Historia bez tytułu, początku i końca (11). Matura

Budynek w czerwonej cegle. Trzypiętrowy. Nawiązuje, choć poorany ranami z II wojny, do modnego wówczas stylu niderlandzkiego.

Victoriaschule przy dawnej Holzgasse (ul. Kładki 24)… Pierwsza żeńska szkoła (Mädchenschule) w tym mieście. Wzniesiona pod koniec 19. wieku, dobrze wpisywała się w ceglaną estetykę miasta i klimat miast Hanzy. Gdańsk – krótki i odległy od Bytomia przystanek na trasie poszukiwań w tej opowieści.

Szkoła nie jest taka zupełnie anonimowa. Gości na kartach historii miasta. Tej oficjalnej, spisanej. I literackiej -przepełnionej emocjami.

Najpierw poświęcił jej kilka słów uwagi Artur Brausewetter w romansie  Und hätte der Liebe nicht z 1926 r. Obraz 1 września 1939 roku w tej szkole ożywił Bruno Zwarra w powieści Gdańszczanie (Die Danziger, 1976). To tragiczny opis zatrzymanych w jej salach Polaków i Żydów, których wprost ze szkoły wywieziono do pobliskiego obozu w Stutthofie.

Gedania, Danzig, Gdańsk…

Lubię to miasto i w sposób nieoczywisty tę jego część, gdzie znajduje się owa szkoła, choć jest nieco obok ścieżek wydeptywanych przez turystów.

Blisko stąd do dawnego klasztoru pofranciszkańskiego, który w latach 1870-1872 staraniem Rudolfa Freitaga, ucznia Bertela Thordvaldsena, zamieniono na miejskie muzeum.

Rudolf Freitag był Wrocławianinem. To niemal od razu stwarza tę niewidzialną wspólnotę i bliskość między nami, ale powodem dla którego odwiedzam dawne mury klasztoru (ilekroć jestem w Gdańsku) jest Sąd Ostateczny Hansa Memlinga…, a nie Freitag oczywiście.

Napisano o tym obrazie wiele, ale wciąż czeka na opowieść o tym ile i jak niezwykłych podróży odbył, by zawsze w finale powrócić do Gdańska.

Lecz i nie dla Memlinga  trafiam do Gdańska. Tym razem jestem tutaj dla Rachel Jacobson, która 21 marca (ta data jest pewna) w 1908 lub w 1909 w Gdańsku właśnie zdaje maturę uzyskując jako jedna z pierwszych kobiet w Prusach, prawo do studiowania na uniwersytecie…

To wszystko jest ponownie mocno niezwykłe. Nie pierwszy raz w tej historii. Jeśli jest to rok 1908 (a tego nie wykluczam) to byłaby to jedna z pierwszych maturzystek w Prusach, przed którą otwierała się  droga na niemieckie uniwersytety…  Dziewczęta zdawały wówczas egzamin między 16, a 18 rokiem życia. Rachel urodziła się w 1891 r. zatem możliwości nie jest zbyt wiele…

Dlaczego interesuję się tym faktem? Dopytuję się tym razem o losy urodzonej w odległej Saksonii, Rachel Jacobson?

Rech (Rachel) Jacobson przyjechała do Gdańska z Löbau, miejscowości niedaleko leżącej od Görlitz.

Dlaczego ona i jej rodzice nie wybrali dla niej Wrocławia jako miejsca nauki? Drezna? Nie wiem. Może wówczas nie oferowana tam była matura dla kobiet? Nie będę tego sprawdzał, nie tym razem. W sumie nawet mnie cieszy ta jej wyprawa nad Bałtyk i moja perspektywa poczucia w nozdrzach zapachu morza (tu i teraz), smagnięcia wiatru, czy spaceru ulicą Mariacką, którą zdecydowanie wolę od Długiego Targu…

Löbau, gdy mieszkał tam jej ociec Jacob Jacobson (co sugeruje niemal ze stuprocentową pewnością, że syn Jakuba, wywodził się od Jakuba, a ten od poprzedniego), liczyło odpowiednio 747 (1890) i 705 (1900) Żydów. Niewielu z nich, jak myślę, miało tak szerokie i tak dalekosiężne plany w stosunku do swoich dzieci jak Jakub syn Jakuba. Rech (Rachel) Jacobson miała studiować i… jakkolwiek brzmiało to wówczas bulwersująco i rewolucyjnie, chciała studiować medycynę…

Gdańsk. Ponownie.

Przedzieram się przez informacje o pięciu, a potem w istocie jednej dużej i jednej małej ortodoksyjnej wspólnocie żydowskiej w tym mieście (zw. polską), zastanawiając się jak wyglądały lata spędzone w gdańskiej szkole przez Rachel. Na pewno bywała na Wyspie Spichrzy, gdzie mieszkało wielu gdańskich Żydów. Z pewnością mogła podziwiać niedawno otwartą synagogę w Gdańsku przy Reitbahnstrasse (ul. W. Bogusławskiego). Spoglądam na jej zdjęcie i myślę, że absolutnie dorównywała dziełom Berlina, Wrocławia, Pragi czy Wiednia. Mogła zachwycać.

Ale mogło się zdarzyć (a wiele na to wskazuje), że Rachel uczęszczała do ortodoksyjnej synagogi przy Mattenbuden (ul. Szopy) i właśnie na Wyspie Spichrzów zamieszkiwała pośród takich kupców, jak jej ojciec Jacobson… i w tych chwilach czuła się jak w rodzinnym Löbau.

Czy znała już wtedy Martina Hirscha? Nie sądzę.

Jego rodzinę? Nie wiem. Tego nie wykluczam.

To co pewne, to fakt, że w jej planach życiowych nie było wtedy miejsca na przenosiny na Górny Śląsk. Były marzenia o studiowaniu medycyny – i na to są dowody.

Historia… wydobywana z mroku zapomnienia. Słowa wywoływane z ciemni, jak obrazy… Historia bez początku…

(cdn)

Pamiątka matury (fragm. ogłoszenia prasowego; wszelkie prawa zastrzeżone)

Gdańsk, Ulica Mariacka (fot. 2009)

Historia bez tytułu, początku i końca… (3) Chór synagogalny w Bytomiu

Według żydowskiej tradycji pełne zrozumienie Tory jest niemożliwe bez odczucia jej dźwięku i brzmienia. Dlatego rytualne odczytywanie jej treści wymaga obecności pierwiastka muzycznego. Na tym gruncie wyrosła funkcja kantorów (chazanów), czyli profesjonalnych śpiewaków i melorecytatorów liturgicznych, a także chórów synagogalnych.

Chór synagogi w Bytomiu cieszył się sławą wykraczającą poza granice miasta i G. Śląska. Podobnie jak chór znani byli bytomscy kantorzy. Rzeczą wyjątkową dla Bytomia było i to, że na organach synagogi (nieortodoksyjnej co prawda) grał nieznany bliżej Küster, nie będący Żydem.

Sam chór tworzyli mężczyźni i chłopcy bytomskiej gminy. W jego składzie rolę altów i sopranów pełnili ci ostatni. Wszyscy dostawali rodzaj niewielkiego honorarium, co było zgoła nietypową i wyjątkową sytuacją.

Jednym z członków chóru, którego powołano w jego skład zapewne rekompensować owe kobiece głosy, był urodzony w  7 czerwca 1921 roku w Katowicach, Max Ruben Guttmann, syn znanego dziennikarza katowickiego Fritza Guttmanna.

Młody Max musiał doskonale znać się z bohaterem mojej opowieści. Myślę, że chodzili do tej samej szkoły przy dawnej Goystrasse 22 (obecnie ulica Rostka). Max dołączył do chóru w wieku 9 lat, w trzeciej klasie szkoły podstawowej.

Max Ruben Guttmann, był jednym z pierwszych napadniętych w Bytomiu Żydów. Stało się to  w drodze na… próbę chóru na Hohenzollernstrasse  (obecnie Jagiellońska) w 1930 roku.  Co za przypadek… ? Nie wiem czy był z nim wtedy bohater tej opowieści. Może… Kolejny klocek do ułożenia w tej mojej układance…

Max R. Guttmann  i bohater tej opowieści przeżyli wojnę, choć tylko Guttmann wrócił na G. Śląsk po 1945 roku. Żył tutaj do 1959 roku. W 1960 roku wyemigrował do USA.

(cdn)

Kamienie (ulica w Bytomiu)

 

Legenda

Spacer po Kazimierzu. Powidoki.

Vis à vis muzeum Galicja on – Citroën H.

Zamieniony na food trucka, przeglądający się w czerwcowym słońcu.

Legenda, symbol.

Zyskał miano „Belmondo aut dostawczych” za swoją nietuzinkową „urodę”. Zbudowany z tego co po wojnie zostało z blachy falistej i demobilu zwycięzców…

Samochód nie naszych ulic. Nieobecna legenda tamtego świata zza żelaznej kurtyny.

Rekwizyt francuskiej nowej fali… W latach 60-tych przemykający o poranku (uruchamiam swoją wyobraźnię) po sennych uliczkach Le Marais lub po zaułkach górniczego Charleroi. A za nim ciągnący się zapach świeżego pieczywa, warzyw, owoców.

Ciężarówka rewolucji 1968 roku…

Kazimierz o poranku. Potem kawa, oddychanie miejscem. Krótkie rozmowy o…

[Kazimierz, 18 czerwca 2016 r.]

Legenda (1) Legenda (2)

Legenda (B&W)

Światło (Kazimierz, Kraków)

Twarze (Kazimierz czeka na Festiwal Kultury Żydowskiej) Czas (Kazimierz, czerwiec 2016)

Świat ignorantóf

Wracam z tego „nadmorza” i co znajduję?

Z jednej strony nieprofesjonalny, miałki tekst Krzystyniaka Andrzeja, w tygodniku „Do kitu” („Kolejny sukces kulturkampfu”, w: Do Rzeczy., z 4 maja 2016 roku), w którym (powtarzajac wciąż to samo) rozciąga przed czytelnikami wizję zagrożeń płynących z tego, że ktoś poza nim (i jego środowiskiem) ma prawo do mówienia o historii Górnego Śląska.

Tekst jest na tyle nieprofesjonalny, że jego autor (nota bene pełnomocnik Sekuły Mirosława do sprawy obecnej wystawy historii Górnego Śląska, pod którą nie miał nawet odwagi się podpisać, gdy ją wreszcie otwierano w czerwcu 2015 roku), nie potrafi nawet ustalić daty, od której objąłem obowiązki dyrektora Muzeum Górnośląskiego w Bytomiu (bo nie od 1 kwietnia 2016 roku, jak błędnie napisał). Marny warsztat dzienikarza, tym bardziej historyka… Smutne.

Szkoda też nie pochylił się nigdy wcześniej nad realnymi problemami Muzeum Górnośląskiego (jak kwestia jego doinwestowania, perspektyw rozwojowych), lecz nad wirytualną, wymyśloną przez niego  i nieistniejącą wystawą… No, ale w muzach trzeba bywać i coś o nich wiedzieć. A w tym bytomskim na przykład chcemy rozwijać kolekcję sztuki współczesnej, zająć się unowocześnieniem istniejących ekspozycji (historii naturalnej i archeologicznej) itd… Same nudy z perspektywy żądnego sensacji dziennikarza-historyka…

Zatrzymałbym się zatem nad owym tekstem nieco dłużej, ale jak kiedyś już napisałem, nie będę temu politykowi(?), historykowi (?) poświęcał więcej miejsca na moim blogu niż to konieczne by zamknąć tekst puentą.

Raz, bo o tym co potrafi i co myśli można się było łatwo przekonać oglądając audycję red. J. Pośpieszalskiego, w doskonale znanym mi programie Warto rozmawiać (ktoś słusznie zauważył, że raczej powinien on nosić tytuł Warto zagadać lub zakrzyczeć… rozmówcę o innych poglądach niż te redakcji), wyemitowanym 3 maja 2016 roku. Tekst powtarzany przez niego jak mantra, że jest tylko jedna i słuszna historia Górnego Śląska (jego własna oczywiście), kłóci się znakomicie z obecną we współczesnej historiozofii koncepcją historii prywatnej, osobistej i pogodzenia się z jej poznawczym i interpretacyjnym spolaryzowaniem.

Dwa, bo A. Krzystyniak, kreowany lub kreujący się na znawcę historii G. Śląska, nie zrozumiał najważniejszego podczas tego programu (nie on jeden zresztą).

Nie mógł lub nie potrafił zauważyć, iż podobnie jak współczesna historia Polski musiała przejść swoistą od-PRL-yzację (i słuszne przywrócenie pamięci zdarzeniom i osobom z historii tej wykluczonych), tak coś podobnego i równie oczywistego (na co wskazywałem już uwagę podczas wystąpienia w Sali Sejmu Śląskiego w 2012 roku) musi i powinno stać się z historią Górnego Śląska. To wciąż prawda, która okazuje się zbyt trudna dla tego historyka. No, ale raczej każdy kto uczestniczył w tym programie wie też, że nie o dyskusję merytoryczną w nim chodzi, lecz o tworzenie podziałów i piętnowanie. Na wajszych i najszych, na dobrych i złych. Taka estetyka i treść. Przyjmując zaproszenie warto o tym pamiętać.

Górny Śląsk wymyślony i opisany onegdaj w tym „wymyśleniu” przez śp. Michała Smolorza wciąż czeka na swoje odkrywanie. A póki co, w miejsce dalszego komentarza, zostawiam taki napis gdzieś od/znaleziony nad polskim morzem.  Bo Górny Śląsk, to ziemia wciąż nieogarnięta przez niektórych i  nieznana. I niekoniecznie mowa jest tutaj o dzieciach…

bez tytułu

Magritte i mężczyzna w meloniku w muzealnym WC

Królewskie Muzeum Sztuk Pięknych w Brukseli. Zmęczenie. Setki obrazów za mną. Te z powodu których tu byłem i te nieproszone, które „weszły” w kadr. Za mną gdzieś „Upadek Ikara” Petera Bruegela I i cicha „Śmierć Marat” J. L. Davida.  I jeszcze ten Q. Metsys, ukradkiem spoglądający na mnie, gdy patrzę na żonę bankiera i jej męża.

Ostatkiem sił docieram na wystawę stałą Magritte. Od codzienności do niezwykłego.

Trzy piętra. Nowe skrzydło brukselskiego muzeum.

Magritte w monumentalnej odsłonie, choć sama wystawa to senny labirynt, w którym raz po raz wychodzą na mnie z czeluści półmroku jego obrazy – sny. Powtarzalne przedmioty, sceny. Gołębie, buty, fajki. Wąsy, profile postaci, skrawki i otchłanie nieba. To co widzimy, nie zawsze jest tym co myślimy, że jest tym co oglądamy. To zdanie samego mnie wprawia w lekkie zagubienie.

To wystawa jednego z najwybitniejszych surrealistów 20. wieku i bez wątpienia jednego z grona najbardziej znanych artystów belgijskich. Spotkanie z mitem, legendą, demiurgiem naszej współczesnej wyobraźni. Doceniony lub nie (w tej roli), ale jest Magritte także jednym z prekursorów pop-artu. Patrząc na jego obrazy nie mogę uciec od wspomnienia Ryszarda Horowitza, czy naszego Rafała Olbińskiego. Powtarzalne obrazy. Powielane, zmieniane, podobne lecz inne.

Rene Magritte w brukselskiej odsłonie to zarówno współtwórca surrealistycznego ruchu w Europie, jak i mniej znany projektant okładek czasopism, czy plakacista. To ostatnie to coś nowego dla mnie  i stanowiło wyjście poza mój osobisty kanon interpretacyjny artysty.

Prezentację Magritte’a  rozpięto na osi czasu (w tym sensie wystawa nie reprezentuje sobą jakiejś  innowacyjności ekspozycyjnej),  daje zatem kompletny obraz: człowieka, wyrobnika-projektanta w fabryce tapet, artysty. Gdzieś w tle tego co oglądamy są postaci kobiet, których postać, twarz otacza woal. Przychodzi do głowy myśl (skąd inąd oczywista) o tym jak mocno doświadczenia naszego życia kształtują postawy i nadrzeczywistość – traumy, snu. Dla Rene obrazy kobiet spowitych w całun to wspomnienie matki, wyciągniętej po samobójczej śmierci z rzeki i tak zapamiętanej… Obraz „Kluczowa historia” (Central Story) (1927), wprowadza nas w przestrzeń wystawy i podświadomości artysty…

Magritte jakiego poznaje na tej wystawie to artysta, który – w obrębie awangardy –  okazuje się być skrajnym… postmodernistą. W sumie to wiedziałem o tym, ale dobrze sobie takie rzeczy przypomnieć. Uprawia bardziej awangardę przekazu niż formy. Unika zniekształceń i  abstrakcji na rzecz form realistycznych, lekko uproszczonych. Komponuje świat z przedmiotów. Odrealnia z „realizmu znanego – oczywistego” zastępując go…  nowym. Buduje ten rodzaj surrealistycznego zaskoczenia i poczucia odnajdowania starych przedmiotów w nowych rolach, kontekstach. Zestawione oddziaływują z nową ekspresją. „Rewolta jest oznaką człowieka żyjącego i odczuwającego i żyjącego”, czytam gdzieś jego słowa ponad obrazami. Rewolta oznacza metafizyczne formułowanie wizji świata. Staranne dobieranie obrazów, słów i emocji… które wywołują. Za to właśnie –  jakże to nieprofesjonalnie zabrzmi – po prostu lubię Magritte’a. Pokazuje to, czego nie dostrzegam/-łem. Wprawia w zadziwienie, stany odmienne. Zatrzymuje, oferując chwilę kontemplacji. Sięga do mojego drugiego ja, którego istnienia nie podejrzewałem… lub sądziłem, że jest inne.

Jest naturalnie i mężczyzna w meloniku.

Odnajduję go jednak nie na wystawie (choć jest i na obrazach).

To dziwne miejsce. Jest nim męska toaleta, w której lustro jest wyciętym profilem pana w meloniku. Może właśnie tak jest, że w obrazach Magritte’a możemy się przeglądać i nie zawsze oczywistym jest to co w nich dostrzeżemy… (Poza tym, że to sprawne operowanie konwencją i zabawa nią, by i tam w WC Magritte, nie spuszczał z nas oka – brawo dla muzealnych scenografów…).

Peter Bruegel I, Upadek Ikara / The Fall of Icarus (Bruksela, Królewskie Muzeum Sztuk Pięknych)

Bankier z żoną / Banker and his wife (Q. Metsys; XVI c.; Royal Museum of Fine Arts, Brussels, Belgium) A kto to? / Who's looking? (Autoportret Metsysa / Selfportrait of the painter; close-up of "Banker and his wife" painting)

Śmierć w muzeum / Death in museum (Death of Marat, J.L. David, Brussels)

Magritte jak Witkacy (r.) Podpis / Signature (Brussels, museeMagrittemuseum)

Klucz do zrozumienia / Key painting to understand him, (R. Magritte, "Central story", 1927; painting that opens the permanent exhibition in his museum in Brussels)

Słownik Magritte'a / Magritte's Vocabulary

Plakaty R. Magritte'a / Posters of Magritte Fragment ekspozycji / Part of pernament exhibition (museeMagrittemuseum, Belgium)

 Podróżnik / Traveller (R. Magritte,1932; section from the painting) Pusta strona / Blank Page (R. Magritte, 1967)

Bosch wraca do Lasu…

„Widziałem rzeczy,

których nawet ludzie nie widzieli”

(Łowca androidów)

Prace Hieronima Boscha (alias Joen (Jeroen) van Aken, bo niemal do końca XV wieku, tego oryginalnego imienia i nazwiska używał malarz), symbolicznie powróciły do rodzinnego ‘s-Hertogenbosch. Ktoś mógłby sądzić, pamiętając o etymologii nazwy ‚s-Hertogenbosch (dosł. Książęce Lasy), że to przysłowiowe zawożenie drewna do lasu.. Ale nie tym razem. Ani nie jest to takie oczywiste, ani normalne, że w tak znakomitej liczbie dzieła Boscha pojawiły się na kilka miesięcy w jego rodzinnym mieście. Na ekspozycję złożyły się dokładnie 103 obiekty (z czego ponad połowa to prace Boscha) wystawę „Hieronimus Bosch. Wizje geniusza”.

Bosch jako produkt globalny

To z kilku powodów niezwykły projekt.

Ku autentycznej uciesze współziomków i przybyszy, obrazy i rysunki Boscha stanowią najważniejszy akcent w obchodach  500. rocznicy śmierci malarza. Obchody trwać będą przez cały rok (pod symbolicznym tytułem “Witamy w domu Hieronimie”, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że gdy wystawa opuści s-Hertogenbosch, pozostaną tam jedynie trasy tematyczne powiązane z osobą artysty, menu z czasów Boscha serwowane w niektórych restauracjach (ktoś to je?), no i wszechobecne monstra – wytwory jego fantazji i rzemieślniczego kunsztu malarskiego wypełniające, szyby i okna domów północno-brabanckiego miasteczka… Bez wystawy nie będzie to już to samo (miasto).

Z drugiej strony sama wystawa choć istotnie niezwykła, nie jest aż tak wyjątkowa jak można by przypuszczać. Posiada bowiem swój precedens w przeszłości. Podobną zorganizowano w… 1967 roku, gdy obchodzono 450-lecie śmierci Boscha.

Informacja ta ma swoje praktyczne zastosowanie. Oznacza ni mniej ni więcej, że jeśli ktoś chce poznać Boscha lepiej i niejako „u źródeł” (rezygnując z wędrówek do Wiednia, Londynu, Madrytu, Paryża, Nowego Jorku, czy Waszyngtonu), to powinien się bardzo pośpieszyć, by wystawę obejrzeć.

Po pierwsze wystawa jest otwarta tylko do 8 maja i przedłużona nie będzie (ze swoją drugą, równie istotną dla poznania i przypomnienia twórczości malarza czeka już niecierpliwie madryckie Prado i letni sezon turystyczny, którego będzie absolutną perłą w koronie).

Inną okolicznością, czysto praktyczną (nieznaną polskiemu muzealnictwu w ogóle) jest to, że sprzedaż biletów odbywa się niemal w całości on-line i biiletów, między tych na marzec, już nie ma. Wystawa jest  globalnym produktem oferowanym na światowym rynku muzealnym i także z tej perspektywy jest  projektem nietypowym.

Wystawa w sześciu odsłonach

Patrząc na pokazane prace Boscha (jego obrazy, rysunki, te ostatnie w znakomitej liczbie zgromadzone na wystawie i pochodzące między innymi z gabinetów rycin z Berlina, Londynu czy Wiednia), jestem w ogóle pesymistą, czy świat za pół wieku będzie w stanie pokusić się o podobny projekt. Terroryzm, koszty transportu i ubezpieczenia, wskazania konserwatorskie, czy komercjalizacja sztuki dawnej i kultury w szczególności, nie staną się ograniczeniami nie do pokonania. Już dzisiaj Bosch to obiekt uwielbienia w obrębie kultury masowej i jako produkt będzie tylko drożał. Jego udostępnianie, czy nawet uploading sytuacji nie zmieni.

Obecna wystawa przygotowywana była od 2007 roku i potrwa zaledwie cztery miesiące. Pośrednim efektem tak długiej pracy nad wystawą był towarzyszący jej projekt badawczy  (Bosch Research and Conservation Project), który między innymi na podstawie badań nad obrazami, prześwietleń promieniami rtg i konserwacji podjętych przed wystawą, pozwolił na ujawnienie tego, czego do tej pory o Boschu nie wiedzieliśmy.

Dobrym przykładem jest obraz Ecce Homo z frankfurckiej kolekcji Städel Museum, z około 1475-85 roku (a więc stosunkowo wczesnego okresu w twórczości Boscha), na którym –  w wyniku konserwacji – odkryto i pozostawiono pierwotną kompozycję i zarysowane postaci donatorów.

Osią narracji wystawy nie jest prosta chronologia. Oparto ją na sześciu polach tematycznych. W ich obrębie zgromadzono niemal wszystkie prace ikoniczne dla rozumienia twórczości Boscha (w sensie cezuralnym i potwierdzonej atrybucji). Ich wybór, jak mi się wydaje, odwołuje się do selkcji zaprezentowanej na wystawie w Rotterdamie w 2001 r., choć niektórych wersji obrazów (jeśli istnieją alternatywne) w s-Hwertogenbosch zabrakło. Dzieje się tak między innymi w przypadku tryptyku Wóz z sianem.

Ciąg obrazów i rysunków otwiera obraz Wędrowca, (Rotterdam; 1500-1510) i  Wóz z sianem (wersja z Prado (1510-1516). Zamyka Sąd ostateczny (Brugia, 1495-1505) i poruszające wyobraźnią i nowtorską  ekspresją malarską tablice z wizjami końca świata (4 tablice z Wenecji). Między nimi, w mniejszej liczbie starodruki, grafiki z przełomu wieków XV i XVI, które między innymi kształtowały wątki ikonograficzne,, religijne, intelektualne i cywilizacyjne w okresie współczesnym Boschowi.

Wystawa jest jak zapowiada pierwszy z jej rozdziałów (Życie jest pielgrzymowaniem) wędrówką po świecie wykreowanym przez Hieronima Boscha. Miejscem pełnym meandrów. Rozpostartym między rodzinnym miastem (sekwencja Hieronim Bosch i s-Hertogenbosch) i twórczość religijną (część Życie Chrystusa, Święci).

Potraktowana jako projekt badawczy, ekspozycja (ciekawe filmy porównujące m.in. pierwotną redakcję obrazów z wersją finalną dzieła itd.) dała także asumpt do zaprezentowania Boscha jako wybitnego rzemieślnika, biegłego wyrobnika malarskiego (część wystawy Bosch Rzemieślnikiem), cenionego środowiskowo i przechodzącego głeboką metamorfozę od pracy w zespole swojego ojca Anthoniusa van Aken (czyli pierwszej udokumentowanej obecności w 1475 r.), po moment przeistoczenia sie w  nowatorskiego  twórcę przełomu epok i czasu (część finalna Dni ostatnie).

Artystę schyłku średniowiecza, którego jest malarskim piewcą, pogrążając się w moralizatorskim dyskursie o przemijalności życia, ulotności posiadanych dóbr doczesnych i traktowaniu malarstwa jako medium prowadzącego do symbolicznej opowieści o wielości i nieuniknionym charakterze wyborów, których dokonujemy przez całe życie.

Hieronim Bosch potwierdza swój późnośredniowieczny rodowód, gdy kreuje obraz świata pełnego demonów, wiedźm i oprychów, czy egzotycznych stworów. Jest nim także wtedy, gdy wspina się w redakcji arystycznej Sądu ostatecznego na wyżyny narracji o nieuniknioności kary ze grzechy i czekającej rodzaj ludzki nagrody za życie godziwe i pobożne. Jest w tym dziele na swój sposób niemal naiwny i prymitywnie uczciwy.

Bosch nie jest jednak tak nużąco typowym przedstawicielem  swojego czasu. Wytycza nowe obszary, gdy sięga po współczesną ikonografię, rozwija motywy, odzwierciedlające stan emocji społecznych (proto-reformatorskich) i pozwala sobie na tworzenie niemal obrazoburczych scen potępienia w piekle, umieszczając w nim: królów, biskupów i ludzi społecznie dotąd chronionych przez decorum i konwencję w malarstwie średniowiecznym. Zdradza w tych obrazach (tradycyjnie na desce a nie na płótnie malowanych), niezwykłą wówczas (a tak zachwycającą potem między innymi naszego Herberta) niderlandzką zdolność do przemielania światów: łączenia scen i tematów wysokich (scen biblijnych, apokryficznych) z obrazami z życia Niderlandów końca XV wieku. Ostatni z wymienionych, to świat ludzi nienażartych, świętujących i poddających się rozpuście, kradnących, popadających w grzech opilstwa i lenistwa lub po prostu, jak ów otwierający wystawę Wędrowiec, poszukujących własnej drogi przez życie. I skazanych na błądzenie i nieustające uczenie się bycia lepszym, od tego jakim byłem wczoraj.

Walorem wystawy są naprawdę imponujące zbiory rysunków (Boscha i pochodzące z jego kręgu, czy atrybuowane Boschowi).

Ciemnobrązowe rysunki (powstałe na bazie sadzy drzewnej), podobnie jak ekspresyjne kładzenie farby przez Boscha, wyróżniają jego warsztat malarski, lokując malarza znacznie bliżej tradycji nowożytnej. Bosch staje się w tych przypadkach twórcą tworzącym obrazy jako pewien rodzaj własnego, przemyślanego i doskonalonego projektu artystycznego.

W rysunkach  pojawiają się motywy rozwijane potem w malarstwie tablicowym.

Rysując projektuje obrazy (wł. disegno), dokonuje analizy problemów kompozycji czy rozwija charakterystyczne typy postaci: aniołów, ptasich dziwolągów lub monstrów. Potem w skończonej wersji  odnajdujemy je na deskach jego tryptyków. Tam raz odrealniają i idealizują np scenę Wzniesienia błogosławionych do raju (1505-1513), w innym przypadku dopełniają obraz grozy jak ma to miejsce w Upadku potępionych (1505-1515).

Bosch jakiego poznajemy w Muzeum Połnocnobrabanckim potwierdza, że był twórcą niezwykle nowoczesnym, choć czasami używał w tym celu form i konstrukcji osadzonych w bardzo (bywa że wciąż zbyt) hermetycznym świecie symboli, tekstu Pisma Świętego, czy współczesnych mu mistyków.

Wtedy i dzisiaj obrazy Boscha ożywiają naszą wyobraźnię, są przedmiotem kontemplacji religijnej, ale też niosą elementy narracji społecznie zaangażowanej. Opowiadają o nas samych. Czy nie dlatego właśnie tak chętnie zaglądamy w lustro (lub dzisiaj wykonujemy selfies), by czegoś o nas się dowiedzieć ? Odnaleźć obraz siebie samych po drugiej stronie lustra? Bosch jest twórcą, który obraz naszego świata kreuje i objawia, i (rozwijając prostą myśl literackiego odczytywania sztuki) z rodzajem satysfakcji obserwuje, jak i co z siebie w jego obrazach odnajdujemy.

A obrazy wciąż tam są. Nad rzeką Dommel. I czekają na nas. I Bosch poniekąd też. Jeszcze i wciąż…

***

Co: Wystawa Hieronimus Bosch. Visions of Genius / Jheronimus Bosch – Visioenen van een genie

Gdzie: Noordbrabants Museum, s-Hertogenbosch, Niderlandy

Kiedy: do 8 maja 2016 r.

Katalog: Jest (24,95 euro)
Zdjęcia: całkowity zakaz; oszklenie obrazów pozwala na zbliżanie się na nieprawdopodobnie bliską odległość; osoby z przyklejonymi od szyb nosami są tolerowane

 

Powitanie /Greeting (s-Hertogenbosch wita Boscha/s-Hertogenbosch welcomes H.Bosch)

Znak mistrza / Sign of the master (Muzeum Sztuk Pięknych w Brukseli, fragment tryptyku Kalwaria i postacią donatora)

Bschfever - sceny z wystawy / Scenes from the exhibition (zdjecie zwiedzających na wystawie w Noordbrabants Museum)

Zielone miasto

Kolory Niderlandów. Zielone miasto s-Hertogenbosch

Holandię opuściłem na dobre w 1991 roku. Potem marzyłem o niej i śniłem, jak marzy się i tęskni do (pierwszej) miłości swojego życia.

Pewną forma ersatzu w zaspokajaniu tej tęsknoty były moje teksty w pierwszych redakcjach przewodników PASCALA po Holandii i po Amsterdamie. Pozwalały powracać do miejsc, które pamiętałem i do tych, których nigdy nie widziałem choć mówią, że to mały kraj. Może. Wielki jednak duchem i tradycją. Na szczęście był też Zbigniew Herbert i Johan Huizinga, czy Deborah Moggach i jej „Tulipanowa gorączka”.

W ogóle, gdy piszę te słowa, to uzmysławiam sobie, że tak naprawdę nie opuściłem Holandii nigdy. Nie, nie Holandii. Robię błąd ignoranta, dla którego nie ma różnicy między na przykład Północną Brabancją i Holandią właśnie. A przecież to tylko nazwy prowincji Zjednoczonego Królestwa Niderlandów…

Zatem powroty do „Holandii” zdarzały się co jakiś czas. Dawały poczucie ciągłości tamtego doświadzenia. Do Amsterdamu, do którego tęskniłem kiedyś najmocniej. Były też inne przyjazdy, jak ten do nadmorskiego kurortu Scheveningen, koło Hagi, gdzie spędziłem styczeń 2001 roku.

W tle tego pobytu był nie tylko malowniczo położony Instytut Spraw Zagranicznych w Clingendael, ale też miejscowy bar Crazy Pianos, w którym spędzałem weekendowe wieczory po wykładach w Instytucie.  Trzy lub może cztery pianina, szaleńczo wygrywane na nich ówczesne standardy muzyki pop i rocka, spiewajacy kelnerzy i my tańcujące pary, single. Niebywała erupcja energii, w kraju w którym podobno wszystko jest tak bardzo po protestancku godne i powściągliwe. Stereotyp. Jeden z wielu.

Amsterdam był miastem koloru czerwieni. Nie, nie z powodu dzielnicy czerwonych latarni. To cegła jego domów, wzdłuż kanałów, gmachu Rijksmuseum, do którego chadzałem na spotkania z Vermeerem.

Scheveningen siniało bielą i błękitem, podobnie jak pobliskie Delfty, choć te – nie tylko z powodu malowanych kafli –  bliższe były błękitowi. Zapamiętałem mroźne styczniowe poranki jakie tam spędzałem, gdy kanały pokrywał lód, a czerwone i szachownicowe okiennice zamykano przed chłodem. Pewnie dlatego Delfty są w moim wspomnieniu miastem tych kolorów i może rombów czerni i bieli jakie pojawiały się na kamiennych podłogach w domostwach Holendrów, tych dawnych malowanych przez małych mistrzów i oglądanych współcześnie.

Tym razem celem podrózy była Północna Brabancja i moja podróż do s-Hertogenbosch na spotkanie z Hieronimem Boschem. Na wystawę, jaką otwarto w muzeum  Północnej Brabancji (Het Noordbrabants Museum) 13 lutego tego roku. To dość niezwykłe przedsięwzięcie wystawiennicze  („Hieronimus Bosch. Wizje geniusza”),  podjęte w 2007 roku, na którym ostatecznie zgromadzono ponad setkę obiektów – jego dzieł własnych i związanych z twórczością Boscha.

To jednak co uderzyło mnie w samym mieście, poza faktem zanurzania się w obrazach i stworach wywiedzionych z jego obrazów i rysunków (obecnych w oknach kawiarni, restauracji i domów), to zielona aura miasta, która mnie nie opuszczała na krok. Powierzchnie platanów pokryte zielonym nalotem, grynszpan pokrywający kamienny łupek dachów, czy rzeźby katedry zanurzone  w otulinie z mchu intensywnie, butelkowato zielonego. Wilgotnego od padającego i siąpiącego (od czasu do czasu) deszczu.

s-Hertogenbosch miasto w zieleni zanurzone….

Takim go zapamiętam i dodam do kolekcji obrazów z Niderlandów… Do czerwieni Amsterdamu, sino-błekitnego koloru Delft i wybrzeża Morza Północnego zimą…

Gracht / Kanał (s-Hertogenbosch)

A lane in s-Hertogenbosch / Zaułek w s-Hertogenbosch

Murarz / Bricklayer (decoration of the cathedral, s-Hertogenbosch) One of the Three (Magi) / Jeden z trzech (Króli)

Bagpiper of s-Hertogenbosch / Dudziarz z s-Hertogenbosch Grajek / Musician (stone sculptures of Sint Jon Cathedral, s-Hertogenbosch)

Green city / Zielone s-Hertogenbosch (seen from the roof of the cathedral)

Mech / Moss (stone parts of the cathedral's roof, s-Hertogenbosch)

Drzewa/Trees (s-Hertogenbosch, marzec/March 2016)

Thinking on Amsterdam / Myśląc o Amsterdamie (brick wall in s-Hertogenbosch, March 2016)

Recalling Delft Blue Pottery / Wspomnienie Delft (s-Hertogenbosch, DIT an excellent place to have a lunch)

Thérèse ma kota….

Balthus (Balthasar Klossowski de Rola) spotkał ją kiedyś w 1936 roku. Było to już dwa lata po sukcesie jego paryskiej wystawy, a maniera jego malarstwa była już utrwalona, rozpoznawalna i pożądana, cokolwiek może znaczyć to słowo w kontekście Balthusa i jego osoby.

Maniera ta była pomieszaniem odświeżonej akademickiej figuracji i stanowiła mikst tradycji malarskich łączących dokonania współczesnych mu kolorystów, surrealistów, czy malarstwa portretowego włoskiego Quattrocenta. Styl ten – tak opisany – nie byłby pełny, gdyby pominąć jego sensualny, rozerotyzowany klimat i bywa, że treści.

Erotyzm skrywany pod maską zainscenizowanej sceny o walorach pozornej prywatności, przesądził o jednoznacznym odbiorze jego obrazów jako dzieł łączących zmodernizowane malarstwo 20. wieku z  przenikającym je klimatem pożądania i bywa, że wyuzdania. Dzisiaj zresztą nie wykluczałbym sytuacji w której obrońcy sztuki tradycyjnej (w najbardziej ograniczonym rozumieniu tego słowa) sprawiliby, że część z jego obrazów zaprowadziłaby samego Balthusa w ręce wymiaru sprawiedliwości i wszelkiej maści stróży moralności. Aura rozbudzonego pożądania, napięcia erotycznego  w połączeniu z faktem, iż  osobami portretowanymi były osoby niepełnoletnie, niechybnie byłaby przyczyną problemów artysty. Podłoże jego twórczości było jednak z gruntu współczesne i bardziej intelektualne.

Na jego szczęście i debiut, i środowisko w którym wyrastał, w żaden sposób nie przypominało współczesnego. Oniryzm, surrealistyczne zadziwienie i kreowanie sytuacji bardziej  fantasmagorycznych i z ducha freudowskich niż realnych, spowodowało że Balthus niemal natychmiast trafił w gusta publiczności, w swój czas, no i jeszcze szybciej do galerii malarskich całego świata (cóż Polska, nie zawsze jest jego częścią). Balthus zresztą, czasami broniąc tego, co inni nazywali wyzywającą treścią jego obrazów, przypominał iż w swoich obrazach jedynie odwoływał się do toposu dzieciństwa i wieku wczesnego dorastania, ucieleśniającego wiek niewinności i nieuświadomionej (?) zmysłowości…

Balthus spotyka zatem Thérèse Blanchard w Paryżu, gdy ta ma zaledwie trzynaście lat. Mieszka w sąsiedztwie pracowni malarza przy 3 Cour de Rohan.

Do 1939 roku namaluje ją dziesięciokrotnie (tyle jest znanych jej portretów). Samą, z bratem. Z kotem lub bez lub w intymistycznej przestrzeni pokoju, gdzie są we troje: on (kot) i ona (Thérèse), no i on (Balthus), choć on po drugiej stronie płótna. Tak jak na portrecie prezentowanym na wystawie monograficznej Balthusa w Rzymie (Portret Thérèse, 1938, Villa Medici), gdzie T. przeciąga się leniwie na prostym szezlongu, a kot (tak często obecny u Balthusa, nazywającego siebie nie bez powodu „King of cats”, gdy w 1921 roku zadebiutował opublikowanym drukiem cyklem przygód kota Mitsou z przedmową R.M. Rilke’go) spokojnie zaspokaja swoje(?) pragnienie, sycąc się mlekiem wypełniającym talerz na podłodze. Kot to kot? A mleko to mleko? No i kim jest Thérèse? Granica między dzieciństwem, a dorosłością toczy swą niewidoczną nić na tym i kolejnych obrazach…

Balthus.  Spotkany w nowojorskim Metropolitan Museum of Art i Thérèse, jak wówczas gdy miała 13 lat…

Thérèse, Balthus, 1938 (olej na płótnie, MET, reproddukcja L. Jodliński)

Thérèse (Blanchard), Balthus (1938, fragment; MET, reprodukcja L. Jodliński)

Czarno na białym

Przeczytałem sobie dwa teksty odnoszące się do Muzeum Śląskiego, jakie niedawno ukazały się w prasie.

Ten pierwszy, autorstwa Henryka Wańka „Kopalnia cudów” (SZUM, nr 11 zima 2015-wiosna2016) jest celną i bardzo wyważoną oceną wystaw stałych w nowym Muzeum Śląskim i – co dla mnie istotne – dokonuje bardzo wnikliwej analizy tego, co zostało z wystawy stałej historii Górnego Śląska,  „(…) zepchniętej do „kąta”, jakby zabrakło woli pożegnania się z komfortową fikcją „historyczną”(…)”.

Konkluzja tekstu również jest swoistym podsumowaniem kondycji, w której muzeum się znalazło. Trudno nie zgodzić się z Autorem, że „(…)najlepiej, gdy ministerstwo dba, by muzeum prowadziło się samo. I trzymało się na dystans od kaprysów politycznej pogody (…)”. Słowa te można dedykować tym wszystkim, którzy przez ostatnie lata przyjęli polityczną cenzurę nad/w muzeum. Wielu zresztą z tych postaci nie ma już na politycznym firmamencie, inne podnoszą larum dzisiaj, że dopadła ich polityka, a oni przecież „zawsze” i „nigdy” z polityką nic itd.

Tekst  w SZUMIE pośrednio odnosi się do opinii Alicji Knast, dyrektorki muzeum od lipca 2014 roku, jakoby wystawa miała być zgodna z moim scenariuszem… Henryk Waniek się dziwi i słusznie zauważa, iż wystawie historycznej: brakuje autora, przemyślanej tezy i krytycznej artykulacji. Nie sposób się z tym zgodzić i spytać gdzie jest autor tej wystawy?

Czy jest nim niżej podpisany? W atmosferze politycznego linczu i nagonki wyrzucony z Muzeum Śląskiego przez Sekułę Mirosława i kto tam jeszcze koło niego stał? Czy może jednak byłoby absurdem realizować w 2015 roku wytyczne scenariusza, tak wówczas chętnie krytykowanego przez środowiska mieniące się patriotycznymi, europejskimi i jakimi jeszcze tam chcą?

To rodzaj kpiny i kłamstwa twierdzić, że jestem autorem scenariusza zrealizowanej wystawy. Jest inaczej? Try me, jak mawiają w Albionie. Bardzo chętnie udowodnię, że nie.

Wystawę otworzyła i zrealizowała Alicja Knast. Jeśli nie jest autorem (to kto jest!?), to faktycznie jest to wystawa bez autora, bez przemyślanej tezy i artykulacji, jak pisze Henryk Waniek. Dlaczego?  Bo to wystawa porzucona, na której, jak pisał kiedyś Kazimierz Kutz i o niej i o Śląskiej historii, dokonano po 2013 roku skrobanki. Mocne, ale prawdziwe. Czy coś zostało z wytycznych do pierwotnie zaplanowanej wystawy? Co? Swoją opinię już dawno temu wyraziłem w tej sprawie na łamach prasy, w opracowaniach konferencyjnych i na tym blogu. Wystarczy.

Tuż przed jej otwarciem wystawy (i muzeum) w czerwcu 2015 otrzymałem z muzeum „poruszający” mail z pytaniem, czy jestem zainteresowany (był to pierwszy kontakt w sprawie wystawy stałej ze strony Muzeum Śląskiego od marca 2013 roku), umieszczeniem mojego nazwiska, jako autora wytycznych do otwieranej wystawy…

Taki mail… Pisany po dwóch latach wyczesywania wystawy z treści dotąd pomijanych i autorskich, pogwałcenia zaleceń sądu konkursowego, wożenia się z kolejnymi dyrektorami muzeum, uzgodnień z MKiDN i Pałacem Prezydenckim. Ktoś pisze w nim do mnie, czy się pod czymś (kompletnie nieznanym, nie zaprezentowanym mi wczesniej) podpiszę… Słodkie i… jakie pokrętne w swojej logice. To jasne, że odmówiłem. Udziału w otwarciu też. Tych nieobecnych było bardzo wielu i było to znaczące.

Więc (moja polonistka roniłaby łzy za rozpoczynanie zdania od więc) nie jestem autorem scenariusza tej wystawy, bo za wystawę wyleciałem z muzeum, inny autor ją otworzył, wziął kasę i odpowiedzialność..

Łatwe do udowodnienia, łatwe do sprawdzenia, po prostu to widać. Lista jest dostępna w muzeum, na końcu tego labiryntu pod nazwą  „Światło historii”. Nie jest moja, bo nikt, nawet słynna redaktor Semik, nie walczyła z obecną wystawą, gdzie nie widać autora, gdzie nie ma przemyślanej tezy i artykulacji, że jeszcze raz powtórzę za cytowanym tu już  Henrykiem Wańkiem. Słusznie zresztą, znowu on, nie ja, zauważa, że „(…) ekspozycja próbuje być kopalnią pamięci. Trudno jednak stwierdzić, czego się w tej kopalni dokopuje(…)”. Może to taki muzealny empty box z pozorami bogactwa?

Sprawa wystawy jest już daleko za mną, ale jakoś nie widzę powodu, by nie reagować no to, aby osoby które w tej sprawie coś mówią (a nawet robiły) nie trzymały się faktów.

***

Drugim tekstem, o którym dwa słowa, jest artykuł „Głos twórców z głębokości” w ramach dodatku Rzeczpospolitej, Życie regionów (17 lutego 2016 r.).

Miło jest poczytać tekst, w którym historia Muzeum Śląskiego prosta jest jak drut produkowany w przed wojną w Gleiwitz. Choć to historia z białymi plamami. Czy to mnie boli? Nie. Zastanawiające jest jedynie to, że nie ma słowa o tym, kto zbudował obecne Muzeum Śląskie. Niewygodne? Oj, wiem. Ale ten rodzaj przerwy w narracji (jak mówią muzealnicy i politycy w jednym), gdy najpierw jest restytucja Muzeum Śląskiego w 1983/4, a potem „out of blue” pojawia się rok 2014 i jest już muzeum jest… śmieszna.

Podobnie jak cytowane w artykule „eksperckie” wypowiedzi o śląskiej sztuce sakralnej, w której widać wpływy czeskie i niemieckie (co sugeruje ich drugorzędne oddziaływanie). „Odkrywcze”, tym bardziej jeśli zważyć, w jakich organizmach państwowych Śląsk (także Górny) pozostawał przez stulecia i nierozumienie (nadal) czym jest wielokulturowość regionu i tego, że w pierwszej kolejności to te ośrodki (Praga, Wrocław, Wiedeń, Berlin, Monachium) oddziaływały i kształtowały śląską sztukę sakralną. No ale jaki ekspert, taka prawda… Kropka. Kurtyna w dół.

bez tytułu

Powroty. Bellmer w Katowicach

Bellmer nie stworzył „Bóg wie ile” lalek, jak zwykło się potocznie sądzić. To część naszej (nie)wiedzy na jego temat.

Było ich raptem trzy. Jedną możemy zobaczyć na wystawie, która dobiega właśnie końca w Katowicach. Właściwie to znajdziecie na niej jedną lalkę i pół, bo w  kolejnej z sal zobaczycie prototyp lalki „Ręce” (1971) inspirowany załamanymi w rozpaczy dłońmi Marii z ołtarza z Isenheim autorstwa Mathiasa Grünewalda.

Bellmer na zdjęciu w 1912 roku, choć ma lat zaledwie dziesięć, jest już nie-dzieckiem. Zbuntowany, nieobecny na tym rodzinnym zdjęciu. To znaczy jest na nim, ale koncentruje na sobie całą uwagę fotografa. A może faktycznie go nie ma. Już wymyśla siebie i swoje trzy lalki?

Lalka po japońsku znaczy „istota ludzka”, jak mówił w 2010 roku w Katowicach wielki entuzjasta Bellmera,  Simon Yotsuya. Więc może tworzenie lalek przez Bellmera, to coś więcej niż jungowskie ćwiczenia w zbiorowej wyobraźni? Akt kreacji organicznej, pierwszej?

To dobra wystawa. Odważna, spójna. Wartościowa, gdy ogarnąć materiał (głównie graficzny), jaki na niej zgromadzono. Ale pewnie też tak dobra, bo artysta czuł się nieskrępowany w tym, o czym mówił. Ta prawda i brutalność deklaracji nas dotyka. Nie jesteśmy w stanie obojętnieć.

„Rozbieranie” (1951) jest dobrą metaforą dla opisania artystycznych poszukiwań tego kato – nie – katowiczanina. Schodzenia do trzewi, wyzwalania się z ograniczeń ról, pogrążenia w konflikcie i walce Jego i Jej. Perwersji, śnieniu o niej i ciągłym poszukiwaniem siebie.

 

Wystawa: Bellmer/Visat

Gdzie: Muzeum Historii Katowic

Kuratorki:  Natalia Kruszyna / Katarzyna Łata-Wrona

Czas: Do 17. stycznia 2016 roku.

Bellmer młody (Katowice , 1912)

Autograf (fragment lalki)

Rozbieranie, H. Bellmer (1951) (fragment)

Gry lalki, H.Bellmer (grafika, 1949)

Ręce nieruchome, H. Bellmer (1971) (fragment projektu rzeźby)