Cmentarz zapomnianych książek

„…witamy na Cmentarzu Zapomnianych książek…”

Carlos Ruiz Zafon (Cień wiatru)

To nie była biblioteka. Już z daleka miejsce uderzało przechodnia kuszącym szyldem – Livres d’ Occasion. Lyon i  antykwariat wciśnięty w kamienicę przycupniętą ponad kamiennym nabrzeżem Saony. Fondée en 1840… założone w 1840… Jedna z witryn już dawno przestała służyć za wejście do sklepu. Zagracona dowodzi nadwyżki podaży nad popytem…

Wchodzę do środka i przeciskam się między regałami. Wspinam się po wąskich schodkach tkwiących między ścianami pokrytymi papierowymi tapetami i  mam wrażenie, że całkiem spora cześć książek tkwi tutaj od owego 1840 roku. Nietknięte zębem czasu, czytane przez kolejne pokolenia.

Cytując półgłośno Zafona (Cień wiatru) mówię do siebie – „każda znajdująca się tutaj książka, każdy tom posiadają własną duszę”. A może jednak dziedziczą dusze czytelników, którzy je tutaj kiedyś zostawili, czytali, z żalem (lub bez) zostawili, odłożyli na półkę?

Omiatam wzrokiem kolejne półki, sycę wzrok widokiem z niskiego okna na rzekę. Dotykam grzbiety, zaciągam się zapachem kwaśnego papieru i stęchlizny.

Goethe powiedział, że wiódł życie szczęśliwe, ale nie pamięta choć jednego tygodnia szczęścia…. Gdyby trafił tutaj, zmieniłby zdanie?

Wyzwalam jedną z książek. Przebłysk szczęścia.

Ślepy los(?) pada na dzieło Marcela Pagnola  L’Eau  de collines.  Jean de  Florette, Paris 1971. Każdy kto widział ekranizację tej powieści (z 1986 roku), poczuł skwar gorącej Prowansji i pamięta porywającą kreacją Daniela Auteuil i Yves’a Montand, wie dlaczego to zrobiłem.

W kilka godzin później, gdzieś między Lyonem, a Monachium odkrywam, że to tom pierwszy powieści. Poczucie ulgi i uspokojenia. Wrócę. Wiem to na pewno. A dzisiaj chcę tego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Livres d'Occasion (Lyon) Książki, kartki skupuję... / Books, postcards ... (Lyon)

Książki, książki / Books, books (Lyon) Zstępowanie / Descending (Lyon)

Usiądź i czytaj / Just sit and read (Lyon)

Okno z widokiem / Window with the view (Lyon, 2016))

Zanim powiał „Wiatr od wschodu”. Kulisy niewydania książki

Moja historia „Wiatru od Wschodu” Augusta Scholtisa, jest bardzo osobista i dopiero teraz, gdy teraz książka ukazała się drukiem (w wydawnictwie Silesia Progress), postanowiłem poświęcić tych kilka zdań okolicznościom jej niewydania wcześniej, w 2013 roku.

To był jakieś wrześniowe popołudnie. Rok 2012.

Telefon, mój Samsung Galaxy Ace I zadzwonił swoim fabrycznym, metalicznym dzwonkiem. W fakcie tym nie byłoby nic specjalnego, gdyby nie to, że dzwonił do mnie Michał Smolorz. Wiedziałem, że będzie to coś ważnego i w jakimś sensie cieszyłem się na myśl o tym, że odbędę z nim rozmowę. Tak zawsze bywało. Miał czas i uważność. To sprzyja konwersacji.

Zapytał mnie, czy Muzeum Śląskie, nie chciałoby wydać „Wiatru od Wschodu”. W pytaniu tym była  troska o to, czy jeszcze bardziej nie zaszkodzi to Muzeum Śląskiemu (nagonka na projekt wystawy stałej w Muzeum Śląskiem osiągała swe apogeum). W rozmowie tej było też widoczne doświadczenie naszej udanej współpracy przy książce „Antologia. Najpiękniejsze śląskie słowa”, której był niezastąpionym redaktorem i wymagającym recenzentem. Z dobrym skutkiem zresztą. Zbiór ten stał się najpopularniejszym i najpoczytniejszym z wydawnictw Muzeum Śląskiego po dziś dzień.

Odpowiedź jakiej mogłem udzielić była tylko jedna. Wiedziałem, że jeśli muzeum ma być śląskim, to także wówczas gdy z jego znakiem ukazywać się będą książki tak mocno, jak książka Scholtisa, związane z literacką i kulturową tożsamością Górnego Śląska. Zarówno te pozostające na indeksie w PRL-u, jak i te – jak powieść Scholtisa –  kontestowane przez część literackich i politycznych „wyroczni” współczesnego Śląska i życia kulturalnego w Polsce w ogóle. Dla nich autor był symbolem Górnego Śląska, który odrzucali, bo… go nie rozumieli (dosłownie i w przenośni). Ich głos rozległ się niezwykle donośnie, gdy w wyniku sondy „Fabryki Silesiae”, okazało się, że PRL-owski kanon literackiego Śląska odszedł bezpowrotnie do lamusa, a na liście pierwszych dziesięciu pozycji znalazły się utwory Bienka, Hauptmanna, czy Scholtisa właśnie.

Ruszyły z wolna prace nad publikacją. Jej wydanie umieszczono w planach wydawniczych muzeum na 2013 rok.

Niestety, czas istotnie nie sprzyjał i kiedy odbyłem swoją pierwszą rozmowę z Aloisem Smolorzem (bratem Michala Smolorza współpracującym nad tłumaczeniem powieści), ciesząc się z postępów nad projektem, wiedziałem, że lekko nie będzie tutaj, na miejscu. Wciąż jednak (pomimo i wbrew) byłem pewien, że zostanie wydana przez nowe Muzeum Śląskie, muzeum świadome tego, że odpowiada za całą (także tą literacką) spuściznę Górnego Śląska…

Podjęliśmy pierwsze rozmowy z wydawnictwem mającym prawa do udzielenia licencji na tłumaczenie „Wiatru…”. Wszystko to, w moim przypadku, działo się między jedną a drugą debatą w sejmiku województwa śląskiego, w ogniu ataków dziennikarzy piszących z tezą, polityków podgrzewających wszelkie fobie i kompleksy, nie rozumiejących, że to co przegrywają to poza sprawą śląską, ich własna, krótka kariera polityczna.

Michał Smolorz się niecierpliwił. Z perspektywy czasu łatwo byłoby napisać, że może wiedział, że czas jest dobrem nam jedynie użyczonym. Nie zrobię tego, bo nie wiem, czy to było powodem. Myślę, że był po prostu bardzo pracowitym człowiekiem. Napisał do mnie 15 grudnia 2012 roku, pytając czy wszystko w porządku i jeśli ta sprawa nie jest do udźwignięcia przez muzeum, zajmie się nią osobiście, bo rozumie i chce. Rozumie sytuację muzeum i chce wydać Scholtisa.

Trzymam te smsy do dzisiaj. Były ostatnimi jakie od Niego otrzymałem. Były pełne troski o muzeum, o mnie. Były wyrazem Jego zasmucenia o Śląsk i o to, co działo się z nim u schyłku 2012 roku…

Tak naprawdę, co raczej jasne, nie potrzebuję już dzisiaj tego telefonu. Po nim były już kolejne dwa „nowe” i lepsze. A mimo to wciąż go mam i trzymam. Powodem, że telefon ten wciąż leży na dnie mojej szuflady są tamte słowa, tych kilka linijek z 15 grudnia 2012 roku…: „Rozumiem, że ma Pan ważniejsze sprawy na głowie, więc jeśli to obciążenie , proszę mi ten problem oddać. MS”.

Poczułem się tymi słowami jeszcze bardziej zobowiązany. Zrozumiałem, że nie tylko ja na tę książkę czekam. Pozostała w planach wydawniczych muzeum do marca 2013 roku. Była w nich, gdy opuszczałem muzeum. Następcy ją usunęli.

Mimo to jest i cieszy. To dobrze.

Patrząc na wydana po polsku powieść Scholtisa i wracają tamte słowa, tamte chwile. Powraca też postać i słowa Michała Smolorza. Śp. Michała Smolorza… Odszedł, nie doczekał. Wiem, że byłby zadowolony, że jest i czytają ją na Górnym Śląsku. Ma w tym ogromny udział…

Wiatr już wieje... Spotkanie z autorem tłumaczenia "Wiatru od Wschodu", Aloisem Smolorzem (Katowice, 4 lutego 2016 r, ksiągarnia Bookszpan)

Mój Franz Pawlar

To oczekiwanie można zapewne porównać do chwili, gdy (cokolwiek to znaczy) słowo staje się ciałem… Gdy czas spędzony na tworzeniu, układaniu, składaniu ‚czegoś w coś’ nabiera realnego kształtu. Może nie zadowalać, prowokować odruch natychmiastowej korekty, ale jest. Fizyczność skonfrontowana z wyobrażeniem.

Za chwilę trafi do Waszych rąk książka niezwykła. Tak myślę. Pisana nie przeze mnie. Przeze mnie jedynie przypomniana. Jedynie (?) nadałem jej nowe, polskie zdania, emocje.  Odczytywałem i słowa i uczucia, tłumacząc Dziennik księdza Franza Pawlara. Przynajmniej bardzo się starałem by dotrzeć do ich jądra.

Skoro już mowa o tłumaczeniu to bardziej przemawia do mnie to, co robił Stanisław Barańczak spolszczając teksty obcojęzyczne. W takim podejściu widzę szansę na uratowanie osoby autora oryginału. Wydobycia na powierzchnię jego słów, jego samego. Ocalenia go i tego co czuł, i myślał pisząc…

Moje życie splotło się z osobą księdza na dobre i na złe od stycznia 2015 r. Stało się to niemal dokładnie siedemdziesiąt lat po tym, jak siadł w styczniowy, mroźny wieczór 16 stycznia 1945 roku przed swoją maszyną do pisania i wystukał pierwsze słowa… Wiedział, zwłaszcza on, że ten czas potrzebować będzie świadectwa tego, jakim czasem był naprawdę. Kto i co zrobił. Nie po to, by wystawiać świadectwa przyzwoitości, lecz raczej opowiedzieć co czas wojny robi z ludźmi. Jakimi są, gdy zagląda im w oczy strach, głód, zachłanność, strach przed nieznanym czy potrzeba odwetu lub… zadośćuczynienia.

Zmierzch Bogów w podgliwickich Pławniowicach, a może – dla oddania natury zdarzeń – należałoby tym bardziej powiedzieć w podgliwickich Plawniowitz, Flössingen, czy w sowieckich Winohradach. Jak u licha opisać historię w miejscu, które traci swoją nazwę, tożsamość. Jest i go (już) nie ma?

Spolszczanie Dziennika dostarczyło mi ogromnie wiele satysfakcji. Było zanurzaniem się w niemczyznę G. Śląska, śląska austriackiego, w detale opisu, kształtujące świat, którego nie ma. Podobnie jak część z czytelników Dziennika na blogu, śledziłem losy księdza i postaci jego opowieści. Prześlizgiwałem się po połyskującej lakierem masce mercedesa hrabiego Mikołaja von Ballestrem, gdy opuszczał Pławniowice i w przeciwieństwie do niego, wiedziałem, że już tu nie powróci… Wyobrażałem sobie pałacową kuchnię w dniu kolacji, tej ostatniej, gdy wiadomo było, że „jutro” nie będzie podobne do „dzisiaj”. Tkwiłem przy łóżku wykrwawiającego się Austriaka, ulegałem odurzeniu pałacowym winem, gdy lało się po piwnicach i ścieżkach Pławniowic. Przenikał mnie strach w każdą zimową noc 1945 roku i zimno, i ogarniało poczucie wzruszenia, gdy na klepisku wiejskiej stodoły profanum przeradzało się w Sacrum. Tyle wspomnień, na marginesach kart Dziennika. Są, ale ich tam nie znajdziecie. Opowiem o nich podczas swoich spotkań…

Dziennik księdza Franza Pawlara już za chwilę trafi do Waszych rąk. Osobistej lektury życzę. Górny Śląsk w 1945 roku… Opis pewnego czasu i miejsca.

Okładka książki (wydawnictwo Silesia Progress; publikacja w ramach Canon Silesiae)

Pławniowice (w odddali wieża Pałacu; marzec 2015 r.)

 

Dussmann. Miejsce, gdzie wciąż słychać szelest przewracanych kartek…

To jest miejsce, które zawsze odwiedzam ilekroć jestem w Berlinie. Nie dlatego, że muszę. Zdecydowanie bardziej dlatego, że mogę sobie wyobrazić wizytę w Berlinie bez zobaczenia, nie wiem Bramy Brandenburskiej (?), ale już z trudem wyobrażam sobie pobyt w Berlinie bez zaglądnięcia do Dussmanna.

Dussmann to coś czego nie ma Warszawa, nie ma Kraków. Katowice, niestety też nie mają. To wielki skład książek, księgarnia w najlepszym rozumieniu tego słowa, w której można się zagubić i odnaleźć i znowu zatracić w lekturze, oglądaniu, czytaniu, słuchaniu.

Mój pierwszy pobyt w tym miejscu, kilkanaście lat temu oznaczał strawione na czytaniu-nie-czytaniu kilka dobrych godzin. To był mój Berlin. I wiedziałem, że będę już tutaj powracał, za każdym razem. Po wielokroć.

Peter Dussmann, twórca tego projektu, pochodził z rodziny właścicieli niewielkiej księgarni w wirtemberskim Rottweil. Takiej małej, rodzinnej i prowincjonalnej, jakie może jeszcze pamiętamy i z naszych miast i miasteczek. Dzisiaj ich nie ma. Są co najwyżej składy podręczników.

Peter Dussmann przez większość życia nie zajmował się książkami. To znaczy chyba zajmował, ale pracował z myślą, by kiedyś powstało coś takiego jak Dussmann Kulturkaufhaus. Wcześniej założył i prowadził firmę zajmującą się opieką nad ludzi starszymi, obsługą biur, ich sprzątaniem. Nic „ambitnego”, jak wówczas uważano, ale on wyniósł każda z tych dziedzin na szczyty zarządzania i organizacji. A potem był rok 1966 i powstała grupa Dussmanna. Mekka dla uzależnionych od wynalazku Gutenberga. Gdy wejść do domu Dussmanna przy Friedrichstrasse, jest ich tam wciąż setki i tysiące.

To taka księgarnia, w której księgarz wie co ma na półce, potrafi doradzić, wyszukać, wymienić opinię na jej temat z przyszłym czytelnikiem. Porozmawiać o książce, autorze lub na temat innych jej na przykład krytycznych wydań. Jest częścią świata, do którego on i my należymy. Do świata książek, a dzisiaj i multimediów. To tam fani serialu ‘Mad men’ (serdecznie pozdrawiam) znajdą wszystkie sezony serialu, a miłośnicy muzyki filmowej, ścieżkę z każdego filmu jaki kiedykolwiek został wyprodukowany.  Takie miejsce.

Wciąż słychać tam szelest przewracanych stron. Widziałem tam i takich, którzy pochłaniali zapach świeżego druku, rozkoszowali się nim, błogo zagłębiając w lekturę w miękkich skórzanych fotelach, na stojąco, przy regale. Złapani na tym, że książka ich wzięła w posiadani, a nie oni ją

W podziemiach sklepu znajdują się wiszące, wertykalne ogrody Patricka Blanca, niedoszłe marzenie ogrodów porastających ulice i place Katowic… Przypomnienie prastarego lasu, korzeni, naszych źródeł. W istocie miejsce, gdzie ze swoją lub wciąż nie swoją (jeszcze) książką, możemy zejść, napić się kawy i ponownie chłonąć. Tym razem dźwięk opadających kropel wody ze ścian porosłych roślinami i zapach tego co jest przypomnieniem soczystej trawy, dusznych zapachów dżungli, chłodu górskiej wody.

Do każdej kawy, herbaty tu serwowanej, dołączony jest niewielki rulonik, starannie opleciony delikatnym, papierowym pierścieniem. Mój był tym razem niebieski. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, gdy go rozwinąłem i go bezgłośnie przeczytałem, że miał się znaleźć przy mojej filiżance. Tego dnia i w tym czasie.

„Auch aus Steinen,

die einem in den Weg gelegt werden,

kann man Schönes bauen”  

Johann Wolfgang  von Goethe

***

(spolszczenie)

„I z kamieni,

jakie rzucane są nam pod nogi,

można zbudować  coś pięknego”

J.W. von Goethe

Odkładam kartkę na bok i biorę do ręki dopiero co zakupioną książkę Hansa-Dietera Rutscha, Das Preussische Arkadien. Schlesien und die Deutschen / Pruska Arkadia. Śląsk i Niemcy, (Berlin 2014).

Przewracam pierwsze strony, a szelest kartek zagłusza tym razem opadająca w moim sąsiedztwie woda. Trafiam na prolog otwierający książkę.

Jest luty 1790 roku i oto J.W. Goethe pisze w liście do księcia Carla Augusta, o tym iż wybiera się w tym roku w wyjątkową podróż na… Śląsk. W jej trakcie (wyprawa Goethego ma wiele powodów i celów jej podjęcia), dotrze między innymi do Tarnowskich Gór, gdzie obejrzy maszynę ogniową (parową).

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to książka która w jakimś sensie należy do mnie, dotyka historii, którą kilka lat wcześniej miała opowiadać (otwierając swoją opowieść o historii G. Śląska)  wystawa w Muzeum Śląskim. Nie, nie odczuwam tym razem żalu, że tak się nie stało. Zdecydowanie jest odwrotnie. To rodzaj uspokojenia i pewności, że jeśli nie w Katowicach dzisiaj, to ktoś tę historię pozna., ba już czyta. „W świecie”, a potem tutaj.  Za chwilę zaś w Polsce, gdzie (mam nadzieję) ktoś uzna, że warto tę książkę przetłumaczyć. A czytelnik, jeden, drugi i następny odkryje, jak głęboko historia Śląska jest zanurzona w historii Europy i tamtego świata. Nie mniej niż w tej, którą światu w kilka lat później opowiadał John Q. Adams, pisząc swoje Letters on Silesia (1801) i opowiadając światu historię Śląska.

Odkładam książkę, biorę kolejne (czy wspominałem, że uzależnienie kosztuje?)… zagłębiam się w pośpiesznej lekturze…

Dussmann. Taki adres

Ogrody u Dussmanna. Wilgoć

Ogrody Dussmanna (proj. & realiz. Patrick Blanc)

Dworzec Anhalter. O Berlinie inaczej

Przeczytałem niemal wszystkie reportaże ze zbioru  Mur. 12 kawałków o Berlinie (dziwne, ale numer 12. wciąż się koło mnie „kręci”: a to lista 12. z której kandyduję, a to restauracja „12 Apostołów”, którą dzisiaj mijałem w śródmieściu Berlina). Po ich lekturze  nie mogę ukryć pewnego rozczarowania. Ale może trzeba znać to  miasto inaczej, by wiedzieć, że najważniejsze rzeczy to te, które zdarzają się tutaj o poranku?

Są dalekie od historii muru, które są zbyt osobiste, by być przedmiotem rozmów z berlińczykami.  Tak, owszem. Nadają się na opowiadania dla turystów, dla których to zdarzenia odległe i już nieprawdopodobne. Ale tylko tyle. Te prawdziwe potrzebują ciszy i intymności. Często zresztą można usłyszeć w Berlinie narzekania turystów, że muru już nie ma… Tęsknota za przekleństwem, tych którzy tutaj żyli??? z tym muzrem to zresztą nieprawda. Mur nadal tkwi w głowach, w losach poszczególnych rodzin. No, a  ci bardziej dociekliwi, znajdą jego fragmenty i ślady w mieście. Zobaczą je w tym, jak nagle w pewnych swoich dzielnicach Berlin z Ost, różni się od tego z West. Nieważne. Miało być przecież o poranku w Berlinie…

Zatem jesienne poranki w Berlinie, oznaczają kolory drzew od żółcieni po intensywnie bordowe wariacje. Brązy i zielenie zmieszane i z bielą mgły… Skąpane w sosie nieostrości i niejednoznaczności. Coś niezwykłego i mało pruskiego w tej stolicy Fryderyka Wielkiego.

Gdy, o poranku opuszczałem hotel, ściągał mnie cień wieży telewizyjnej. Cień pozorny. Skryty w chmurach, we mgle spowijającej miasto. Intrygujący. Wielkie oko, Wielkiego Brata, którego już nie ma od 25.lat… A może jest?

We wspomnianym zbiorze reportaży o Berlinie, brakuje mi miasta, które pachnie poranną kawą i rogalikiem podanym na x sposobów. Pośpiechu ulicy, znającej ograniczenia historii i wiedzącej, że to co jest dzisiaj, nie musi dawać gwarancji, że będzie też jutro. Miasto z przeszłością, jak rozwodnik z piętnem tego co było.

Historii, jak ta o dworcu Anhalter, co przetrwał wojnę i zniknął niemal całkowicie z powierzchni ziemi wysadzony na początku lat 60-tych XX wieku. Świadek wyjazdów cesarza Wilhelma II do ludu swego, wstydliwego spotkania Ribbentropa i Mołotowa w listopadzie 1940 roku, czy jeszcze bardziej zawstydzających współczesnych deportacji berlińskich Żydów, co nagle zostali wyzucie z  wszystkiego i jak później dworzec skazani na niebyt?

Berlin. Mój kawałek tutaj. Inny od 12. znalezionych na kartach książki.

PS. A ja polecam swój esej o emigracji. Osoba, której ocenom bezwzględnie zawierzam, napisała, że świetny…  „Obcy u siebie”, taki tytuł. W najnowszej Fabryce Silesia… Już jest. Odczuwanie oddalenia, osobiste. Przeżyte.

 Poranek/ Mgła (Berlin, 16.10. 2015 r.)

Poranek / Mgła (2) Berlin

Poranek / Mgła (3) (Berlin)

Kolory  (Berlin)

Przeczytane, obejrzane

Kupiona niedawno Historia fotografii Juliet Hacking (Arkady 2012), mocno mnie rozczarowuje. Ale może powinienem był popatrzeć na indeks osób, zanim sięgnąłem po kartę płatniczą? Brak takich postaci jak Vivian Maier, czy Jan Saudek powinien być ostrzeżeniem, by poczekać na przecenę tej książki…

***

Cieszy natomiast (a może tak bywa z prezentami) Katalog wystaw 2014 z Galerii Pustej cd w Jaworznie (red. Jakub Byrczek, Krzysztof Szlapa)

Galeria zainaugurowała swoją działalność w styczniu 2014 roku (wystawą Marka Wesołowskiego z intymistyczną wystawą Barwy natury) i jej bogata działalność wystawiennicza doczekala się tego bibliofilskiego dzieła (nakład katalogu to niespełna 100 egzemplarzy, szkoda…).

W Galerii Pustej cd jeśli czas i okoliczności pozwalają bywam i oglądam. Poza fotografią miejsce to oferuje coś, co nie jest tak typowe dla współczesnych wernisaży. To spotkania ludzi dla których fotografia to forma wypowiedzi i  opisu. Jest też (czasami) dobry chleb i ciepło płynące od białych kafli kuchennego pieca.

W mikrokosmosie Galerii Pustej (tradycyjnie prezentujacej 12 prac; czasami liczba ta bywa powiększona o dodatkowe zdjęcie na sztaludze malarskiej) fotografia ma szansę – nawet jeśli na moment – stać się centrum wszechświata obrazu i światła. Bywa, że porusza i inspiruje.

Pocżątek jest zatem bardzo dobry, a ja czekam na ciąg dalszy (cd)  – na kolejne odsłony, nowy katalog i zajmujące rozmowy o fotografii.

***

 Katalog wystaw 2014 w rękach Krzysztofa Szlapy (jednego z autorów publikacji)

Galeria Pusta cd. Wnętrze