Zwrotne myśli

Obejrzałem po raz kolejny Butelki zwrotne (reż. Jana Svĕrák, 2008), ze scenariuszem napisanym przez jego ojca Zdenka Svĕráka i pomyślałem, że zatęskniłem za Pragą i Czechami w ogóle.

Nurt kina czeskiego, który reprezentuje ten film, to uwodzące widza przechodzenie od codzienności  do niezwykłości i zachwytu nad życiem…

Już kiedyś postawiłem tezę, że w afirmacji Czechów dla życia, widzę ich reakcję na to, że zarówno Niebo, jak i Bóg wydają się im pojęciem zupełnie niezwiązanym z ich rzeczywistością. Pogląd ten wciąż wydaje mi się uzasadniony.

Rzeczywistością dla większości Czechów jest życie jakie wiodą i znają. Tu i teraz. Czasami od pokoleń, no i wtedy stają się lekko ksenofobiczni. Ale i to robią z wdziękiem.

Ono (życie) dostarcza im powodów do zachwytu nad jego pozornie oczywistymi przejawami. Uprawiają coś, co w malarstwie oglądanego przeze mnie w Brukseli Magritte’a (świetna wystawa w Królewskim Muzeum Sztuk Pięknych) jest odkrywaniem melancholijnych pokładów tkwiących w każdym przedmiocie i formie ludzkiej aktywności. Rozwijania własnej kompetencji poznawczej, wrażliwości, budowania relacji z innymi. Może dlatego, pewna Czeszka o filmie Svĕráka powiedziała, że jest bardzo śmieszny, ale śmiać się z niego może jedynie cynik…

Butelki zwrotne są jak myśli, które recyklingowane powracają do nas, a my wciąż albo napełniamy je nową treścią albo z premedytacją tą samą, godząc się z tym, że życie to nieznośna rutyna. Rodzenia się, zdobywania doświadczeń, odchodzenia. Jest w tym akceptowanie nieuchronności tego, że natura ludzka w istocie jest wciąż taka sama.

Istotnym wyborem przed jakim stajemy jest afirmacja życia lub niezgoda na jego immanentną niesprawiedliwość i rozczarowania jakich nam dostarcza…

Butelki zwrotne są dla mnie wciąż obrazem, który zamienia to co minione i przypadkowe,  w przedmiot czułego rozmarzenia. Proponuje nam czeską rezygnację z rozumienia świata (a przynajmniej nie dręczenie się tym, że tego nie potrafimy), na rzecz kolekcjonowania obrazów, myśli, emocji i… butelek właśnie. Tych ostatnich z bardzo praktycznych powodów…

Pytanie (widziane w Ostrawie; pażdziernik, 2014)

Praska scena (Praga, lato 2014)

Zbliżanie. Slandia

Intro

Ta podróż była jak zawsze wyzwaniem. Zmierzaniem się.

Z chłodem (czasami mocno poniżej dziesięciu stopni poniżej zera), pokusą zatrzymywania się, z czasem, by zdążyć.

Była inna od zaplanowanej. Celem były Krzanowice (Kranowitz) i spotkanie z czytelnikami „Dziennika księdza Franza Pawlara”. Cel oczywisty i jasny. Zbliżanie się do nich (i miejsca, i ludzi) stało się swoistą „podróżą w podróży”. Podróżą w czasie: moim i jego, i jeszcze kogoś. I co oczywiste w przestrzeni map i granic zatartych. Pokrytych śniegiem. Dróg z naniesionym śnieżnym pyłem i pokrytych białymi grafitti.

Ostrawa, Opawa

W podróży zupełnie nagle i w sposób nieplanowany uczestniczył też on. Rafał Milach, a może, bardziej ten drugi – jego pisarz (copy)writer. Towarzyszyli mi od czasu opuszczenia galerii FIDUCIA w Ostrawie.

Wpadłem do niej wyliczając po drodze, kiedy byłem w niej po raz ostatni. Ustaliłem, że dawno, w maju tamtego roku… Tęskniłem już za pomazankami serwowanymi tam podczas wernisaży (różowe i zielone kolory niektórych pomazanek były znakomitym potwierdzeniem wyższości  chemii spożywczej nad ecofoodem) i klimatem tej galerii.

Tym razem chciałem zobaczyć, mającą swoje ostatnie dni, wystawę fotografii Rafała Milacha. Niestety, nie zobaczyłem In the car with R.

Śląsk jak Slandia

Było to tak.

Wpadłem na skrzypiące stopnie wiodące do galerii. Stare i sterane, wspinające się z mozołem ponad antykwariat.  Wszystko po to (rajd przez centrum miasta, korony wydane na parking i pęd do galerii), by przeczytać na drzwiach galerii kartkę w znanym mi wciąż języku. Odręcznie acz zgrabnie napisano na niej Obĕdová přestavká. 13.30-14.30. Byłem o 13.32. Mam nadzieję, że obiad był smaczny.

Przede mną wciąż była Opawa, a potem Krzanowice i to co między i na poboczu. Nie dam rady. Nie, nie lubię czekać. Nie będę.

Od tej chwili przemierzając drogę z Ostrawy do Opawy i jadąc nowo wybudowaną nitką autostrady, jechaliśmy jakby wszyscy razem. R. Milach ze swoim tytułowym R. no i ja. Było też z nami tych 29 zdjęć – notatek z Islandii. Notatek na marginesach z tamtej podroży, których nie poznałem tym razem i nie zobaczyłem w FIDUCII.

Z jednej strony była we mnie irytacja, z drugiej odnajdowałem rodzaj ukojenia w tym, co działo się za szybami mojego samochodu i było „łudząco” podobne do Islandii, jaka jest – w mojej wyobraźni –zimą.  Tak naprawde nie znam Islandii. Ale nie muszę. Od czego zdjęcia Milacha i pomysły własne? Kontynuowałem więc podróż z tamtą nieobejrzaną podróżą w tle…

Pejzaże Islandii widziane na czeskim Górnym Śląsku.

Islandia, Śląsk jak Slandia, a ja gdzieś między.

W stosunku do podróży R. Milacha, różnica była taka, że moje zatrzymywanie (się) działo się niemal automatycznie. Nie było rozmową dwojga ludzi, z których jedno prowadzi, a drugie wybiera kadry do zdjęć i mówi „stań tutaj” lub „tam”.

Właściwie to jechałem dokładnie od obrazu do kolejnego, mając je wszystkie w głowie lub licząc na to, że je ujrzę. I nie chciałem, by były to pocztówki z drogi (postcards from the road, praktykowane przez fotografów Magnum w latach 60-tych). To co chciałem zobaczyć było raczej odnajdowaniem obrazów ze starego albumu, mieszaniem zdjęć kolorowych z tymi, które mógłbym sobie wyobrazić, że znajdowały się w albumie zdjęć wykonanych małoobrazkowym aparatem przez księdza Pawlara. Jak gdybym to z nim, a nie z R. odbywał tę podróż.

Widziałem albumy Franza Pawlara z jego zdjęciami i dobrze wiedziałem, czego poszukuję.

Kartka z albumu ks. Pawlara (Polaroid style)

Minąłem Opawę rozumiejąc, że jest jej już we mnie dość i w jakimś sensie, nie muszę karmić się jej widokiem. Nie poszukuję tym razem nowych ujęć budek telefonicznych miasta Troppau z 1929 roku, przy alei Masaryka, Pošta nr 1.

Droga.

Powoli te nieobejrzane obrazy z Islandii ustępowały miejsca tym, na które trafiałem docierając do Rohova, widząc z oddali Sudice, a nieco wcześniej odnajdując na horyzoncie sylwetkę kościoła pw. św. Wacława w odległych Krzanowicach. Byłem już blisko, Islandia daleko.

Krzanowice

Nie wiem na czym polega fenomen światła w tym miejscu i o tej porze roku, ale gdy wjechałem do Krzanowic, jak niemal rok temu, dachy domów, spadziste krzywizny kościoła zalewało złotawe, miękkie światło. Jest (wciąż) w jakimś sensie hipnotyzujące. Prowokuje u mnie kolejne spusty migawki aparatu.

Wizyta w barze u Emila. Coś, by opędzić głód i zimno. Gdy go opuszczam Księżyc wypływa na niebo.

Za chwilę moje spotkanie. Islandia z tej perspektywy nabiera już absolutnie nierealnego charakteru. Już jej nie ma.

W Kranowitz rozpoczynam moją własną i ostatnią tego dnia podróż…

Pławniowice/Pławniowitz

Jest rok 1945. Zimno, skrzypi śnieg pod stopami.

W kąciku ust hrabiego tkwi świeżo zapalone cygaro…

Zimowe grafitti (droga z Pietraszyna do Krzanowic)

Miejsce, w którym zawsze się zatrzymuję (Rohov) Ziemia (okolice Rohova)

Po sezonie (okolice Rohova)

Krzanowice (Kościół św. Wacława; widziane ze wzniesienia ponad Rohovem)

Sudice Sudice (2) (widziane od strony Pietraszyna)

Droga (kościół św. Barbary, Pietraszyn/Klein Peterwitz) Śląskie rozstaje (Pietraszyn/Klein Peterwitz)

Zakłócenie lini horyzontu (Pietraszyn) Zakłócenie (2)

Podwójne skreślenie Znak

Spacer (Krzanowice) Wspomnienie ks. Pawlara (wnętrze kościoła św. Wacława, Krzanowice)

Światło (2) (brama wejściowa, kośicół św. Wacława, Krzanowice)

Światło (Krzanowice, szczyty kościoła św. Wacława) Światło (wersja albumowa; Krzanowice; kościół św. Wacława)

Pełnia (kolor; Krzanowice) Pełnia (2) (Krzanowice)

***

Wystawa Rafał Milach, In the Car with R., Galeria Fiducia, Ostrava (do 25.01. 2016)

Zdjęcia z podroży do Krzanowic, w dniu 22 stycznia 2016 r.

Kartka z albumu Ks. Pawlara, reprodukowna w „Dzienniku” (wyd. 2015)

Ostrawski Industrial (wersja in color)

Miejsce się wciąż zmienia. Fascynuje i pokazuje, że industrial ma potencjał, ogromny, wyjątkowy. Potrzeba jednak ludzi, których mam wrażenie brakuje, gdy trwają kolejne dyskusje nad losem EC Szombierki i nikną szyby kopalń. DOV ma swojego Svetlika, właściciela i inwestora dawnej huty. Ma też architekta Josefa Pleskota, który raz po raz w materii zastanej próbuje zostawić ślad współczesności, polemizuje z przestrzenią, bywa kontrowersyjny i wciąż zadaje nam i sobie pytanie czym jest architektura post-industrialna.

GONG, na wiele lat przed katowickim NOSPR-em, zaprojektowano jako konstrukcję niezależną konstrukcyjnie od historycznego zbiornika i „wbudowaną” w żelazne, nitowane powłoki dawnego zbiornika gazu płynnego… Świat Techniki, laureat czeskiej nagrody architektonicznej za 2014 rok przegląda się taflą swojej fasady w przestrzeni Witkowic, która jest dla pracy Pleskota inspiracją, kontynuacją i rozwinięciem dla własnego projektu…

Nowy sezon przynosi rewitalizację kopalnianej części Witkowic (obszar Hlubiny), gdzie zlokalizowano kreatywne przemysły i ostrawskie start-upy w dziedzinie mediów i komunikacji. Taki pomysł na to, by postindustrial nie musiał wciąż oznaczać wciąż tych samych zastosowań i funkcji…

No i wreszcie najnowsza praca Pleskota. Nadbudowa wielkiego pieca, zawieszona nad całością konstrukcji. „Pajęczyna (?)”, „kokon (?)” tkwiący ponad szczytem pieca. Kontrowersyjna realizacja, ale może tak powinno być, że architektura to zdarzenia destabilizujące równowagę w przestrzeni, by tworzyć nowe stanu jej (czasowego) uporządkowania?

Cykl zdjęć z miejsca, które zobaczyłem ponad rok temu. I wracam. Nowe, inne spojrzenie.

Pleskot Twist (DOV, 2015)

GONG (DOV, maj 2015)

Scena (GONG) Sprzątanie (DOV, 2015)

Uniwersum (kopuła hali GONG, DOV - 2015)

Transparencja (GONG)

Beton

Blue, red and a little bit of green (DOV, 2015) Witkowice. Remains (DOV, 2015)

Kształty (DOV, 2015) Zawieszenie (DOV, 2015)

Hlubina in color

Hlubina - zaułek

Kolorowa Hlubina (DOV, 2015) Ślad (Hlubina)

Płuca Hlubiny

Ostrawski industrial... live...

 

Obrazki z dzieciństwa. Vendula Knopová (nowa czeska fotografia)

To rodzaj fotografii, który w sensie ideowym  bliski byłby Jerzemu Lewczyńskiemu, tak myślę.

Jego archeologia fotografii to coś, co do pewnego stopnia uprawia Vendula Knopová, choć to przewrotna archeologia, bo w większości przypadków dotyczy to jej własnej fotografii kiedyś wykonanej, zarchiwizowanej, wypełniającej szuflady i kartony domowego archiwum.

Zatem może raczej fotografia intymistyczna(?) bo tak naprawdę Vendula (myślę, że mogę tak już pisać) sięga po zbiory fotograficzne swojej rodziny, rodzeństwa i własne, tworząc na jego kanwie własną opowieść.

Tytułowy Przewodnik po wychowywaniu/ Výchovný tutorial jest dziełem na wskroś współczesnym. To edytowane na nowo zdjęcia, ich „remix” i nowe pozycjonowanie wzbogacone o wiedzę i przeżycia, które przyszły „potem”. To książkowy (bo formę książki ma w istocie) zbiór dziecięcych bons mots, fraz z Twittera i Facebooka. Wreszcie jest połączeniem obrazu i dźwięku, bo to takie 2w1, book i e-book, pocztówka i pocztówka dźwiękowa w jednym… (w jednym egzemplarzu też, by było do kompletu).

Jest prawdą, że Vendula Knopova, większości z tych zdjęć by pewnie w innych (niż projekt artystyczny) nie pokazała. Są bardzo osobiste. Zrobione dla utrwalenia emocji i stanów wewnątrzrodzinnych. Ale może dlatego tchną takim autentyzmem.

Nie wiem natomiast czy to jest dobra fotografia. Nie wiem, czy to jest sztuka fotografii. Bo czy każdy pamiętnik staje się literaturą? Ile w tym schematu (dziennik, pamiętnik, dobór wtórny, czyli r.e-selekcja), a ile kreacji?

Vendula więc może tworzy tym razem raczej dokument niż odwołuje się do fotografii jako formy ekspresji artystycznej, estetyzująco przemyślanej? Tak myślę jest.

Tomáš Pospěch, kurator tej wystawy, też coś wspomina o „dokumencie, jednego czasu i pokolenia”, więc nieco się uspokajam, że nie tylko ja to tak widzę…

To co w tej fotografii lubię, ‚lajkując’ ja w tej części zdecydowanie, to dystans do siebie, do tematu, rodzaj wpisanej w przyjętą perspektywę zapisu fotograficznego ironii.

I rozumienia, że kadr jest formą interakcji i poszukiwaniem właściwego momentu. Pewnie dlatego też Vendula korzystała także z fotografii polaroidowej, w jakimś sensie (dla mnie) idealnej do utrwalania momentów rodzinnej celebry i codzienności i chwili, gdy gasimy kolejne świeczki na urodzinowym torcie albo dokumentujemy postępy młodzieńczego trądziku na policzku niepocieszonego tym brata…

***

Gdzie: Galeria FIDUCIA, Ostrava!!!

Co: Vendula Knopová – Výchovný tutorial

Kiedy: 4.3. -24.3. 2015

Vendula Knopova (po lewej kurator wystawy Tomas Pospech), Ostrawa 2015

Vendula Knopova z Vychovnym tutorialem (Fiducia, 4 marca 2015)

Fragment tutorialu (fragment ekspozycji)

Cała Twoja (moja?) doskonałość. (Taki tytuł), fragment ekspozycji

Wideoinstalacja V. Knopovej (fragment wystawy)

Poruba, śląska Nowa Huta…

Topografia

Wiem, że takie uproszczenia są fatalne, zbyt publicystyczne, ale prawda jest też taka, że Poruba, od 1957 r., dzielnica Ostrawy, leży na terenie Śląska Opawskiego i w tytułowym stwierdzeniu nie ma (w tym jego fragmencie) przesady, czy nadużycia.

Komunistyczne utopie

Jego druga część może budzić nieco większe kontrowersje, ale… tak naprawdę czy mówimy o Porubie, Nowej Hucie, czy Eisenhüttenstadt (dawne NRD), to za każdym razem odnosimy się do tworów architektonicznych o podobnym rodowodzie planistycznym, społecznym, no i może przede wszystkim politycznym.

Powstawały mniej więcej w tym samym czasie. Śląska Poruba (pol. Porębka) w 1951 r., Nowa Huta w 1949, Eisenhüttenstadt niejako na raty, zaczynając od wdzięcznie brzmiącego Stalinstadt w 1950 r. (nie śmiałbym się, że „takie rzeczy to tylko w NRD”, pamiętając o polskiej zmianie nazwy miasta Katowice na Stalinogród w 1953 roku…).

Wszystkie wyrastały z tej samej ideologii i negacji dotychczasowego ładu społecznego (także w sferze symbolicznej, gdy konfiskowano tereny pod ich budowę), choć jak widać analizując architekturę tych trzech miast, posiadały w każdym przypadku swój lokalny koloryt i formy, które (historycznie, kulturowo) preferowały i (do pewnego stopnia) powielały elementy narodowe.

Czesko – śląska Poruba miała być nowym centrum Ostrawy, a w istocie początkiem nowego miasta dla nowego społeczeństwa  zrodzonego na gruzach dawnego porządku społecznego. W warunkach czeskich ładu skrajnie nieokrzepłego, bo wyrastającego z przejęcia władzy przez komunistów w lutym 1948 roku.

Wymienione tu miasta budowano w każdym przypadku tak naprawdę i w pierwszej kolejności na potrzeby zlokalizowanego w ich pobliżu przemysłu ciężkiego. Tego instrumentu przeobrażania społeczności rolniczych i tradycyjnych, w świadome (jak chciała tego propaganda) masy robotnicze – owych strażników i beneficjentów nowego ładu cywilizacyjnego (czy utopii raczej).

Architektura tyleż miała być nowa (choć do bólu tkwiąca w historyzujących i łatwych do zrozumienia formach), co przede wszystkim sankcjonować komunistyczny ład społeczny, zaprowadzony w każdym z tych państw metodą zastraszania, zamachów i pod łaskawym butem sowieckiego protektora.

Patronat polityczny oznaczał przeniesienie na grunt państw satelickich doktryny sztuki i architektury socrealistycznej (wypracowanej w Sowietach po 1934 r.; w Polsce ogłoszonej w Szczecinie na słynnym zjeździe literatów w 1949 roku), która w sferze artystycznej oznaczała zerwanie z jakąkolwiek awangardą (także tą architektoniczną) i przejście na pozycje konserwatywne, tradycyjne.

W praktyce sprowadziło się to do tego, że w architekturze, analogicznie jak w ZSRR, oparto się na formach monumentalnych, klasycyzujących i „renesansowych” (czas i pewne przejawy tego okresu definiowane jako postępowe, znalazły bowiem uznanie w oczach doktrynerów tego nurtu).

Architekturę przeskalowywano stosując porządek kolosalny (zwany też palladiańskim). Jest stałym elementem kształtowania fasad domów np. w Porubie, gdzie kolumny na każdym rogu Głównej Alei rączo wybiegają w górę na całą wysokość elewacji.

Styl ten, w warstwie dekoracyjnej, operuje uwspółcześnioną rzeźbą i dekoracją figuratywną, w której radosne putta (niegdyś renesansowe), zastąpione zostały przez nieco podstarzałe i dostojne dzieci nowego systemu społecznego. Dzieci dojrzalsze, z ducha chłopskie, jednak świadome swoich potrzeb (zawsze małych) i zadań (ogromnych) na rzecz społeczeństwa, które przed nimi są stawiane. Wiele takich scen i obrazów znajdziecie w Porubie również.

Poruba – Nova Ostrava

To miasto jest jak ze snu George’a Haussmanna i Józefa Stalina w jednym.

Szerokie ulice. Główna Aleja to oczywiście niegdysiejsza Aleja Lenina, która prowadzić miała do niezbudowanego nigdy uniwersytetu Stalina, na planach przedstawionego jako budynek wyposażony w piękną niebotyczną iglicę.

Do tego ogromne place i ronda, a wszystko po to, by sprawować w istocie totalitarną kontrolę nad tym idealnym miejscem do życia. Utopia socjalistyczna, o tyle podobna do każdej innej jaką wymyśliła, że nigdy jej nie zrealizowano. Widać to także na planach i szkicach Nowej Ostrawy (Poruby) z początku lat 50.tych i… tego, co z tych planów zrealizowano.

Jak jeździć, to tylko na kole…

Ciekawym spostrzeżeniem jest to, że prawdopodobnie nie zakładano w ogóle rozwoju indywidualnego transportu samochodowego. Dzisiaj, to zielone miasto, jak piszą o nim w przewodniku, jest może zielone i na pewno dobrze przewietrzone (lokalizację Poruby w tym miejscu uzasadniano względami ekologicznymi, właściwą różą wiatrów, która pyły i zanieczyszczenia z Ostrawy, przenosiła w inne kierunki, oszczędzając Porubę i jej szczęśliwych mieszkańców).

Jest więc wietrznie, ale wystarczy udać się na podwórka i dziedzińce wielkich kamienic i bloków zamieszkałych przez setki mieszkańców by zobaczyć, że nie ma żywcem miejsca by móc gdzieś zaparkować… (a dzieci, by pograły w piłkę lub pobawiły się w chowanego). Pozostaje rower i szerokie ulice miasta.

Symboliczna w tym sensie jest grupa rzeźbiarska, która nas wita u wrót Poruby, umieszczona ponad socrealistycznym łukiem tryumfalnym (ulica Na łuku). Zobaczymy tam robotnika prowadzącego rower właśnie i  witającego się ze swoją rodziną. Dzisiaj rowerów w Porubie raczej jak na lekarstwo (każdy chce mieć samochód?), no ale może to taki dzień był, że ich nie widziałem.

Świat pałacu pracy

… napisał o Porubie Martin Strakoš (2005). Może to właściwy trop interpretacyjny?

Poruba skrzy się motywami dekoracyjnymi czerpiącymi z tradycji renesansowej, miejskiej i pałacowej. Sgraffitową dekoracją i tralkami, balustradami wyrastającymi ponad gzymsy budynków.

Cytatów z architektury pałacowej i czeskiej jest wiele. Domy mieszkalne to ogromne lub znaczne pałace miejskie, a ich boniowania nawiązują do architektury północnych miast włoskich XV i XVI wieku. Przypominają o tym właśnie owe boniowania, ozdobne szczyty, portale wejściowe.

Lud robotniczy, wprowadzany już do mieszkań wiosną 1955 roku miał prawo odczuwać (jeśli w ogóle postała mu w głowie myśl taka) sprawiedliwość dziejową, że oto teraz jego udziałem jest awans społeczny i przejście z domów drewnianych, wilgotnych i traktów topiących się w wiecznym błocie, na ulice jasne, nocą oświetlone i do domów, gdzie i woda i gaz, i toaleta.

Tego ostatniego elementu nie można oczywiście tutaj prześmiewczo lekceważyć. Czytając wspomnienia dziecka z tego czasu (Ivo Kaleta, Poruba), widzimy i u niego ten rodzaj zachwytu nad aurą nowego miejsca i innych ludzi tu spotykanych. Onieśmielenie widokiem ulic, przy których nocą latarnie jak lampiony świeciły i świat, także w jego pojęciu, wyglądał jak zaczarowany i nierealny…

Dzisiaj

Poruba od 2003 roku objęta jest ochroną konserwatorską. Czasy zawstydzenia tym, że istnieje „coś takiego”, powoli mijają. Oczywiście fenomen miasta socrealistycznego oswoili najpierw badacze z tak zwanego Zachodu. Miejscowi nie mieli dość wyobraźni i odwagi. Miasto po raz pierwszy odkryto dla świata w latach osiemdziesiątych 20. wieku. Nie dziwi mnie, że wśród zachwyconych Porubą dominowali (wtedy) Francuzi.

Wiele rzeczy ocalało, a przechodniów wciąż straszą przeogromne sklepy, które trudno wypełnić towarami (rodzaj ironii, że powstawały w czasach niedoborów rynkowych).  Inne (pewne za sprawą ówczesnych materiałów budowalanych i ich jakości) popadają w ruinę. Dotyczy to m.in. wyrzutni powietrza ze schronów (musi być ich tutaj wiele), czy nawierzchni chodników, ulic, często w bardzo złym stanie (choć nie pojmuję dlaczego zastępowanych betonowym ersatzem)…

Są też miejsca obłaskawione przez mieszkańców, ceniących sobie inny charakter miejsca, jego lekkie „oderwanie” od rzeczywistości i zakładających w cieniu wysokich kamienic-pałaców przydomowe ogródki skalne…

Na obrębie miasta powstawała w latach 60-tych modernistyczna architektura masowego budownictwa i tam jest równie interesująco…

Poruba, w dole toczy swoje wody Porubka (kąpiel zabroniona), a na iglicy wieży przy ulicy Na łuku nieczytelny symbol tych, co przyszli tutaj za chlebem… i pragnieniem zbudowania nowego świata (który to już raz taka próba?)

[materiał zdjęciowy będzie wkrótce uzupełniony i poszerzony]

 Grupa rzeźbiarska nad łukiem przy ulicy Na łuku (2015)

Detal grupy (rodzina?), Poruba, 2015

Dom przy łuku, Poruba 2015

Poruba, centrum-dawna aleja Lenina (Poruba, 2015)

Poruba. Łuk (przy Głównej Alei)

Poruba, fragment zabudowy (przy placu Głównym)

Dawna Aleja Lenina (obecnie Główna, Poruba 2015)

Upływ czasu... Domy przy dawnej alei Lenina (Poruba, 2015)

Nigdy dość pokoju... (dom, tzw. Wieżyczka; Poruba 2015)

Gzymsy i rynny... (Poruba, 2015) Tralki, balustrady... Poruba w zbliżeniu (2015)Meandry i boniowania (fragment dekoracji bloku mieszkalnego, Poruba, 2015)

Dom 'wieżyczka' (Poruba 2015)

Rzeczy obok, (Poruba lata 60-te, 20 w.)

Fragment elewacji, Fryz z motywami dziecięcymi (Poruba, 2015)

Symbol (zwieńczenie iglicy wieży przy ulicy Na łuku; Poruba, 2015)

ODSUN!!! W teatrze o wysiedleniu Niemców sudeckich

Odsun!!!

„Wysiedlenie” (czes. Odsun!!!) to przedstawienie, które po raz pierwszy w czeskiej dramaturgii próbuje scenicznie uporać się z historią wypędzenia Niemców po 1945 roku. Historią „wewnątrzrodzinną”, bo mówi o losach wysiedlonych stąd Niemców, sąsiadów.

Czeska premiera sztuki miała miejsce 22 stycznia w ostrawskim teatrze im. A. Dvořaka i chyba, wnosząc po ciszy i braku szerszych komentarzy, nie wywołała jakieś znaczącej burzy medialnej i debat historycznych.

Autorzy co prawda licząc się z możliwą reakcją krytyki i środowisk politycznych zaznaczyli w programie sztuki, że jest to wyłącznie pewna wizja artystyczna wydarzeń z 1945 roku, a nie relacja historyczna opisująca „jak było”.

Sztuka o Czechach, bo już Niemców nie ma?

Prawdę mówiąc ten rodzaj ciszy wokół „Wysiedlenia” wcale mnie nie dziwi. Gdyby pokusić się o duży skrót interpretacyjny, to Niemcy w tej sztuce i całej historii nie są do niczego nikomu potrzebni i chwilami jest to raczej dramat o współczesnych Czechach i ich kraju, którym są trochę rozczarowani, a w każdym razie dostrzegają złożoność kapitalistycznej i unijnej rzeczywistości w której żyją. To codzienność, w której starzy ludzie są nikomu niepotrzebni, pracy nie ma dla nikogo, a stosunki międzyludzkie i dialog międzypokoleniowy opiera się na pustosłowiu i półsłówkach. Patrząc na to co dzieje się na scenie, można odnieść wrażenie, że Czechom nie pozostaje nic innego w życiu jak samotność i śliwowica (tej ostatniej też nie ma ochoty nikt pić, bo i zdrowie nie to). Wróćmy do „Wysiedlenia”.

Konstrukcja dramatu

Sztuka składa się z ciągu scen, z których większość ma miejsce w domu, w którym kiedyś żyli Niemcy, dokładnie Niemiec Alois ze swoją rodziną, a teraz mieszkają w nim Czesi. Oś narracji rozpięto między rokiem 1935, a 2013? 2014? Niektóre ze scen przywoływane są za pośrednictwem transmisji  telewizyjnych, będących, jak rozumiem, swoistym dokumentem „z czasów”, gdy w budynku miejscowej rady, zapadały decyzje, dotyczące sąsiadów – Niemców. Relacje z tych posiedzeń są filmowane z ręki, sygnał telewizyjny czasami zanika. Obraz jest czarno-biały.

Dom, raz jeszcze

Ten dom, to centrum (wszech)świata w przedstawieniu. Nie tylko dlatego, że jest swoistym miejscem rozrachunku z przeszłością i niemym świadkiem historii. Ma głębszą symbolikę.

Podobnie jak w Polsce, tak samo w Czechach, dopiero powódź 1997 roku i podjęte w jej wyniku remonty i odbudowy domów na terenach poniemieckich, sprawiły, że ich współcześni własciciele poczuli się po raz pierwszy, tak naprawdę u siebie, jak w domu…

Jesteśmy więc w takim właśnie czesko-niemieckim domu, gdzie straszy przeszłość (i współczesność, choć z innych powodów) i gdzie czasami jego mieszkańcy potykają się o przedmioty rodziny pana Aloisa i radiowe  pokrzykiwania Adolfa H. Wymownym rekwizytem i łącznikiem z przeszłością jest porcelanowa waza na zupę, która tak wtedy, jak i współcześnie towarzyszy mieszkańcom domu w trakcie niedzielnych obiadów. Zupa uśmierza konflikty, waza jest użytecznym rekwizytem dla Pani domu, gdy robi się przy stole gorąco.

„Prawo do posiadania domu, jest prawem człowieka” napisali po latach, w 1993 roku, Czesi Niemcom w jednej ze wsi (Lančov), z  której tych ostatnich wypędzono w 1947 roku. Wydaje się, że mieszkańcy i tego domu dobrze o tym prawie wiedzą, ale z różnych powodów nie chcą o tym mówić wprost i na głos. Zwłaszcza przy jedzeniu…

Co prawda, już wiedzą (wcześniej nie było to takie oczywiste), że domu tego nie stracą, ale nadal nie są pewni, co zrobić z przeszłością, która ich po prostu uwiera, jest bolesna i żywa. Myśli o przeszłości nie należą do miłych, a innych niż radosne, zmęczeni własnym życiem mieszkańcy domu nie chcą wysłuchiwać. Ma być „pohoda”. Pamiętacie co to za emocja i jaka czeska predyspozycja? Jeśli nie, odsyłam do książek Szczygła i mojego blogu.

Dlaczego?

Krążąc, od sceny do sceny, próbujemy ustalić dlaczego wypędzono Niemców i kto tak naprawdę, za to odpowiada.

Interesujące jest to, że przynajmniej na samym początku autorzy scenariusza, a za nimi aktorzy, są niejednoznaczni w swoich zachowaniach.

Próbują pokazać brak przyzwolenia Czechów na stosowanie zbiorowej odpowiedzialność w stosunku do czeskich Niemców za zbrodnie III Rzeszy. Chcą chronić i sprawiedliwie potraktować tych, którzy „choć byli Niemcami” zachowali się właśnie przyzwoicie i dobrze.

Cieszy ta próba pokazania, że istniała społeczna niezgoda na drastyczne rozwiązania stojące za polityką i dekretami Beneša, które miały ostatecznie załatwić sprawę Niemców w Czechach (bo tak o losie Niemców m.in na Morawach pisał w 1945 r. Beneš).

Nasz Niemiec, jest lepszy od obcego

W tym poszukiwaniu sprawiedliwości Czesi bardzo przypominają mi nas, Polaków. Sprawiedliwość, jak się szybko okazuje ma dotknąc „naszych Niemców”, „naszego Aloisa”. Tych innych nie-naszych już niekoniecznie. Tamtych „innych Niemców” nie znamy – mówią czescy bohaterowie sztuki – i ani za nich odpowiadać, ani ich bronić nie zamierzają.

Zachowanie to przypomina mi wzruszenie, które w polskiej literaturze potrafii ogarnąć słuchaczy koncertu Jankiela, boć to „nasz Żyd”, podobnie jak pozwolić bohaterowi filmu Agnieszki Holland „W ciemności” powiedzieć, że to są „jego Żydzi” i ich ratować. Nasi są też (lub mogą być) Ślązacy, jeśli polscy, bo gdy nie, to raczej nie nasi… itd. Obłęd.

Czesi mają w tej sztuce podobnie. Ratowanie Niemców przed deportacją, to jak szukanie wyjątków od reguły, kto nasz, a kto nie. Z góry wiadomo, że prowadzi to do nieszczęść i tak naprawdę nic nie zmienia w stosunku do zbiorowosci. Ten „nasz” Niemiec, też w koncu będzie ofiarą takiej czy innej postawy nienawiści.

Teatralny Alois (to dla ciekawych jego losów), ginie zabity strzałem w głowę (sytuacji takich było więcej i nie stanowiły odosobnionych przypadków w Czechosłowacji w tym czasie) przez jakiegoś czeskiego politruka, dla którego jest tylko Niemcem i nie wiedzieć czemu miałby ocaleć…

Władza, jako siła sprawcza

Gdy na scenie pojawia się pytanie dlaczego (wysiedlono, wygnano Niemców), okazuje się, że stała za nią okrutna i bezwzględna władza. „Z nią nikt nie wygra. Nikt jej sie nie przeciwstawi” – mówią bohaterowie. To ona, jak zauważali już wówczas niektórzy Czesi, groziła im upodobnieniem do nazistów (o czym pięknie  i odważnie pisał w 1945 roku publicysta Ferdinand Peroutká) i w dziele odwetu nie czyniła ich lepszymi od ich niedawnych prześladowców.

To co przykuwa uwagę w sztuce, to ciekawie zarysowany proces odchodzenia tych nielicznych sprawiedliwych, od  uczciwego osądu rzeczywistości, zwłaszcza gdy widzą, że w miarę upływu czasu stanowią mniejszość, która albo podporządkuje się większości albo doświadczy tego samego losu, co prześladowani…

Granice milczenia

Wysiedleniu pojawia się trudne pytanie o granicę, do której złu jesteśmy się w stanie przeciwstawić i tego momentu, od którego dylemat ten przestaje mieć znaczenie…

Współuczestnictwo (nawet milczące) jest udziałem w zbrodni, nieprawości, czy nie jest? Znajomo brzmią te pytania. Podobne, do tych które w Polsce padały przy okazji Jedwabnego, czy takich filmów jak „Pokłosie”. Nie stawianych zbyt często lub w ogóle w przypadku losu Górnoślązaków… po 1945 roku. 

Oczywiste odpowiedzi

Myślę, że było do przewidzenia, że w obrębie nararcji dramatycznej, sztuka będzie poszukiwała winnych w bezpiecznych obszarach życia społecznego. Obwiniać komunistów, bliżej niezdefiniowaną władzę (choć padnie w sztuce pytanie „przecież władza to my, prawda?” ), zwyklych i tanich oportunistów, czy wreszcie żądne krwi i rewanżu społeczeństwo. Czasami przewiną się przez scenę postaci po prostu nikczemne, ale – jak w przypadku tego rodzaju dramaturgii rozrachunkowej – stawianie pod ścianą nas samych, nie jest zbyt wygodne. Nikt tego nie lubi. To jasne.

Pytania

No i pojawia się pytanie ‘po co pamiętać’?

Bo przecież wojna była dawno temu. Bo przecież to już nie ma znaczenia, bo to przeszłość, a my żyjemy przyszłością i po to by wszystko było w miarę przyjemne i ‘v klidu’, jak się tu mawia.

Nie jest jednak przyjemnie w ogóle, choć czasami i sami autorzy sztuki mamią nas przekonaniem, że dla Niemców to kwestia zamknięta i nieistotna. Wprowadzają nawet do sztuki postać dość bezmyślnej Niemki, dla której dawny niemiecki kontekst domu jej chłopaka, a później męża, nie ma znaczenia.

W Czechach jest bardzo wiele osób, których nazwiska sugerowały ich długoletni proces asymilacji i przyjścia do świata języka i kultury czeskiej z domeny niemieckojęzycznej. Żydów, Niemców, Austriaków… Weźcie po prostu książkę telefoniczną do ręki, a przekonacie się o czym piszę.

Dla niektorych, ich inność, niemieckość w tej liczbie, to sprawa zamknięta. W latach 1945-1947 zostali narodowościowo zweryfikowani, a potem musieli tylko potwierdzać swoją „czeskość”.

Niektórym jednak jakimś dziwacznym zrządzeniem losu udało się zachować ich tożsamość i po 1989 roku się ujawnili i dzisiaj tworzą, także tutaj w Opawie związki Niemców w Czechach.

Tych ostatnich pytałem o ich stosunek do tego typu literatury rozrachunkowej.

Słysząc i wiedząc o treści przedstawienia, powiedzieli, że nadal nie mają siły, by się z tamtą historią zmierzyć, bo jest zbyt bolesna. Bo każdy człowiek ma prawo do swojego domu, bo to ludzkie prawo, jak już wiedzą miejscowi… A im prawo to odebrano…

Dobrze, że „Wysiedlenie” powstało

Pisząc o tym przedstawieniu z uznaniem należy podkreślić, że do takiej próby rozrachunkowej i podjęcia tematu wypędzenia Niemców doszło.

Należy docenić uczciwą próbę  pokazania społeczności niemieckiej w Czechosłowacji, jako tej którą polityka czechizacji przed 1938 rokiem, przesuwała na margines życia społecznego, pchając ku bezrobociu, frustracji i w stronę mitycznego wodza narodu zasiadającego w Berlinie… To nieco poszerza kontekst pewnych, nieobecnych scenicznie wyborów, przed jakimi Niemcy w Czecho-Słowacji stanęli opowiadając się za III Rzeszą.

Myślę, że inscenizacja ta powinna być w tej czy innej formie pokazana w Polsce, na Górnym Śląsku może w szczególności. Także po to, by zobaczyć jak  tamta rzeczywistość sąsiedzka się naprawdę kształtowała (choć sztuka tę sferę drastycznie spłaszcza) i jak okrutnie przebiegało wypędzenie Niemców (i ile było na nią społecznego przyzwolenia).

Gdy nie ma już sąsiadów

Nawet jeśli te aspekty dramatu nas rozczarują, nadal jest to – jak napisałem na wstępie – ciekawy obraz Czechów jakimi są dzisiaj w roku 2015, gdy ich sąsiadów – Niemców już nie ma, a życie przynosi inne problemy, które muszą sami rozwiązywać. Nowych sąsiadów już nie będzie. Są sami z… sobą.

***

Dramat ODSUN!!! Show must go on, (I. Buraj, M. Pivovar, D. Radová), Národni Divadlo Moravskosleyské, premiera 22 stycznia 2015 r.

Plakat

To tylko Preview. Galeria FIDUCIA. Odsłona 133

Na wystawę poszedłem z pewnymi oczekiwaniami. Znałem już niektóre cykle Libuše Jarcovjákovej, szczególnie te –  co osób znających mnie nie powinno specjalnie dziwić –  berlińskie i tokijskie.

Tym razem –  jak podkreśliła kuratorka wystawy Lucie L. Fišerova, Libuše Jarcovjákova, artystka z definicji pozycjonująca się off–streamowo w stosunku do tego co wokół, potraktowała i temat, i osoby z nim związane, jeszcze bardziej osobiście.

W ogóle Jarcovjáková jest takim intuicyjnym outsiderem w czeskiej fotografii. Przez kolejne lata oznaczało to raczej marginalizację niż pełne docenienie. Trochę niecodzienne jest w tym to – choć to paralela odległa i pokrętna ktoś powie – że jak w art brut (a może w sztuce intuicyjnej, by nikt nie posądzał mnie o tak jednoznaczne zaszufladkowanie twórczości Jarcovjákovej) tak i tutaj, a w jej fotografii w ogóle – emocja, błąd (często świadomy,  będący nie-błędem, a polemiką z konwencją), jest tak ważnym składnikiem estetyki jej zdjęć.

Lubię taką fotografię od czasu do czasu, nie tylko dlatego, że dla podobnych błędów mam tolerancję (skąd brałbym odwagę i siłę na publikowanie własnych zdjęć!?), ale przede wszystkim z tego powodu, że w ten prosty sposób Libuše Jarcovjáková, zdradza nam własny stosunek do natury świata, przypominając nam, jak w istocie ułomną i niedoskonałą jest owa rzeczywistość. I chyba (zaryzykuję taką tezę) jest bardziej zainteresowana artystycznym przetwarzaniem emocji jakie ów świat niesie, niż tworzeniem idealnych (także technicznie) obrazów tej rzeczywistości.

„To nie jest kobieca fotografia. Nie jest sentymentalna!”, zarzekała się nie Libuše Jarcovjáková, a kuratorka wystawy Lucie L. Fišerova. Jeśli zgodzić się z poglądem, że Libuša Jarcovjáková nie jest – w sposób łatwy i banalny uczuciowa – (n.b. czy to jest wyznacznik kobiecej twórczości?!?), to na pewno jej fotografia jest rodzajem wrażliwości powiązanej z potrzebą osobistego opisania interesującego ją wycinka rzeczywistości.  I dla jednych będzie to najlepsza droga do zrozumienia tego, co składa się na treść jej kadru, dla innych dostrzeżenie światów, których w ogóle wcześniej nie zauważali… To teza otwarta i do weryfikacji. Czekam na opinię samej Libuše Jarcovjákovej… Wiem, że będzie okazja.

To, co pokazuje w Ostrawie, jest początkiem nowego cyklu, który dopiero został podjęty i w wielu punktach pozostaje styczny z kilkoma tezami zaprezentowanymi powyżej.

Cykl Demiurgowie: Wstępna prezentacja/ Demiurgové: Preview, to zdjęcia wykonane w pracowaniach, mieszkaniach dwóch artystów, ludzi związanych z praską bohemą artystyczną Františka i Jany C.

Zdjęcia są bardzo intymistyczne (zawsze lubiłem ten nurt w malarstwie początku XX wieku, więc jakby spotykam tutaj dawno niewidzianego przyjaciela), choć dość radykalnie wkraczają w(e) (wszech) świat(y) tych osób. Światy, przedmiotów ambiwalentnie balansujących na granicy definicji zabytku, starej rzeczy i zwykłego śmiecia. W świecie tym  Libuše Jarcovjáková, a właściwie jej aparat, świetnie się odnajduje.  Jest zarówno lustrem dla zdarzeń, jak i zapewne po prostu bywa jednym z przedmiotów, mającym tam jakiś sens, choć zdarza się, że jest on niewiele większy od tego, jakim cieszą się sterty garnków i innych przedmiotów, między którymi krąży.

Co ciekawe i co sama podkreśla, lubi i ceni osoby, będące podmiotem jej fotograficznej dociekliwości i obserwacji. Zna ich historie i opowiadania, emocje. Coś odwrotnego do postawy Adama Lacha, gdy na festiwalu fotograficznym w 2014 roku w Rybniku opowiadał o potrzebie dystansowania się i nie angażowania. W tym cyklu światy stwarzane są pospołu przez demiurgów, których fotografuje lub są dziełem jej samej, gdy pozwalają jej po prostu być obok, grając przed nią lub ją lekceważąc…

W innym fragmencie swojej wystawy Libuše Jarcovjáková zachowuje się także, niech mi to wybaczy, jak encyklopedyczny nestor/klasyk(?) gatunku. Muzealnieje. Szuka wartości trwałych. Znaków uniwersalnych. Te znaki to jej martwe natury, które kuratorka Lucie L. Fišerova, ładnie porównuje do obrazów małych mistrzów holenderskich.

Porównanie zgrabne, ale nie wiem, co o takim widzeniu obrazów z Ostrawy  i tych z Niderlandów, powiedziałby Herbert. Umieszczone w specjalnych glass boxach, martwe natury Libuše Jarcovjákovej  posiadają głębię, kolor i namiastkę trzeciego wymiaru (lub czwartego, jeśli sztuka jest metodą opisującą rzeczywistość na swój, odrębny sposób). Ten rodzaj weryzmu i dosłowności, mieści się we wspomnianym na początku tego eseju jej (Libušy Jarcovjákovej) niedoskonałym opisywaniu świata i pokazywanie tego (poza łagodzeniem relacji i przestrzeni na obrazie), jakim jest naprawdę… (chyba).

Takimi myślę były, pozornie oczywiste i współcześnie niedoceniane obrazy Steena, Wouwermann, Cuypa gdy sprzedawano je na targach jak „obrazki z ulicy” znajdującej się niemal dosłownie za plecami kupującego. W tym sensie są one, te Libušove, gdzieś z tamtymi powiązane.

Demiurgowie… Twórcy światów ich własnych i osobistych.

A między nimi, z nimi lub obok Libuša Jarcovjáková. I pewnie dlatego wszystko na tej wystawie jest na swoim miejscu, co może (i stąd mój ukłon w stronę kuratorki wystawy) czynić ją interesującą. Jej nie-ład jest prawdziwy. Przemieszane techniki, odbitki barwne egzystujące obok czarno-białych. Kreacja Libušy Jarcovjákovej oparta na światach Frantiska i Jany. Co będzie dalej? Może zobaczymy. To tylko Preview

***

Wystawa Demiurgové: Preview (numer 133) potrwa do 24 lutego 2015 roku.

Katalogu nie ma (jak zawsze). Można robić zdjęcia.

Widziane na wystawie postaci czeskiej fotografii: Jindřich Štreit, Dušan Tománek (goszczony kilka tygodni temu w Galerii FIDUCIA z własną wystawą).

Warto zobaczyć.

Wystawa

Janá i... Libuše Jarcovjáková, (Galeria FIDUCIA, 2015)

Czeska fotografia - Jindřich ŠtreitStreit(l.) i Libuše Jarcovjáková (r.) (Galeria FIDUCIA, 2015)

Libuše Jarcovjáková i Dušan Tománek (r.), (Galeria FIDUCIA, 2015)

L&L. Libuše Jarcovjáková  (l.) i Lucia L. Fišerová, (Galeria Fiducia, 2015) 

Wystawa, Demiurgove: Preview (dokumentacja) 

Glass boxy (fragment wystawy w Galerii FIDUCIA, Ostrava 2015)

Martwa natura, (fragm. instalacji fotograficznej), Libuše Jarcovjáková (fot. L. Jodliński) Martwa natura na jednym z glass boxów,  Libuše Jarcovjáková. Fragment ekspozycji, Galeria FIDUCIA, 2015

Jana C. Fot. Libuše Jarcovjáková (zdjęcie z wystawy w Galerii FIDUCIA, 2015 L. Jodliński

Bez tytułu; z serii zdjęć o Frantisku. Fot. Libuše Jarcovjáková  (rep. L. Jodliński)

Demiurgove: Preview. Libuše Jarcovjáková. Fragment ekspozycji, Galeria FIDUCIA, Ostrava 2015 Frantisek, fot. Libuše Jarcovjáková (fragment wystawy w Galerii FIDUCIA, Ostrava 2015)

Supplement. Twarze FIDUCII: Dušan Tománek. Zbliżenia (2)

Na marginesie wystawy "Demiurgove..." Dušan Tománek - zbliżenie (1). Fot. L. Jodliński

Na marginesie wystawy "Demiurgove..." Dušan Tománek, zbliżenie (2). Fot/ Leszek Jodliński

Ostrava jak Bejrut

Ostravo, Ostravo srdce rudé (J. Nohavica)

Ostrawa jak „Bejrut”. Nie wiem dlaczego, jak Bejrut właśnie…

Może dlatego, że z dzieciństwa wracają obrazy tego miasta masakrowanego nalotami i bombardowanego artylerią. Pokrytego kurzem z pustyni, który znam z Tunezji i bezdroży Indii. Drobny i do roztarcia między palcami. W kolorze ochry.  Pył podobny do brunatnego kurzu, jaki przez lata gromadzi się w pobliżu hut i kominów. Znam go z okolic Huty 1 Maja, wcześniej Gliwice, a jeszcze wcześniej… jakie to ma znaczenie?

Wczoraj zaczęło się od spotkania ze słoniem, któremu zabrano twarz. W miejscu wybitej dziury wyziera, napisana na odległym murze reklama salonu piękności… ‚Studio krasy’. Właściciel powinien zarabiać miliony, tyle w tym miejscu brzydoty…

W mojej podróży do teatru ( o tym specjalny wpis, bo sztuka „Wysiedlenie!!!” (czes. Odsun !!!) to coś dla Ślązaków), mijam dwa światy.

Za plecami pozostaje socrealistyczna fasada teatru im. A. Dvoraka.

Przede mną domy z zamurowanymi oknami, opuszczone, pobite – mój „Bejrut”, którego nie widziałem, a tutaj znalazłem…

 

Cykl Bejrut. Słoń

Cykl Bejrut. Light (B&W) Cykl Bejrut. Traffic (B&W)

Cykl Bejrut. Naroże/ Corner. (B&W)

Cykl Bejrut. Divadlo

Cykl Bejrut. Light (2)

Cykl Bejrut. Traffic (2)  Cykl Bejrut. Pustka (i dwie osoby w oddali)

Cykl Bejrut. Naroże / Corner