Zamek

„Słońce przybrane w płaszcz rdzawy

Wschodzi nad rosą, co tamten krzyk kryje.

Skończmy tę wartę i za moja radą

Podzielmy się tym, co tu widzieliśmy”

Hamlet, Shakespeare

Wstępujące mgły o poranku.

Las Birnam?

Zamek Elsynor?

Taki literacki filtr.  Dokuczliwy i namolny.

Pożyteczny uszlachetniacz obrazów oczywistych.

Zamek w Starej Lubowli o poranku… Po prostu.

 Zamek / Castle (Stara Lubowla, Słowacja)

Zamek / Castle (Hamlet is gone) (Stara Lubowla, Słowacja)

Las / Forest  (B&W version)

Las / Forest  (alternative version)

Podróż (8). Podoliniec

Droga do Kieżmarku. Po drodze spiski Podoliniec. Miasto, które przez wieki znajdowało się w granicach Polski, posiadało ścisłe związki z Krakowem. Dzisiaj jest nic nie znaczącym przystankiem w drodze na południe, do Popradu, Koszyc…

Po 1945 roku wywieziono stąd Niemców, Węgrzy mieli opuścić miasteczko dobrowolnie. Puste miasto, jak kiedyś krakowski Kazimierz zasiedlono „niepewnym społecznie elementem”.  Podoliniec zyskał więc zupełnie nową społeczność, niezwiązaną z miejscem i tradycją, nielubianych tutaj Romów. Żyją w przyciasnych domkach, piorą na ulicach, obłaskawiają obce im wciąż miasto, z zainteresowaniem obserwując każdego, kto (gdy obcy) pojawi się w okolicy. Gdy docieram do  muru dawnego kolegium i zastaję zamkniete drzwi ogrodzenia, jak z ziemi wyrasta stara kobieta. Romka, oferuje mi  za pieniądze doprowadzenie do bramy dawnego gimnazjum. Idę dalej i tuż za rogiem znajduję uchylony drzwi. Po drodze omijam dzieci grające w piłkę, rytmicznie odbijajace ją od ścian domków,  w których mieszkają. Kobiety piorą, pranie na rozwieszajac  wieszakach rozstawionych na rozpalonych słońcem uliczkach starego miasta. Mężczyzn nie ma. To znaczy są, kilka kroków dalej i już coś piją, skryci pod pstrokatymi parasolami jednej z dwóch tutejszych kawiarni.

Podoliniec paradoksalnie wygląda lepiej niż jeszcze 15., 20. lat temu, gdy tu byłem po raz pierwszy. Ale tu tylko pozór. Niskie, przycupnięte fasady kamienic przy rynku leżącym wprost na trakcie (a dzisiaj wyasfaltowanej drodze , która go przecina) wiodącym do Kieżmarku, pokryto warstwami styropianu, syntetycznych tynków, rynek w wielu miejscach pokryła betonowa kostka. Na szczęście i w poszukiwaniu autentyzmu miejsca, znaleźć można tych kilka  fasad, które przy kolejnej wizycie zmienią się nie do poznania, niestety. Przy jednym z takich domów dostrzegam głośniki miejskiego radiowęzła. Nagle czuję się jak w Czechach. I wiem, że w pierwszą środę miesiąca wydrą się sygnałem alarmowym, a potem  popłynie z nich powolne odliczanie, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku i że system działa. Takie mimowolne przypomnienie dawnego porządku miejscowego świata.

Zbliżanie się do Podolińca sprawia mimo to radość dla oczu. Pejzaż miasteczka upstrzony jest nietypowo licznie zgrupowanymi wieżami kościołów (w Podolińcu znajdowało się kolegium pijarskie, którego absolwentem był między innymi Stanisław Konarski), ratusza, dzwonnicy i szczytami baszt murów obronnych. Nieważne, że po zbliżeniu się do nich okazuje się, że tu i ówdzie wciśnięto między nie pawilony handlowe, żywcem przeniesione z głębokiego komunizmu. Są tak anachroniczne i tak brzydkie, że nawet obecni i tutaj Chińczycy, ambasadorowie zreformowanej komuny, nie chcą w nich handlować.

Robię kilka zdjęć, nagabywany przez kolejnych mieszkańców o to czy tamto (chyba nikt się tutaj nie zatrzymuje, więc każdy obcy to jakaś okazja do zarobienia). Jadę dalej. W oddali Tatry. Odległe i piękne.

Rynek w Podolińcu

Milcząca (dzwonnica) (Podoliniec)

Ukrzyżowanie (relief na ścianie kościoła NMP w Podolińcu)

Stare i nowe (Podoliniec) Przed zmianą (Podoliniec)

Wieże kolegium (Podoliniec) Kolegium

Romskie zaufki. W tle dawne gimnazjum pijarów (Podoliniec)  Niebiesko-białe (Podoliniec)

Tatry (okolice Podolińca)

Podróż (6). Niebiańskie niebo nad Kieżmarkiem

Rys historii

Jest rok 1681, a Kežmarok (pol. Kieżmark), od wieków znajduje się w rękach szlachty węgierskiej i ma status wolnego miasta królewskiego. Pobliskie tereny, jak i sam Kieżmark podnosi się po zniszczeniach i zamieszkach powstania kuruców. W mieście nie ma nadal żadnej świątyni ewangelickiej, a kraj przechodzi intensywną rekatolizację. Nastroje w mieście są w tym czasie więcej niż gwałtowne.

W odległym Sopronie, sejm Królestwa Węgier uchwala kodeks tolerancyjny, którego artykuły 25. i 26. nadadzą luterańskim poddanym Cesarstwa Habsburgów, prawo do zakładania i budowy świątyń. Zasady ich wznoszenia, przypominają te odnoszące się do kościołów pokoju, które na Dolnym  Śląsku, w następstwie pokoju westfalskiego z 1648 roku (kończącego wojnę trzydziestoletnią), zezwolił budować cesarz Ferdynand III Habsburg (do dzisiaj przetrwały dwa w Jaworze i w Świdnicy, trzeci w Głogowie spłonął).

Zasady wznoszenia kościołów artykulacyjnych były bardzo jasne. Oto w każdym komitacie (województwie) mogły powstać tylko dwa takie kościoły. Świątynie musiały być budowane poza granicami osad (stało się tak oczywiście w Kieżmarku), a do ich budowy nie można było używać ani kamienia, ani żelaza. Wolno było budować je z drewna i innych nietrwałych materiałów. Kościoły nie mogły posiadać wieży ani dzwonów, zaś wejście musiało znajdować się po przeciwnej stronie niż osada. W przeciwieństwie do świątyń pokoju, nie musiały zostać wybudowane w ciągu jednego roku. Mimo to powstawały, jak uczy historia kościoła w Kieżmarku, w nieprawdopodobnie krótkim czasie.

Kościół Świętej Trójcy. 

Pierwszy, prowizoryczny kościół ewangelicki zbudowano w Kieżmarky w 1687 roku. Ten który się zachował do dzisiaj, kościół św. Trójcy, wzniesiono w 1717 roku w ciągu zaledwie 3 (sic!) miesięcy, a przestrzennym wzorem dla świątyni, był rzut amsterdamskiego Noordekerk. Piękna świątynia (ta w Amsterdamie), ale zupełnie inna skala (ta uzyskana w Kieżmarku).

Głównym budowniczym kościoła mogącego pomieścić 1 500 wiernych był Juraj Müttermann z pobliskiego Popradu. Parter świątyni i sześć empor uzyskały imponującą inżyniersko konstrukcję wspartą na czterech słupach. Świątynię, co dosyć nietypowe otynkowano. Wbito w jej ściany 3 500 kołków, które podtrzymują strukturę tynku, nadając  pozór budynku murowanego i lepiej zabezpieczając całą konstrukcję.

Dekorację malarską, posiadającą wyraźne cechy malarstwa ludowego, lokalnego, wykonał Gottlieb Kramer z Lewoczy. Tą lokalność dostrzegłem w scenie będącej ilustracją do słów z Ewangelii wg św. Jana. Widać ją w ubiorze Samartanki, a może bardziej mieszkanki Spisza(?) i Kieżmarku właśnie.  Dotrzec można w pejzażu, który za nią i niewiele ma on wspólnego z wizerunkami obiecanej Judei.

Wykreowany przez Kramera obraz nieba, postaci ewangelistów, sceny biblijne i dekoracja florystyczna pokrywa wnętrze kościoła. Stworzona przez niego przestrzeń zachwyca i przenosi nas do świata idealnego i odrealnionego…

Niebo nad Kieżmarkiem

Niebo na Kiezmarkiem tego dnia było piękne, kusiło błekitem i chłodem, choć wokół panował gorąc. Mimo to wywiozłem ze sobą wspomnienie tego odnalezionego w dawnym kościele ewangelickim, które jak trzysta lat wcześniej, wciąż jest wyjątkowe… Trudno oderwać od niego oczy. I jeszcze trudniej powrócić na ziemię…

Społeczność wiernych kościoła ewangelicko-augsburskiego jest dzisiaj nieliczna. W niedzielnym nabożeństwie (kościół oddano im w użytkowanie  w 1991 roku, przeprowadzając w tym czasie gruntowny remont), uczestniczy niewiele ponad sto osób. Jak powiedziała mi niezwykle miła  opiekunka świątyni, jedynie w czasie Wielkanocy, wiernych jest czterokrotnie więcej i kościół sprawia wrażenie pełnego (na parterze).

Słowa psalmów, te wypisane na ścianach i wymodlone, unoszą się ku niebu. Temu pokrywającemu deski świątyni i temu w sercach wiernych. Dźwięki muzyki płynącej z organów, zaprojektowanych przez Wawrzyńca Czajkowskiego z Lewoczy dodają im mocy i wiary. Nikną między obłokami świątynnego nieboskłonu.

Nota bene, obraz Lewoczy w Kieżmarku powraca wciąż i od nowa. Wystarczy wejść do miejscowej bazyliki pw. Świętego Krzyża. W ołtarzu głównym w miejscowej świątyni, autorstwa Pawła z Lewoczy, zobaczymy rzeźbiarskie reminiscencje jego prac z kościoła św. Jakuba z Lewoczy właśnie. Obie świątynie w jakimś sensie oddychają tak samo. Mają podobną grę światła, rytm rzeźb, artykulację architektury…

Ponad nami niebo nad Kieżmarkiem…

Błękitne i zasłuchane w muzykę płynącą z kościoła św. Trójcy, gdy przyjdzie czas niedzielnego nabożeństwa…

***

Kościoły artykularne, będące grupą świątyń wzniesioną na terenie ówczesnych Węgier, były cokolwiek spóźnioną reakcją cesarza Leopolda I na tzw. powstanie kuruców z 1672 roku, którymi dowodził książę Emeryk Thököly (jego kaplica grobowa znajduje się w tzw. nowym kościele ewangelickim w Kieżmarku). Dzisiaj na Słowacji, na terenach dawnej Korony Węgierskiej, ocalało pięć takich świątyń. Trzy z nich trafiły (podobnie jak oba kościoły pokoju na terenie Dolnego Śląska), na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Powstanie kuruców miało swój skromny epizod polski.

Oto po bitwie wiedeńskiej 1683 roku, książę Thököly walczył z wojskami Jana III Sobieskiego, po tym jak król Polski, odrzucił proponowaną mu przez księcia koronę węgierską dla syna Jakuba.

W roku 1683 książę przyjął zwierzchnictwo Turcji, z którą sprzymierzył się przeciwko Cesarstwu Habsburgów. Państwo, nad którym w praktyce sprawował kontrolę książę Emeryk Thököly (Imre Thököly), obejmowało szereg miast. Jego stolicą ustanowił Koszyce. W roku 1685, w wyniku podstępu Turcy aresztowali księcia, co spowodowało przejście na stronę cesarską 17 000 kuruców. Powstanie i państwo stworzone przez księcia upadło.

Niebo nad Kieżmarkiem (deskowe przekrycie kościoła Świętej Trójcy)

Niebo (3) (wnętrze kościoła Świetej Trójcy, Kieżmark)

Niebo (wnętrze kościoła Świętej Trócy, Kieżmark, stan 2015)

Niedziela (ławka z kościoła Świętej Trójcy; Kieżmark, 2015) Generisch J. is noch da / Pan Generisch wciąż tu jest  (fragment ławki z wnętrza kościoła Świętej Trójcy, Kieżmark)

Chrystus z kościoła Świętej Trójcy (2015, fot. L. Jodliński)

Kobieta ze Spiszu? (a moze jednak Samarii?) (Jan. 4, 14)

Trwanie Archanioła (fragment wnętrza bazyliki pw. św. Krzyża; Kieżmark, 2015)

Niebo nad Kieżmarkiem (fragment otoczenia bazyliki z renesansową dzwonnicą, stan 2015) Niebo nad Kieżmarkiem - przedmieścia

Podróż (3). Anioł z Bardejowa

Podróż do Bardejowa. Deszcz narasta. Mimo to podróż ma w sobie coś z pikniku. Droga od Muszynki prowadzi krętymi drogami przez górskie przewyższenie, by potem ponieść w dół przez Przełęcz Tylicką w stronę Słowacji i mojego, tego dnia, Bardejowa.

Wcześniej mijam jedną z dziesiątek łemkowskich (kiedyś) cerkwi. Ta w Muszynce jest pod wezwaniem św. Jana Apostoła. Podobne do siebie. Cerkiew w Muszynce do tej w Tyliczu, ta do kolejnej widzianej wcześniej. Znaki nieobecności Łemków. No, poza Nikiforem w Krynicy. Obłaskawiony siedzi zastygły w spiżu na swoim(?), nieswoim murku i pewnie dziwi się, że nie tylko nikt nie kupuje jego obrazów, ale też „za frajer” robi sobie z nim selfie. Gdy patrzę na niego wspominam film Krzysztofa Krauzego i wiem, że tam (Nikifora w „Moim Nikiforze”) odnajdę.

Słowacja, granica. Kilka kilometrów i jest Bardejów.

Może dlatego ta atmosfera pikniku, bo pomimo pogody (powtarzam sobie, że mogłoby być gorzej), powraca, nieostro i trochę bezsmakowo, pobyt tutaj sprzed ponad dwudziestu lat. Miasto było inne, dogorywała Czecho-Słowacja, jednak wspomnienie miejscowego rynku, zabudowy wokół i bazyliki pod wezwaniem św. Idziego wryło się w pamięć. W dziwny sposób, a może z powodu braku czasu nie zapamiętałem, w pośpiechu dokonując wówczas objazdu po Kieżmakrku, Starej Lubowli i Lewoczy, że to średniowieczne miasto obsiadły makabrycznej urody osiedla z płyty, nazywane wtedy i wówczas pieszczotliwie, a może sarkastycznie panelakami. Są i wciąż stoją tu dzisiaj. Gdyby nie tamten kupiecki, królewski Bardejów, widok pudełek z betonowych płyt byłyby powodem do natychmiastowego opuszczenia tego postkomunistycznego, architektonicznego śmietnika.

Bardejów o wczesnym poranku to niemal kulisy wymarłego, kiedyś późnośredniowiecznego miasta. W istocie część zabudowy pochodzi z XVI i XVII wieku, ale nad przestrzenią ogromnego Rynku i tego co dzieje się w obrębie zachowanych murów średniowiecznych, dominuje bazylika mniejsza św. Idziego (z jednym z najlepszych zespołu nastaw ołtarzowych z przełomu XV i pocz. XV wieku) i nieco surrealistycznie wyrastający z podłogi rynku, prostopadłościan ratusza z początku XV wieku, nakryty równie potężnym dachem dwuspadowym.

Autentyzm tamtego Bardejowa? Tak jednak myślę przez chwilę i wrażenie takie jest ze mną tylko na pierwszy rzut oka. Z każdą kolejną minutą i godziną spędzoną w obrębie rynku nasila się moje odczucie lekkiego naciągania mnie na to, że to co oglądam, nie do końca jest tym co widzę.

Fasady z wyjątkiem kamienic mieszczących tutejsze muzea (czynne już od 10. rano) jakoś dziwnie rażą współczesną stolarką i bramami. Tynk też jakiś nie taki. To może dobrze, że miasto żyje i nie zamienia się w skansen, ale poziom „uwspółcześnienia” architektury kamienic okalających rynek mnie smuci. Właściwie dziwię się, jak miejsce takie (pomijając bazylikę i ratusz) może nadal tkwić na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Spacer po okolicznych uliczkach w poszukiwaniu kilku euro na gorącą kawę, uświadamia mi, że moje podejrzenia i to co widzą oczy, nie jest wymysłem, lecz smutną prawdą. Pod kilofem padają kolejne domy. W to miejsce powstają zabudowywania „na kształt i w manierze”, tego co było. Bloczki Ytongu odbierają nadzieję na spotkanie z historią.

Wpadam na ulicę Klastorską (Klasztorną), na końcu której widnieje gotycki kościół św. Jana Chrzciciela i trafiam na kolejne takie rekonstrukcje. Kilka fasad pozostało. Pośród kilku zachowanych, uderza mnie strzelista (ma przy całej powściągliwości porównania cechy fasady synagogi Izaaka z krakowskiego Kazimierza) synagoga (jednej z dwóch w mieście) miejscowej gminy żydowskiej. Powstała w 1929 roku, posiada (musze wierzyć tablicy na murze) oryginalne wyposażenie ruchome. Jest niestety za wcześnie by dzwonić po klucznika miejsca. Mimo to odczuwam wyjątkowy rodzaj emocji, gdy przez brudną i zakurzoną szybę drzwi od korytarza prowadzącego do synagogi, dostrzegam ten tłum postaci z archiwalnych zdjęć powieszonych na ścianach. W 1940 roku w Bardejowie, także ze względu na bliskość społeczności Żydów chasydzkich z dawnej Galicji, było ich 2441. Dzisiaj nie ma nikogo. I jest ta synagoga, najlepiej zachowana na Słowacji. To po bazylice św. Idziego, co najmniej drugi powód, by się tutaj zatrzymać na tych kilka godzin.

Odbijam się od drzwi bazyliki. Niestety, dzisiaj jej nie zobaczę. Muszą i wystarczą wspomnienia.

Miasto ma wciąż (pamiętam to także z austriackiej Opawy) swój galicyjski, cesarsko-królewski wyraz i klimat. Wąskie, ostatnie z autentycznych uliczki starego miasta.

W barze Parada  (o tej porze niewiele z nich jest otwartych) trafiam na tort Sachera i niemal wiedeński strudel… Niełatwy wybór. Małe expresso do tego… i pejzaż i miasto łagodnieje. Na kamiennej posadzce ktoś rozrzucił monety. Pochylam się (pewnie jak każdy, kto trafił tutaj po raz pierwszy) i nagle okazuje się, że każda z monet jest zatopiona w kamieniu,  w murarskiej zaprawie. „Chcemy, by goście do nas powracali” – słyszę. „Monety niech wydadzą na drogę do nas, skądkolwiek do nas przybędą”.

Żegna mnie oblicze bardejowskiego anioła. Przeglądam się w nim i odchodzę.

Bardejów (Bardejov, rynek) Widok na... (rynek, Bardejów)

Okna i wieloboki (fragment elewacji ratusza), Bardejów

Bazylika i ratusz (Bardejów) św. Idzi w amerykanskim planie (Bardejów, Słowacja)

Synagoga (Bardejów)

Ludzie, których nie ma (synagoga, Bardejov, Słowacja)

Modlitwa (cerkiew, Bardejów, 2015) Moneta

Dom, co został (Bardejów)

Anioł z Bardejowa