Górnośląskiej 1945

W dziwny sposób Ziemia Święta i Palestyna odżyła we mnie dzisiaj. Lubię ten rodzaj koincydencji. Nagłej, nieco absurdalnej i poruszającej do głębi.

Uciekając przed zimnem zaglądnąłem do księgarni z tanią książką.

Po chwili wywołany na zewnątrz odgłosami orszaków jednego z Trzech Króli, wyszedłem na ulicę, dźwigając pod pachą album Stanisława Markowskiego, Kazimierz. La ville juive de Cracovie. 1870-1988. Tak, to wersja francuska książki. Polskiej nie mieli, no i górę wzięła i ta cena, i te zdjęcia, co w środku.

Nie mogłem się oprzeć jej lekturze i już wkrótce, gdy siedziałem przy ogromnej szybie restauracji na ul. Brackiej, pochłaniałem obrazy tamtego Kazimierza. Biednego, magicznego, nieistniejącego. Poruszałem się ze znawstwem po ulicach Izaaka, Meiselsa (znanych mi od końca lat osiemdziesiątych 20. wieku). Robiłem 70 lat wstecz i  wpadałem na Szeroką, by zobaczyć handlarzy karpiem, którego w pobliskich domach sprawnie sprawiano na przepyszną, szabasową gefilte fish…

Kazimierz za sprawą tej książki ma swoją opowieść o jednostce czasu, która ilustruje bycie i nie-bycie wspólnoty Żydów Krakowa. Górny Śląsk wciąż takiej nie ma. Wkrótce to zmienię.

To co jednak poruszyło mnie do głębi, to zacytowany w albumie wiersz Mordechaja Gebirtiga z 1940 roku, Żegnaj mój Krakowie. Do tego momentu wierzyłem, że bardziej właściwe jest nie-mówienie o Kazimierzu, gdyż jak pisano o nim „Tej pustki nic nie wypełni. Niech życie uszanuje jej ciszę” (Bogdan Frymorgen, Kazimierz bez słów, Kraków 2011).

Pomyślałem (krew rozgrzewała już gorąca herbata i może stąd śmiałość i odwaga myśli), że to nie-prawda. Może (przy całej umowności i oczywistym, symbolicznym charakterze  abstynencji werbalnej, którą deklaruje Frymorgen),  słowa wobec takiej historii i o takich miejscach  wymagają jedynie (?) większego wysiłku, by je odnaleźć, wymyślić? Trudu wydobywania ich z historii zbrukanej, zapomnianej lub po prostu lekceważonej?

Śląsk ma podobny problem i jak u Gebirtiga słyszę, te wersy skargi – wiersza, który wielu Ślązaków mogłoby napisać (w swoim nienapisanym wierszu z 1945 roku). (To swobodna trawestacja słów poety z Kazimierza, których tutaj użyję):

„Żegnaj mój Śląsku,

gdzie pochowani są mój ojciec i matka,

(…) lecz spocząć obok ich kości

nie moim będzie przeznaczeniem”

 [Kraków, 6 stycznia 2017 r.]

Antybaśń o Trzech Królach

Dziwny to dzień. Zrobiłem kilka zdjęć z pochodu Trzech Króli w Krakowie. To już trzeci raz, gdy sięgam po aparat i jak głosiła kiedyś reklama KODAKA, podjąłem (beznadziejną) próbę zachowania wspomnień, używając do tego fotografii. Choć grabiały ręce, a zimno niemal lodowatymi igłami kłuło w twarz wymierzając kolejne razy. Głębiej i głębiej.

Kilka zdjęć.  Przeszłość  nawiedzać mnie będzie posługując się tymi obrazami lub co najmniej będzie taka jak… na tych zdjęciach.

Patrzę na owe orszaki Trzech Króli i nie wchodząc w szczegóły tego, czy to Mędrcy i czy było ich faktycznie Trzech (ewangelia św. Mateusza mówi o trzech darach, nie definiując ich liczby), zastanawiam się, jaki los spotkałby ich we współczesnej Polsce, Europie… świecie? Przybyszy z Azji, Afryki (?), pielgrzymów ze Wschodu. Pobito by ich? Ograbiono z mirry, kadzidła i złota, naubliżano im od najgorszych? Utopiono w łodziach, wcześniej odbierając wszystko co mają?

Nie jestem też pewien, czy dotarliby do Betlejem, nie tylko z powodu posterunków wojskowych na granicy z Autonomią Palestyńską.

Przeraża mnie ta perspektywa niespełnienia się proroctwa w Księdze Micheasza. Bardziej jednak drżę na myśl o tym, że swoim przybyciem wzbudziliby w nas zdolność do otwartego nieakceptowania innego, obcego. Rasizmu, nienawiści?  To smutne i w moich oczach nadaje dziś orszakom  charakteru etno-ceremonii, a nie aktu radosnego zawierzenia i manifestacji wiary, określonej postawy. Pewnie źle, gdy się pisze emocjami, ale czasami nie da się inaczej.

*

A za oknem symboliczna scena.

Odchodzenia. (Prze)mijania. Taki jest Kraków w swoim mikrokosmosie zdarzeń.

[Kraków, 6 stycznia 2017 r.]

Orszak Trzech Króli, Grodzka 6 stycznia 2017 r.

Pamiątka po (Trzech Króli, 6 stycznia 2017 r., Kraków)

(Prze)mijanie. Bracka, 6 stycznia 2017 r.

 

Krążę

Krążę po Kazimierzu. Nie poznaję miasta, które znam?

Ratuje mnie mapa, na którą trafiam na ulicy Nowej.  To niemal taki sam obraz zagubienia i braku orientacji jak ten, którego doświadczam.

Jak zawsze tak i teraz łapie się na tym, że i na tej mapie szukam odnośnika do Śląska. Do mojego miejsca.

Jest Gogolin. Nie powiem bym odczuł jakąś ulgę, ale pojawia się delikatne poczucie zakotwiczenia. G. znam i nie znam.

W pamięci pozostaje jakaś krótka wizyta w tym mieście, gdy pociągi miały kolor khaki. Jest i pozostanie dla mnie przede wszystkim drogowskazem przy A4 i zjazdem, z którego nie korzystam.

G. – miejsce z piosenki zużytej do granic możliwości i historii, jak ta z losów kampanii Market Garden. Jeden most za daleko zmienia wszystko i bywa krokiem nieodwracalnym.

Crystoleum z pobliskiego antykwariatu przy Meiselsa 4.

Fotografia ‘Schloss W’. osadza mnie w kontekście tego, gdzie jestem. Środkowa Europa. Kraków, Berlin. Uzupełnione masą perłową, zdjęcie przypomina mi podobne kupowane przez pielgrzymów na Górze św. Anny.

Uspokojenie.

Mapa (Kazimierz, Kraków 2016, fot. L. Jodliński)

 

Historia bez tytułu, początku i końca… (2) Hamburger Hof

Hamburger Hof zdawał się tkwić w tym miejscu od zawsze, ale tak nie było.  Pojawił się pod koniec 19. wieku i wspólnie z nową synagogą dominował nad placem, któremu w 1870 roku nadano nazwę Friedrich Wilhelm Ring.

Hotel Hamburger Hof, gdy patrzę na jego zdjęcia z początku 20. wieku, był skąd inąd charakterystycznym wykwitem architektury epoki. Trochę jak ta kiczowata porcelana (dolno-)śląska, za bogaty i przesadzony. Przykład pogoni za tym co nowe i modne w architekturze. Można odnieść wrażenie patrząc na zdjęcia z początku wieku, że wybór kostiumu architektonicznego, dekoracji przerósł możliwości jego twórcy. A może była to presja inwestora i właściciela hotelu w jednym? Presja, by przepych elewacji (zwłaszcza tej od strony dzisiejszego placu Grunwaldzkiego)  wzbudzał podziw i uznanie u gości odwiedzających hotel? Dla mnie Hamburger Hof jest przypomnieniem elewacji  Kaiserkrone w Gliwicach, w której to restauracji i kawiarni (podobnie jak w bytomskiej) należało bywać i się pokazywać i która, czytając menu i reklamy z tamtego czasu, miała być namiastką berlińskiego (a może i paryskiego) stylu życia.

Dzisiaj, spod obłażących resztek farby i tynku, czy ordynarnie skutych fragmentów elewacji, wychodzi  jasno zielonkawy kolor jakim pierwotnie pomalowane były pseudo kamienne ciosy, późniejsze napisy reklamujące lampy czy siedzibę miejscowej izby przemysłowej.

Do tego co widzę, dodaję obrazy z mojej wyobraźni.

Beże i żółcienie piaskowych detali kamiennych i spatynowany grynszpan hełmu kopuły budynku, po której nic nie zostało. Kute i ażurowe detale z lanego żelaza. Obraz tamtego hotelu, którego już nie ma, dopełniają złote lśnienia mosiężnych klamek i kinkietów zewnętrznego oświetlenia. W czasach, o których jest ta historia, wieczorem okna hotelu wypełniały się jasnością światła elektrycznego. Pewnie jak w Krakowie na przełomie wieków, tak tutaj elektryczność była symbolem nowych czasów, a estetyka żarówki i żarzącego się drucika w szklanej kuli, zachwycała.

Już dwadzieścia lat później elewacje hotelu zatraciły urodę bombonierki. Po części  stało się tak za sprawą mód i lichych materiałów jakich używano w budownictwie 19 w., by udawać luksus i obniżać koszty (skąd my to znamy?) W innych przypadkach było to następstwem zmiany mód, czy dewastacji.

Taką, mocno oczyszczoną z detalu widzimy na zdjęciu z końca lat dwudziestych 20 w.  Na parterze budynku widać nieczytelny szyld rozpoczynający się od słów „Gleiwitzer…”   Co było dalej… nie wiem. Porzucam te dociekania jako nieistotne, choć zrozumiałe dla kogoś, kto jak ja, zawsze i wszędzie na słowo Gliwice i „gliwickie” wyostrza swoją uwagę i zainteresowanie.

Na innej fotografii na parterze budynku widać sklep z rowerami. Porzucam w pewnym momencie ambicję odnalezienia właściciela tego sklepu w książce adresowej z 1937 roku. Nie jest mi ten fakt do niczego potrzebny, chyba, że założymy (całkiem prawdopodobnie), że nasz bohater dojeżdżał na spotkania i koncerty chóru rowerem, właśnie tutaj kupionym. Hmm… pomyślę o tym wariancie.

To co pewne to fakt, że bohater naszej historii systematycznie mijał potężną fasadę hotelu. Nie tylko z powodu modlitw i uroczystości  odbywających się w pobliskiej synagodze. Zakładam, iż bywał w nim dość często, bo Hamburger Hof –  obok synagogi, szkół należących do gminy żydowskiej, siedzib związków i stowarzyszeń społeczności żydowskiej, był jednym z tych miejsc, gdzie koncentrowało się życie  towarzyskie bytomskich, zasymilowanych Żydów. Odbywano tutaj wszelkie uroczystości, organizowano przyjęcia, spotkania biznesowe, odczyty.

Jest wielce prawdopodobne, że tutaj właśnie, w Hamburger Hof, w listopadzie 1934 roku rodzina i zaproszeni goście świętowali bar micwę bohatera tej opowieści, gdy jako trzynastolatek definitywnie wkraczał w dorosłe życie.

Hotel –  i to już nie domysły, a dokumenty i potwierdzone relacje – był miejscem podobnych spotkań Żydów bytomskich. Był w biografii ich gminy do końca. To w końcu w jego oknach odbijały się ognie płonącej 9 listopada 1938 roku synagogi…

Hamburger Hof w interesujący sposób pojawia się w jednej z relacji Willy’ego Cohna, wrocławskiego Żyda i pamiętnikarza,  którego zapiski z lat 1933-1941 wyszły drukiem w 2007 roku (jakiś czas temu przetłumaczono je w sporych fragmentach na j. polski i wydano). Opisuje w nich swój przyjazd do Bytomia w 1937 roku i udział w wykładzie w salach hotelu Hamburger Hof 24 października. W wykładzie  uczestniczył ówczesny i ostatni rabin wspólnoty bytomskiej Prof. Dr Golinski, przybyły do miasta z czeskiego Pilzna.  Spotkanie odbywało się w atmosferze prześladowań Żydów i – po wygaśnięciu konwencji genewskiej –  ich narastającej emigracji za granicę. Willy Cohn tworzy  pierwszą, smutną i nader osobistą  listę bytomskich Żydów, których nie udało mu się już spotkać w mieście.

Cohn ogląda Bytom, którego nie poznaje.

Ludzie są do siebie wrogo nastawieni – konkluduje. Na bytomskim dworcu obserwuje wydzielone, okratowane  miejsca do odpraw dla podróżujących do Polski. Poraża go obraz celników polskich i niemieckich, którzy z zasady nie zamieniają ze sobą ani jednego słowa…

No, ale dość o Hamburger Hof. Czas na opowieść o chórze synagogalnym. To kolejny fragment historii, którą rekonstruuje…

(cdn)

Wtedy i dziś (Bytom, d. Hamburger Hof po lewej stronie na obu zdjęciach)

 

Mój TEDxKazimierz

Myślę, że do tych kilkunastu minut, które spędziłem na podium podczas TEDxKazimierz będę jeszcze wracał.

Pod stopami  był dywan, miękki reddot – znak TEDxa. Na sali słuchacze, którym opowiedziałem, jak powstała stała galeria malarstwa dla niewidomych i niedowidzących w dawnym Muzeum Śląskim. Opowiadałem o drodze, ktorą mogą pójść muzea i isntytucje pamięci na Kazimierzu. Bo Kazimierz to wyjątkowe miejsce, gdzie świat, tego co widzialne i tego co na pozór ukryte,  spotykają się ze sobą na każdym kroku… Historia Kazimierza wciąż czeka na napisanie jej tak, by mogła odwoływać się do pamięci wszystkich, przywoływać emocje i zmysły, które krąg odbiorców opowieści o losach Kazimierza poszerzą o tych, którzy byli z tego dotychczas wykluczeni…

Mam nadzieję, że była to też opowieść o pasji i zmierzaniu do celu i poszukiwaniu drogi. By inspirować innych i wzmacniać ich determinację.

Powracam pamięcią do nieco odrealnionych wnętrz Galicja Muzeum.

Do emocji, gdy zegar miarowo odlicza 18 minut, a jest wciąż tyle do powiedzenia. Poszukiwanie zrownoważenia między tym, co chcę powiedzieć i co czuję.

Kilka zdjęć, jak okruchy tamtych słów i obrazów.

Opowieści o pasjach i ludziach, wobec których trudno pozostać obojętnym. W obrazach.

Reddot. TEDx Kazimierz

He did it / On to zrobił (Richard  Lucas)

Zespół / Part of the team (TEDxKazimierz) Radość / Joy (TEDxTeam)

A Life well lived (prof. Wojciech Narębski) Znak / Sign (TEDx Kazimierz)

Miejsce spotkania / A place to meet (TEDxKazimierz)

Muzyk /Musician (Alex Carlin; TEDx Kazimierz)

My TEDxKazmierz / Mój TEDx (polaroid; skan)