Mann znikąd

To nie pierwszy raz, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie wszystkie wątki, myśli i słowa spotykają się w jednym miejscu. Na początku jest tylko ten rodzaj zadziwienia, że „nie wiem i że  mi to umknęło”. Spóźnione pytanie „jak?” pozostające bez odpowiedzi.

Początek był banalny. Tak jak wówczas, gdy oglądając Nirgendwo in Africa (pol. Nigdzie w Afryce, 2003, reż. Caroline Link), dobiegł mnie dźwięk słów Breslau i Juden. Stało się tak mimo tego, że wiedziałem, że film jest adaptacją autobiografii Stephanie Zweig. Śląskość filmu przykuła mnie do ekranu tym silniej. Kazała powracać do tego obrazu po wielokroć.

Breslau popłynęło z ekranu i tym razem w The Best of Men (pol. Najlepsi z najlepszych,  reż. Tim Whitby). A potem przemówił on – filmowy doktor Ludwig Guttmann…

Pomyślałem, jak niewiele wiem.

Jest w Toszku ulica dra Ludwiga Guttmanna, są dwie (szpitalne) tablice. W Chorzowie i Wrocławiu. Tyle.

A sztandarowa publikacja na temat wrocławskich Żydów Macieja Łagiewskiego (Wrocławscy Żydzi 1850-1944, Wrocław 2010), milczy na jego temat. Czy to nie irytuje?

Tost czyli odkrywanie Guttmanna

Ludwig Guttmann, choć fakt ten nie zawsze bywa odnotowywany wprost i jednoznacznie, był niemieckim Żydem urodzonym (3 lipca 1899 roku) na Górnym Śląsku. Tutaj też spędził swą młodość.

Wywodził się z ortodoksyjnej rodziny żydowskiej mieszkającej w pruskim Toszku (wówczas Tost). Rodzina Ludwiga mieszkała w Toszku bardzo krótko, bo już rok później przeprowadziła się do Königshütte (Królewskiej Huty).

Dokumenty zgromadzone w Instytucie Leo Baecka w Berlinie dają nader skromny obraz społeczności żydowskiej w Toszku. Silnie z sobą związanej, mocno osadzonej w tradycji. Nielicznej. II wojna przyniosła całkowitą jej zagładę. Na miejscowym kirkucie zostało osiem macew. Zresztą, może dzisiaj jest ich jeszcze mniej…

Myśląc o żydowskim Toszku, wspominam go jednak w pierwszym rzędzie przez  pryzmat niezwykle zabawnej opowieści zachowanej w archiwach berlińskich i związanej z tym miasteczkiem. Historii z 1873 roku.

Jest w niej mowa o obchodach święta Purim w pruskim i zazwyczaj nobliwym Tost. Bawiono się tego dnia tak dobrze i beztrosko (co  jest częścią kolorytu i tradycji wpisanej w celebrowanie tego święta), że dopiero na miejscowym odwachu policji, stróże prawa  byli w stanie ustalić tożsamość wszystkich uczestników zabawy… Wyjątkowości całej sytuacji dodaje fakt, iż liczba zatrzymanych była znacząco większa, niż liczyła cała lokalna społeczność żydowska Toszka. Bawiło się niemal całe miasto…

Następna stacja – Königshütte

W rok po urodzinach Ludwiga, Guttmanowie opuścili miasteczko położne u stóp zamku, którego krótkimi właścicielami była rodzina von Eichendorff.

Sporo czasu i trudu pochłonęło mi ustalenie tego, gdzie zamieszkała rodzina Guttmann po przeprowadzce do ówczesnej Królewskiej Huty (Chorzowa).

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, pan dr August Guttmann, nauczyciel w Gimnazjum Królewskim w Królewskiej Hucie i ojciec Ludwiga Guttmanna, zamieszkał wraz z rodziną przy obecnej ulicy Powstańców (Tempelstrasse 26). Czy jest to obecny numer 26… ? Nie wiem. Budynek zdecydowanie wygląda jak ten z epoki chce wierzyć, że to jest to miejsce.

Dość, że stosunkowo liczna rodzina Guttmann cieszyła się z posiadania czwórki dzieci. Trzech córek i jedynego syna, Ludwiga właśnie. W kamienicy zamieszkiwał jeszcze inny nauczyciel miejscowego gimnazjum (Max Hatmann), a także emerytowany nadsztygar Beher, czy rentier Theophil Chran i wielu, wielu innych mieszkańców. Taki śląski mikrokosmos, którego opis przynosi książka adresowa  Königshütte z 1906/1907 roku…

W tym samym gimnazjum (Königliches Gymnasium in Königshütte) Ludwig Guttmann zdał w 1917 roku maturę. Jego ojciec nie był już w tym czasie nauczycielem. Tak przynajmniej wynika ze spisu w sprawozdaniu z działalności placówki z 1915 roku, autorstwa dyrektora gimnazjum dra M. Müllera (archiwum cyfrowe Leo Baecka w Berlinie).

Natychmiast po maturze, Ludwig, jak niemal wszyscy jego koledzy, trafił do wojska. Na jego szczęście służba nie trwała zbyt długo.

To jednak co tak naprawdę ukształtowało jego postawę życiową i zainteresowania, to praktyka w miejscowym szpitalu, jaką odbył w 1917 roku i widok sparaliżowanego górnika, gdy przywieziono go po wypadku na kopalni. Jego agonia przez kolejne 5 dni, poczucie bezsiły pomieszane z brakiem zainteresowania dla jego losu ze strony personelu medycznego, była momentem, jak piszą zgodnie biografowie Guttmanna, który zadecydował o jego dalszych wyborach zawodowych.

Kolejne ścieżki kariery zawodowej Gutmanna po 1918 roku znaczą: Uniwersytety wrocławski i uczelnia w Halle. Początkiem pełnej kariery zawodowej jest uzyskanie tytułu doktora medycyny w 1924 roku. Kolejnym, habilitacja z neurologii w 1930 roku we Wrocławiu i współpraca z tamtejszym  szpitalem neurologicznym.

Breslau

Ponad rok temu, postać Guttmanna przypomniano na łamach Wochenblatt, tygodnika Niemców w Polsce. Z wdzięcznością myśląc o autorze artykułu, nie mogę zrozumieć dlaczego wprost nie pisze się w nim o jego żydowskich korzeniach. Enigmatycznie bowiem i niejasno w tym kontekście wybrzmiewa  poświęcenie i niezwykła odwaga, z jaką Guttmann ratował z listopadowego pogromu 1938 roku sześćdziesiąt osób, udzielając im schronienia w żydowskim szpitalu, którego był dyrektorem…

Informacja ta brzmi wciąż dość zdawkowo. Liczby, daty. Dodajmy zatem do tego trochę życia i emocji. Guttmann zrobił coś znacznie więcej. 10 listopada 1938 roku, w dzień po Nocy Kryształowej, osobiście odbył z funkcjonariuszami gestapo obchód po szpitalu i z liczby 64 osób przyjętych w wyniku pogromu do szpitala, wybronił przed wypisaniem (i odesłaniem do KZ Dachau lub Buchenwald) 60 osób, prezentując ich dokumentację medyczną (sic!),  tłumacząc i uzasadniając konieczność ich pozostania w lecznicy…

Wcześniej, jako świeżo upieczony neurolog, pracował w 1933 roku we wrocławskim  szpitalu Wenzel Hancke, z którego wyrzucono go wiosną 1933 roku, jak wszystkich żydowskich lekarzy, których objął państwowy Berufsverbot. Na Dolnym Śląsku nie obowiązywały przepisy ochronne Konwencji Genewskiej i niearyjscy lekarze z dnia na dzień przestali pracować. To w jakimś sensie zamknęło dalszą karierę Guttmanna.

Ludwig Guttmann kolejne lata spędził w kwartale ulic Hohenzollernstrasse (Sudecka), Neudorferstrasse (Wiśniowa) i Menzelstrasse (Sztabowa) pracując, a od 1937 roku kierując Szpitalem Żydowskim. Zyskał w tym czasie, jak dowodzą wspomnienie innego wrocławskiego neurologa Fritza Richarda Sterna (pochodzącego nomen omen z Pyskowic…) reputację najwybitniejszego neurochirurga w mieście.  Ze szpitalem i swoim Breslau rozstanie się na samym początku 1939 roku.

Anglia

Okazji do ucieczki z nazistowskim Niemiec dostarczyli mu po części sami naziści wyrażając zgodę na wyjazd do Portugalii w celu wyleczenia bliskiego znajomego portugalskiego dyktatora Salazara.

Podróż powrotna Guttmanna pierwotnie  została zaplanowana przez Londyn i okoliczność ta pomogła w decyzji o emigracji. Skorzystał z tej okazji i faktu, że Rada Pomocy Uchodźcom Naukowcom (CARA) wyjednała mu zgodę na pobyt w Wielkiej Brytanii.

W Anglii wraz z żoną Else Samuel Guttmann i dwójką dzieci Dennis i Evy  zatrzymał się w Oksfordzie. 14 marca 1939 roku CARA, wynegocjowała w brytyjskim Home Office zgodę na stały pobyt i przekazała mu i jego rodzinie 250 funtów (odpowiednik  dzisiejszych 10.000 funtów), by w ten sposób pomóc mu w osiedleniu się w Oksfordzie.

Przez kolejne lata Guttmann kontynuował swoje badania nad urazami kręgosłupa w Klinice Neurochirurgii w Nuffield Radcliffe Infirmary.

„Kaleka – taki sam człowiek, jak ja i Ty!”

We wrześniu 1943 roku brytyjski rząd poprosił Guttmanna o podjęcie pracy  w Stoke Mandeville Hospital w Buckinghamshire i zajęcie się inwalidami wojennymi – pacjentami z trwałym paraliżem dolnych kończyn.

Ośrodek otwarto 1 lutego 1944. Guttmann został mianowany jego dyrektorem i pomimo kontrowersji dotyczących metod pracy, jak i samego stylu zarządzania oddziałem, piastował  to stanowisko do 1946 roku.

Jako dyrektor brytyjskiego pierwszego zespołu specjalistycznego leczenia urazów kręgosłupa wierzył, że to sport pozostanie głównym sposobem leczenia i ich rehabilitacji. Przy okazji, pierwszy raz położono w metodzie tej nacisk na odbudowę tężyzny fizycznej osób niepełnosprawnych i odzyskiwanie przez nie szacunku dla samych siebie.

„Pappa” (jak mówili życzliwi i zakochani w nim pacjenci) Guttmann uzyskał obywatelstwo Zjednoczonego Królestwa w 1945 roku. Zorganizował pierwsze Stoke Mandeville Games dla osób niepełnosprawnych dokładnie 28 lipca 1948 roku, a więc tego samego dnia, gdy otwierano Letnie Igrzyskach Olimpijskie w  Londynie. W uznaniu za swoje zasługi otrzymał tytuł szlachecki z rąk królowej brytyjskiej w 1966 roku i to on, uchodźca ze Śląska i wrocławski neurolog, uznawany jest dzisiaj za twórcę igrzysk paraolimpijskich…

Doktor Ludwig Guttmann zmarł 18 marca 1980 w Aylesbury, w Wielkiej Brytanii.

 

Na Górnym Śląsku ma jedną (sic!) ulicę swojego imienia… Cóż za rozrzutność w docenieniu… i pamiętaniu…

Fragment książki adresowej z 19006/1907 roku

„Żegnaj mój Śląsku”

dedykowane

Ofiarom Tragedii Górnośląskiej 1945

W dziwny sposób Ziemia Święta i Palestyna odżyła we mnie dzisiaj. Lubię ten rodzaj koincydencji. Nagłej, nieco absurdalnej i poruszającej do głębi.

Uciekając przed zimnem zaglądnąłem do księgarni z tanią książką.

Po chwili wywołany na zewnątrz odgłosami orszaków jednego z Trzech Króli, wyszedłem na ulicę, dźwigając pod pachą album Stanisława Markowskiego, Kazimierz. La ville juive de Cracovie. 1870-1988. Tak, to wersja francuska książki. Polskiej nie mieli, no i górę wzięła i ta cena, i te zdjęcia, co w środku.

Nie mogłem się oprzeć jej lekturze i już wkrótce, gdy siedziałem przy ogromnej szybie restauracji na ul. Brackiej, pochłaniałem obrazy tamtego Kazimierza. Biednego, magicznego, nieistniejącego. Poruszałem się ze znawstwem po ulicach Izaaka, Meiselsa (znanych mi od końca lat osiemdziesiątych 20. wieku). Robiłem 70 lat wstecz i  wpadałem na Szeroką, by zobaczyć handlarzy karpiem, którego w pobliskich domach sprawnie sprawiano na przepyszną, szabasową gefilte fish…

Kazimierz za sprawą tej książki ma swoją opowieść o jednostce czasu, która ilustruje bycie i nie-bycie wspólnoty Żydów Krakowa. Górny Śląsk wciąż takiej nie ma. Wkrótce to zmienię.

To co jednak poruszyło mnie do głębi, to zacytowany w albumie wiersz Mordechaja Gebirtiga z 1940 roku, Żegnaj mój Krakowie. Do tego momentu wierzyłem, że bardziej właściwe jest nie-mówienie o Kazimierzu, gdyż jak pisano o nim „Tej pustki nic nie wypełni. Niech życie uszanuje jej ciszę” (Bogdan Frymorgen, Kazimierz bez słów, Kraków 2011).

Pomyślałem (krew rozgrzewała już gorąca herbata i może stąd śmiałość i odwaga myśli), że to nie-prawda. Może (przy całej umowności i oczywistym, symbolicznym charakterze  abstynencji werbalnej, którą deklaruje Frymorgen),  słowa wobec takiej historii i o takich miejscach  wymagają jedynie (?) większego wysiłku, by je odnaleźć, wymyślić? Trudu wydobywania ich z historii zbrukanej, zapomnianej lub po prostu lekceważonej?

Śląsk ma podobny problem i jak u Gebirtiga słyszę, te wersy skargi – wiersza, który wielu Ślązaków mogłoby napisać (w swoim nienapisanym wierszu z 1945 roku). (To swobodna trawestacja słów poety z Kazimierza, których tutaj użyję):

„Żegnaj mój Śląsku,

gdzie pochowani są mój ojciec i matka,

(…) lecz spocząć obok ich kości

nie moim będzie przeznaczeniem”

 [Kraków, 6 stycznia 2017 r.]

(Nie)Szczęście świata

Szczęście świata

No jestem nieco rozczarowany. Z kilku powodów.

Nie jest nią, nieco spowolniona narracja kreśląca atmosferę dusznego lata 1939 roku. Znam ją i w jakimś  sensie bliska jest ona opowieściom tkanym w takich filmach Bernardo Bertolucciego jak „Pod osłoną nieba” (1990), czy w „Ukrytych pragnieniach” (1996). Patrząc na film Michała Rosy „Szczęście świata” (2016), powraca do mnie też klimat „Kroniki wypadków miłosnych” (1986, reż. A. Wajda) według prozy Tadeusza Konwickiego. I teoretycznie wieszczy to dobry początek dla filmu, którego kulminacją scenariuszową jest historia o tym, co przyniesie zmiana, która gdzieś „wisi” w powietrzu. To jednak za mało.

Takie opowiadanie w filmie tym bardziej wymaga więcej niż powołanie do życia postaci, które wypełniają kadry tego filmu. Te są w tym filmie zbyt papierowe, choć mają swoje pasje i namiętności.

Reszta recenzji będzie więc jak opis filmu, którego nie widziałem, a który sobie mogę wyobrazić patrząc na dzieło Rosy.

Śląsk w 1939 roku

Początkowo w filmie uwodzić nas może obraz Górnego Śląska (gdzieś zawieszony w okolicach Katowic, Chorzowa i Rudy Pawłowice), okresu międzywojnia i nie dziwi nagroda za scenografię, jaką przyznano filmowi podczas gdyńskiego Festiwalu Filmu Polskiego, latem 2016 roku.

Potem jednak owe kulisy to za mało, by wypełnić opowieść emocjami. Uczciwie też powiem, że jeśli wcześniej odwoływałem się do dzieł Bertolucciego (w istocie klimatu napięcia, jaki niosą), to właśnie w sferze scenograficznej mam wciąż niedosyt owych obrazów Górnego Śląska. Oglądam ułomki tamtego świata i rozumiem, że budżet na więcej nie pozwalał. Intymizm obrazów we wnętrzach (tu scenografia bardzo staranna, historycznie adekwatna) jest raczej emanacją świata zewnętrznego, którego nie widzimy, a którego zapowiedź niósł film w pierwszych kadrach.

Polak, Niemiec, Żyd(-ówka), no i Ślązak też

Najbardziej jednak dotyka  mnie schematyzm postaci jaki nam film serwuje. I Irytuje. Nie wiem, czy opowieść o tym czym jest sąsiedzka obojętność, wycofanie się w obliczu zagrożenia życia, musi być nakreślona przez tak przewidywalne postaci. No jest w tej grupie też Ślązak. Po prostu. Nie Ślązak-Niemiec, Ślązak- Polak. Ciekawe, odważne, aktualne. No, ale odchodzę od głównego wątku.

Jest zatem lekko upadła femme fatale, malowany ptak tej opowieści, jak napisałby (być może) o głównej bohaterce filmu – Róży, Jerzy Kosiński. Róża (i tutaj uderzamy w cała paletę stereotypów i kliszy) jest Żydówką o płomienistych, rudych włosach, wyraźnie nie pasującą do swoich sąsiadów. Choć może i jej, i ich ekscentryczność to coś, co ich łączy.

Róża żyje zatem na pierwszym piętrze owej kamienicy – metaforze, tego czym jest Górny Śląsk  w 1939 r. –  ów narodowościowy i społeczny przekładaniec. To też Śląsk pozostający w oczekiwaniu na nieunikniony zmierzch Bogów.

Róża żyje intensywnie (w sferze emocji i doznań) i kocha, i pije wino, smakuje życie, jest świadoma tego, że jednych mieszkańców kamienicy fascynuje i pociąga, innych (głównie panie) niepokoi.

To ona uświadamia im potrzebę zatrzymania się w życiu, smakowania go. Podważa matematyczną logikę uporządkowania świata od punktu A do punktu B (w ciekawy sposób, ofiarą i przykładem tego myślenia jest Ślązak, pasjonat matematyki, windziarz ogarnięty pasją docierania do prawd bezwzględnych i policzalnych).

Niesłyszana przez otoczenie (choć podsłuchiwana przez sąsiadów i upajająca ich zapachami swego ciała i kąpieli, które urządza), bezgłośnie wieszczy kres świata, który znają. Ona i jej sąsiedzi. Choć tylko ona zdaje się wiedzieć że to świat, który jej nie ocali i w którym po raz ostatni wybrzmią słowa w jidysz. Póki co (jest lato 1939 r.) błądzą jak mowa szaleńców po ścianach mieszkań, nim zamilkną.

Sąsiadów kataklizm nieco zmieni, przesunie na mapie kamienicy, którą zamieszkują… Ją unicestwi.

PUSTKA, gdy brakuje szczęścia

No i tyle. Sekwencja tego, co dzieje się przed 1939 rokiem, znajduje rozwinięcie w wojennej i powojennej historii tej mikrospołeczności. Jest to swoiste  „postscriptum” do pierwotnej historii (jest nią  swoiste śledztwo dziennikarskie, jakie prowadzi inny z bohaterów filmu).

Tym rozwinięciem obrazów, uczuć i zdarzeń 1939 roku, jest PUSTKA po Róży-Żydówce, a może przede wszystkim Żydówce-Róży. Cięcie. Koniec (filmu, jak lubiła dodawać kinematografia radziecka).

Wiemy jak Róża znika, „widzimy to obrazami” przywołanymi po latach. Jest rok 1940 roku, kiedy bezskuteczne szuka ratunku wśród sąsiadów, prosi o obecność, o dobre słowo i towarzyszenie jej w ostatniej drodze. Potem jest gestapo i śmierć.

Żydzi górnośląscy. Historia wciąż nienapisana

Nie po raz pierwszy widzę, oglądając ten film, jak niełatwo jest opowiedzieć historię anonimowych ofiar Holokaustu (na Górnym Śląsku).

Historię, tych którzy nagle(?) znikali. O których nikt się nie upomniał. Ktoś zajął ich mieszkanie, ktoś inny nie podał ręki w potrzebie i… był spokój. Do czasu. Taki czas zawsze odżywa, wspomnienia powracają i irytacja, że duchy ofiar Holokaustu nas dopadają. I szczęście świata znika. Czy ten rodzaj współodczuwania niesie z sobą film?

Śmiem i chcę wierzyć, że z podobną myślą, chciał nas zostawić scenarzysta.

Nie wiem, czy historia którą zbudował, jest dość dobrze opowiedziana, byśmy w to wszystko uwierzyli. Podobnie jak w to, że Polak błądzi i nie znajduje szczęścia (romantycznie kochając i nie kochając), Niemiec jest nazistą lub na nazizm skazany, a Ślązak to istota uwikłana w swoją nieskomplikowaną naturę. Żydówka też została obsadzona  stereotypowo, bo i ruda i lekko dekadencka, i stanowiąca zakazany owoc dla swoich sezonowych miłośników. Trochę za dużo tych obrazów prostych, jak na sceny o symbolicznym wymiarze…

Ktoś miał napisać, że film Michała Rosy, to taka polska „Amelia” (1991, reż. Jean-Pierre Jeunet).  No nie wiem. „Amelia” była filmową bajką o tym co nazwałbym wartościami, które nas konstytuują. Czynią  z nas i przywracają w nas człowieka. „Szczęście świata” to raczej opis świata, w których ich nagle zabrakło.

Antybajka zatem?  Może dlatego  postaci też nieco mniej atrakcyjne, z gruba skreślone? Film pozostanie. Wyznaczy drogę lepszym? Może. Oby.

Katowice. Dworzec kolejowy (repr. za A. Siermontowski-przed-1934 r.)

Księżycowe zapatrzenie

Uległem, to oczywiste. Nie, nie idiotom palącym flagę, ignorantom nie wiedzącym co czynią.

Podobno takim należy wybaczać, ale co ja mam im wybaczać? Że nie wiedzą? Że są źli i w tym złym utwierdzają ich inni? Enough is enough, jak mawiają w preferowanym przez obecne elity Albionie (znowu ćwiczenie językowe dla tych lekko ociężałych). Niczego na podobnej nienawiści się nie zbuduje. To tak stara i sprawdzona prawda, że nie wymaga pogłębionego komentarza. Czas pokaże, że tak jest. Nawet niewierzącym w nic komunistów brak takiej wiary zmiótł z powierzchni ziemi.

Uległem też nie temu, że ktoś myśląc, że  robi ze mnie idiotę, dowodzi swojego uwiądu intelektualnego.

Uległem Księżycowi. Nie mogłem być tak blisko jak chciałem, ale na moment byłem razem z tymi wszystkimi, którzy na niego patrzyli, pozostawali w zapatrzeniu. Szukali na jego powierzchni śladów Neila Amstronga, marzeń i tęsknot ludzkości. Całkiem budująca wspólnota.

Ciekawsza niż ta, która pali i niszczy.

Księżyc 14 listopada. Zbliżenie

Księżyc 14 listopada 2016. Oddalenie

Nad Kanałem Młynówki

Nie planowałem tego, że idąc wzdłuż Kanału Młynówki, dopadnie mnie niewidziany obraz Nocy Kryształowej. Zdominuje moje emocje, uczucia.

Nie wiedziałem zbyt wiele o przebiegu Nocy w Opolu.

Nie wiedziałem o tym, że by spalić synagogę,  nocą zawleczono pod nią rabina Hansa Hirschberga. W nocnej koszuli, nocą rozlewał mozolnie benzynę we wnętrzu synagogi i zmuszony przez nazistów, podpalił dom modlitwy.

Dzisiaj poza kamieniem z pamiątkową tablicą, jedynym widomy znakiem istnienia synagogi jest dawny dom dozorcy.

Życie nie stoi w miejscu. W środku jest restauracja. Zjesz tam dania kuchni włoskiej. Nic nie zakłóci spokoju biesiadujących.

Opole. 9 listopada 2016 r.

Most Groszowy, Opole

Most na Zamkowej, Opole

Kamień, Opole Płonąca Nowa Synagoga (Opole 9.11. 1938) (źródło: Wikipedia; domena publiczna)

Rzymskie wakacje (d. dom dozorcy synagogi)

Gdzieś w górach Sabaudii. Zapiski z Sabaudii (6)

Z perspektywy listopadowych, deszczowych dni które za oknem, wspomnienie wyprawy po Alpach Górnej Sabaudii coraz bardziej blaknie i traci kontury. Staje się bardziej emocją i wrażeniem niż dokładnym opisem. Żałuję tego, ale tym bardziej staram się utrwalić to, co pamięć jeszcze niesie. Sięgam po zdjęcia.

Droga (czy muszę dodawać, że kręta i wąska tak, że pytanie o to kto kogo zepchnie nie jest pytaniem retorycznym?), kończy się koło nieczynnej serowarni gdzieś na wysokości 900 m. n.p.m. Dalej jest dość szeroki trakt (głównie do transportu krów, gdy są wprowadzane i spędzane z hal górskich). Powoli, ale konsekwentnie wiedzie aż do Przełęczy Freu (Passage du Freu).

Wciąż obracam się za siebie, co nie wróży podróży dobrej, ani wygodnej. Chodzenie z głową odwróconą w tył, jest – jak i w życiu – zapowiedzią nieustannych powrotów do nieistniejącego i kolekcjonowaniem obrazów minionych. Stępia obserwację tego co tu i teraz. Mimo to tak właśnie robię, zaniedbując mijane, drewniane budynki dawnych gospodarstw i górskich szałasów, gardząc szczytami co wokół.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu widoku doliny Jeziora Annecy przysłoniętej chmurami. Obraz niezwykły. Dwóch światów.

Jeden to szczyty i pasma górskie Przedalpia Sabaudzkiego,  tkwiące ponad podstawą chmur zalegających nad Jeziorem Annecy. Drugi to świat utopiony we mgle i owych chmurach. Od czasu do czasu spod bieli i mlecznej osnowy zalegającej dolinę, widać zresztą, to co znajduje się tam w dole. Są więc dwa światy i my między, na granicy obu. Lubimy być na granicy.

Nasz przewodnik, zakochany w Alpach Sabaudii, bezceremonialnie odziera obraz z jego metaforycznego wymiaru. „Jesień się zbliża. Annecy się wychładza, paruje… Stąd to wszystko” – zauważa. B. wie co mówi. Patrzę na niego z lekkim wyrzutem i gdy B. staje na granicy grani pokazując kolejną dolinę, nie mogę uciec przed obrazami Caspara Davida Friedricha. Tymi z Karkonoszy. Obrazy te niemal natychmiast rozpadają się jak tafla szklana uderzona kamieniem. Prawie słyszę dźwięk opadających odłamków. Dzieje się tak z zupełnie prozaicznego powodu.  Jest zbyt jasno i zbyt pogodnie, by ulec obrazom Friedricha i skąpać się w jego brązach, wyblakłych fioletach i błękitach, rozmazanych bielach i jej siwych tonacjach i poświacie Księżyca. Jest zbyt pięknie, idyllicznie. Nic z romantycznego nastroju dolnośląskich Riesengebirge i tradycji wrocławskiej szkoły pejzażowej. Dam czuć podmuchy przemijania i refleksji o historii. Tutaj (na moje szczęście) słychać dzwonki krów, które jeszcze (kończy się sezon) popasują na okolicznych wzgórzach.

Na przełęczy Freu, a właściwie jakieś 100 metrów poniżej jej najwyższego punktu, pasą się leniwie  jeszcze krowy. Niewiele wyżej stoi, pozornie opuszczony dom pasterski i obora. Zamknięte, głuche, czekające już na sezon… zimowy.

Nieopodal górska kaplica poświęcona Matce Boskiej Nieustającej Opieki.

Sabaudia jest jednak, nawet w tym miejscu i z tego powodu, inna od reszty Francji, którą wcześniej znałem?

Droga / A way behind me (Górna Sabaudia, Francja) Podział / Division (Dolina Jeziora Annecy, Górna Sabaudia, Francja)

Dwa światy / Two Worlds (Lake d'Annecy; Jezioro Annecy, Francja-France)

Drogowskaz /Signpost (La Fatte, G. Sabaudia, Francja - France)

Pastwisko w chmurach (G. Sabaudia; okolice Col de Sur le Freu) Dzwonki i porykiwania (Passage du Freu, Savoie - Sabaudia, Francja)

Ślady / Signs (Col de Sur le Freu, Sabaudia, Francja) Dom / Hause (Col de Sur le Freu, Górna Sabaudia, Francja, France)

Znak / Sign (Passage du Freu, Górna Sabaudia, France)

Chapel / Kapliczka (poblize Col de Sur le Freu, G. Sabaudia)

Tam / There (Alpy Sabaudzkie, okolice J. Annecy, Francja

Widok doliny z rdzawym dachem / Valley with red roof (okolice Passage du Freu, Górna Sabaudia) Zużycie / Wear (droga do Passage du Freu, Sabaudia, Francja)

Przenikanie /Diffusion (Sabaudia, Francja)

Jezioro Annecy (Tam gdzie startują paralotniarze...)

Cieszyn po raz drugi

W Cieszynie jestem po długiej przerwie.

To niemal dwa lata. Wtedy był ciepły, mało zimowy grudzień. Wracałem z pracy w Opawie, a właściwie „zjeżdżałem” (jak mawiamy my emigranci) na święta do Polski.

Najpierw był mocno nijaki Czeski Cieszyn, a potem krótki spacer po śląskim kawałku Cieszyna. Ulica Głęboka, Rynek. Zbyt późno, by zdążyć na cieszyńską kanapkę śledziową.

Tym razem było inaczej.

Powodem, dla którego przyjechałem do Cieszyna, była oficjalna (ogólnopolska) inauguracja 500 lat Reformacji, do której doszło w Europejskim Mieście Reformacji, bo taki tytuł uzyskał Cieszyn na cały nadchodzący rok. 31 października był dniem dla wyboru takiej uroczystości oczywistym, bo dokładnie 31 października 1517 roku, dr Marcin Luter opublikował swoje 95 tez… Myślę, że większość z nas katolików nie zadała sobie trudu, by je przeczytać. Szkoda. Warto.

Do rozpoczęcia roku doszło w Kościele Jezusowym w Cieszynie, w Kościele Łaski, należałoby dodać, by tym bardziej podkreślić wyjątkowy charakter i miejsca, i nabożeństwa w tej świątyni. To jedyny taki kościół, który przetrwał do współczesności i zachował swoją pierwotną funkcję.

Kościół w Cieszynie był jednym z  sześciu na ówczesnym austriackim Śląsku (poza nim wybudowano je w Żaganiu, Kożuchowie, Jeleniej Górze, Kamiennej Górze i Miliczu), a jedynym na Górnym Śląsku, który wzniesiono po podpisaniu ugody altransztadzkiej przez cesarza Józefa I i szwedzkiego króla Karola XII w 1707 r.

W ramach tego pokoju i owej łaski panującego, pozwolono na budowanie ewangelikom „kościołów łaski”, w tej liczbie Kościoła Jezusowego w Cieszynie.  W latach 1709-1730 kościół cieszyński został ważnym ośrodkiem luterańskiego pietyzmu i odrywał niezmiernie ważną rolę w życiu religijnym ewangelików Śląska, Czech, Prus i Europy Środkowej.

To co uderza w świątyni, budowanej przez kolejne lata 18. wieku (kamień węgielny pod świątynię położono w 1710 roku), to dwa barokowe dzieła, autorstwa – pochodzącego z Moraw – rzeźbiarza  Josepha Prackera. Są nimi ołtarz (1767) i ambona (z 1782 roku). Dzieła o proweniencji i z ducha barokowe, przez co są czymś bardzo niezwykłym w protestanckiej świątyni, gdzie zdecydowanie (podobnie jak cała dyspozycja kościoła) stanowią widoczne cytaty zaczerpnięte z ówczesnej architektury kościołów katolickich i ich wystroju.

Powszechnie uważa się, że ten niezwykle ciekawy przypadek brał się z tego, że wspólnota pozbawiona przez lata prawa do własnej świątyni (a tak było w przypadku miejscowych ewangelików), po uzyskaniu go, nie była w stanie wprost i od razu wypracować własny, autonomiczny język stylowy świątyni. Sięgnęła więc, bardzo mocno puryfikując pierwowzory i ich bogate potrydenckie formy, po obce wzory adaptując je do własnych potrzeb. To bardzo rzadki, by nie powiedzieć jedyny taki przypadek na terenach Górnego Śląska, w obrębie budownictwa  ewangelickiego. Przypomina mi to (przy całej proporcji tego porównania) sytuację w architekturze świątynnej reformujących się i asymilujących Żydów europejskich. Ci ostatni w formach architektury mauretańskiej i neoromańskiej poszukiwali własnej drogi do tożsamości architektonicznej na przełomie 19. I 20 . wieku. Jedni i drudzy ostatecznie  stworzyli formy własne i autonomiczne.

Świątynia (mogąca pomieścić do 7. tysięcy ludzi) posiada wyśmienitą akustykę.

Mogłem się o tym przekonać wczoraj, gdy rozbrzmiały w nim głosy połączonych chórów z diecezji cieszyńskiej. Po plecach przeszły mi dreszcze, gdy rozbrzmiewały pieśni zboru i wyśpiewywano Imię Jezusa (ŚE 787).

***

Uroczystości obfitowały w słowa i adresy, których przytaczać nie chcę, bo w odniesieniu do niektórych czułem rodzaj zakłopotania, gdy w gronie osób wyliczanych przez mówiących jako wybitnych postaci pochodzących  z tego środowiska, zatrzymano się na generale Władysławie Andersie, pomijając zarówno jego współczesne ikony (Adama Małysza, czy obecnego na uroczystości prof. Jerzego Buzka), czy całkowicie i masowo ignorując śląskich ewangelików 19. i 20 wieku.  Będę może naiwny, ale mam nadzieję, że Rok Reformacji (w województwie śląskim) ten niski poziom świadomości odmieni…

Amen.

Kościół łaski w Cieszynie (31 października 2016 r.)

Nabożeństwo rocznicowe (fot. L. Jodliński, wszelkie prawa zastrzeż.) Zasłuchani (księża ewangeliccy w trakcie jubileuszowego nabożeństwa, Cieszyn, Kościół Łaski)

Przesłanie (Prymas Polski abp. W. Polak)

Jak Adolf Pieck pozostawił tu ślad i o kanapce śledziowej też

Adolf Pieck pozostawił ślad

Ulica Głęboka 11. Cieszyn. Do wejścia do sklepu z wędlinami zachęca mnie nie ich widok, ani perspektywa zakupu. Jestem przecież po kanapce śledziowej i przy niej i jej smaku pozostanę tym razem przez cały pobyt nad Olzą.

To coś co mnie pcha w stronę sklepu, to niemal kompletne, choć tu i owdzie nadgryzione zębem czasu oryginalne kafelki pokrywające sklep od podłogi po sufit. Próbuję nie koncentrować się na tym czego nie ma, ale na fakcie, że niemal zaraz koło wejścia widzę ten oto napis:

Pieck (1) Cieszyn, 2016

Niemal natychmiast uruchamia to moje wspomnienia z podobnych sklepów widzianych w Gliwicach przy Dworcowej czy  Bytomskiej. Dzisiaj z wszystkich znanych mi dawnych masarni ostała się ta jedna przy dawnej Wilhelmstrasse.  Postanawiam, nie pytając o to obsługę, zrobić zdjęcie. Mieć, utrwalić. Ocalić od zapomnienia.

Adolf Pieck…

Po długich poszukiwaniach wpada mi w ręce książka adresowa berlińskich przedsiębiorców (nie znajduję roku, ale jest to najprawdopodobniej druk z końca 19. i początku 20 wieku) i przynosi ku mojej radości reklamę firmy Pieck.

Jak możemy się z niej dowiedzieć Adolf Pieck, wówczas mieszkający już przy Potsdamerstrasse 122C w Berlinie, specjalizował się w wyposażaniu sklepów mięsnych w szklane lady, zapewniał wyposażenie do prowadzenia sklepów i masarni, pokrywał ich ściany mozaikami i kafelkami, no i wreszcie kładł na podłogach nowoczesne i funkcjonalne linoleum. Jak berlińska, a nie na przykład wiedeńska firma trafiła do Cieszyna? Nie wiem. Może ktoś znajdzie na to odpowiedz. Początek został zrobiony.

 Adolf Pieck (2) (Cieszyn, 2016)

Kanapka śledziowa

No jest świetna. Wreszcie to wiem. Jej smak wciąż gdzieś rozcieram na języku.

Jest masowo konsumowana przez cieszynian (to jednak ważne dla przybysza nieufnego wobec reklamy i szeptanego marketingu).

Dopadam ją przy Głębokiej 3. To dobry adres.

Na miejscu mała kolejka i zakupy po 6, 8. sztuk. To norma. Na wynos. Do tego dwie, trzy na miejscu.

Można bić rekordy w zjadaniu jednej. Pięć, sześć sekund?

*

Mam w oczach taką scenę (czasami wykonanie zdjęcia nie jest możliwe, bo przecież ma się ręce zajęte jedzeniem własnej kanapki!)

Jedna z ulic Cieszyna. Sklep Społem. Dość siermiężna estetyka szyldu.

Nad witryną napis Kanapki śledziowe.

W oknie poniżej, co metr, półtora, na krzesełkach siedzą osoby namiętnie zajadające się kanapkami. Jedną, potem drugą…

Wrócę.

Po kanapkę (i po zdjęcie też).

Avion

Wracam. Minęły te dwa lata.

Piję espresso.

Czytam z zadowoleniem, że kawę i co tam jeszcze,  podają w kawiarni uczniowie średniej szkoły gastronomicznej księcia Albrechta.

Myślę (nieśpiesznie dopijając swoją małą czarną), że Rosalie Wiesner, spodobałby się ten pomysł i to, co się tutaj dzieje…

Avion. Widok na (2016)

Żacy... (Avion, Cesky Tesin) Grand Avion

Tego dnia (31 października 2016 r.)

Śląski Pettus Bridge

[Poniższy tekst jest autorską wersją felietonu, jaki opublikował SILESION.PL  27 października 2016 r. To tekst, który lubię i pewnie dlatego trafia na mojego bloga, by po prostu pozostać tutaj dłużej. Odradzam jego lekturę tym, którzy wszelki symbolizm traktują dosłownie (tracą czas), a ruch wyzwolenia w USA, jako prostą metaforę dla losu Ślązaków. Podobnie rozczarowani poczują się ci wszyscy, którzy żywią się „krzywdą śląską” (cyt. za M. Smolorz). Tutaj jej nie odnajdą.]

Most Edmunda Pettusa w amerykańskiej miejscowości Selma przeszedł do najnowszej historii USA w związku ze zdarzeniami podczas tzw. Krwawej Niedzieli  7 marca 1965 roku.

Tego dnia stanowa policja zaatakowała czarnoskórych demonstrantów, aktywistów ruchu na rzecz równouprawnienia, okładając bezbronnych manifestantów gumowymi pałkami, wściekle atakując ich gazem łzawiącym. Wszystko dlatego, że w symbolicznym geście, jakim było przejście przez ów most i marsz do stolicy stanu Alabama, Montgomery, domagali się praw obywatelskich i mówiąc najkrócej, prawa do istnienia w przestrzeni publicznej, kulturowej i społecznej.

Pobici i ranni powtórzyli przejście przez most  dwukrotnie.

Za drugim razem, zawrócili w jego połowie. Martin Luther King, który stanął na czele pochodu musiał się gęsto  tłumaczyć z tego, dlaczego zwątpił. Dlaczego zawrócił. Powiedział, że nie chciał na nich sprowadzać cierpienia. Dodał też, że do  długiej wędrówki należy się lepiej przygotować.  Miał rację. Do Montgomery było ponad 87 kilometrów.

Za trzecim razem nikt ich już nie powstrzymał. Pośród wyzwisk, obelg  i skromnego wsparcia białych mieszkańców  Alabamy doszli do stolicy stanu.

Pięć miesięcy później, ci których nazywano pogardliwie  „czarnuchami” uzyskali pełnię praw wyborczych. Po 43 latach nikt przy zdrowych zmysłach i liczący na zrobienie kariery na Kapitolu nie miałby odwagi tak ich nazwać, a w Stanach Zjednoczonych wybrano  pierwszego, czarnoskórego, Afro-Amerykańskiego prezydenta – Baracka Obamę.

Most w Selmie stał się symbolem.

Marsz unieśmiertelnił tych, którzy podjęli ryzyko wejścia nań i nie ustali w drodze.  Niemożliwe stało się rzeczywistością.

Historia marszu  skazała na zapomnienie tych, którzy 7 marca 1965 roku zagrodzili drogę ludziom, którym odmawiali prawa do własnej tożsamości i podmiotowości. Stosunek pogardy musieli w najgorszym razie zastąpić stosunkiem akceptacji i zgody na obecność innego.

Niedawno odmówiono Ślązakom prawa do statusu mniejszości etnicznej. W dyskursie publicystycznym pytanie co dalej, roztrząsane jest  między historią, wywodami lingwistów, a opracowaniami statystycznymi. Nuży mnie to już, podobnie jak to, że w myśleniu o tożsamości odwołujemy  się wyłącznie do przeszłości. Taki bagaż refleksji jest nie do udźwignięcia. Będzie zawsze przytłaczać i ograniczać. Prowadzić na manowce definicji i sprawiać, ze z szaf będą wypadały kolejne trupy. Nie ma Ślązaka idealnego, nie ma (wbrew takiemu domniemaniu) idealnego Polaka.

Historia USA jest – jak mawiają jedni – zbyt krótka i z tego powodu nie niesie ze sobą nauki dla okrzepłych społeczeństw Europy. Śmiem polemizować z taką tezą.  To raczej historia, która pokazuje, że jak ci mówią, że jesteś nikim, że cię nie ma, nie ma twojej muzyki, języka i tradycji, to nie wierz takim głosom.  Mówiono to uczestnikom bostońskiej herbatki w 1773 roku, gdy budowali nowe społeczeństwo, a nawet ochotnikom Pierwszej Kadrowej, gdy opuszczali krakowskie Oleandry. Miej jak wszyscy oni, wiarę w siebie.

Pomyśl więc (Ślązaku) o przyszłości  i znajdź swój własny, osobisty most. I wejdź na niego i wybierz swoją drogę. Pokojowo jak ci w Selmie, gdy bojąc się i drżąc o życie znaleźli się  na Moście Edmunda Pettusa i stanęli naprzeciw uzbrojonym osiłkom z policji. I się nie ulękli.

Wejdź  wierząc w racje, które ucieleśniasz. Zrób to i powtórnie,  i kolejny raz. Tak długo, jak trzeba, aż znajdziesz się po drugiej stronie i będziesz wiedział, że dotarłeś do celu.

Most (Świerklaniec)