Mann znikąd

To nie pierwszy raz, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie wszystkie wątki, myśli i słowa spotykają się w jednym miejscu. Na początku jest tylko ten rodzaj zadziwienia, że „nie wiem i że  mi to umknęło”. Spóźnione pytanie „jak?” pozostające bez odpowiedzi.

Początek był banalny. Tak jak wówczas, gdy oglądając Nirgendwo in Africa (pol. Nigdzie w Afryce, 2003, reż. Caroline Link), dobiegł mnie dźwięk słów Breslau i Juden. Stało się tak mimo tego, że wiedziałem, że film jest adaptacją autobiografii Stephanie Zweig. Śląskość filmu przykuła mnie do ekranu tym silniej. Kazała powracać do tego obrazu po wielokroć.

Breslau popłynęło z ekranu i tym razem w The Best of Men (pol. Najlepsi z najlepszych,  reż. Tim Whitby). A potem przemówił on – filmowy doktor Ludwig Guttmann…

Pomyślałem, jak niewiele wiem.

Jest w Toszku ulica dra Ludwiga Guttmanna, są dwie (szpitalne) tablice. W Chorzowie i Wrocławiu. Tyle.

A sztandarowa publikacja na temat wrocławskich Żydów Macieja Łagiewskiego (Wrocławscy Żydzi 1850-1944, Wrocław 2010), milczy na jego temat. Czy to nie irytuje?

Tost czyli odkrywanie Guttmanna

Ludwig Guttmann, choć fakt ten nie zawsze bywa odnotowywany wprost i jednoznacznie, był niemieckim Żydem urodzonym (3 lipca 1899 roku) na Górnym Śląsku. Tutaj też spędził swą młodość.

Wywodził się z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej mieszkającej w pruskim Toszku (wówczas Tost). Rodzina Ludwiga mieszkała w Toszku bardzo krótko, bo już rok później przeprowadziła się do Königshütte (Królewskiej Huty).

Dokumenty zgromadzone w Instytucie Leo Baecka w Berlinie dają nader skromny obraz społeczności żydowskiej w Toszku. Silnie z sobą związanej, mocno osadzonej w tradycji. Nielicznej. II wojna przyniosła całkowitą jej zagładę. Na miejscowym kirkucie zostało osiem macew. Zresztą, może dzisiaj jest ich jeszcze mniej…

Myśląc o żydowskim Toszku, wspominam go jednak w pierwszym rzędzie przez  pryzmat niezwykle zabawnej opowieści zachowanej w archiwach berlińskich i związanej z tym miasteczkiem. Historii z 1873 roku.

Jest w niej mowa o obchodach święta Purim w pruskim i zazwyczaj nobliwym Tost. Bawiono się tego dnia tak dobrze i beztrosko (co  jest częścią kolorytu i tradycji wpisanej w celebrowanie tego święta), że dopiero na miejscowym odwachu policji, stróże prawa  byli w stanie ustalić tożsamość wszystkich uczestników zabawy… Wyjątkowości całej sytuacji dodaje fakt, iż liczba zatrzymanych była znacząco większa, niż liczyła cała lokalna społeczność żydowska Toszka. Bawiło się niemal całe miasto…

Następna stacja – Königshütte

W rok po urodzinach Ludwiga, Guttmanowie opuścili miasteczko położne u stóp zamku, którego krótkimi właścicielami była rodzina von Eichendorff.

Sporo czasu i trudu pochłonęło mi ustalenie tego, gdzie zamieszkała rodzina Guttmann po przeprowadzce do ówczesnej Królewskiej Huty (Chorzowa).

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pan dr August Guttmann, nauczyciel w Gimnazjum Królewskim w Królewskiej Hucie i ojciec Ludwiga Guttmanna, zamieszkał wraz z rodziną przy obecnej ulicy Powstańców (Tempelstrasse 26). Czy jest to obecny numer 26… ? Nie wiem. Budynek zdecydowanie wygląda jak ten z epoki chce wierzyć, że to jest to miejsce.

Dość, że stosunkowo liczna rodzina Guttmann cieszyła się z posiadania czwórki dzieci. Trzech córek i jedynego syna, Ludwiga właśnie. W kamienicy zamieszkiwał jeszcze inny nauczyciel miejscowego gimnazjum (Max Hatmann), a także emerytowany nadsztygar Beher, czy rentier Theophil Chran i wielu, wielu innych mieszkańców. Taki śląski mikrokosmos, którego opis przynosi książka adresowa  Königshütte z 1906/1907 roku…

W tym samym gimnazjum (Königliches Gymnasium in Königshütte) Ludwig Guttmann zdał w 1917 roku maturę. Jego ojciec nie był już w tym czasie nauczycielem. Tak przynajmniej wynika ze spisu w sprawozdaniu z działalności placówki z 1915 roku, autorstwa dyrektora gimnazjum dra M. Müllera (archiwum cyfrowe Leo Baecka w Berlinie).

Natychmiast po maturze, Ludwig, jak niemal wszyscy jego koledzy, trafił do wojska. Na jego szczęście służba nie trwała zbyt długo.

To jednak co tak naprawdę ukształtowało jego postawę życiową i zainteresowania, to praktyka w miejscowym szpitalu, jaką odbył w 1917 roku i widok sparaliżowanego górnika, gdy przywieziono go po wypadku na kopalni. Jego agonia przez kolejne 5 dni, poczucie bezsiły pomieszane z brakiem zainteresowania dla jego losu ze strony personelu medycznego, była momentem, jak piszą zgodnie biografowie Guttmanna, który zadecydował o jego dalszych wyborach zawodowych.

Kolejne ścieżki kariery zawodowej Gutmanna po 1918 roku znaczą: Uniwersytety wrocławski i uczelnia w Halle. Początkiem pełnej kariery zawodowej jest uzyskanie tytułu doktora medycyny w 1924 roku. Kolejnym, habilitacja z neurologii w 1930 roku we Wrocławiu i współpraca z tamtejszym  szpitalem neurologicznym.

Breslau

Ponad rok temu, postać Guttmanna przypomniano na łamach Wochenblatt, tygodnika Niemców w Polsce. Z wdzięcznością myśląc o autorze artykułu, nie mogę zrozumieć dlaczego wprost nie pisze się w nim o jego żydowskich korzeniach. Enigmatycznie bowiem i niejasno w tym kontekście wybrzmiewa  poświęcenie i niezwykła odwaga, z jaką Guttmann ratował z listopadowego pogromu 1938 roku sześćdziesiąt osób, udzielając im schronienia w żydowskim szpitalu, którego był dyrektorem…

Informacja ta brzmi wciąż dość zdawkowo. Liczby, daty. Dodajmy zatem do tego trochę życia i emocji. Guttmann zrobił coś znacznie więcej. 10 listopada 1938 roku, w dzień po Nocy Kryształowej, osobiście odbył z funkcjonariuszami gestapo obchód po szpitalu i z liczby 64 osób przyjętych w wyniku pogromu do szpitala, wybronił przed wypisaniem (i odesłaniem do KZ Dachau lub Buchenwald) 60 osób, prezentując ich dokumentację medyczną (sic!),  tłumacząc i uzasadniając konieczność ich pozostania w lecznicy…

Wcześniej, jako świeżo upieczony neurolog, pracował w 1933 roku we wrocławskim  szpitalu Wenzel Hancke, z którego wyrzucono go wiosną 1933 roku, jak wszystkich żydowskich lekarzy, których objął państwowy Berufsverbot. Na Dolnym Śląsku nie obowiązywały przepisy ochronne Konwencji Genewskiej i niearyjscy lekarze z dnia na dzień przestali pracować. To w jakimś sensie zamknęło dalszą karierę Guttmanna.

Ludwig Guttmann kolejne lata spędził w kwartale ulic Hohenzollernstrasse (Sudecka), Neudorferstrasse (Wiśniowa) i Menzelstrasse (Sztabowa) pracując, a od 1937 roku kierując Szpitalem Żydowskim. Zyskał w tym czasie, jak dowodzą wspomnienie innego wrocławskiego neurologa Fritza Richarda Sterna (pochodzącego nomen omen z Pyskowic…) reputację najwybitniejszego neurochirurga w mieście.  Ze szpitalem i swoim Breslau rozstanie się na samym początku 1939 roku.

Anglia

Okazji do ucieczki z nazistowskim Niemiec dostarczyli mu po części sami naziści wyrażając zgodę na wyjazd do Portugalii w celu wyleczenia bliskiego znajomego portugalskiego dyktatora Salazara.

Podróż powrotna Guttmanna pierwotnie  została zaplanowana przez Londyn i okoliczność ta pomogła w decyzji o emigracji. Skorzystał z tej okazji i faktu, że Rada Pomocy Uchodźcom Naukowcom (CARA) wyjednała mu zgodę na pobyt w Wielkiej Brytanii.

W Anglii wraz z żoną Else Samuel Guttmann i dwójką dzieci Dennis i Evy  zatrzymał się w Oksfordzie. 14 marca 1939 roku CARA, wynegocjowała w brytyjskim Home Office zgodę na stały pobyt i przekazała mu i jego rodzinie 250 funtów (odpowiednik  dzisiejszych 10.000 funtów), by w ten sposób pomóc mu w osiedleniu się w Oksfordzie.

Przez kolejne lata Guttmann kontynuował swoje badania nad urazami kręgosłupa w Klinice Neurochirurgii w Nuffield Radcliffe Infirmary.

„Kaleka – taki sam człowiek, jak ja i Ty!”

We wrześniu 1943 roku brytyjski rząd poprosił Guttmanna o podjęcie pracy  w Stoke Mandeville Hospital w Buckinghamshire i zajęcie się inwalidami wojennymi – pacjentami z trwałym paraliżem dolnych kończyn.

Ośrodek otwarto 1 lutego 1944. Guttmann został mianowany jego dyrektorem i pomimo kontrowersji dotyczących metod pracy, jak i samego stylu zarządzania oddziałem, piastował  to stanowisko do 1946 roku.

Jako dyrektor brytyjskiego pierwszego zespołu specjalistycznego leczenia urazów kręgosłupa wierzył, że to sport pozostanie głównym sposobem leczenia i ich rehabilitacji. Przy okazji, pierwszy raz położono w metodzie tej nacisk na odbudowę tężyzny fizycznej osób niepełnosprawnych i odzyskiwanie przez nie szacunku dla samych siebie.

„Pappa” (jak mówili życzliwi i zakochani w nim pacjenci) Guttmann uzyskał obywatelstwo Zjednoczonego Królestwa w 1945 roku. Zorganizował pierwsze Stoke Mandeville Games dla osób niepełnosprawnych dokładnie 28 lipca 1948 roku, a więc tego samego dnia, gdy otwierano Letnie Igrzyskach Olimpijskie w  Londynie. W uznaniu za swoje zasługi otrzymał tytuł szlachecki z rąk królowej brytyjskiej w 1966 roku i to on, uchodźca ze Śląska i wrocławski neurolog, uznawany jest dzisiaj za twórcę igrzysk paraolimpijskich…

Doktor Ludwig Guttmann zmarł 18 marca 1980 w Aylesbury, w Wielkiej Brytanii.

 

Na Górnym Śląsku ma jedną (sic!) ulicę swojego imienia… Cóż za rozrzutność w docenieniu… i pamiętaniu…

Fragment książki adresowej z 19006/1907 roku

Cmentarz zapomnianych książek

„…witamy na Cmentarzu Zapomnianych książek…”

Carlos Ruiz Zafon (Cień wiatru)

To nie była biblioteka. Już z daleka miejsce uderzało przechodnia kuszącym szyldem – Livres d’ Occasion. Lyon i  antykwariat wciśnięty w kamienicę przycupniętą ponad kamiennym nabrzeżem Saony. Fondée en 1840… założone w 1840… Jedna z witryn już dawno przestała służyć za wejście do sklepu. Zagracona dowodzi nadwyżki podaży nad popytem…

Wchodzę do środka i przeciskam się między regałami. Wspinam się po wąskich schodkach tkwiących między ścianami pokrytymi papierowymi tapetami i  mam wrażenie, że całkiem spora cześć książek tkwi tutaj od owego 1840 roku. Nietknięte zębem czasu, czytane przez kolejne pokolenia.

Cytując półgłośno Zafona (Cień wiatru) mówię do siebie – „każda znajdująca się tutaj książka, każdy tom posiadają własną duszę”. A może jednak dziedziczą dusze czytelników, którzy je tutaj kiedyś zostawili, czytali, z żalem (lub bez) zostawili, odłożyli na półkę?

Omiatam wzrokiem kolejne półki, sycę wzrok widokiem z niskiego okna na rzekę. Dotykam grzbiety, zaciągam się zapachem kwaśnego papieru i stęchlizny.

Goethe powiedział, że wiódł życie szczęśliwe, ale nie pamięta choć jednego tygodnia szczęścia…. Gdyby trafił tutaj, zmieniłby zdanie?

Wyzwalam jedną z książek. Przebłysk szczęścia.

Ślepy los(?) pada na dzieło Marcela Pagnola  L’Eau  de collines.  Jean de  Florette, Paris 1971. Każdy kto widział ekranizację tej powieści (z 1986 roku), poczuł skwar gorącej Prowansji i pamięta porywającą kreacją Daniela Auteuil i Yves’a Montand, wie dlaczego to zrobiłem.

W kilka godzin później, gdzieś między Lyonem, a Monachium odkrywam, że to tom pierwszy powieści. Poczucie ulgi i uspokojenia. Wrócę. Wiem to na pewno. A dzisiaj chcę tego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Livres d'Occasion (Lyon) Książki, kartki skupuję... / Books, postcards ... (Lyon)

Książki, książki / Books, books (Lyon) Zstępowanie / Descending (Lyon)

Usiądź i czytaj / Just sit and read (Lyon)

Okno z widokiem / Window with the view (Lyon, 2016))

Antybaśń o Trzech Królach

Dziwny to dzień. Zrobiłem kilka zdjęć z pochodu Trzech Króli w Krakowie. To już trzeci raz, gdy sięgam po aparat i jak głosiła kiedyś reklama KODAKA, podjąłem (beznadziejną) próbę zachowania wspomnień, używając do tego fotografii. Choć grabiały ręce, a zimno niemal lodowatymi igłami kłuło w twarz wymierzając kolejne razy. Głębiej i głębiej.

Kilka zdjęć.  Przeszłość  nawiedzać mnie będzie posługując się tymi obrazami lub co najmniej będzie taka jak… na tych zdjęciach.

Patrzę na owe orszaki Trzech Króli i nie wchodząc w szczegóły tego, czy to Mędrcy i czy było ich faktycznie Trzech (ewangelia św. Mateusza mówi o trzech darach, nie definiując ich liczby), zastanawiam się, jaki los spotkałby ich we współczesnej Polsce, Europie… świecie? Przybyszy z Azji, Afryki (?), pielgrzymów ze Wschodu. Pobito by ich? Ograbiono z mirry, kadzidła i złota, naubliżano im od najgorszych? Utopiono w łodziach, wcześniej odbierając wszystko co mają?

Nie jestem też pewien, czy dotarliby do Betlejem, nie tylko z powodu posterunków wojskowych na granicy z Autonomią Palestyńską.

Przeraża mnie ta perspektywa niespełnienia się proroctwa w Księdze Micheasza. Bardziej jednak drżę na myśl o tym, że swoim przybyciem wzbudziliby w nas zdolność do otwartego nieakceptowania innego, obcego. Rasizmu, nienawiści?  To smutne i w moich oczach nadaje dziś orszakom  charakteru etno-ceremonii, a nie aktu radosnego zawierzenia i manifestacji wiary, określonej postawy. Pewnie źle, gdy się pisze emocjami, ale czasami nie da się inaczej.

*

A za oknem symboliczna scena.

Odchodzenia. (Prze)mijania. Taki jest Kraków w swoim mikrokosmosie zdarzeń.

[Kraków, 6 stycznia 2017 r.]

Orszak Trzech Króli, Grodzka 6 stycznia 2017 r.

Pamiątka po (Trzech Króli, 6 stycznia 2017 r., Kraków)

(Prze)mijanie. Bracka, 6 stycznia 2017 r.

 

Już jest (2)

Tym razem trwało to dłużej.

Gdy wróciłem z oblepionej śniegiem A4 już była. Czekała.

Pachnąca (wciąż) intensywnie farbą drukarską, grafika Rudolfa Riedla.

Aktualna, poszukująca w związku z czasem Bożego Narodzenia pewnej syntezy tego, co wokół.

Tego co boli, niepokoi, zachwyca. Co widzi artysta i objawia nam ślepcom.

Myśli tych jest w sam raz tyle, by wziąć ich garść na spotkanie z Trzema Królami.

Jadąc dzisiaj autostradą A4, mijając miejsca, gdzie jeszcze chwilę temu dmuchane mikołaje wyznaczały efemeryczne zagajniki z choinkami, napawałem się promieniami wschodzącego słońca. Najpierw jego tarczą czerwoną, a potem promieniami zalewającymi wnętrze samochodu, wypełniających powierzchnię lusterek, ślizgającego się po faldach ubrania.

Wierzyłem (od czego rok pobytu w czasoprzestrzeni mitów japońskich?), że  wróżą one  (jak niegdyś na plaży w tokijskiej Daibie) rok szczęśliwy i wolny od nieszczęść…

Rozkładam linoryt z uważnością obdarowanego. Wygładzam powierzchnię.

Wpatruje się w twarze ludzi bez ziemi.

Boże Narodzenie 2016. Grafika Rudolfa Riedla (repr. L. Jodliński)

Księżycowe zapatrzenie

Uległem, to oczywiste. Nie, nie idiotom palącym flagę, ignorantom nie wiedzącym co czynią.

Podobno takim należy wybaczać, ale co ja mam im wybaczać? Że nie wiedzą? Że są źli i w tym złym utwierdzają ich inni? Enough is enough, jak mawiają w preferowanym przez obecne elity Albionie (znowu ćwiczenie językowe dla tych lekko ociężałych). Niczego na podobnej nienawiści się nie zbuduje. To tak stara i sprawdzona prawda, że nie wymaga pogłębionego komentarza. Czas pokaże, że tak jest. Nawet niewierzącym w nic komunistów brak takiej wiary zmiótł z powierzchni ziemi.

Uległem też nie temu, że ktoś myśląc, że  robi ze mnie idiotę, dowodzi swojego uwiądu intelektualnego.

Uległem Księżycowi. Nie mogłem być tak blisko jak chciałem, ale na moment byłem razem z tymi wszystkimi, którzy na niego patrzyli, pozostawali w zapatrzeniu. Szukali na jego powierzchni śladów Neila Amstronga, marzeń i tęsknot ludzkości. Całkiem budująca wspólnota.

Ciekawsza niż ta, która pali i niszczy.

Księżyc 14 listopada. Zbliżenie

Księżyc 14 listopada 2016. Oddalenie

Igła Południa. Zapiski z Sabaudii (8)

Alpy nie posiadają dla mnie takiego znaczenia, jak dla takiego na przykład Antoniego Malczewskiego, poety proto-romantycznego pierwszego dwudziestolecia 19. wieku. Malczewski w latach 1816–1821 zwiedził Szwajcarię, Włochy i Francję. Podczas tych podróży spotkał się też George’m Byronem. Sporo, by poczuć się spełnionym poetą-amatorem.

Moja postromantyczna, wymuszona edukacją i tradycją szkoły polskiej fascynacja światami romantyków, utknęła gdzieś-nigdzie na mitycznej Litwie, może w okolicach Lwowa.  Tam ulokowała tęsknoty, pragnienie poznania okopów św. Trójcy i wszystkiego tego, co było na końcu tej drogi. Tych dwadzieścia kilka lat temu tradycja tamtych kresów była mi zdecydowanie bliższa niż karkonoskie obrazy Caspara David Friedrich, czy postać i poezja Byrona czy Alpy właśnie.

Dopadła mnie ta myśl, gdy stałem u podnóża Południowej Igły (Aiguille du Midi, 3842 m.n.p.m.) przywieziony tutaj kolejką linową z Chamonix.

Pomyślałem o Antonim Malczewskim, nie z powodu owych tropów literackich (dopełnionych monologiem Kordiana J. Słowackiego na Dachu Europy), które łatwo znaleźć w okolicy i w naszej pamięci o literaturze polskiej. Nie, zero literatury (jaka ulga).

Pomyślałem o nim ponieważ był pierwszym z Polaków (i ósmym turystą na świecie), który wszedł na szczyt Mont Blanc (4 sierpnia 1818). Co więcej, 4 sierpnia 1818 stał się również pierwszym zdobywcą szczytu Aiguille du Midi. Dokonał tego wspólnie z Jean-Michelem Balmatem i 5 innymi przewodnikami.

Opis wyprawy zawarł w XIX tomie genewskiej Bibliotheque Universelle. Tekstu nie znam, tytuł cytuję z jego biogramu. Mam nadzieję jedynie, że nie brakowało mu fantazji i jak poprzednicy i jego następcy, na szczycie i w drodze na górę wychylił kolejne hausty wina białego lub czerwonego. Inny Polak Karol Hopppen, gdy zdobywał Białą Górę (Mont Blanc), miał ze sobą beczkę białego wina i… 18 butelek wina czerwonego. Standard wypraw w tym czasie, pragnę uspokoić zaniepokojonych (potencjalnym) opilstwem polskiego alpinisty. Tak się to robiło. Tak wyglądał tamten slow-alpinizm.

Gdy wychodzę z kabiny kolejki, która od wysokości 2309 m (stacji pośredniej), nie korzysta już z podpór, przenoszę się niemal natychmiast do przedsionka lodowców pokrywających okoliczne góry i stoki. Wokół doliny, szczyty gór i naturalnie majaczący w oddali masyw Mont Blanc (4810,45). Z przewodnika wyczytuję, że jest do niego tylko osiem kilometrów. Patrzę i  (dziwna rzecz w górach) mam wrażenie, że dzieli mnie od niego dużo więcej.

Turyści krążą po grotach i przejściach wydrążonych współcześnie w Igle. Dominują (jest po sezonie) Chińczycy. Co jakiś czas trafiam na podesty i tarasy widokowe. Mogę bezkarnie patrzeć na alpinistów. Hen w dolinie, na lodowcu. Pobyt przestaje mieć powab wyprawy „na chwilę” z biletem w ręku za 57 euro i gwarancją powrotu o np. 16.00.  Widzę namioty rozbite na lodowcu. Ktoś tam nocował? Zostanie na noc? Nieco dalej asekurowani, przypięci do liny idą alpiniści. Są nierealni i dalecy, choć dałbym słowo, że słyszę chrzęst ich raków na lodowej pokrywie i posuw gładzi nart na śniegu.

Wiem, że tutaj w Alpach Sabaudii, powyżej Chamonix ćwiczyła przed jedną ze swoich wypraw Wanda Rutkiewicz. Mieszkała kilka tygodni gdzieś kątem u życzliwych ludzi (relacja dolara do ówczesnego złotego nie dawał jej szans na komfortowe przemieszkiwanie w tym kurorcie) i chodziła w góry. Przemierzała masyw Mont Blanc. W latach 1973 -1975 bywał tutaj Jerzy Kukuczka. Na Igle, w jednej z witryn znajduję jego wypłowiałe zdjęcie upamiętniające tą okoliczność.

Nie zostawię tutaj po sobie innych śladów, jak te zdjęcia.

Robione bez kontroli. Zdradzają moją fascynację nie tyle górami, czy potrzebę ich zdobywania (tej nigdy nie miałem w takim procencie, by stanowiła istotną część mego życia; morze zawsze pozostanie mi bliższe).

Bezgranicznie ulegam ich urodzie, dramaturgii tego co widzę. Pierwotność obrazów jakie stwarzają, jakie tam odnajduje, jest w istocie nie do opisania. W miejsce słów i zdań kolejny spust migawki, i kolejny. I jeszcze jeden. Alpy bez słów.

Mnnt Blanc Masyw Mont Blanc

Faktura lodowca (Masyw Mont Pbanc, w drodze na Igłę Południa) Faktura lodowca. Opuszczona stacja

W drodze na szczyt. Stacja pośrednia (Plan de l'Aiguille)

Zmiana klimatu (Iglica Południowa, droga na jeden z tarasów widokowych) Alpy Sabaudzkie

Alpy. Masyw Mont Blanc (okolice Igły Południowej)

Wspinaczka (1) Wspinaczka (2)

Na szczycie (Wspinaczka 3)

Alpy  Szczyty (Alpy - impresja)

Na lodowcu (1) Na lodowcu (2)

Linie (1) (Na lodowcu 3)  Znaki i linie (Na lodowcu 4)

Igła Południowa Wspomnienie o (Igła Południowa)

Jak Adolf Pieck pozostawił tu ślad i o kanapce śledziowej też

Adolf Pieck pozostawił ślad

Ulica Głęboka 11. Cieszyn. Do wejścia do sklepu z wędlinami zachęca mnie nie ich widok, ani perspektywa zakupu. Jestem przecież po kanapce śledziowej i przy niej i jej smaku pozostanę tym razem przez cały pobyt nad Olzą.

To coś co mnie pcha w stronę sklepu, to niemal kompletne, choć tu i owdzie nadgryzione zębem czasu oryginalne kafelki pokrywające sklep od podłogi po sufit. Próbuję nie koncentrować się na tym czego nie ma, ale na fakcie, że niemal zaraz koło wejścia widzę ten oto napis:

Pieck (1) Cieszyn, 2016

Niemal natychmiast uruchamia to moje wspomnienia z podobnych sklepów widzianych w Gliwicach przy Dworcowej czy  Bytomskiej. Dzisiaj z wszystkich znanych mi dawnych masarni ostała się ta jedna przy dawnej Wilhelmstrasse.  Postanawiam, nie pytając o to obsługę, zrobić zdjęcie. Mieć, utrwalić. Ocalić od zapomnienia.

Adolf Pieck…

Po długich poszukiwaniach wpada mi w ręce książka adresowa berlińskich przedsiębiorców (nie znajduję roku, ale jest to najprawdopodobniej druk z końca 19. i początku 20 wieku) i przynosi ku mojej radości reklamę firmy Pieck.

Jak możemy się z niej dowiedzieć Adolf Pieck, wówczas mieszkający już przy Potsdamerstrasse 122C w Berlinie, specjalizował się w wyposażaniu sklepów mięsnych w szklane lady, zapewniał wyposażenie do prowadzenia sklepów i masarni, pokrywał ich ściany mozaikami i kafelkami, no i wreszcie kładł na podłogach nowoczesne i funkcjonalne linoleum. Jak berlińska, a nie na przykład wiedeńska firma trafiła do Cieszyna? Nie wiem. Może ktoś znajdzie na to odpowiedz. Początek został zrobiony.

 Adolf Pieck (2) (Cieszyn, 2016)

Kanapka śledziowa

No jest świetna. Wreszcie to wiem. Jej smak wciąż gdzieś rozcieram na języku.

Jest masowo konsumowana przez cieszynian (to jednak ważne dla przybysza nieufnego wobec reklamy i szeptanego marketingu).

Dopadam ją przy Głębokiej 3. To dobry adres.

Na miejscu mała kolejka i zakupy po 6, 8. sztuk. To norma. Na wynos. Do tego dwie, trzy na miejscu.

Można bić rekordy w zjadaniu jednej. Pięć, sześć sekund?

*

Mam w oczach taką scenę (czasami wykonanie zdjęcia nie jest możliwe, bo przecież ma się ręce zajęte jedzeniem własnej kanapki!)

Jedna z ulic Cieszyna. Sklep Społem. Dość siermiężna estetyka szyldu.

Nad witryną napis Kanapki śledziowe.

W oknie poniżej, co metr, półtora, na krzesełkach siedzą osoby namiętnie zajadające się kanapkami. Jedną, potem drugą…

Wrócę.

Po kanapkę (i po zdjęcie też).

Avion

Wracam. Minęły te dwa lata.

Piję espresso.

Czytam z zadowoleniem, że kawę i co tam jeszcze,  podają w kawiarni uczniowie średniej szkoły gastronomicznej księcia Albrechta.

Myślę (nieśpiesznie dopijając swoją małą czarną), że Rosalie Wiesner, spodobałby się ten pomysł i to, co się tutaj dzieje…

Avion. Widok na (2016)

Żacy... (Avion, Cesky Tesin) Grand Avion

Tego dnia (31 października 2016 r.)

Śląski Pettus Bridge

[Poniższy tekst jest autorską wersją felietonu, jaki opublikował SILESION.PL  27 października 2016 r. To tekst, który lubię i pewnie dlatego trafia na mojego bloga, by po prostu pozostać tutaj dłużej. Odradzam jego lekturę tym, którzy wszelki symbolizm traktują dosłownie (tracą czas), a ruch wyzwolenia w USA, jako prostą metaforę dla losu Ślązaków. Podobnie rozczarowani poczują się ci wszyscy, którzy żywią się „krzywdą śląską” (cyt. za M. Smolorz). Tutaj jej nie odnajdą.]

Most Edmunda Pettusa w amerykańskiej miejscowości Selma przeszedł do najnowszej historii USA w związku ze zdarzeniami podczas tzw. Krwawej Niedzieli  7 marca 1965 roku.

Tego dnia stanowa policja zaatakowała czarnoskórych demonstrantów, aktywistów ruchu na rzecz równouprawnienia, okładając bezbronnych manifestantów gumowymi pałkami, wściekle atakując ich gazem łzawiącym. Wszystko dlatego, że w symbolicznym geście, jakim było przejście przez ów most i marsz do stolicy stanu Alabama, Montgomery, domagali się praw obywatelskich i mówiąc najkrócej, prawa do istnienia w przestrzeni publicznej, kulturowej i społecznej.

Pobici i ranni powtórzyli przejście przez most  dwukrotnie.

Za drugim razem, zawrócili w jego połowie. Martin Luther King, który stanął na czele pochodu musiał się gęsto  tłumaczyć z tego, dlaczego zwątpił. Dlaczego zawrócił. Powiedział, że nie chciał na nich sprowadzać cierpienia. Dodał też, że do  długiej wędrówki należy się lepiej przygotować.  Miał rację. Do Montgomery było ponad 87 kilometrów.

Za trzecim razem nikt ich już nie powstrzymał. Pośród wyzwisk, obelg  i skromnego wsparcia białych mieszkańców  Alabamy doszli do stolicy stanu.

Pięć miesięcy później, ci których nazywano pogardliwie  „czarnuchami” uzyskali pełnię praw wyborczych. Po 43 latach nikt przy zdrowych zmysłach i liczący na zrobienie kariery na Kapitolu nie miałby odwagi tak ich nazwać, a w Stanach Zjednoczonych wybrano  pierwszego, czarnoskórego, Afro-Amerykańskiego prezydenta – Baracka Obamę.

Most w Selmie stał się symbolem.

Marsz unieśmiertelnił tych, którzy podjęli ryzyko wejścia nań i nie ustali w drodze.  Niemożliwe stało się rzeczywistością.

Historia marszu  skazała na zapomnienie tych, którzy 7 marca 1965 roku zagrodzili drogę ludziom, którym odmawiali prawa do własnej tożsamości i podmiotowości. Stosunek pogardy musieli w najgorszym razie zastąpić stosunkiem akceptacji i zgody na obecność innego.

Niedawno odmówiono Ślązakom prawa do statusu mniejszości etnicznej. W dyskursie publicystycznym pytanie co dalej, roztrząsane jest  między historią, wywodami lingwistów, a opracowaniami statystycznymi. Nuży mnie to już, podobnie jak to, że w myśleniu o tożsamości odwołujemy  się wyłącznie do przeszłości. Taki bagaż refleksji jest nie do udźwignięcia. Będzie zawsze przytłaczać i ograniczać. Prowadzić na manowce definicji i sprawiać, ze z szaf będą wypadały kolejne trupy. Nie ma Ślązaka idealnego, nie ma (wbrew takiemu domniemaniu) idealnego Polaka.

Historia USA jest – jak mawiają jedni – zbyt krótka i z tego powodu nie niesie ze sobą nauki dla okrzepłych społeczeństw Europy. Śmiem polemizować z taką tezą.  To raczej historia, która pokazuje, że jak ci mówią, że jesteś nikim, że cię nie ma, nie ma twojej muzyki, języka i tradycji, to nie wierz takim głosom.  Mówiono to uczestnikom bostońskiej herbatki w 1773 roku, gdy budowali nowe społeczeństwo, a nawet ochotnikom Pierwszej Kadrowej, gdy opuszczali krakowskie Oleandry. Miej jak wszyscy oni, wiarę w siebie.

Pomyśl więc (Ślązaku) o przyszłości  i znajdź swój własny, osobisty most. I wejdź na niego i wybierz swoją drogę. Pokojowo jak ci w Selmie, gdy bojąc się i drżąc o życie znaleźli się  na Moście Edmunda Pettusa i stanęli naprzeciw uzbrojonym osiłkom z policji. I się nie ulękli.

Wejdź  wierząc w racje, które ucieleśniasz. Zrób to i powtórnie,  i kolejny raz. Tak długo, jak trzeba, aż znajdziesz się po drugiej stronie i będziesz wiedział, że dotarłeś do celu.

Most (Świerklaniec)

 

Anioły z Lyonu. Zapiski z Sabaudii (5)

Pamiętacie film „Niebo nad Berlinem” (1987) i to jak dobrowolnie zstępowały na ziemię?

Wrażenie ich obecności nie opuszczało mnie w Lyonie.

Fasada gotyckiej katedry św. Jana Chrzciciela i wnętrze świątyni. Zachwyca wizerunkami rozradowanych i muzykujących postaci cherubinów… W innym miejscu poraża cokołami ziejącymi pustką i korpusami bez głów i skrzydeł.

***

Radosne oblicza aniołów z Lyonu są odległym przypomnieniem uśmiechów Regelindy z katedry w Naumburgu i tego błąkającego się na twarzy anioła z Reims.

Anioły upadłe, bo zrzucone na ziemię rękoma ludzi… Odmienne od berlińskich.

Reszta (na szczęście) wciąż trwa w niebiańskim uniesieniu…

[Lyon, 8 października 2016 r.]

Fasada katedry (Lyon, katedra pw. św. Jana Chrzciciela)

Anioły utrącone (1) (Lyon)

Grający anioł (3) (Lyon) Anioły muzykujące (4) (Lyon)

Anioły (Lyon)

Sabaudzkie piekarnioki. Zapiski z Sabaudii (4)

Wszystko zaczyna się w środę. Małe samochody dostawcze, rozmaitych kooperatyw dowożą drewno do rozsianych po tutejszych wsiach i miasteczkach wolno stojących piecach chlebowych. Potem zaczyna się rozpalanie, tak by je lekko przepalić, oczyścić z brudu i sadzy.

Do rozpalonych komór trafia mąka pośledniej jakości. Te z sieciówek, niecenione i traktowane jak środek czyszczący. Rozsypywana, spalając się, mąka pochłania wszystko to, co zostało po poprzednim piątkowo-sobotnim wypiekaniu chleba.

Rozsypywana w  kolosalnym brzuchu chlebowego pieca, najpierw brązowieje, potem zamienia się w sadzę i jest wymywana przez jednego z piekarzy. Tkanina jaką ma na końcu długiego kija szybko zmienia się szmatę i staje się kompletnie czarna, podobnie jak woda w wiadrze, w którym jest raz po raz płukana.

Tak oczyszczony i wstępnie rozgrzany piec, jest pozostawiony w spokoju do piątkowego późnego popołudnia, gdy po raz kolejny piekarze pojawiają się ponownie i powoli, mozolnie palą w piecu kolejne szczapy i sążniste kawałki drewna. Magazynowane ponad i obok pieca, drewno szybko znika w czeluściach paleniska. Zapada zmrok. Ponad wlotem do piekarnika rozbłyska światło.  Praca nie ustaje. Nad ranem, a może jeszcze nocą (kwestia definicji tego, czym jest noc a czym świt w tym przypadku), gdy kamienie piekarnioka już palą w dłonie, do wnętrza pieca trafia wyrobione ciasto. Jak na obrazach Breughlów przynoszone jest przez rosłych piekarzy w okolice pieca na potężnych drewnianych stolnicach. Są ciężkie.  Widzę wysiłek na ich twarzach. Wrzecionowate formy ciasta leżą na deskach równo ułożone, wstępnie wyrosłe (wyłącznie na zakwasie). Na potężnej łopacie szybko znikają w czeluściach piekarnika…

Wokół piekarnioka od samego rana rozchodzi się zapach świeżo wypieczonego chleba…

Przywiedzeni jego aromatem w okolice piekarnioków od rana przybywają  mieszkańcy wioski i ci wszyscy, którzy cenią sobie świeże i niczym nie ulepszane pieczywo. Kolejne bochenki rozchodzą się niczym świeże bułeczki… Przyjeżdżają i znikają kolejni klienci. Miejscowi unoszą pieczywo do swoich domów. To okazja do spotkań, rozmów. Degustacji chleba na miejscu i małej lampki domowego wina.

Renesans w wypiekaniu chleba, powrotu do tradycyjnych receptur, datuje się tutaj od około dekady. Wraz z nim prawdziwe odrodzenie przeżyły zaniedbane od wielu lat gminne chlebowniki. Często ulokowane są w pobliżu tutejszych lavoirs.  Tak symbolicznie jak i geograficznie wyznaczają centra lokalnego życia.

***

Gdy je zobaczyłem po raz pierwszy w oczywisty sposób przypomniały mi górnośląskie piekarnioki i tak nazywałem kolejne, mijane w Górnej Sabaudii, wolno stojące budynki mieszczące  chlebowe piece. Piekarnioki były bardzo często widziane w podwórzach domów na Górnym Śląsku. W nich  kobiety (w Sabaudii to zdecydowanie zajęcie dla mężczyzn!) wypiekały kołocze oraz domowy chleb. Pięknie przypomniała ich istnienie i rolę jaką odgrywały w życiu wspólnot górniczych Małgorzata Szejnert, kreśląc w Czarnym ogrodzie (2007), pejzaże Nikiszowca i Giszowca, a w nich skąpane w dymie i zapachu świeżego chleba i ciasta, owe piekarnioki właśnie.

Gdy myślę o tych podobieństwach zadziwi mnie nie to, że z małymi wyjątkami ślad po piekarniokach niemal bezpowrotnie zaginął na Śląsku, a tutaj pozwolono im trwać. Do tych strat się przyzwyczaiłem, niestety. Sabaudia to nie Górny Śląsk, choć i tutaj (to kolejne podobieństwo) i dobywano węgiel i wytapiano rudy żelaza. W pobliskim Ugine wciąż funkcjonuje jedna z najstarszych stalowni w regionie, spadkobierczyni 19.wiecznych hut żelaza. Jej wyroby o kształtach lanych w żelazie balustrad i ogrodzeń zdobią kamienice i domy we wszystkich miastach, które zwiedziłem.

Bardziej zdumiewa mnie to, że miejsca geograficzne tak odległe od siebie, potrafi tak wiele łączyć i formy życia wspólnotowego powtarzają się lub posiadają zbliżone formy i trwanie.

Ale i  w tym przypadku szczerze mówiąc, to umiarkowany stan zadziwienia. Ilekroć bowiem tak się dzieje, przypominam sobie ten moment, kiedy studiując „wieki temu”, reprezentacyjny portret sarmacki, „odkryłem” jak niezwykle podobne do niego malarstwo portretowe powstawało na przeciwległych kresach Europy, w odległej Szkocji. Niepojęte i jak wiem, do dzisiaj nieodgadnione związki.

Zostawiam te myśli i koncentruję się na doznaniach najprostszych.

Jest miejscowe wino, ciepłe jeszcze pieczywo i masło. Jest też kawałek fromage de Taimé. Reszta jest rozcieranym na podniebieniu i nieco łapczywie przełykanym zachwytem nad istnieniem sabaudzkich piekarnioków

Sabaudzki piekarniok (Doussard, Sabaudia, Francja)

Przed rozpaleniem (Doussard, Sabaudia) Zanim będą użyte (piekarniok, Doussard)

Piekarniok (1) (Doussard) Piekarniok (2) (Doussard)

Czyszczenie piekarnika (Doussard, Sabaudia) Czyszczenie piekarnioka (Doussard)

Ciasto trafia do piekarnika (Doussard)

Narodziny chleba (Doussard, Sabaudia)

[zdjęcia wykonane w miejscowości Doussard, koło Annecy; październik 2016]