Mann znikąd

To nie pierwszy raz, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie wszystkie wątki, myśli i słowa spotykają się w jednym miejscu. Na początku jest tylko ten rodzaj zadziwienia, że „nie wiem i że  mi to umknęło”. Spóźnione pytanie „jak?” pozostające bez odpowiedzi.

Początek był banalny. Tak jak wówczas, gdy oglądając Nirgendwo in Africa (pol. Nigdzie w Afryce, 2003, reż. Caroline Link), dobiegł mnie dźwięk słów Breslau i Juden. Stało się tak mimo tego, że wiedziałem, że film jest adaptacją autobiografii Stephanie Zweig. Śląskość filmu przykuła mnie do ekranu tym silniej. Kazała powracać do tego obrazu po wielokroć.

Breslau popłynęło z ekranu i tym razem w The Best of Men (pol. Najlepsi z najlepszych,  reż. Tim Whitby). A potem przemówił on – filmowy doktor Ludwig Guttmann…

Pomyślałem, jak niewiele wiem.

Jest w Toszku ulica dra Ludwiga Guttmanna, są dwie (szpitalne) tablice. W Chorzowie i Wrocławiu. Tyle.

A sztandarowa publikacja na temat wrocławskich Żydów Macieja Łagiewskiego (Wrocławscy Żydzi 1850-1944, Wrocław 2010), milczy na jego temat. Czy to nie irytuje?

Tost czyli odkrywanie Guttmanna

Ludwig Guttmann, choć fakt ten nie zawsze bywa odnotowywany wprost i jednoznacznie, był niemieckim Żydem urodzonym (3 lipca 1899 roku) na Górnym Śląsku. Tutaj też spędził swą młodość.

Wywodził się z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej mieszkającej w pruskim Toszku (wówczas Tost). Rodzina Ludwiga mieszkała w Toszku bardzo krótko, bo już rok później przeprowadziła się do Königshütte (Królewskiej Huty).

Dokumenty zgromadzone w Instytucie Leo Baecka w Berlinie dają nader skromny obraz społeczności żydowskiej w Toszku. Silnie z sobą związanej, mocno osadzonej w tradycji. Nielicznej. II wojna przyniosła całkowitą jej zagładę. Na miejscowym kirkucie zostało osiem macew. Zresztą, może dzisiaj jest ich jeszcze mniej…

Myśląc o żydowskim Toszku, wspominam go jednak w pierwszym rzędzie przez  pryzmat niezwykle zabawnej opowieści zachowanej w archiwach berlińskich i związanej z tym miasteczkiem. Historii z 1873 roku.

Jest w niej mowa o obchodach święta Purim w pruskim i zazwyczaj nobliwym Tost. Bawiono się tego dnia tak dobrze i beztrosko (co  jest częścią kolorytu i tradycji wpisanej w celebrowanie tego święta), że dopiero na miejscowym odwachu policji, stróże prawa  byli w stanie ustalić tożsamość wszystkich uczestników zabawy… Wyjątkowości całej sytuacji dodaje fakt, iż liczba zatrzymanych była znacząco większa, niż liczyła cała lokalna społeczność żydowska Toszka. Bawiło się niemal całe miasto…

Następna stacja – Königshütte

W rok po urodzinach Ludwiga, Guttmanowie opuścili miasteczko położne u stóp zamku, którego krótkimi właścicielami była rodzina von Eichendorff.

Sporo czasu i trudu pochłonęło mi ustalenie tego, gdzie zamieszkała rodzina Guttmann po przeprowadzce do ówczesnej Królewskiej Huty (Chorzowa).

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pan dr August Guttmann, nauczyciel w Gimnazjum Królewskim w Królewskiej Hucie i ojciec Ludwiga Guttmanna, zamieszkał wraz z rodziną przy obecnej ulicy Powstańców (Tempelstrasse 26). Czy jest to obecny numer 26… ? Nie wiem. Budynek zdecydowanie wygląda jak ten z epoki chce wierzyć, że to jest to miejsce.

Dość, że stosunkowo liczna rodzina Guttmann cieszyła się z posiadania czwórki dzieci. Trzech córek i jedynego syna, Ludwiga właśnie. W kamienicy zamieszkiwał jeszcze inny nauczyciel miejscowego gimnazjum (Max Hatmann), a także emerytowany nadsztygar Beher, czy rentier Theophil Chran i wielu, wielu innych mieszkańców. Taki śląski mikrokosmos, którego opis przynosi książka adresowa  Königshütte z 1906/1907 roku…

W tym samym gimnazjum (Königliches Gymnasium in Königshütte) Ludwig Guttmann zdał w 1917 roku maturę. Jego ojciec nie był już w tym czasie nauczycielem. Tak przynajmniej wynika ze spisu w sprawozdaniu z działalności placówki z 1915 roku, autorstwa dyrektora gimnazjum dra M. Müllera (archiwum cyfrowe Leo Baecka w Berlinie).

Natychmiast po maturze, Ludwig, jak niemal wszyscy jego koledzy, trafił do wojska. Na jego szczęście służba nie trwała zbyt długo.

To jednak co tak naprawdę ukształtowało jego postawę życiową i zainteresowania, to praktyka w miejscowym szpitalu, jaką odbył w 1917 roku i widok sparaliżowanego górnika, gdy przywieziono go po wypadku na kopalni. Jego agonia przez kolejne 5 dni, poczucie bezsiły pomieszane z brakiem zainteresowania dla jego losu ze strony personelu medycznego, była momentem, jak piszą zgodnie biografowie Guttmanna, który zadecydował o jego dalszych wyborach zawodowych.

Kolejne ścieżki kariery zawodowej Gutmanna po 1918 roku znaczą: Uniwersytety wrocławski i uczelnia w Halle. Początkiem pełnej kariery zawodowej jest uzyskanie tytułu doktora medycyny w 1924 roku. Kolejnym, habilitacja z neurologii w 1930 roku we Wrocławiu i współpraca z tamtejszym  szpitalem neurologicznym.

Breslau

Ponad rok temu, postać Guttmanna przypomniano na łamach Wochenblatt, tygodnika Niemców w Polsce. Z wdzięcznością myśląc o autorze artykułu, nie mogę zrozumieć dlaczego wprost nie pisze się w nim o jego żydowskich korzeniach. Enigmatycznie bowiem i niejasno w tym kontekście wybrzmiewa  poświęcenie i niezwykła odwaga, z jaką Guttmann ratował z listopadowego pogromu 1938 roku sześćdziesiąt osób, udzielając im schronienia w żydowskim szpitalu, którego był dyrektorem…

Informacja ta brzmi wciąż dość zdawkowo. Liczby, daty. Dodajmy zatem do tego trochę życia i emocji. Guttmann zrobił coś znacznie więcej. 10 listopada 1938 roku, w dzień po Nocy Kryształowej, osobiście odbył z funkcjonariuszami gestapo obchód po szpitalu i z liczby 64 osób przyjętych w wyniku pogromu do szpitala, wybronił przed wypisaniem (i odesłaniem do KZ Dachau lub Buchenwald) 60 osób, prezentując ich dokumentację medyczną (sic!),  tłumacząc i uzasadniając konieczność ich pozostania w lecznicy…

Wcześniej, jako świeżo upieczony neurolog, pracował w 1933 roku we wrocławskim  szpitalu Wenzel Hancke, z którego wyrzucono go wiosną 1933 roku, jak wszystkich żydowskich lekarzy, których objął państwowy Berufsverbot. Na Dolnym Śląsku nie obowiązywały przepisy ochronne Konwencji Genewskiej i niearyjscy lekarze z dnia na dzień przestali pracować. To w jakimś sensie zamknęło dalszą karierę Guttmanna.

Ludwig Guttmann kolejne lata spędził w kwartale ulic Hohenzollernstrasse (Sudecka), Neudorferstrasse (Wiśniowa) i Menzelstrasse (Sztabowa) pracując, a od 1937 roku kierując Szpitalem Żydowskim. Zyskał w tym czasie, jak dowodzą wspomnienie innego wrocławskiego neurologa Fritza Richarda Sterna (pochodzącego nomen omen z Pyskowic…) reputację najwybitniejszego neurochirurga w mieście.  Ze szpitalem i swoim Breslau rozstanie się na samym początku 1939 roku.

Anglia

Okazji do ucieczki z nazistowskim Niemiec dostarczyli mu po części sami naziści wyrażając zgodę na wyjazd do Portugalii w celu wyleczenia bliskiego znajomego portugalskiego dyktatora Salazara.

Podróż powrotna Guttmanna pierwotnie  została zaplanowana przez Londyn i okoliczność ta pomogła w decyzji o emigracji. Skorzystał z tej okazji i faktu, że Rada Pomocy Uchodźcom Naukowcom (CARA) wyjednała mu zgodę na pobyt w Wielkiej Brytanii.

W Anglii wraz z żoną Else Samuel Guttmann i dwójką dzieci Dennis i Evy  zatrzymał się w Oksfordzie. 14 marca 1939 roku CARA, wynegocjowała w brytyjskim Home Office zgodę na stały pobyt i przekazała mu i jego rodzinie 250 funtów (odpowiednik  dzisiejszych 10.000 funtów), by w ten sposób pomóc mu w osiedleniu się w Oksfordzie.

Przez kolejne lata Guttmann kontynuował swoje badania nad urazami kręgosłupa w Klinice Neurochirurgii w Nuffield Radcliffe Infirmary.

„Kaleka – taki sam człowiek, jak ja i Ty!”

We wrześniu 1943 roku brytyjski rząd poprosił Guttmanna o podjęcie pracy  w Stoke Mandeville Hospital w Buckinghamshire i zajęcie się inwalidami wojennymi – pacjentami z trwałym paraliżem dolnych kończyn.

Ośrodek otwarto 1 lutego 1944. Guttmann został mianowany jego dyrektorem i pomimo kontrowersji dotyczących metod pracy, jak i samego stylu zarządzania oddziałem, piastował  to stanowisko do 1946 roku.

Jako dyrektor brytyjskiego pierwszego zespołu specjalistycznego leczenia urazów kręgosłupa wierzył, że to sport pozostanie głównym sposobem leczenia i ich rehabilitacji. Przy okazji, pierwszy raz położono w metodzie tej nacisk na odbudowę tężyzny fizycznej osób niepełnosprawnych i odzyskiwanie przez nie szacunku dla samych siebie.

„Pappa” (jak mówili życzliwi i zakochani w nim pacjenci) Guttmann uzyskał obywatelstwo Zjednoczonego Królestwa w 1945 roku. Zorganizował pierwsze Stoke Mandeville Games dla osób niepełnosprawnych dokładnie 28 lipca 1948 roku, a więc tego samego dnia, gdy otwierano Letnie Igrzyskach Olimpijskie w  Londynie. W uznaniu za swoje zasługi otrzymał tytuł szlachecki z rąk królowej brytyjskiej w 1966 roku i to on, uchodźca ze Śląska i wrocławski neurolog, uznawany jest dzisiaj za twórcę igrzysk paraolimpijskich…

Doktor Ludwig Guttmann zmarł 18 marca 1980 w Aylesbury, w Wielkiej Brytanii.

 

Na Górnym Śląsku ma jedną (sic!) ulicę swojego imienia… Cóż za rozrzutność w docenieniu… i pamiętaniu…

Fragment książki adresowej z 19006/1907 roku

Cmentarz zapomnianych książek

„…witamy na Cmentarzu Zapomnianych książek…”

Carlos Ruiz Zafon (Cień wiatru)

To nie była biblioteka. Już z daleka miejsce uderzało przechodnia kuszącym szyldem – Livres d’ Occasion. Lyon i  antykwariat wciśnięty w kamienicę przycupniętą ponad kamiennym nabrzeżem Saony. Fondée en 1840… założone w 1840… Jedna z witryn już dawno przestała służyć za wejście do sklepu. Zagracona dowodzi nadwyżki podaży nad popytem…

Wchodzę do środka i przeciskam się między regałami. Wspinam się po wąskich schodkach tkwiących między ścianami pokrytymi papierowymi tapetami i  mam wrażenie, że całkiem spora cześć książek tkwi tutaj od owego 1840 roku. Nietknięte zębem czasu, czytane przez kolejne pokolenia.

Cytując półgłośno Zafona (Cień wiatru) mówię do siebie – „każda znajdująca się tutaj książka, każdy tom posiadają własną duszę”. A może jednak dziedziczą dusze czytelników, którzy je tutaj kiedyś zostawili, czytali, z żalem (lub bez) zostawili, odłożyli na półkę?

Omiatam wzrokiem kolejne półki, sycę wzrok widokiem z niskiego okna na rzekę. Dotykam grzbiety, zaciągam się zapachem kwaśnego papieru i stęchlizny.

Goethe powiedział, że wiódł życie szczęśliwe, ale nie pamięta choć jednego tygodnia szczęścia…. Gdyby trafił tutaj, zmieniłby zdanie?

Wyzwalam jedną z książek. Przebłysk szczęścia.

Ślepy los(?) pada na dzieło Marcela Pagnola  L’Eau  de collines.  Jean de  Florette, Paris 1971. Każdy kto widział ekranizację tej powieści (z 1986 roku), poczuł skwar gorącej Prowansji i pamięta porywającą kreacją Daniela Auteuil i Yves’a Montand, wie dlaczego to zrobiłem.

W kilka godzin później, gdzieś między Lyonem, a Monachium odkrywam, że to tom pierwszy powieści. Poczucie ulgi i uspokojenia. Wrócę. Wiem to na pewno. A dzisiaj chcę tego bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Livres d'Occasion (Lyon) Książki, kartki skupuję... / Books, postcards ... (Lyon)

Książki, książki / Books, books (Lyon) Zstępowanie / Descending (Lyon)

Usiądź i czytaj / Just sit and read (Lyon)

Okno z widokiem / Window with the view (Lyon, 2016))

„Żegnaj mój Śląsku”

dedykowane

Ofiarom Tragedii Górnośląskiej 1945

W dziwny sposób Ziemia Święta i Palestyna odżyła we mnie dzisiaj. Lubię ten rodzaj koincydencji. Nagłej, nieco absurdalnej i poruszającej do głębi.

Uciekając przed zimnem zaglądnąłem do księgarni z tanią książką.

Po chwili wywołany na zewnątrz odgłosami orszaków jednego z Trzech Króli, wyszedłem na ulicę, dźwigając pod pachą album Stanisława Markowskiego, Kazimierz. La ville juive de Cracovie. 1870-1988. Tak, to wersja francuska książki. Polskiej nie mieli, no i górę wzięła i ta cena, i te zdjęcia, co w środku.

Nie mogłem się oprzeć jej lekturze i już wkrótce, gdy siedziałem przy ogromnej szybie restauracji na ul. Brackiej, pochłaniałem obrazy tamtego Kazimierza. Biednego, magicznego, nieistniejącego. Poruszałem się ze znawstwem po ulicach Izaaka, Meiselsa (znanych mi od końca lat osiemdziesiątych 20. wieku). Robiłem 70 lat wstecz i  wpadałem na Szeroką, by zobaczyć handlarzy karpiem, którego w pobliskich domach sprawnie sprawiano na przepyszną, szabasową gefilte fish…

Kazimierz za sprawą tej książki ma swoją opowieść o jednostce czasu, która ilustruje bycie i nie-bycie wspólnoty Żydów Krakowa. Górny Śląsk wciąż takiej nie ma. Wkrótce to zmienię.

To co jednak poruszyło mnie do głębi, to zacytowany w albumie wiersz Mordechaja Gebirtiga z 1940 roku, Żegnaj mój Krakowie. Do tego momentu wierzyłem, że bardziej właściwe jest nie-mówienie o Kazimierzu, gdyż jak pisano o nim „Tej pustki nic nie wypełni. Niech życie uszanuje jej ciszę” (Bogdan Frymorgen, Kazimierz bez słów, Kraków 2011).

Pomyślałem (krew rozgrzewała już gorąca herbata i może stąd śmiałość i odwaga myśli), że to nie-prawda. Może (przy całej umowności i oczywistym, symbolicznym charakterze  abstynencji werbalnej, którą deklaruje Frymorgen),  słowa wobec takiej historii i o takich miejscach  wymagają jedynie (?) większego wysiłku, by je odnaleźć, wymyślić? Trudu wydobywania ich z historii zbrukanej, zapomnianej lub po prostu lekceważonej?

Śląsk ma podobny problem i jak u Gebirtiga słyszę, te wersy skargi – wiersza, który wielu Ślązaków mogłoby napisać (w swoim nienapisanym wierszu z 1945 roku). (To swobodna trawestacja słów poety z Kazimierza, których tutaj użyję):

„Żegnaj mój Śląsku,

gdzie pochowani są mój ojciec i matka,

(…) lecz spocząć obok ich kości

nie moim będzie przeznaczeniem”

 [Kraków, 6 stycznia 2017 r.]

Antybaśń o Trzech Królach

Dziwny to dzień. Zrobiłem kilka zdjęć z pochodu Trzech Króli w Krakowie. To już trzeci raz, gdy sięgam po aparat i jak głosiła kiedyś reklama KODAKA, podjąłem (beznadziejną) próbę zachowania wspomnień, używając do tego fotografii. Choć grabiały ręce, a zimno niemal lodowatymi igłami kłuło w twarz wymierzając kolejne razy. Głębiej i głębiej.

Kilka zdjęć.  Przeszłość  nawiedzać mnie będzie posługując się tymi obrazami lub co najmniej będzie taka jak… na tych zdjęciach.

Patrzę na owe orszaki Trzech Króli i nie wchodząc w szczegóły tego, czy to Mędrcy i czy było ich faktycznie Trzech (ewangelia św. Mateusza mówi o trzech darach, nie definiując ich liczby), zastanawiam się, jaki los spotkałby ich we współczesnej Polsce, Europie… świecie? Przybyszy z Azji, Afryki (?), pielgrzymów ze Wschodu. Pobito by ich? Ograbiono z mirry, kadzidła i złota, naubliżano im od najgorszych? Utopiono w łodziach, wcześniej odbierając wszystko co mają?

Nie jestem też pewien, czy dotarliby do Betlejem, nie tylko z powodu posterunków wojskowych na granicy z Autonomią Palestyńską.

Przeraża mnie ta perspektywa niespełnienia się proroctwa w Księdze Micheasza. Bardziej jednak drżę na myśl o tym, że swoim przybyciem wzbudziliby w nas zdolność do otwartego nieakceptowania innego, obcego. Rasizmu, nienawiści?  To smutne i w moich oczach nadaje dziś orszakom  charakteru etno-ceremonii, a nie aktu radosnego zawierzenia i manifestacji wiary, określonej postawy. Pewnie źle, gdy się pisze emocjami, ale czasami nie da się inaczej.

*

A za oknem symboliczna scena.

Odchodzenia. (Prze)mijania. Taki jest Kraków w swoim mikrokosmosie zdarzeń.

[Kraków, 6 stycznia 2017 r.]

Orszak Trzech Króli, Grodzka 6 stycznia 2017 r.

Pamiątka po (Trzech Króli, 6 stycznia 2017 r., Kraków)

(Prze)mijanie. Bracka, 6 stycznia 2017 r.

 

Hopperowskie okno u literatów

Klimat pokoiku w Domu Literatury jest lekko niepokojący.

Na korytarzu wciąż stoją, traktowane jak relikwie minionego czasu, porcelanowe resztki tamtego świata. Czasu, gdy „hartowała się stal”, a niemiecki komplet wałbrzyskiej Friederike, nabierał cech swojskich, tylko dlatego, że opatrzony został uspokajającym nadrukiem z akronimem ZLP (Związek Literatów Polskich). Obłaskawianie obcego…

Okno widziane o na granicy nocy i brzasku  przypomina mi obrazy Hoppera.

Słoneczne światło zastępuje tutaj nocna, miejska  poświata płynąca z placu Zamkowego. Poza tym niemal wszystko się zgadza. Jestem ja, jest oczekiwanie. Napięcie. Wydobywane z niebytu przedmioty. Wyrysowuje je światło ulicznych latarń i iluminacji bożonarodzeniowych.

Okno staje się swoistym passe-partout. Kluczem do odczytywania rzeczywistości. Kluczem do innego świata. Korzystam z tej sposobności i wymykam się na chwilę…

To co widzę, ma się jednak nijak do rzeczywistości tego co tu i teraz.

Niedawno widziałem, po raz kolejny Pingwina (1964), z wbijającą się w ucho muzyką Komedy. Ta-ta-ta ta. Tatata, ta tatata… chodzi za mną od tamtego momentu i nie daje spokoju. Jeśli w ogóle tęsknie za Warszawą, to może tamtą. Szczerze prowincjonalną, wciąż poranioną, pretensjonalnie zalewającą gardło tanią whisky i marzącą o świecie, w której konsumpcja jest cnotą.

Oczekiwanie boli (mówią w Pingwinie), ale odnoszą to do miłości.

Patrzę na okno.

Oczekiwanie uświadamia, że to co nadchodzi jest nieuchronne. I przyjdzie.  Jest wybawieniem.

bez tytułu

Igła Południa. Zapiski z Sabaudii (8)

Alpy nie posiadają dla mnie takiego znaczenia, jak dla takiego na przykład Antoniego Malczewskiego, poety proto-romantycznego pierwszego dwudziestolecia 19. wieku. Malczewski w latach 1816–1821 zwiedził Szwajcarię, Włochy i Francję. Podczas tych podróży spotkał się też George’m Byronem. Sporo, by poczuć się spełnionym poetą-amatorem.

Moja postromantyczna, wymuszona edukacją i tradycją szkoły polskiej fascynacja światami romantyków, utknęła gdzieś-nigdzie na mitycznej Litwie, może w okolicach Lwowa.  Tam ulokowała tęsknoty, pragnienie poznania okopów św. Trójcy i wszystkiego tego, co było na końcu tej drogi. Tych dwadzieścia kilka lat temu tradycja tamtych kresów była mi zdecydowanie bliższa niż karkonoskie obrazy Caspara David Friedrich, czy postać i poezja Byrona czy Alpy właśnie.

Dopadła mnie ta myśl, gdy stałem u podnóża Południowej Igły (Aiguille du Midi, 3842 m.n.p.m.) przywieziony tutaj kolejką linową z Chamonix.

Pomyślałem o Antonim Malczewskim, nie z powodu owych tropów literackich (dopełnionych monologiem Kordiana J. Słowackiego na Dachu Europy), które łatwo znaleźć w okolicy i w naszej pamięci o literaturze polskiej. Nie, zero literatury (jaka ulga).

Pomyślałem o nim ponieważ był pierwszym z Polaków (i ósmym turystą na świecie), który wszedł na szczyt Mont Blanc (4 sierpnia 1818). Co więcej, 4 sierpnia 1818 stał się również pierwszym zdobywcą szczytu Aiguille du Midi. Dokonał tego wspólnie z Jean-Michelem Balmatem i 5 innymi przewodnikami.

Opis wyprawy zawarł w XIX tomie genewskiej Bibliotheque Universelle. Tekstu nie znam, tytuł cytuję z jego biogramu. Mam nadzieję jedynie, że nie brakowało mu fantazji i jak poprzednicy i jego następcy, na szczycie i w drodze na górę wychylił kolejne hausty wina białego lub czerwonego. Inny Polak Karol Hopppen, gdy zdobywał Białą Górę (Mont Blanc), miał ze sobą beczkę białego wina i… 18 butelek wina czerwonego. Standard wypraw w tym czasie, pragnę uspokoić zaniepokojonych (potencjalnym) opilstwem polskiego alpinisty. Tak się to robiło. Tak wyglądał tamten slow-alpinizm.

Gdy wychodzę z kabiny kolejki, która od wysokości 2309 m (stacji pośredniej), nie korzysta już z podpór, przenoszę się niemal natychmiast do przedsionka lodowców pokrywających okoliczne góry i stoki. Wokół doliny, szczyty gór i naturalnie majaczący w oddali masyw Mont Blanc (4810,45). Z przewodnika wyczytuję, że jest do niego tylko osiem kilometrów. Patrzę i  (dziwna rzecz w górach) mam wrażenie, że dzieli mnie od niego dużo więcej.

Turyści krążą po grotach i przejściach wydrążonych współcześnie w Igle. Dominują (jest po sezonie) Chińczycy. Co jakiś czas trafiam na podesty i tarasy widokowe. Mogę bezkarnie patrzeć na alpinistów. Hen w dolinie, na lodowcu. Pobyt przestaje mieć powab wyprawy „na chwilę” z biletem w ręku za 57 euro i gwarancją powrotu o np. 16.00.  Widzę namioty rozbite na lodowcu. Ktoś tam nocował? Zostanie na noc? Nieco dalej asekurowani, przypięci do liny idą alpiniści. Są nierealni i dalecy, choć dałbym słowo, że słyszę chrzęst ich raków na lodowej pokrywie i posuw gładzi nart na śniegu.

Wiem, że tutaj w Alpach Sabaudii, powyżej Chamonix ćwiczyła przed jedną ze swoich wypraw Wanda Rutkiewicz. Mieszkała kilka tygodni gdzieś kątem u życzliwych ludzi (relacja dolara do ówczesnego złotego nie dawał jej szans na komfortowe przemieszkiwanie w tym kurorcie) i chodziła w góry. Przemierzała masyw Mont Blanc. W latach 1973 -1975 bywał tutaj Jerzy Kukuczka. Na Igle, w jednej z witryn znajduję jego wypłowiałe zdjęcie upamiętniające tą okoliczność.

Nie zostawię tutaj po sobie innych śladów, jak te zdjęcia.

Robione bez kontroli. Zdradzają moją fascynację nie tyle górami, czy potrzebę ich zdobywania (tej nigdy nie miałem w takim procencie, by stanowiła istotną część mego życia; morze zawsze pozostanie mi bliższe).

Bezgranicznie ulegam ich urodzie, dramaturgii tego co widzę. Pierwotność obrazów jakie stwarzają, jakie tam odnajduje, jest w istocie nie do opisania. W miejsce słów i zdań kolejny spust migawki, i kolejny. I jeszcze jeden. Alpy bez słów.

Mnnt Blanc Masyw Mont Blanc

Faktura lodowca (Masyw Mont Pbanc, w drodze na Igłę Południa) Faktura lodowca. Opuszczona stacja

W drodze na szczyt. Stacja pośrednia (Plan de l'Aiguille)

Zmiana klimatu (Iglica Południowa, droga na jeden z tarasów widokowych) Alpy Sabaudzkie

Alpy. Masyw Mont Blanc (okolice Igły Południowej)

Wspinaczka (1) Wspinaczka (2)

Na szczycie (Wspinaczka 3)

Alpy  Szczyty (Alpy - impresja)

Na lodowcu (1) Na lodowcu (2)

Linie (1) (Na lodowcu 3)  Znaki i linie (Na lodowcu 4)

Igła Południowa Wspomnienie o (Igła Południowa)

Nad Kanałem Młynówki

Nie planowałem tego, że idąc wzdłuż Kanału Młynówki, dopadnie mnie niewidziany obraz Nocy Kryształowej. Zdominuje moje emocje, uczucia.

Nie wiedziałem zbyt wiele o przebiegu Nocy w Opolu.

Nie wiedziałem o tym, że by spalić synagogę,  nocą zawleczono pod nią rabina Hansa Hirschberga. W nocnej koszuli, nocą rozlewał mozolnie benzynę we wnętrzu synagogi i zmuszony przez nazistów, podpalił dom modlitwy.

Dzisiaj poza kamieniem z pamiątkową tablicą, jedynym widomy znakiem istnienia synagogi jest dawny dom dozorcy.

Życie nie stoi w miejscu. W środku jest restauracja. Zjesz tam dania kuchni włoskiej. Nic nie zakłóci spokoju biesiadujących.

Opole. 9 listopada 2016 r.

Most Groszowy, Opole

Most na Zamkowej, Opole

Kamień, Opole Płonąca Nowa Synagoga (Opole 9.11. 1938) (źródło: Wikipedia; domena publiczna)

Rzymskie wakacje (d. dom dozorcy synagogi)

Miniatura jako forma opisu świata. Zapiski z Sabaudii (7)

Zwykle omijam takie miejsca.

Uprzedzenie? Preferencja dla kultury i sztuki wysokiej? Obawa przed kiczem i estetycznym sponiewieraniem? Pewnie wszystkiego po trochu. „My ludzie muzeów…” itd.

Tak było z miejscowym Muzeum (cokolwiek to w tym kontekście znaczy) Miniatur i Kina (Musée Miniature & Cinema), na które zupełnie przypadkowo natknąłem się  spacerując po starym Lyonie. I które pewnie bym zlekceważył. Wpadłem na nie, przemykając się przez miejscowe tajemne przejścia między podwórzami i kamienicami domów (fr. Les traboules) i poszukując wejścia do kolejnego. „Błąd w sztuce” i na mojej drodze stanął numer 60 przy ulicy św. Jana  (rue Saint-Jean 60). Drzwi nie prowadziły tym razem do renesansowych i średniowiecznych zakamarków lyońskich kamienic, lecz do ułudy kina i światów wymyślonych, czyli owego muzeum właśnie.

Miniatury, tutaj tworzone przez Dan Ohlmanna (zajmującego się także zawodowo efektami specjalnymi w kinie), nie są czymś wyjątkowym, to jasne. Miniatura i miniatury jako ersatz doświadczania świata trafiły także i do naszych parków rozrywki, czyniąc z tego rodzaju prezentacji coś skrajnie banalnego i dobrze wpisującego się w plastikową metarzeczywistość tego, co dzięki zabiegowi pomniejszania jest nagle na wyciągniecie ręki. Proste? Do bólu.

Taki opis rzeczywistości przez cytowanie jej w pomniejszonej skali jest obecny w tradycji wielu europejskich kultur, by wspomnieć  o bliskich mi Holendrach i tamtejszych domkach dla lalek.

Dziedzictwo to (dowodzące, przy okazji że wbrew stereotypom domkami i ich lalkami zajmowali się głównie mężczyźni) zostało docenione i zachowane, o czym można się przekonać wędrując po salach ekspozycyjnych niderlandzkiego Rijksmuseum w Amsterdamie. Ilekroć je tam oglądam, widzę w nich – poza archetypicznym poszukiwaniem ideału domu i życia rodzinnego – bardzo protestanckie, miejscowe przeniesienie afirmacji życia codziennego ze sfery obyczajowości i religii właśnie, na grunt artystyczny i neutralny zarazem.  Cokolwiek zresztą o nich nie myśleć, współcześnie holenderskie domki dla lalek, to kreacje nie mniej istotne dla rekonstrukcji życia codziennego w Niderlandach, jak obrazy Małych Mistrzów. Są równie wiwisekcyjne  i realistyczne w opisie tego, co składało się na kulturę materialną Zjednoczonych Niderlandów…

Piszę o tym nie bez powodu, bo jak odnotowałem we wstępie, raczej z niechęcią odnoszę się do podobnych kreacji paramuzealnych, jak ta w Lyonie. Do wszystkich tych gabinetów i (wakacyjnych) izb tortur, wystaw zmumifikowanych wielorybów, potworów z Loch Ness, galerii figur woskowych i podobnych wystaw niosących w sobie potrzebę zaspokajania sensacji i niezwykłości. Mówiąc krótko – kiczu i muzealnopodobnych wrażeń (natychmiast czuje, pisząc te słowa, jak usta me wypełnia wspomnienie czekoladopodobnych wyrobów późnego PRL-u i tym bardziej odrzuca myśl o tych niby-muzach).

Mimo tego (jak widać) nagannego stosunku do muzeopodobnych miejsc, muszę i chcę odnieść się do tego co zobaczyłem w lyońskim muzeum Ohlmanna.

Po części robię to dlatego, że wiele się zmieniło w przestrzeni muzealnej w ciągu ostatnich dwóch dekad i bywają muzea, gdzie sens i istotę oryginału dawno zatracono. Powstało – także i w Polsce –  całkiem wiele takich, w których nie ma oryginałów, o czym niechętnie mówi się publiczności,  pozostawiać  ją w fikcji obcowania z niby-zabytkami. To makabryczna manipulacja.  W tym sensie, muzeum przy rue Saint Jean, nie jest od nich w niczym gorsze. Ba, chyba wolę, gdy wprost i nie kryjąc się z tym, w muzeach takich niczego się nie udaje, obiekt nie jest obiektem, a kreacją artystyczną. Jasna sytuacja.

Miniatury Ohlmanna (wszystkie w skali 1:12) to jak twierdzi sam ich autor, dzieła odwzorowujące kulisy realizacji filmowych, które porwały wyobraźnię autora, uwieczniły to, co w filmach często (będzie 3xN) nieuchwytne, nierejestrowane, niedocenione, bo jak wiemy doskonale (przykładem w tym zakresie wysiłki CSP w Katowicach) scenografia filmowa jest nietrwała i jej istnienie (w warstwie materialnej) skazane jest najczęściej na czas trwania zdjęć do filmu, po czym… znika. Bezpowrotnie.

W galerii Dana Ohlmanna (upierałbym się, że bardziej w galerii niż w muzeum, bo z  definiowaniem tego miejsca jako muzeum nadal mam problemy), rzeczywistość powiązana z filmem przeradza się w autentyczną fascynację. Jest kwestią co prawda starej, ale jednak rzemieślniczo (czym innym są wciąż akademie sztuk?) doskonałej umiejętności odwzorowywania rzeczywistości. Znamy to. Nie brzmi to jak awangarda, ale zdradza uznanie dla otwartej kategorii sztuki i kreacji.

W Lyonie pozostałem sobą i konsekwentnie do wnętrza tego muzeum nie wszedłem. To co zobaczyłem w jego  przedsionku  (twórcy muzeum doskonale wiedza czym jest współczesny marketing), było jednak naprawdę imponujące. W długim korytarzu wiodącym do muzeum, po obu stronach w ścianach umieszczono małe okienka (ok. 10×15 cm). Patrząc przez nie zanurzamy się w świecie wyobraźni stworzonym przez Ohlmanna.

Wszystkie kilkanaście dioram filmowych obejrzałem ze sporym uznaniem dla twórcy. Jeśli nawet oceniać prace Dana Ohlmanna jako jego osobiste postscriptum do miejscowego Muzeum Lumière i odniesienia się do historii kina, zrodzonego w Lyonie, to myślę że warto zmylić krok i na chwilę (lub dłuższy czas) wydłużyć spacer po lyońskich traboules o adres przy Jana 60.

Rozczarowanych zapraszam na miejscowe crêpes. Ukoją (za jedyne 2 euro plus dodatki) każdy ból, rozczarowania też…

Les Traboules (1) (Lyon, stare miasto) Zakamarki Lyonu (les Traboules)

Książki (fragm. instalacji biblioteka, Muzeum Miniatur i Kina, Lyon) Biblioteka (Muzeum Miniatur...)

 Gina Lollobrigida zaraz wróci... (Fragment instalacji ; Muzeum Mniatur i Kina, Lyon; tytuł własny) Ojciec chrzestny? Gabinet fryzjerski (Muzeum Miniatur...)

Nana? Pralnia (fragment instalacji, Muzeum Miniatur...) Pralnia Pralnia )detal; Muzeum Miniatur...)

Crepes - oczekiwanie (Lyon, październik 2016)

Zapachy (Crepes 2) Lyon, 2016 Nutella crepe czyli dużo radości za 2 euro)

Gdzieś w górach Sabaudii. Zapiski z Sabaudii (6)

Z perspektywy listopadowych, deszczowych dni które za oknem, wspomnienie wyprawy po Alpach Górnej Sabaudii coraz bardziej blaknie i traci kontury. Staje się bardziej emocją i wrażeniem niż dokładnym opisem. Żałuję tego, ale tym bardziej staram się utrwalić to, co pamięć jeszcze niesie. Sięgam po zdjęcia.

Droga (czy muszę dodawać, że kręta i wąska tak, że pytanie o to kto kogo zepchnie nie jest pytaniem retorycznym?), kończy się koło nieczynnej serowarni gdzieś na wysokości 900 m. n.p.m. Dalej jest dość szeroki trakt (głównie do transportu krów, gdy są wprowadzane i spędzane z hal górskich). Powoli, ale konsekwentnie wiedzie aż do Przełęczy Freu (Passage du Freu).

Wciąż obracam się za siebie, co nie wróży podróży dobrej, ani wygodnej. Chodzenie z głową odwróconą w tył, jest – jak i w życiu – zapowiedzią nieustannych powrotów do nieistniejącego i kolekcjonowaniem obrazów minionych. Stępia obserwację tego co tu i teraz. Mimo to tak właśnie robię, zaniedbując mijane, drewniane budynki dawnych gospodarstw i górskich szałasów, gardząc szczytami co wokół.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu widoku doliny Jeziora Annecy przysłoniętej chmurami. Obraz niezwykły. Dwóch światów.

Jeden to szczyty i pasma górskie Przedalpia Sabaudzkiego,  tkwiące ponad podstawą chmur zalegających nad Jeziorem Annecy. Drugi to świat utopiony we mgle i owych chmurach. Od czasu do czasu spod bieli i mlecznej osnowy zalegającej dolinę, widać zresztą, to co znajduje się tam w dole. Są więc dwa światy i my między, na granicy obu. Lubimy być na granicy.

Nasz przewodnik, zakochany w Alpach Sabaudii, bezceremonialnie odziera obraz z jego metaforycznego wymiaru. „Jesień się zbliża. Annecy się wychładza, paruje… Stąd to wszystko” – zauważa. B. wie co mówi. Patrzę na niego z lekkim wyrzutem i gdy B. staje na granicy grani pokazując kolejną dolinę, nie mogę uciec przed obrazami Caspara Davida Friedricha. Tymi z Karkonoszy. Obrazy te niemal natychmiast rozpadają się jak tafla szklana uderzona kamieniem. Prawie słyszę dźwięk opadających odłamków. Dzieje się tak z zupełnie prozaicznego powodu.  Jest zbyt jasno i zbyt pogodnie, by ulec obrazom Friedricha i skąpać się w jego brązach, wyblakłych fioletach i błękitach, rozmazanych bielach i jej siwych tonacjach i poświacie Księżyca. Jest zbyt pięknie, idyllicznie. Nic z romantycznego nastroju dolnośląskich Riesengebirge i tradycji wrocławskiej szkoły pejzażowej. Dam czuć podmuchy przemijania i refleksji o historii. Tutaj (na moje szczęście) słychać dzwonki krów, które jeszcze (kończy się sezon) popasują na okolicznych wzgórzach.

Na przełęczy Freu, a właściwie jakieś 100 metrów poniżej jej najwyższego punktu, pasą się leniwie  jeszcze krowy. Niewiele wyżej stoi, pozornie opuszczony dom pasterski i obora. Zamknięte, głuche, czekające już na sezon… zimowy.

Nieopodal górska kaplica poświęcona Matce Boskiej Nieustającej Opieki.

Sabaudia jest jednak, nawet w tym miejscu i z tego powodu, inna od reszty Francji, którą wcześniej znałem?

Droga / A way behind me (Górna Sabaudia, Francja) Podział / Division (Dolina Jeziora Annecy, Górna Sabaudia, Francja)

Dwa światy / Two Worlds (Lake d'Annecy; Jezioro Annecy, Francja-France)

Drogowskaz /Signpost (La Fatte, G. Sabaudia, Francja - France)

Pastwisko w chmurach (G. Sabaudia; okolice Col de Sur le Freu) Dzwonki i porykiwania (Passage du Freu, Savoie - Sabaudia, Francja)

Ślady / Signs (Col de Sur le Freu, Sabaudia, Francja) Dom / Hause (Col de Sur le Freu, Górna Sabaudia, Francja, France)

Znak / Sign (Passage du Freu, Górna Sabaudia, France)

Chapel / Kapliczka (poblize Col de Sur le Freu, G. Sabaudia)

Tam / There (Alpy Sabaudzkie, okolice J. Annecy, Francja

Widok doliny z rdzawym dachem / Valley with red roof (okolice Passage du Freu, Górna Sabaudia) Zużycie / Wear (droga do Passage du Freu, Sabaudia, Francja)

Przenikanie /Diffusion (Sabaudia, Francja)

Jezioro Annecy (Tam gdzie startują paralotniarze...)

Jak Adolf Pieck pozostawił tu ślad i o kanapce śledziowej też

Adolf Pieck pozostawił ślad

Ulica Głęboka 11. Cieszyn. Do wejścia do sklepu z wędlinami zachęca mnie nie ich widok, ani perspektywa zakupu. Jestem przecież po kanapce śledziowej i przy niej i jej smaku pozostanę tym razem przez cały pobyt nad Olzą.

To coś co mnie pcha w stronę sklepu, to niemal kompletne, choć tu i owdzie nadgryzione zębem czasu oryginalne kafelki pokrywające sklep od podłogi po sufit. Próbuję nie koncentrować się na tym czego nie ma, ale na fakcie, że niemal zaraz koło wejścia widzę ten oto napis:

Pieck (1) Cieszyn, 2016

Niemal natychmiast uruchamia to moje wspomnienia z podobnych sklepów widzianych w Gliwicach przy Dworcowej czy  Bytomskiej. Dzisiaj z wszystkich znanych mi dawnych masarni ostała się ta jedna przy dawnej Wilhelmstrasse.  Postanawiam, nie pytając o to obsługę, zrobić zdjęcie. Mieć, utrwalić. Ocalić od zapomnienia.

Adolf Pieck…

Po długich poszukiwaniach wpada mi w ręce książka adresowa berlińskich przedsiębiorców (nie znajduję roku, ale jest to najprawdopodobniej druk z końca 19. i początku 20 wieku) i przynosi ku mojej radości reklamę firmy Pieck.

Jak możemy się z niej dowiedzieć Adolf Pieck, wówczas mieszkający już przy Potsdamerstrasse 122C w Berlinie, specjalizował się w wyposażaniu sklepów mięsnych w szklane lady, zapewniał wyposażenie do prowadzenia sklepów i masarni, pokrywał ich ściany mozaikami i kafelkami, no i wreszcie kładł na podłogach nowoczesne i funkcjonalne linoleum. Jak berlińska, a nie na przykład wiedeńska firma trafiła do Cieszyna? Nie wiem. Może ktoś znajdzie na to odpowiedz. Początek został zrobiony.

 Adolf Pieck (2) (Cieszyn, 2016)

Kanapka śledziowa

No jest świetna. Wreszcie to wiem. Jej smak wciąż gdzieś rozcieram na języku.

Jest masowo konsumowana przez cieszynian (to jednak ważne dla przybysza nieufnego wobec reklamy i szeptanego marketingu).

Dopadam ją przy Głębokiej 3. To dobry adres.

Na miejscu mała kolejka i zakupy po 6, 8. sztuk. To norma. Na wynos. Do tego dwie, trzy na miejscu.

Można bić rekordy w zjadaniu jednej. Pięć, sześć sekund?

*

Mam w oczach taką scenę (czasami wykonanie zdjęcia nie jest możliwe, bo przecież ma się ręce zajęte jedzeniem własnej kanapki!)

Jedna z ulic Cieszyna. Sklep Społem. Dość siermiężna estetyka szyldu.

Nad witryną napis Kanapki śledziowe.

W oknie poniżej, co metr, półtora, na krzesełkach siedzą osoby namiętnie zajadające się kanapkami. Jedną, potem drugą…

Wrócę.

Po kanapkę (i po zdjęcie też).

Avion

Wracam. Minęły te dwa lata.

Piję espresso.

Czytam z zadowoleniem, że kawę i co tam jeszcze,  podają w kawiarni uczniowie średniej szkoły gastronomicznej księcia Albrechta.

Myślę (nieśpiesznie dopijając swoją małą czarną), że Rosalie Wiesner, spodobałby się ten pomysł i to, co się tutaj dzieje…

Avion. Widok na (2016)

Żacy... (Avion, Cesky Tesin) Grand Avion

Tego dnia (31 października 2016 r.)