Historia bez tytułu, początku i końca (5). Maszyna do pisania doktora Kamma

Nowojorskie Forrest Hills. Jedna z enklaw żydowskich w Nowym Jorku.

Otulone sidingiem, małe pobielone domki. Rezydencjonalna zabudowa z połowy lat sześćdziesiątych, w cieniu ceglanych domów mieszkalnych. Na nie i na pobliską 66. Aleję patrzą zmęczone, a może po prostu stare oczy doktora nauk prawniczych Güntera M. Kamma.

Jest rok 1977. Zimny, bezśnieżny poranek 3. lutego. Emerytowany adwokat Kamm właśnie siedzi przy swoim dębowym biurku. Przed nim walizkowa maszyna do pisania (papier zasłania markę) i arkusze papieru, które staranie wypełniają słowa – wspomnienia z Beuthen, Bytomia. Sporządza je dla archiwum Leo Baecka w Nowym Jorku. By pamiętano i by on nie zapomniał. Dr Kamm ma już 75 lat.

Zaczyna się jak niemal zawsze każda taka opowieść i biografia wygnańca.

„Urodziłem się 9 sierpnia 1905 roku w Bytomiu, na Górnym Śląsku”…

W innym miejscu wspomni o swoim ojcu Isidorze Kamm. Przedsiębiorcy zajmującym się sprzedażą mebli i właścicielem nieruchomości w Bytomiu. Ułanie z okresu I wojny światowej.

„Wiosną 1931 roku jako adwokat, dołączyłem do Kancelarii Prawniczej i Notarialnej w Bytomiu  Mandowsky & Schindler”… pisze w kolejnym zdaniu.

Następne zdania są przypomnieniem świata, który począwszy od owej wiosny 1931 roku, zaczął się radykalnie zmieniać.

Wspomnienie z 1 kwietnia 1933 roku. Dr Kamm spisuje swoje wspomnienia, a ja wiem, że pisze o mieście w którym w 1933 roku mieszka 3 148 Żydów. To dane gminy przygotowane na polecenie policji.

Tego dnia, jak wspomina, otrzymał decyzję o pozbawieniu go prawa do wykonywania zawodu. Niemcy nie chcą obcych. Obcy to zdrajcy, jak chce rządowa propaganda. ”Obcy” dziwią się, że są obcy, ale nikt ich nie słucha. Isidor Kamm walczący na frontach Wojny Światowej zdziwiłby się zapewne że jest obcym, że nie jest patriotą…

Decyzja o zakazie wykonywania zawodu zostaje wkrótce cofnięta w wyniku postępowania przed Ligą Narodów i tzw. Petycji Bernheima. Czytam te słowa i nagle  przechodzą mnie dreszcze, bo to jeden z tych prawników, którzy osobiście otarli się o sprawę, którą zajmowałem się kilka lat temu.

W Bytomiu sprawę Petycji Bernheima prowadził radca Georg Weismann. Dr Kamm znał go, współpracował. To dzięki Petycji Bernheima, Żydzi na Górnym Śląsku mogli podnieść do góry głowę i do czasu obowiązywania konwencji cieszyć się, oficjalnie tolerowani, pełnią praw obywatelskich. Po 15 lipca 1937 roku ich świat runął w niwecz. Praktycznie z dnia na dzień.

Z tych wspomnień dowiaduję się jeszcze, że  Georg Weismann przekazał manuskrypt Petycji do Jewish National Library w Jerozolimie.  Znowu dreszcz emocji. Ona tam jest. Czeka. Kiedyś przeczytam oryginał?

Wątki przeplatają się i plączą. Brak chronologii. Emocje? Widzę – nie widząc postać dra Kamma, gdy w Forrest Hills stuka sprawnie (robił to całe życie) w klawiaturę maszyny.

Obrazy z 10 listopada 1938 roku.

Płonące synagogi.

Splądrowane mieszkanie.

Aresztowanie jego rocznej córki. Do bytomskiego aresztu trafia w dziecięcym wózku. Dr Kamm ląduje w KZ Buchenwald. Wrócił do Bytomia w grudniu 1938 roku. Pięćdziesięciu innych Żydów z tego transportu nie.

Zwolnienie (o czym nie pisze, ale to wiem z losów rodziny Karliner z Pyskowic), zawdzięcza uzyskaniu wizy wyjazdowej z Niemiec. Celem jest Szanghaj. Znajdzie się tam już w marcu 1939 roku. Rodzice i teść trafią do Chin drogą przez Syberię w 1940 roku. Nie wiem co to znaczyło w praktyce. Nie pisze.

Znajduję w maszynopisie kilka słów o synagodze bytomskiej.

Obserwuję prawie dziecięce zauroczenie jej dwoma kopułami.  Wspomina, że mieściła 1500 wiernych. W istocie dr Kamm pisze o dwóch domach modlitwy. Mniejsza była świątynią ortodoksyjną. To chyba jej zdjęcia, gdy płonie oglądałem. I klęczących przed nią, zmuszonych do tego przez siły policyjne, ortodoksyjnie ubranych Żydów.

Na moment wraca jeszcze obraz dużej, drugiej synagogi.

Reformowana, z emporami, organami i chórem. Liczyłem na więcej wspomnień o chórze. To przecież mnie interesuje w tej historii, a tutaj nic.  Ale czy mogę się dziwić, że w tej opowieści zdania o chórze (których tu zabrakło) przegrywają z Nocą kryształową i historiami o rabinie dr  Maxie Kopfstein?

Synagoga choć liberalna, to jednak zachowała podział na część zajmowaną przez mężczyzn i kobiety. Oglądam po raz kolejny jedyne zdjęcie z jej wnętrza i przypomina mi się karniowska synagoga. Są bardzo podobne. Tamta stoi, po wnętrzu bytomskiej jest to jedno, jedyne zdjęcie z połowy lat dwudziestych.

Symboliczne sceny.

1926 rok.

Pogrzeb rabina Kopfsteina. Zamknięte w mieście wszystkie szkoły, większość sklepów. Lampy uliczne okryte kirem. Nad grobem przemawiają burmistrz miasta i proboszcz w miejskim kościele Najświętszej Marii Panny ks. Józef (Josef) Niestrój (Niestroy, jak pisze dr Kamm). W imieniu związku rabinów przemawia Leo Baeck. To dla instytutu jego imienia dr Kamm teraz spisuje swoje wspomnienia.

1938 rok

Inny czas. Następca rabina Kopfsteina nie będzie miał już tyle szczęścia. Dr. H. Golinsky trafia z transportem Żydów bytomskich do Buchenwaldu. Przeżyje.

Zatrzymałem się na tych fragmentach wspomnień, a przecież mam czegoś dowiedzieć się o chórze lub tego co może go pośrednio dotyczyć.

Na szczęście są wspomnienia dotyczące młodości dra Kamma.

Szkoła podstawowa. Choć żydowska to o statusie szkoły miejskiej. Popołudniami i w niedzielę prowadzone są zajęcia z języka hebrajskiego. Te opłaca gmina żydowska. Nauczycieli co do zasady miasto.

Padają nazwiska. Wśród nich pojawia się „wykładowca Rosenthal i równocześnie dyrygent w chóru synagogalnego”. Pojawia się (nazwisko) po raz kolejny. Mam już pewność, choć wciąż nie mam imienia. A może jednak mam? W książce adresowej Bytomia z 1912 roku jest Heinrich Rosenthal, nauczyciel w… szkole podstawowej (niem. Volksschule). Mieszkał przy Lindenstrasse 66.

A zatem to Heinrich Rosenthal… dyrygował chórem synagogi w Bytomiu. To na ruchy jego rąk, na jego spojrzeniu koncentrował się mój bohater dwadzieścia lat później? Chyba. To już mocne chyba.

Wspomnienia dra Kamma przynosi mi nowe ustalenia. Jestem mu za to wdzięczny, choć komplikuje rzeczywistość, którą rekonstruuję.

Były bowiem… dwa chóry. Mniejsza synagoga miała własny. Tym chórem kierował dr Max Gruenewald. Mój bohater śpiewał w chórze dużej synagogi. Ale dobrze wiedzieć, ze były dwa.

Odkładam na bok jego wspomnienia.

Moje poszukiwania nie ustają.

(cdn)

Zdjęcie

Noc

 

Pamięci Elie Wiesela

Elie Wiesel, autor uhonorowanej Noblem „Nocy” (La Nuit, 1958 r.), zmarł wczoraj na Manhattanie. Nie wiem jaka była pogoda tego dnia w Nowym Jorku, ale była to pierwsza myśl, jaka przemknęła mi na wieść o jego śmierci.

Dziwne? Wiem. Jednak to obraz transportu więźniów z Auschwitz i trzaskających mrozów, jest tym który wywołuje w mojej literackiej pamięci dźwięk jego nazwiska i tytuł Nocy… Widzę ich wszystkich. Stojących więźniów w zsiniałym z zimna transporcie z Auschiwtz.  Nie, nie stojących, co za fatalny eufemizm. Upchanych do granic możliwości w otwartych węglarkach, którymi ich wywożono z jednego piekła, wioząc do innego.

Tak stali, z czasem pokrywając się szronem i lodem, i zamarzali z części ciał robiąc makabryczny „dywan” pod którym się chronili, ratując się przed własną śmiercią. Tak stojąc, ci co przeżyli dojechali do moich Gliwic, wtedy Gleiwitz. I to dzięki Elie Wieselowi dowiedziałem się czegoś więcej o wojnie i swoim mieście.

Gliwice mają absolutne szczęście do swojego miejsca w literaturze.

Czasami będą to pierwsze takty poloneza As-dur Chopina płynące ze stron Pierwszej polki, poezja Lachmanna czy Różewicza. A czasami, jak tym razem obraz ostatniego tchnienia ofiar Holokaustu wwożonych na rampy gliwickiego dworca…

=bez tytułu (dom Przedpogrzebowy, Gliwice; fot. L. Jodliński)

Dwa

Mój „facebook” przypomniał mi, że ten blog ukończył właśnie dwa lata. Pomyślałem natychmiast o tym, co o czyms takim jak wydarzenie (w sensie fotograficznym i historycznym) pisała Susan Sontag. Wydarzenie „(…) to coś, co można sfotografować (…)”. Dość prosta definicja. O reszcie, czyli czy coś jest wydarzeniem, czy tez nie przesądza ideologia…, dodaje w innym miejscu.

Jaki byłby więc portret tego blogu? Kim jestem po tych dwóch latach, a kim moi Czytelnicy? Jaki jest świat, który w swoim nomadycznym oglądzie opisałem, wierząc, że warto być uważnym godząc się z tego świata zmiennością i przemijaniem?

Zmieniło się więc niemało. A może wręcz wszystko?

Za mną emigracja do Czech. Spotkania i twarze, z których część nie powróci.

Doświadczenie emigracji uczy dystansu, wymusza budowanie własnego stosunku do miejsca, które się opuściło. Czechy pozostaną miejscem szczególnym i ten ich kawałek Śląska, na którym mieszkałem.

Niedawno pytany o czas który minął i to jak mnie zmienił (wywiad z Józefem Krzykiem w Magazynie Katowice z 16 kwietnia 2016 r.), wspomniałem o tym, że najbardziej zweryfikował moje relacje z ludźmi. Z pewnym spokojem i rodzajem pozytywnego zaskoczenia odkryłem, że jestem w dobrym punkcie swojego życia. Przebrzmiale przyjaźnie nie bolą, a ludzie spotykani dzisiaj w jakimś sensie są mi bliżsi i doceniam historie ich życia no i to co wnoszą w moje. Uspokojenie… Stan cokolwiek paradoksalny, jeśli mówić o spokoju w chwili, gdy tak wiele, tak niebezpiecznie się zmienia…

Inny jest też Śląsk, który uznałem za własny.

Śląsk, w przestrzeni którego od tych dwóch lat się poruszam, który znam, a zamykając oczy rozpoznaje każdy kamień na drodze. Mój Śląsk jest jeszcze bardziej Górny (choć z radością odkrywałem zadomowienie na Dolnym). Wrósł we mnie.

Blog, jak przewrotnie zaznaczyłem w swoim pierwszym bodaj tekście, był „pisany dla pieniędzy”. Ta deklaracja była prowokacją, ale też miała w sobie ten zamysł, by lektura mojego blogu warta była czasu i zainteresowania Czytelników. Piszą, że warta. Uwierzę im, przecież to tekst rocznicowy.

Niedługo wybór z tego, co znalazło się na jodłowane.pl złoży się na moją post-blogową książkę.

Nie wiem ilu Czytelników sięgnie po nią, by od spotkać się z moim subiektywnym i osobistym oglądem Śląska i światów (sztuki, emocji i topografii podróżniczej), które mnie fascynowały.

Mam nadzieję, że wyposażona w równie osobisty materiał zdjęciowy znajdzie nie mniej Czytelników, niż znajdowały ich moje teksty, pojedyncze zdania, słowa. Flashe wrażeń i emocji.

Te półtora tysiąca osób sięgających co miesiąc po teksty z jodlowania, daje mi nadzieję, że będzie to książka życzliwie przyjęta.

Pisanie nie jest łatwe. Tym bardziej, gdy dotyczy Śląska. Nietrudno jest popełnić błąd i uderzyć w dźwięk naiwnego sentymentalizmu, zatracić dystans. Czas, owe dwa lata właśnie niektóre z tych wpisów zapewne zweryfikuje i pozostaną tylko tutaj na blogu, nie doczekując się swojej „hard kopii”. Trud wyboru przede mną.

Dwa lata, 24 miesiące. 572 wpisy. Tysiące kilometrów.

Przestrzeń rozpięta między nowojorskim High-line, londyńskim barem wegetariańskim, galeriami Brukseli, śląskiego Berlina i tych wszystkich miejsc w Polsce, które jak senne i mocno wczorajsze Kłodzko wyryło swój obraz w pamięci i słowie.

Najistotniejsi byli jednak ludzie. Ich myśli, emocje. Były tym, czemu ulegałem i poddawałem się najchętniej.

Dla nich pisałem – tak myślę – przez te dwa lata… Za bycie ze mną, dziękuję.

Two (fragment obrazu R. Magritte'a; tytuł własny)

 

Thérèse ma kota….

Balthus (Balthasar Klossowski de Rola) spotkał ją kiedyś w 1936 roku. Było to już dwa lata po sukcesie jego paryskiej wystawy, a maniera jego malarstwa była już utrwalona, rozpoznawalna i pożądana, cokolwiek może znaczyć to słowo w kontekście Balthusa i jego osoby.

Maniera ta była pomieszaniem odświeżonej akademickiej figuracji i stanowiła mikst tradycji malarskich łączących dokonania współczesnych mu kolorystów, surrealistów, czy malarstwa portretowego włoskiego Quattrocenta. Styl ten – tak opisany – nie byłby pełny, gdyby pominąć jego sensualny, rozerotyzowany klimat i bywa, że treści.

Erotyzm skrywany pod maską zainscenizowanej sceny o walorach pozornej prywatności, przesądził o jednoznacznym odbiorze jego obrazów jako dzieł łączących zmodernizowane malarstwo 20. wieku z  przenikającym je klimatem pożądania i bywa, że wyuzdania. Dzisiaj zresztą nie wykluczałbym sytuacji w której obrońcy sztuki tradycyjnej (w najbardziej ograniczonym rozumieniu tego słowa) sprawiliby, że część z jego obrazów zaprowadziłaby samego Balthusa w ręce wymiaru sprawiedliwości i wszelkiej maści stróży moralności. Aura rozbudzonego pożądania, napięcia erotycznego  w połączeniu z faktem, iż  osobami portretowanymi były osoby niepełnoletnie, niechybnie byłaby przyczyną problemów artysty. Podłoże jego twórczości było jednak z gruntu współczesne i bardziej intelektualne.

Na jego szczęście i debiut, i środowisko w którym wyrastał, w żaden sposób nie przypominało współczesnego. Oniryzm, surrealistyczne zadziwienie i kreowanie sytuacji bardziej  fantasmagorycznych i z ducha freudowskich niż realnych, spowodowało że Balthus niemal natychmiast trafił w gusta publiczności, w swój czas, no i jeszcze szybciej do galerii malarskich całego świata (cóż Polska, nie zawsze jest jego częścią). Balthus zresztą, czasami broniąc tego, co inni nazywali wyzywającą treścią jego obrazów, przypominał iż w swoich obrazach jedynie odwoływał się do toposu dzieciństwa i wieku wczesnego dorastania, ucieleśniającego wiek niewinności i nieuświadomionej (?) zmysłowości…

Balthus spotyka zatem Thérèse Blanchard w Paryżu, gdy ta ma zaledwie trzynaście lat. Mieszka w sąsiedztwie pracowni malarza przy 3 Cour de Rohan.

Do 1939 roku namaluje ją dziesięciokrotnie (tyle jest znanych jej portretów). Samą, z bratem. Z kotem lub bez lub w intymistycznej przestrzeni pokoju, gdzie są we troje: on (kot) i ona (Thérèse), no i on (Balthus), choć on po drugiej stronie płótna. Tak jak na portrecie prezentowanym na wystawie monograficznej Balthusa w Rzymie (Portret Thérèse, 1938, Villa Medici), gdzie T. przeciąga się leniwie na prostym szezlongu, a kot (tak często obecny u Balthusa, nazywającego siebie nie bez powodu „King of cats”, gdy w 1921 roku zadebiutował opublikowanym drukiem cyklem przygód kota Mitsou z przedmową R.M. Rilke’go) spokojnie zaspokaja swoje(?) pragnienie, sycąc się mlekiem wypełniającym talerz na podłodze. Kot to kot? A mleko to mleko? No i kim jest Thérèse? Granica między dzieciństwem, a dorosłością toczy swą niewidoczną nić na tym i kolejnych obrazach…

Balthus.  Spotkany w nowojorskim Metropolitan Museum of Art i Thérèse, jak wówczas gdy miała 13 lat…

Thérèse, Balthus, 1938 (olej na płótnie, MET, reproddukcja L. Jodliński)

Thérèse (Blanchard), Balthus (1938, fragment; MET, reprodukcja L. Jodliński)

Przekraczanie Rubikonu (extra). Niezwykłe miejsce

Właściwie nie myślałem w ten sposób o tym miejscu. Do wczoraj.

Neue Galerie w Nowym Jorku, to prywatne, fundacyjne muzeum, które jest instytucją cokolwiek niezwykłą na mapie kulturalnej miasta.

Upowszechnia wiedzę na temat kultury i sztuki Niemiec i Austrii. W swoim programie i w obrębie wystawy stałej jest przypomnieniem tego, co w sztuce obu tych państw było awangardowego na początku 20. wieku, a co z taką precyzją i szowinistycznym nastawieniem ścigały rządy nazistów w jednym i drugim kraju (nawet po to, by potem cynicznie wyprzedawać tę sztukę za granicą…).

To dosyć ważna uwaga, bo w oczywisty sposób pozycjonuje to muzeum i czyni je swoistym azylem niemieckojęzycznych środowisk Nowego Jorku i USA, które przed ponad ośmioma dekadami musiały emigrować z III Rzeszy i Austrii.

Byli to głównie niemieccy i austriaccy Żydzi. Mocno zasymilowani, kulturowo związani z tradycją niemieckojęzyczną, a mimo to w amoku antysemickiej histerii i nienawiści pozbawieni zostali prawa do bycia częścią społeczeństw w obu tych państwach. Emigrowali, czasami ratując nie tylko życie, ale  właśnie sztukę, także tę wynaturzoną (Entartete Kunst) , jak z pogardą o niej mówili i pisali naziści.

Wspomnienie i tego miejsca, o którym pisałem już na moim blogu przy okazji wystawy Metropolis i ludzi, którzy je stworzyli, powróciło po obejrzeniu filmu Złota dama (2014, reż. Simon Curtis).

To krótko przypomnę, historia odzyskania przez Marię Altmann, spadkobierczyni rodziny Bloch-Bauer obrazu „Złota Adele”, który po 1938 roku trafił do galerii wiedeńskiego Belvedere i przebywał tam do 2006 roku. Ikoniczny obraz Gustava Klimta z 1907 roku, był jednym z pięciu zagrabionych przez nazistowskie władze Austrii rodzinie Bloch-Bauer i jednym z dziesiątków tysięcy odebranych prawowitym właścicielom, głównie wywodzącym się ze środowisk Żydów austriackich. Losy i tego procesu (w istocie kilku postępowań) i w ogóle odzyskiwania zagrabionych dóbr kultury, to już dzisiaj pokaźna literatura i materia do przemyśleń na temat tego, że II wojna światowa to proces wciąż niezakończony, a jego bodaj ostatnimi, niemymi ofiarami są nadal nieodzyskane i zagrabione dzieła sztuki, dobra kultury.

Co łączy i film i obraz ze sportretowaną na nim Adelą Bauer, no i wreszcie Neue Galerie, położoną  jak i pozostałe najważniejsze muzea Nowego Jorku przy prestiżowej Museum Mile (części 5th Avenue)?

Tam właśnie, gdy zakończony został już proces o restytucję obrazów, trafiła (kupiona za 135 mln dolarów przez Ronalda Laudera) Złota Adele

Podążając od MET do Guggenheim Museum, warto wpaść do Neue Galerie, by zobaczyć i obraz, i przekonać się, co nie jest takie oczywiste, że czasami sprawiedliwość zwycięża, a Dawid raz jeszcze pokonuje Goliata. I wszystko to za jedyne 20 dolarów. Niewiele, by odzyskać wiarę w człowieka i zaglądać głęboko w oczy Adele…

***

Żrodło reprodukcji obrazu: http://kobietyihistoria.blogspot.com/2015/08/zota-adela-i-zelazna-maria.html

NG

Portret Adeli Bloch-Bauer, Złota Adela, (Gustav Klimt, 1907: Neue Galerie, NYC)

Malowany ptak… Obrazy NYC.

Opowieść o tych, którzy na spotkanie przy wigilijnym stole już nie dotrą…

U zbiegu Wall Street i Broadway stoi grupka osób z wysokimi tyczkami. Jak wielu innych ludzi spotkanych tego dnia na nowojorskich ulicach i ci robią coś, co – przez chwilę – pozostaje ich odrębnym i tajemnym rytuałem. Cel jednak zostaje osiągnięty. Ludzie przystają i jak ja, robią zdjęcia. Oni zaś wzbudzają krótkotrwale zainteresowanie. Nikt jednak nie pyta o co chodzi. Wreszcie, to mój pierwszy poranek w tym mieście, wychodzę z roli biernego obserwatora. Pytam. Mówią, że poszukują wspólnoty. Tworzą mobilny krąg i odnajdują centrum. To happening, po części społeczny performance.

W tle za nimi neogotycka fasada Trinity Church z pierwszej połowy 19. wieku. Inna wspólnota, inny świat. Jest akurat Dzień Wszystkich Świętych. Kościół wypełnia się powoli… To jedno z tych świąt, gdy dzwony przywołujące na nabożeństwo głośno biją. Od 2006 roku praktycznie ich nie słychać. Przeszkadzały, irytowały. Wieża, na której wiszą (jest ich łącznie 26) została wyciszona płytami pilśniowymi. 11 września kościół był jednym z tych pierwszych miejsc, w których umieszczono rannych. Przybywali tutaj masowo po osunięciu się pierwszej wieży WTC. Tamta wspólnota, tamtego czasu była potrzebna. Dzisiaj, ta symbolicznie oparta na biciu dzwonów nikogo (pozornie) już nie dotyczy.

Nowy Jork ma swój ponadstuletni dworzec centralny, ale to czym – z wielu powodów – żyje opinia publiczna obecnie, to wzbijający się ku górze i właśnie malowany na biało, przesiadkowy hub w World Trade Center, zaprojektowany przez Santiago Calatrava…  Śmiały, odważny projekt osiadłego w Toronto Hiszpana. Jest najdroższą (właśnie po Central Station) realizacją transportową w historii Nowego Jorku (ma kosztować ponad 4 miliardy dolarów i już ma ośmioletnie opóźnienie). Niektórzy ironicznie zauważają, że to oskubany szkielet indyka złożonego na ofiarę w dniu Dziękczynienia lub metafora miasta odzieranego z pieniędzy przez kolejne firmy realizujące inwestycję. W międzyczasie jego skrzydła pokrywane są kolejnymi warstwami farby… Uszczelniania jest konstrukcja. Nowojorczycy narzekając na kolejne przesuwane terminy otwarcia, z ciekawością czekają na ten moment.

Symbolika śnieżnobiałego centrum przesiadkowego odwołuje się do wystrzeliwujących ku górze, powalonych na ziemię ścian kurtynowych wież WTC. Rusztowanie tamtych zastępują nieskazitelnie białe (takimi będą), wnoszące się ku niebu nad Manhattanem, żebra nowej stacji… Pamiętacie zdjęcia po 11 września? Te sterczące z ziemi pozostałości konstrukcji WTC? Dymiące, pokryte diabolicznym puchem azbestu? Owe fragmenty żebrowania dawnych ścian kurtynowych… układające się w symboliczną, kurhanową mogiłę… Obydwa te obrazy są dla siebie więcej niż symbolicznym dopełnieniem.

Stacja jest jednym z elementów nowej zabudowy terenu po obu wieżach WTC. To co uderza, to inne od znanego nam w Europie myślenie o tym, jak pamięć powinna i może współistnieć z przeszłością. W tym przypadku oznacza to tworzenie wyraźnych, wyciszonych punktów odniesienia, by po ludzku ogarnąć i zracjonalizować tragedię ludzi i historię miejsca.

Muzeum 9/11 bez przesadnego patosu, opowiada o losie ofiar zamachu i prezentuje skalę tamtych zniszczeń. Zero krzyku. Fakty i artefakty. Na miejscu wciąż odbijamy się od fragmentów słupów, filarów, które choć nie powinny to pękły, choć zamierzone były na skalę i moc tytanów, to pogięły się i porwały na strzępy. Stacja huba i jej szkielet jest dla mnie przypomnieniem i wołaniem o pamięć tych, którzy niemal bezgłośnie opadali z wież na ziemie, by po chwili popłynąć ku górze. W modlitwie bliskich, wspomnieniach i łzach wylanych i wciąż sączących się w tym miejscu, po ścianach pomnika ofiar…

Wciąż prześladują mnie nazwiska osób, które zginęły tego dnia, a których dane wycięto w brązie wokół basenów po wieżach WTC. Jest wśród nich Reneè May i jej nienarodzone dziecko… Trudno powstrzymać emocje. Złe i dobre. Mieszają się i kotłują. Wciąż.

W niedalekiej odległości od pomnika znajduje się jedna ze stacji promowych na Liberty Island. Bilet do wolności jest na wyciągnięcie ręki.

11 wrzesnia biletów ku ocaleniu dla tak wielu zabrakło… Nie było też ich przy wigilijnym stole, choć byli przy nim obecni bardziej niż kiedykolwiek…

Group / Grupa ( w poszukiwaniu wspólnoty/ Wall Street - Broadway corner)

New York shapes / Kształty Nowego Jorku (Broadway, NY)

St. Paul' s chapel (w tle WTC Hub autorstwa Santiago Calatrava)

Tickets to liberty / Bilety do wolności (WTC, Manhattan)

Fallen bird / Upadły ptak (WTC HUB (l.) i 9/11 Museum (r.) Pamięć / Memory WTC

Naprawianie skrzydeł do lotu / Fixing wings for the flight (WTC Hub; arch. Santiago Calatrava)

O (metro, zanim dojedzie do WTC Hub)

Zaglądanie / Looking into (9/11 Museum)

Złamanie / Broken piece (11/9 Museum)

Złamanie 2/ Broken piece (2) (11/9 Museum - fragment ekspozycji)

Nieobecni / Missing ( 9/11 Memorial)

Tears / Łzy (9/11 Memorial, NY)

Ulica o poranku

Ulica o poranku. Edward Hopper był tutaj wcześniej…

Ten obraz umknąłby mojej uwadze, gdyby nie rozgorączkowany wolontariusz opowiadający o jego treści. Mówiący o tym, że patrząc na obraz widzi typową ulicę Manhattanu w niedzielny poranek i odnajduje atmosferę tej chwili. Czasu zawieszenia między bezruchem, a  poruszeniem. Porankiem, a chwilą gdy prezbiterianie przywoływani dzwonami kościelnymi ruszają na swoje nabożeństwa. Gdy na ulicy pojawiają się pierwsi przechodnie. Poruszają się postaci stojące za zasłonami w oknach…

Early Sunday morning… (1930) Jest w każdym sensie symboliczny. Jest teoretycznie portretem miasta, obrazem Siódmej alei, ale zdecydowanie uzyskuje wymiar symboliczny. Uniwersalny. Oddycha atmosferą Nowego Jorku. Jest jego metaforą i odczuwaniem. Architektury, nastroju. Kolorów.  Choć być może dla kogoś z zewnątrz jest obrazem o niczym. Anonimowa ulica. Czy miejsce o otwartej tożsamości?

Obraz, który powstał w 1930 roku, jest podzielony na cztery strefy. Koloru, kompozycji. Jest więc niebo, pasy czerwieni cegły i grynszpanu elewacji. I powierzchnia ulicy . Zszarzała. Otwarta, czekającą na określenie.

Patrzę na ten obraz i przed moimi oczyma pojawia się gzyms budynku prze Stone Street. Są do siebie podobne. Niemal identyczne. Hopper osiąga sens sztuki przez uniwersalizację miejsca i bohaterów. Nawet jeśli żadnego z nich nie widzimy na obrazie, bo zaraz wkroczą w kadr artysty. I pozwala nam poczuć, że to miejsce jest też nasze, że my zdecydujemy jakie zdarzenia rozegrają się na tej, odtąd naszej, ulicy.

Gra wyobraźni? Milczący teatr Edwarda Hoppera…

A my w nim, z nim. Obok. To nasz wybór.

 Opowiadając / Edward Hopper Explained

Early Sunday morning, Edward Hopper (1930)

Gzyms domu. Fragment obrazu Early Sunday Morning (E. Hopper, 1930, Whitney Museum Of American Art) Stone Street, Nowy Jork, Manhattan (widok współczesny)

Przekraczanie Rubikonu (10 – ostatni). Ogród na wysokościach – High Line

To nie był typowy projekt. On wręcz nie pasował do Nowego Jorku i Stanów w ogóle, bo w dosyć nietypowy sposób odnosił się do tego co było stare, w mieście, które żyje przede wszystkim tym, co przyniesie jutro.

A jednak w tym przypadku stało się inaczej.

Część dawnej West Side Line, będąca fragmentem New Jork Central Railroad nie została zburzona, a za sprawą między innymi ruchu miejskiego jakim byli Przyjaciele High Line (Friends of High Line), od roku 2006 zamieniana jest systematycznie napowietrzny pasaż spacerowy, obsadzony roślinami, iluminowany nocą. To tutaj jada się lunch w południe, tutaj (i w najbliższej okolicy) spędza czas gdy nastaje Saturday Night Fever.

Wzdłuż dawnych torów kolejki towarowej, przed której wagonami, gdy zaczynała swój żywot w 1847 roku jechali kowboje wymachując ostrzegawczo czerwonymi chorągiewkami, rozkwitły galerie (w pobliżu znajduje się ich największe zagęszczenie), obok ulokowało się Whitney Museum of American Art. Czas można spędzić w tak niesamowitych miejscach jak dawne zabudowania największej nowojorskiej firmy produkującej ciasteczka National Biscuits Company. W jej wnętrzu urządzono designerski Chelsea Market, targowisko żywności i skupisko przeróżnych restauracji i barów. Miejsce jest trochę jak belgijska Rue de Bouchers (w czasach swojej świetności), czy paryska Rue du Mouffetards (wciąż rewelacyjna w różnorodności i bogactwie oferty). Obok tego doskonałe winiarnie i chyba pierwsze miejsce, gdzie w Nowym Jorku można posmakować w takim wyborze win amerykańskich…

Podczas gdy jedni spędzają czas w Teatrze Miasta (Urban Theatre) rozpiętym ponad 10 Ave., inni mogą uprawiać jogę w pobliskich centrach lub po prostu znajdują tu azyl od trosk mijającego dnia, hałasu, ludzi… Poszukują intymności

W pobliżu 18.ulicy ponad High Line wyrasta jedna z realizacji Franka Gehry’ego  IAC Building, jego pierwszy projekt dla Nowego Jorku, powstały w 2007 roku. Konsumuje jego wcześniejsze dokonania, tworzy struktury opartą na module plastra miodu i ula. Gehry sięgnął tutaj po szkło w miejsce stali i aluminium. Tworzy tutaj jedną z największych otwartych przestrzeni biurowych miasta.

Rewitalizacja High Line oznaczała nie tylko jej sukces jako projektu infrastrukturalnego. Fantastycznie pobudziła aktywność lokalnej społeczności. Sam byłem uczestnikiem oprowadzania po tym naziemnym parku przez wolontariusza z ruchu Friends of High Line. Nie można mieć żadnych wątpliwości, że to ich miejsce, że należy od mieszkańców. Przez chwilę można się poczuć jednym z nich. To chyba dobrze, prawda?

Ślady. High Line wieczorem High Line (2)

To co pod High Line (stacja pogotowia ratunkowego przy 10.ulicy)

High Line

High Line porosły drzewa...

Urban Theatre - High Line

Koncert na High Line

Łącznik na 16.ulicą (po obydwu stronach dawne zabudowania National Biscuit Company)

Manifest High Line

High Line i IAC Building Franka Gehry

To co obok High Line (tu powstaje film)

High Line - obok joga, a w odbiciu IAC Building F. Gehry'ego

Zieleń High Line

High Line - a w dole typowy "American corner"...

High Line - impresja

 

Przekraczanie rubikonu (9). W ósmym niebie

W ósmym niebie z Archibaldem Motley

To był wyjątkowy czas. Epoka jazzu, toksycznego życia nocnego, które powoli wyniszczało, choć współcześni, jak żona Francisa Scotta Fitzgeralda, Zelda, nie mogli sobie wyobrazić życia innego jak to zanurzone  między jazzem, morfiną i właśnie morzem wypijanego alkoholu. Wyobrazić i… innego przeżyć. Myślę o tamtym czasie i patrzę na jeden z obrazów, który  namalował Archibalda Motley’a. Bo jest w nim jazz, rozedrganie i szaleństwo czasu właśnie.

To co prawda obraz pod tytułem Blues (1929), a nie jazz, ale poza tym wszystko się zgadza. Przed naszymi oczyma wnętrze paryskiej „Petit Café” w pobliżu wieży Eiffla i Lasku Bulońskiego, a w niej tańczący i gęstniejący tłum. Czarne postaci i miejscowa bohema uczestniczą w czymś, co współcześni nazywali Le Bal Nègre. Ekscytujące spotkanie kultur, ras i dźwięków w kosmopolitycznym Paryżu. To jedna z tych kultur , a właściwie subkultur miejskich, którą poza Chicago, Paryżem i Meksykiem, odnaleźć można w malarskim świecie Archibalda Motley’a, bohatera wystawy. Archibald Motley. Jazz Age Modernist

Oglądam obrazy i jestem pełen pretensji, że jak większość adeptów europejskiej historii sztuki poznaję go tak późno i nic o nim nie wiem.  Europocentryzm historii sztuki na kontynencie. Porażka. Plusem jest może to, że tutaj patrząc najpierw widzę, a dopiero potem, jak typowy historyk sztuki obudowuję obraz tekstami, opiniami innych, filtrem krytyki.

Motley to przedstawiciel Chicago Black Renaissance – ruchu artystycznego, który wpisywał się w szerszy nurt New Negro Movement (Ruch Nowych Czarnych), zjawisko artystyczne lat dwudziestych, trzydziestych 20. wieku we wciąż wtedy rasowo ksenofobicznych USA.

Tworzyli go artyści czarnoskórzy (w dominującej części pochodzący z Nowego Jorku, z Harlemu). Ich sztuka była pierwszym takim (śmiałym, awangardowym w formie)  opisaniem rzeczywistości z perspektywy Afro-Amerykanina, a wtedy po prostu amerykańskiego Murzyna, po raz pierwszy dumnego ze swego pochodzenia, zainspirowanego światem, w którym wyrastał, stającego w opozycji do świata białego człowieka. Sztuki, która  podejmowała wątki relacji świata Białych i Czarnych, kwestie rasizmu, tolerancji, czy na koniec awansu społecznego Afro-Amerykanów. Był to także pierwszy taki ruch artystyczny, w którym do głosu doszli twórcy wykształceni na akademiach sztuk pięknych (sam Motley studiował na School of Art Insitute Chicago), stypendyści europejskich uczelni. Bywalcy Paryża, Londynu czy Berlina.

Wystawę oglądam na ósmym piętrze Whitney Museum w Nowym Yorku i już wiem, że z tego spotkania wyjdę odmieniony i że trafiłem nie na ósme piętro, a do ósmego nieba (sztuki) powstałej na przecięciu się czegoś co znam i co w symbolicznej dawce pobrzmiewa w obrazach Archibalda Motley’a. To świat prozy F.S.Fitzgeralda, muzyki Gershwina, prymitywistów afrykańskich i francuskich kolorystów, czy niemieckich ekspresjonistów. Na Śląsku, gdy widzę Motley’a przypomina mi się Willy Heier i jego radosny rysunek Jazz – taniec Murzyński, jaki znajduje się w gliwickim muzeum. Tutaj, gdzieś w tle tego malarstwa są Edward Hopper, Thomas Hart Benton, czy Reginald Marsh. Współcześnie docenieni, choć i  Motley wcześnie doświadczył uznania publiczności. On jednak, w przeciwieństwie do wymienionych, naprawdę „używał” awangardy. Był zdecydowanie nowocześniejszy. Formą, kolorem, treścią.

Archibald Motley przywołuje w malarstwie świat, do którego z oczywistych wówczas powodów nie miał przystępu biały człowiek. Od czasu ukończenia uczelni w 1918 roku, jego obrazy to  albo rewelacyjne (nie boję się użyć tego określenia) portrety jak w przypadku Octoroon Girl (Dziewczyna w 1/8), 1929) albo sceny rodzajowe, w których dochodzi do wydobycia na światło dzienne mrocznych bądź po prostu niezwykłych i nieznanych scen z życia wspólnot czarnoskórych społeczności Chicago, Nowego Jorku (The Liar/Kłamca, 1936). Sceny te tworzy zresztą w bardzo wyjątkowy sposób. Odchodzi w takich przypadkach od realistycznego ujęcia, rezygnuje z posiadanych kompetencji malarza Akademii (choć wykazuje się nimi raz po raz jak miedzy innym w Autoportrecie/ Self-portrait lub Myself at Work, z 1933) i tworzy obrazy pełne nastroju, rytmu, deformacji.

W bardzo świadomy sposób Motley poszukiwał pewnego rodzaju klucza interpretacji emocjonalnej dla bohaterów swoich obrazów. Tak wspominał powstanie kompozycji do obrazu Kłamca: „Usiadłem w kącie baru, koło stołu bilardowego, i jedynie co widziałem to kolorowi, którzy tworzyli niezwykłą scenę i widowisko”. Motley nie traci witalności swoich postaci i scen przez kolejne dekady. Gdy patrzę na obraz Gorący rytm / Hot Rythm, 1961), po raz kolejny jestem zachwycony tym, jak kolor i atmosfera / nastrój podporządkowuje sobie realizm tej sceny. Przenika ją chicagowski ‘hot jazz’, a jego rytm nie pozwala nam mentalnie, a może i fizycznie stać spokojnie przed płótnem.

Archibald Motley w podobny sposób uplastyczniał wiejskie i ludyczne sceny w Meksyku, pokazywał urodę nabożeństw w kościele Zielonoświątkowców (The Holly Rollers/ Święci opętańcy, 1929). Był, sam będąc gorliwym katolikiem zafascynowany ekstatycznymi ruchami wiernych, a jego płótno przenikają śpiewy gospels, czy natchnione słowa kaznodziei…

Świadomie prymitywizuje, staje się na naszych oczach malarzem naiwnym (np. niemal dziecięco naiwne obrazy z cyklu Caliente). Choć nie zawsze. Jest na wystawie jeden, jedyny obraz, który z perspektywy nieba przenosi nas do ziemskiego piekła. To poruszający, symboliczny obraz Pierwsze Sto Lat/ First One Hundred Years (1969-1972), który jest metaforą relacji rasowych i kulturowych w USAPrzywołane w podtytule do obrazu słowa Jezusa na Krzyżu z ewangelii św. Łukasza (Łk. 23) Wybaczcie im bo nie wiedza co czynią, stanowią tekstowe dopełnienie obrazu Motley’a, w każdym sensie (użyta obficie czerń) odbiegającego od błękitnych i niebieszczących scen wczesnego okresu chicagowskiego w twórczości malarza.

Tym obrazem, choć trudno się pogodzić z faktem, by miałby być syntezą i znakiem na „do widzenia” jego  twórczości, kończy się wystawa na ósmym piętrze Whitney Museum of American Art…

Przed kilkoma godzinami nieznany, a teraz już mój. Może dlatego, że jak pisała Annie Leibovitz (choć odnosząc to do fotografii) There is nothing stranger than truth.  Istotnie, to prawda nakreślona i wydobyta z chaosu świata emocjami (zupełnie inna jednak od barbarzyńskiej i często krwawej kreski niemieckich ekspresjonistów) otwiera nam oczy na świat, którego przed Motley’em nie było.

Tytuł (fragment aranżacji wystawy w Whitney Museum of American Art, New York) Fragment ekspozycji

Fragment Autoportretu (1933)

Dziewczyna w 1/8 czarna / Octoroon Girl, Archibald Motley (1925)

Fragment wystawy. Obraz Blues (p.) Kłamca (Liar) fragment obrazu

Gorący rytm/ Hot Rhythm, 1961

Holy Rollers (fragment)

Plaza del Toros (fragment obrazu, cykl: Caliente)

Pierwsze sto lat... A. Motley

***

Co: Archibald Motley:JazzAge Modernist

Gdzie: WhitneyMuseum of American Art

Kiedy: 2.10. 2015 – 17.01. 2016

Przekraczanie Rubikonu (8). Metropolis w Neue Galerie

Jest taka wyjątkowa mila w Nowym Jorku (Museum Mile), która jest w istocie przedłużeniem Piątej Alei. Na wysokości Central Parku rozlokowane są wzdłuż tego jej odcinka liczne muzea miasta, poczynając od Met(ropolitam Museum of Art), z którego trudno jest wyjść, bo posiada tak fantastyczne i przepastne zbiory, a kończąc na muzeach mniejszych, jak Neue Galerie, do której dotarłem skuszony tytułem trwającej tam właśnie wystawy Berlin Metropolis 1918-1933.

Wystawa o jakiej kilka słów poniżej (sorry, ale Archibald Motley czeka!) potrwa do 4 stycznia przyszłego roku, więc jeśli ktoś będzie miał na zbyciu 20 dolarów lub będzie to jeden z pierwszych piątków miesiąca, gdy podwoje muzeum stoją otworem dla publiczności, można się tam wybrać.

W samym muzeum jest z reguły kameralnie, podają niezłą kawę i miejsce to ma coś w sobie raczej z przystani dla tych, którzy łakną tradycji i kultury Austrii i Niemiec (oficjalna nazwa instytucji to Neue Galerie. Museum for German and Austrian Art) w Nowym Jorku, niż posiada cechy wybitnej i potężnej instytucji muzealnej. Rodzaj slow museum. Fanom takiego muzealnictwa miejsce to się z pewnością spodoba.

Na co dzień Galeria oferuje zbiory, których lwią część zbudowano na kolekcji nieżyjącego już Serge’a Sabarsky’ego, kolekcjonera i marszanda sztuki secesyjnej i ekspresjonistycznej powstałej w środowiskach artystycznych Wiednia, Monachium i Berlina. Dlatego zapewne na wystawie stałej (tworzą ją zaledwie trzy salony pierwszego pietra pałacu miejskiego, w którym ulokowano Neue Galerie) tyle Oscara Kokoschki, Gustawa Klimta, czy Josefa Olbricha.

Zbiory Sabarsky’ego bywały zresztą pokazywane w Polsce. Zamierzchłe to już czasy, ale w Krakowie w Międzynarodowym Centrum Kultury pokazywano prace wiedeńskich Wilde w połowie lat 90-tych 20. wieku, wywołując w tamtym czasie i klimacie spore poruszenie. Były to bodaj pierwsze prace Kokoschki, czy Schiele’go pokazywane nad Wisłą, a że cenzura obyczajowa już nie szalała, to było w tych pokazach więcej zachwytu niż oburzenia ze strony widzów i krytyki. Jedna i druga spragniona była dzieł  twórców światowych. Kolekcja Sabarsky’ego dawała bodaj namiastkę obcowania z taką właśnie sztuką.

To co jednak ciekawego w Neue Galerie to nie wspomniane prace klasyków przełomu 19.i 20. wieku, lecz znajdująca się na 2. piętrze Galerii opowieść o Niemczech i Berlinie po wielkiej zmianie jaką w życiu tego miasta i państwa był rok 1918 i powstała na gruzach Cesarstwa Republika Weimarska. Lustrem, w którym się przeglądamy i zaglądamy do Niemiec tego okresu jest Berlin pokazany w okresie jego zachłyśnięcia się awangardą, Berlin oddychający moderną, kosmopolityczny. Czarny, jazzowy. Szalony.

Wystawa (kuratorem jest dr Olaf Peters) potwierdza wciąż żywe zainteresowanie tym okresem zarówno po stronie krytyków i historyków, jak i publiczności, która (może szczególnie w Nowym Jorku, gdzie istnieje i spora diaspora emigracji niemieckiej, i liczne środowisko Żydów mających swoje korzenie w krajach niemieckojęzycznych Europy), ustawia się w kolejce, by zobaczyć wystawę (stałem w takiej około 15 minut).

Czy warto? Na pytanie to nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć, ale chyba drugi raz bym się na nią nie wybrał i jest to chyba jakaś forma odpowiedzi nie wprost na to moje pytanie.

Pomimo ambicji mówienia o nowej rzeczywistości (świadoma gra autorów wystawy z kategorią Neue Sachlichkeit, jako nurtu artystyczno- intelektualnego, funkcjonującego w Berlinie w drugiej połowie lat 20-tych XX wieku), obracamy się raczej wokół tradycyjnego dla podobnych wystaw odtwarzania obrazu tamtego miasta i tamtego społeczeństwa (co już wielokrotnie robiono i powiedzmy to sobie wprost na znacznie lepszym poziomie, jak między innymi w obrębie wystaw zestawiających ze sobą dwie awangardy artystyczne Berlina i Tokio).

Na wystawie mamy więc miasto w biegunowym ujęciu. Jeden oparto na wizji miasta i społeczeństwa rodem z „Metropolis” Fritza Langa. Potężnego, żarłocznego i… fascynującego. W jego cieniu rozgrywa się narracyjna i niemal dokumentalna (choć nie mniej przerażająca chwilami) opowieść o Berlinie współczesnym dla czasu wystawy, w filmie Alfreda Döblina „Berlin Aleksanderplatz” z końca lat dwudziestych XX wieku.

Na przeciwległym biegunie umieszczono oniryczne, kabaretowe i ultranowoczesne migawki z miasta, które znajdujemy na obrazach Ludwiga Kirchnera, Georga Grosze, czy na fotomontażach Johna Heartfielda. Półnagie zdjęcia Josephine Baker w kabaretach Berlina to ikoniczny obraz nowego Berlina. W jego i jej tle nowa kobieta (Neue Frau), berlińska kobieta wyzwolona, która po wojnie jest już inna od tej z kojarzonej z tradycyjnymi trzema K(kościół), K(uchnia), K(ilkoro dzieci). Nowa jest niepodobna do niczego wcześniej co widział Berlin przed 1914 rokiem. Inaczej ubrana i uczesana, inaczej odczuwająca. Wyzwolona, także w sferze seksualnej jak dowodzi bardzo odważny obraz Christiana Schada Girls/ Dziewczęta z 1928 roku, które w mieście bez mężczyzn leniwie  masturbują się na naszych oczach…

Jeśli już pójdziemy na tę wystawę to dlaczego warto to uczynić? Ja miałem swój powód i był nim Berlin. Jakie mogą być inne?

Wystawa to natłok obiektów (głównie obrazów ekspresjonistycznych tego czasu, do wymienionej już grupy artystów dodajmy m.in. prace Otto Dixa, czy Maxa Beckmanna). Zamierzony lub nie rodzaj kolażu wrażeń i ikon (z) tego czasu właśnie. Trochę wymuszone (bo ograniczone przestrzenią sal wystawowych), a trochę przemyślane, by dać obraz pełny i zróżnicowany.

Obok tego sztuka plakatu, fotografii (rewelacyjny Herbert Bayer, Lonely Metropolitan, 1932) i przede wszystkim (także w obrębie narracji o schyłku Berlina urodzonego 1918 roku, a umierającego w 1933 roku w cieniu brunatnych koszul) fantastyczne dokonania grafiki fotograficznej (zaangażowanej społecznie) wspomnianego już tutaj wcześniej Johna Heartfielda. Duża gratka by zobaczyć je tutaj w oryginale.

Na szczęście (nie tylko dla mnie) na wystawie pojawia się tez opowieść o architekturze miasta, architekturze Niemiec tego okresu, pośrednio Europy.

Głos zyskuje cała awangarda i przywiezione specjalnie na tę wystawę eksponaty między innymi z Niemieckiego Muzeum Architektury z Frankfurtu nad Menem. Wśród nich oryginalne rysunki Miesa van der  Rohe (w tym słynny wieżowiec zaprojektowany na Aleksanderplatz), czy projekty Ericha Mendelsohna, wraz z jego gipsowym modelem Wieży Einsteina w Poczdamie. Lekki uścisk w gardle i moment niezwykły dla kogoś, kto jego architekturze poświęcił kawałek swojego życia. Obok tego lekka irytacja, że jak rzadko w nowojorskich muzeach, nie można robić zdjęć na wystawie. Właściwie pisząc o niej na swoim blogu robię wyjątek od wyjątków, bo wystawy na których nie można dokumentować, by móc o nich potem pisać, w jakimś sensie nie interesują mnie (jako przedmiot opisu właśnie). Będziecie w Nowym Jorku, wpadnijcie, zobaczcie. Może jednak warto? Wciąż nie wiem…

***

Co: Berlin Metropolis: 1918-1933

Gdzie:   Neue Galerie, Nowy Jork

1048 Fifth Ave.

Wstęp: 20 USD

 Berlińskie Metropolis