Buty Zemana

Milos Zeman w 2014 roku nie był osobą lubianą w Czechach.

Na każdym spotkaniu Prezydent dostawał od zgromadzonych czerwone kartki. Za to, że publicznie mówił to co mówił (pochwała Putina, co najmniej neutralny stosunek do interwencji na Ukrainie, wulgaryzmy jakich dopuszczał się w publicznych wypowiedziach) i chyba za coś, co najbardziej bolało część Czechów.

O ile jego poprzednik Vaclav Klaus, nie był ulubieńcem mas, o tyle Vaclav Havel, to postać i legenda w jednym i z nim wygadując o piz…ach i kurwach nie miał już szans wygrać, na żadnym polu. Zresztą, gdy miałem okazję obserwować go na wiecu w Opawie zrozumiałem, że jest coś co łączy go z niektórymi przedstawicielami naszej rodzimej sceny politycznej. Ten ponad 70-letni polityk nie znajdował wspólnego języka z młodymi ludźmi i beneficjentami obalenia komunizmu. Brawa i głosy poparcia płynęły jedynie od tych, którzy już dzisiaj zapomnieli o zamordyzmie komunizmu i tęsknią za jego „ludzkim” obliczem, dającym wszystkim pracę, „czy się stoi, czy się leży”. To dziwny sentymentalizm na temat husakowskiego dobrobytu i amnezja o czerwonych gwiazdach na budynkach w każdej czeskiej pipidówie.  Oczywiście dobrobytu idealizowanego i dzisiaj zakłamywanego przez część stablishmentu politycznego, bo to chyba nie on wypchnął ludzi na ulice miast i doprowadził do Aksamitnej Rewolucji.

Czeski prezydent wzbudził więc entuzjazm średniego i starszego pokolenia, gdy w Opawie powiedział, że nie nosi jak jego poprzednicy garniturów z zagranicy, butów włoskich też nie, jak inny premier Czech. Do tego momentu nie zwracałem uwagi na jego buty w ogóle, ale pewnie nie ja jeden w tej chwili popatrzyłem na nie natychmiast. Tak, nie były z Włoch, to pewne, ale do tego momentu nie to było chyba najważniejsze (dla mnie z pewnością). A buty były raczej z tamtej epoki. Dobre dla kogoś kto ma zmęczone, może po prostu stare stopy. Ludzka rzecz. Ale po tych słowach prezydenta staly się butami z miejsc, gdzie enigmatyczna Unia Europejska jest symbolem diabła wcielonego, a nie synonimem awansu cywilizacyjnego. Bo oczywiście dla większości Czechów jest wartością docenianą i rozumianą przez pokolenia wyrosłe na zgliszczach 1989 roku. Spotykałem takich ludzi bardzo wielu mieszkajac tam. Mówili „nigdy więcej”: Husaka, jego bandy i tego, co było i pozostanie traumą tamtego czasu.  Tych moich znajomych nie było na placu w Opawie. Zarabiali na inne buty, może. Lepsze. To pewne.

Zeman chodzi tak naprawdę w butach ludzi z minionej epoki. Są za ciasne lub za duże, nie wiem. O gustach się nie dyskutuje, wiec nie będę tej części jego wyborów komentował. Nie o to tu przecież chodzi. Szkoda jedynie, że dzisiaj ktoś nam próbuje bić pianę z mózgu i twierdzić, że z takim człowiekiem i z taką jak on drogą, jest nam „po drodze”. Czesi są wyjątkowi. Cenię ich ponad miarę i noszę więcej niż blisko serca. Czechy tym bardziej. Ich prezydent jest kwestią ich wyborów. I tyle. Ale jak kiedyś mówiono wart Pac pałaca, a pałac Paca. W butach á la Zeman nigdzie nie dojdziemy. Na pewno nie tam, gdzie niosą go Jego nogi.

Buty Zemana (Opawa, październik 2014)

Zbliżanie. Slandia

Intro

Ta podróż była jak zawsze wyzwaniem. Zmierzaniem się.

Z chłodem (czasami mocno poniżej dziesięciu stopni poniżej zera), pokusą zatrzymywania się, z czasem, by zdążyć.

Była inna od zaplanowanej. Celem były Krzanowice (Kranowitz) i spotkanie z czytelnikami „Dziennika księdza Franza Pawlara”. Cel oczywisty i jasny. Zbliżanie się do nich (i miejsca, i ludzi) stało się swoistą „podróżą w podróży”. Podróżą w czasie: moim i jego, i jeszcze kogoś. I co oczywiste w przestrzeni map i granic zatartych. Pokrytych śniegiem. Dróg z naniesionym śnieżnym pyłem i pokrytych białymi grafitti.

Ostrawa, Opawa

W podróży zupełnie nagle i w sposób nieplanowany uczestniczył też on. Rafał Milach, a może, bardziej ten drugi – jego pisarz (copy)writer. Towarzyszyli mi od czasu opuszczenia galerii FIDUCIA w Ostrawie.

Wpadłem do niej wyliczając po drodze, kiedy byłem w niej po raz ostatni. Ustaliłem, że dawno, w maju tamtego roku… Tęskniłem już za pomazankami serwowanymi tam podczas wernisaży (różowe i zielone kolory niektórych pomazanek były znakomitym potwierdzeniem wyższości  chemii spożywczej nad ecofoodem) i klimatem tej galerii.

Tym razem chciałem zobaczyć, mającą swoje ostatnie dni, wystawę fotografii Rafała Milacha. Niestety, nie zobaczyłem In the car with R.

Śląsk jak Slandia

Było to tak.

Wpadłem na skrzypiące stopnie wiodące do galerii. Stare i sterane, wspinające się z mozołem ponad antykwariat.  Wszystko po to (rajd przez centrum miasta, korony wydane na parking i pęd do galerii), by przeczytać na drzwiach galerii kartkę w znanym mi wciąż języku. Odręcznie acz zgrabnie napisano na niej Obĕdová přestavká. 13.30-14.30. Byłem o 13.32. Mam nadzieję, że obiad był smaczny.

Przede mną wciąż była Opawa, a potem Krzanowice i to co między i na poboczu. Nie dam rady. Nie, nie lubię czekać. Nie będę.

Od tej chwili przemierzając drogę z Ostrawy do Opawy i jadąc nowo wybudowaną nitką autostrady, jechaliśmy jakby wszyscy razem. R. Milach ze swoim tytułowym R. no i ja. Było też z nami tych 29 zdjęć – notatek z Islandii. Notatek na marginesach z tamtej podroży, których nie poznałem tym razem i nie zobaczyłem w FIDUCII.

Z jednej strony była we mnie irytacja, z drugiej odnajdowałem rodzaj ukojenia w tym, co działo się za szybami mojego samochodu i było „łudząco” podobne do Islandii, jaka jest – w mojej wyobraźni –zimą.  Tak naprawde nie znam Islandii. Ale nie muszę. Od czego zdjęcia Milacha i pomysły własne? Kontynuowałem więc podróż z tamtą nieobejrzaną podróżą w tle…

Pejzaże Islandii widziane na czeskim Górnym Śląsku.

Islandia, Śląsk jak Slandia, a ja gdzieś między.

W stosunku do podróży R. Milacha, różnica była taka, że moje zatrzymywanie (się) działo się niemal automatycznie. Nie było rozmową dwojga ludzi, z których jedno prowadzi, a drugie wybiera kadry do zdjęć i mówi „stań tutaj” lub „tam”.

Właściwie to jechałem dokładnie od obrazu do kolejnego, mając je wszystkie w głowie lub licząc na to, że je ujrzę. I nie chciałem, by były to pocztówki z drogi (postcards from the road, praktykowane przez fotografów Magnum w latach 60-tych). To co chciałem zobaczyć było raczej odnajdowaniem obrazów ze starego albumu, mieszaniem zdjęć kolorowych z tymi, które mógłbym sobie wyobrazić, że znajdowały się w albumie zdjęć wykonanych małoobrazkowym aparatem przez księdza Pawlara. Jak gdybym to z nim, a nie z R. odbywał tę podróż.

Widziałem albumy Franza Pawlara z jego zdjęciami i dobrze wiedziałem, czego poszukuję.

Kartka z albumu ks. Pawlara (Polaroid style)

Minąłem Opawę rozumiejąc, że jest jej już we mnie dość i w jakimś sensie, nie muszę karmić się jej widokiem. Nie poszukuję tym razem nowych ujęć budek telefonicznych miasta Troppau z 1929 roku, przy alei Masaryka, Pošta nr 1.

Droga.

Powoli te nieobejrzane obrazy z Islandii ustępowały miejsca tym, na które trafiałem docierając do Rohova, widząc z oddali Sudice, a nieco wcześniej odnajdując na horyzoncie sylwetkę kościoła pw. św. Wacława w odległych Krzanowicach. Byłem już blisko, Islandia daleko.

Krzanowice

Nie wiem na czym polega fenomen światła w tym miejscu i o tej porze roku, ale gdy wjechałem do Krzanowic, jak niemal rok temu, dachy domów, spadziste krzywizny kościoła zalewało złotawe, miękkie światło. Jest (wciąż) w jakimś sensie hipnotyzujące. Prowokuje u mnie kolejne spusty migawki aparatu.

Wizyta w barze u Emila. Coś, by opędzić głód i zimno. Gdy go opuszczam Księżyc wypływa na niebo.

Za chwilę moje spotkanie. Islandia z tej perspektywy nabiera już absolutnie nierealnego charakteru. Już jej nie ma.

W Kranowitz rozpoczynam moją własną i ostatnią tego dnia podróż…

Pławniowice/Pławniowitz

Jest rok 1945. Zimno, skrzypi śnieg pod stopami.

W kąciku ust hrabiego tkwi świeżo zapalone cygaro…

Zimowe grafitti (droga z Pietraszyna do Krzanowic)

Miejsce, w którym zawsze się zatrzymuję (Rohov) Ziemia (okolice Rohova)

Po sezonie (okolice Rohova)

Krzanowice (Kościół św. Wacława; widziane ze wzniesienia ponad Rohovem)

Sudice Sudice (2) (widziane od strony Pietraszyna)

Droga (kościół św. Barbary, Pietraszyn/Klein Peterwitz) Śląskie rozstaje (Pietraszyn/Klein Peterwitz)

Zakłócenie lini horyzontu (Pietraszyn) Zakłócenie (2)

Podwójne skreślenie Znak

Spacer (Krzanowice) Wspomnienie ks. Pawlara (wnętrze kościoła św. Wacława, Krzanowice)

Światło (2) (brama wejściowa, kośicół św. Wacława, Krzanowice)

Światło (Krzanowice, szczyty kościoła św. Wacława) Światło (wersja albumowa; Krzanowice; kościół św. Wacława)

Pełnia (kolor; Krzanowice) Pełnia (2) (Krzanowice)

***

Wystawa Rafał Milach, In the Car with R., Galeria Fiducia, Ostrava (do 25.01. 2016)

Zdjęcia z podroży do Krzanowic, w dniu 22 stycznia 2016 r.

Kartka z albumu Ks. Pawlara, reprodukowna w „Dzienniku” (wyd. 2015)

Jazda dookolna

Mgły, pejzaże i obrazy.

Wczoraj odbyłem podróż do miejsc od kilku miesięcy niewidzianych.

Przedzieranie się przez pejzaże jesienne w grudniu. Mijane lasy Rud, a potem nieogarnięte pustkowia Bramy Wielkomorawskiej. Pola zadziwiająco zieleniejące się o tej porze roku. Samotnie stojące drzewa na krawędziach horyzontu. Mgła między nimi i ta rozpierzchająca się pod wpływem jadącego samochodu. Odsłaniająca drogę.

Dobrze jest wracać do miejsc, w których zna się niemal każdy kamień, zakręty nie niosą zaskoczenia. Wspinanie się po wzgórzach ciągnących się od Sudic w stronę Opawy. Niezobowiązujące spotkanie starych znajomych, którzy już niczego od siebie nie chcą.

Dawne budki telefoniczne przy Alei Masaryka wypełniły kolejne postaci i obrazy. Robię zdjęcia. Nieco pośpiesznie i niechlujnie. Nie mam tej uważności. Zapominam, że nie jestem już stąd i kolejnego kadru – poprawki, nie będzie.

Powrót koło ulubionej kapliczki. Potem Rohov i widziane z daleka Krzanowice (Kranowitz).  Punkty odniesienia świata, którego (jak myślę naiwnie) nikt nie posiadł tak doskonale jak ja.

***

Tworków. Ruiny. Zegar Pana Weissa na pałacowej wieży wciąż pozwala zapomnieć o czasie. Że jest i nas dotyczy.

Bieńkowice. Ślady obecności i słowa zwieszone w powietrzu.

Mgła napływa znad rozlewisk Odry.

Napis „St. Valentin Stift” wyłania się z nieomal już nocnej mgły. Dobijam do miejsca przeznaczenia.

Wzruszenia. Słowa. Szelest kartek.

Krawędź (okolice Sudic)

Sudice. Pejzaż I liked

Szablony (Opawa)

Ślady (Tworków) Przeszłość (Twórków)

Nokturn (Twórków)

Oto... (Bieńkowice)

Stopniowanie (Bieńkowice, kościół parafialny)

Zmiana / (Ex)change (14)

„(…) wer die Wahrheit sagt, der gilt als Simpel (…)”

Shakespeare, Sonett 66

(tłumaczenieU. Erckenbecher)

Kolejna odsłona projektu.

Podsłuchana rozmowa… czy

oczekiwanie na telefon od Pana Boga?

Nie, nie zadzwoni. Nie zna numeru…

[Interpretacja subiektywna – Opava, 2 maja 2015 r.]

Posta 1 (Mai 2015)

Telefon / Fernsprechapparat Odbicie / Spiegelung

Posta 1

 

 

Znaki i godzina zero

Opawa ma kolosalne problemy z pamięcią.

Gdy dzisiaj świętuje się tu rocznicę 1945 roku, pisze się i mówi o „umarłym mieście” i  „godzinie zero”. Zero, czyli wcześniej czy potem niczego nie było? Co umarło? A co zostało?

Spacer po ulicach miasta, które przetrwały tamten czas uświadamia, że z pamięcią nie byłoby tak może źle, gdyby dokładniej rozejrzano się dookoła.

Są kościoły, które nie są świątyniami,  puste i zamknięte kościoły, do których nie wejdziemy. Ślady komunizmu i negowania wszystkiego, co było.

Na ścianach domów przeczytamy wypisane cyrylicą ogłoszenia o kwarantannie do 1 lipca… 1945 r.? Napisy nieczytelne z godziny „zero”. Jakiej zero skoro są?   Istnieją. Zostały.

Nie potrafię przejść obojętnie koło budynku przy nieistniejącej synagodze (a był jej częścią) nie patrząc na cegły noszące ślady ludzkich dłoni. Odciski sprzed godziny „zero”. To też null, nic, bo ich nie ma, bo milczą świadkowie i budowniczy?

Relief będący pochwałą tego co było po 1945 roku, sąsiaduje z reklamą dawnej wytwórni neonów, tak samo nierealnych jak „prawda” socrealistycznej propagandy. Potykam się o znaki, tyle ich wokół. Tylko ja je widzę?

Opawa naznaczona. Przed i po godzinie zero…

Kwarantanna

Rosjanie napisali (1945)

Ślady dłoni (sprzed 1945 r.)

Relief (lata 50-te XX wieku)

Zgasły neon (lata 60-te XX wieku)

Wpółotwarte drzwi

Widziane przez kraty (wnętrze jednego z opawskich kościołów)