Już jest (2)

Tym razem trwało to dłużej.

Gdy wróciłem z oblepionej śniegiem A4 już była. Czekała.

Pachnąca (wciąż) intensywnie farbą drukarską, grafika Rudolfa Riedla.

Aktualna, poszukująca w związku z czasem Bożego Narodzenia pewnej syntezy tego, co wokół.

Tego co boli, niepokoi, zachwyca. Co widzi artysta i objawia nam ślepcom.

Myśli tych jest w sam raz tyle, by wziąć ich garść na spotkanie z Trzema Królami.

Jadąc dzisiaj autostradą A4, mijając miejsca, gdzie jeszcze chwilę temu dmuchane mikołaje wyznaczały efemeryczne zagajniki z choinkami, napawałem się promieniami wschodzącego słońca. Najpierw jego tarczą czerwoną, a potem promieniami zalewającymi wnętrze samochodu, wypełniających powierzchnię lusterek, ślizgającego się po faldach ubrania.

Wierzyłem (od czego rok pobytu w czasoprzestrzeni mitów japońskich?), że  wróżą one  (jak niegdyś na plaży w tokijskiej Daibie) rok szczęśliwy i wolny od nieszczęść…

Rozkładam linoryt z uważnością obdarowanego. Wygładzam powierzchnię.

Wpatruje się w twarze ludzi bez ziemi.

Boże Narodzenie 2016. Grafika Rudolfa Riedla (repr. L. Jodliński)

Znalezione w kieszeni. Barany, autsaiderzy i Rydet

Wyciągam je z kieszeni, zakamarków. Z toreb, z którymi podróżuje.

Bilety, paragony, programy. Wydruki z miejsc odwiedzanych. Celulozowe formy utrwalania pamięci, mojej oczywiście. Fiskus wziął już co jego. Zapomniał o wydatku i podatku VAT. Ja, zanim się ich definitywnie pozbędę jeszcze raz do nich powrócę…

Bilety do kina

Odnajduję ulotki i bilety z ostatnio widzianych filmów.

Dwóch – hiszpańskiego „Stare grzechy mają długie cienie” (reż. Alberto Rodriguez) i islandzkiego „Barany” (reż. Grimur Hákonarson). Dwie różne perspektywy, dwa światy, choć każdy z nich nieprawdopodobnie prawdziwy.

Pomimo bardziej mrocznego charakteru (scenariuszowo, bo tak naprawdę, kolejne ‘godziny’ spędzamy na gorącym, wypalonym słońcem południu Hiszpanii), do filmu Alberto Rodrigueza kiedyś powrócę.

Jest rok 1980 i unoszący się jeszcze w powietrzu zaduch po rządach Franco. Zamordyzm, terror odłożony w murach i charakterach ludzi. Hiszpański rozkrok między tym co było, a co przychodzi i jest nowe, choć tak naprawdę niewiele się zmienia. Film ma w sobie coś fascynującego i nie dlatego także, że jest też sprawozdaniem ze śledztwa. Byłby dobrym postscriptum do lepszego rozumienia tego, co dzieje się teraz w Polsce. Nie, nie myślę o polityce. Raczej o tym, że przeszłość nas dopada, niemal zawsze i wszędzie. Zmiana zaś bywa niemożliwa? No właśnie. Wciąż tego nie wiem. Pewnie z tego powodu, do filmu jeszcze wrócę.

Liczenie baranów

Z tym islandzkim dziełem mam więcej kłopotów. Jeśli przesłaniem filmu jest to, że barany (tytułowe) zbliżają do siebie ludzi, cel został osiągnięty. Do tego pejzaże Islandii (czy to już ten moment by odjąć decyzję, że tam pojadę?). Dla mnie w filmie tym jest i gorzka prawda o społecznościach, w których nie ma już dzieci. Jest starość, rutyna, banał codziennego. Tęsknota. To raczej nie mieści się w komediowym (?) rysie filmu. Nazywanie tego filmu komedią, przypomina mi żywcem praktyki z Czech. Na nic innego publiczność nie chce tam przychodzić. Do kina, teatru. W ciemnej Sali kinowej opycha się łzami wzruszenia, ale zostaje. Ja też byłem do końca.

„Barany” to dobry film, ale to sarkazm i ironia miesza się w nim w równych proporcjach z tęsknotą, za życiem, które smakuje. To wartość tego obrazu.

Emilia wykluczona

W Warszawie wpadł w moje ręce, trafiając potem do zapomnianej kieszeni płaszcza, przewodnik po jednej z wystaw czasowych w Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Wystawa „Po co wojny są na świecie”… , to jedna z trzech obecnie otwartych i to ona najbardziej mnie poruszyła. Pewnie dlatego, że dotyczy art brut i artystów tego nurtu  niespodziewanie obecnych w tym muzeum (ostatnio nie jest to takie niezwykłe, przypomnę nieudane – w mojej ocenie – eksperymenty tego rodzaju, jakie ma za sobą między innymi krakowski MOCAK).

Obecność artystów wykluczonych w przestrzeni i tego pawilonu, i muzeum (wydaje mi się, że bardziej pasowałaby do tego miejsca i jego funkcjonalnej charakterystyki nazwa galeria), rodzi poczucie ocieranie się nas, widzów o niemal ekshibicjonistyczną szczerość plastyczną i ideową. To rzadkie we współczesnej sztuce i warte: czasu, uwagi, opisu.

W mojej ocenie artyści art brut  tacy jak Władysław Matlęga, Tomasz Machciński, Justyna Matysiak i nieżyjąca ikona tego nurtu w Polsce Marta Wnęk (jej obecność na wystawie była dla mnie osobistym i bardzo miłym zaskoczeniem), tą właśnie siłą wyrazu i szczerością w formułowaniu swoich emocji dominują nad swoimi akademickimi koleżankami i kolegami. Wiedziałem to już wcześniej, gdy w Muzeum Śląskim za sprawą Soni Wilk inicjowaliśmy nasz rodzimy przegląd twórców art brut organizując m.in. wystawy prac Pawła Garncorza, Krzysztofa Grodzickiego, czy Adama Nidzgorskiego.

Przeglądam więc ten wymiętoszony program wystawy (wypadł z kieszeni płaszcza, gdzie wiele stracił na swojej urodzie) i moje oczy trafiają na jeden ze śródtytułów. Czytam:  Mój ból jest ogromny. Pasuje mi. Do dzisiejszego dnia i do mojego odczuwania, czytania tej ekspozycji. I artystów art brut, których znam.

Opisanie świata i jego systemowej opresji dokonywane przez artystów art brut (na wystawie głos zabierają miedzy innymi Stanisław Grabarczuk, Daniel Stachowski i Władysław Matlęga), niesie z sobą ostrość języka i radykalizm społeczny formułowanych wypowiedzi tekstowych (wobec świata i jego natury). Opiera się na surowej, z trzewi wyrosłej formy plastycznej.

Wykluczenie i naiwność (będąca tutaj synonimem bycia poza układem i konformistycznym tkwieniem) pozbawia dzieł artystów spod znaku sztuki intuicyjnej, jakiejkolwiek poprawności politycznej. Nadaje sztuce rysy ekspresji pierwotnej, której symbolem może być estetyka zinów Damiana Czeladki, czy odkrywanej tutaj formalnie, przeżytej wewnętrznie Marii Wnęk (część prac na wystawie pochodzi z kolekcji Leszka Macaka w Krakowie).

Nieważne, czy outsiderzy odczuwają ból świata, czy głód emocji (jak Justyna Matysiak). Są w równym stopniu niebezpieczni i niewygodni. Stają się wyrzutem dla świata, bo nagle okazuje się, że dowodzą jego niepełności przez przypomnienie siebie samych, swego odczuwania i instytucjonalnego zerwania się spod kurateli i wartościowania oficjalnego systemu. Norm, estetyk, polityki i ideologii. Są niesterowalni i dlatego out. Dla kuratorów i krytyków sztuki również.

Świetna wystawa i ważny głos w nurcie prezentacji art brut w Polsce. Prace outsiderów tkwić będą w Pawilonie Emilia do pierwszego maja 2016 roku. Potem pochłonie ich nicość, czyli bezpieczne kolekcje, z których przybyły na wystawę w Warszawie. Pisze tak, bo dla mnie art brut jest jak sztuka ulicy. Sprawdza się wyłącznie w starciu z widzem, ze społecznym kontekstem, w emocji odbiorcy, w antynomii opisu przez sztukę i świadomości, że kondycja ludzka wciąż temu opisowi się poddaje tylko  w części. Tym bardziej warto i trzeba zobaczyć, co do tego opisu dodaje polski art brut.

Tyle tym razem, kieszenie puste. Wyczyszczone.

W miejsce epilogu. Rydet ukryta (a kiedyś tez outsider)

Gdy byłem ostatnio w Tarnowskich Górach, po drodze do Pałacu w Rybnej, podarowano mi kilka książek. To miłe z jednej strony. Dziwne i niepokojące, bo właściwie książek tutaj nie recenzuję. Ale pośród tych kilku, ta jedna na chwilę przykuła moją uwagę  i stała się cenniejsza od innych. To zbiór zdjęć z Tarnowskich Gór w PRL-u. (Srebrne miasto ba czerwonej drodze. Tarnowskie Góry w PRL na fotografiach tygodnika „Gwarek”). Przebiegłem strony pośpiesznie, znajdując zdjęcia Zofii Rydet z lat sześćdziesiątych robione inaczej od pozostałych. Byłem wdzięczny autorom za ich przypomnienie (choć zdjęcia są znane i były wcześniej publikowane). Stało się tak z dwóch powodów.

Po pierwsze, wiem to już dzisiaj, że te jej zdjęcia, jak kiedyś prace Henri Cartier-Bressona, otworzyły drogę ówczesnej fotografii reportażowej. Innej, niesystemowej, uważnej antropologicznie.

Po wtóre, były przypomnieniem moich wyjazdów do Tarnowskich Gór. Jeździłem tam od czasu do czasu z babcią do jej szkolnej, gimnazjalnej koleżanki.

Siedząc w oknie jednej z kamienic w rynku, patrzyłem na to czym oczarowywało mnie to miasteczko. Ruchem, obcością, innymi kolorami i mową.

W tle były rozmowy mojej babci z jej szkolną koleżanką z odległego Lwowa, a może dla obu Lemberga. Nieważne. Ich losy sprzed wojny nudziły mnie strasznie i choć dzisiaj byłoby pewnie odwrotnie, niczego nie żałuję. Patrzyłem na świat alternatywnie ciekawszy od opowieści dwóch starszych kobiet wzruszonych swoją obecnością i nieczułych na to, co było za oknem. Gdzie byłem ja i moje ledwo wyrosłe życie.

Warszawa (Czerwień z elementem ukośnym) fot. Leszek Jodliński

Muzeum

Władysław Matlęga, Po co... Damian Czeladka. Portret (estetyka zinu)

Polak to ja... Radosław Perlak Outoportrety(?) Fotografie Tomasza Machcińskiego

Prace Marii Wnęk, Muzeum Sztuki Nowoczesnej, Fragment wystawy "Po co..."

Magritte i mężczyzna w meloniku w muzealnym WC

Królewskie Muzeum Sztuk Pięknych w Brukseli. Zmęczenie. Setki obrazów za mną. Te z powodu których tu byłem i te nieproszone, które „weszły” w kadr. Za mną gdzieś „Upadek Ikara” Petera Bruegela I i cicha „Śmierć Marat” J. L. Davida.  I jeszcze ten Q. Metsys, ukradkiem spoglądający na mnie, gdy patrzę na żonę bankiera i jej męża.

Ostatkiem sił docieram na wystawę stałą Magritte. Od codzienności do niezwykłego.

Trzy piętra. Nowe skrzydło brukselskiego muzeum.

Magritte w monumentalnej odsłonie, choć sama wystawa to senny labirynt, w którym raz po raz wychodzą na mnie z czeluści półmroku jego obrazy – sny. Powtarzalne przedmioty, sceny. Gołębie, buty, fajki. Wąsy, profile postaci, skrawki i otchłanie nieba. To co widzimy, nie zawsze jest tym co myślimy, że jest tym co oglądamy. To zdanie samego mnie wprawia w lekkie zagubienie.

To wystawa jednego z najwybitniejszych surrealistów 20. wieku i bez wątpienia jednego z grona najbardziej znanych artystów belgijskich. Spotkanie z mitem, legendą, demiurgiem naszej współczesnej wyobraźni. Doceniony lub nie (w tej roli), ale jest Magritte także jednym z prekursorów pop-artu. Patrząc na jego obrazy nie mogę uciec od wspomnienia Ryszarda Horowitza, czy naszego Rafała Olbińskiego. Powtarzalne obrazy. Powielane, zmieniane, podobne lecz inne.

Rene Magritte w brukselskiej odsłonie to zarówno współtwórca surrealistycznego ruchu w Europie, jak i mniej znany projektant okładek czasopism, czy plakacista. To ostatnie to coś nowego dla mnie  i stanowiło wyjście poza mój osobisty kanon interpretacyjny artysty.

Prezentację Magritte’a  rozpięto na osi czasu (w tym sensie wystawa nie reprezentuje sobą jakiejś  innowacyjności ekspozycyjnej),  daje zatem kompletny obraz: człowieka, wyrobnika-projektanta w fabryce tapet, artysty. Gdzieś w tle tego co oglądamy są postaci kobiet, których postać, twarz otacza woal. Przychodzi do głowy myśl (skąd inąd oczywista) o tym jak mocno doświadczenia naszego życia kształtują postawy i nadrzeczywistość – traumy, snu. Dla Rene obrazy kobiet spowitych w całun to wspomnienie matki, wyciągniętej po samobójczej śmierci z rzeki i tak zapamiętanej… Obraz „Kluczowa historia” (Central Story) (1927), wprowadza nas w przestrzeń wystawy i podświadomości artysty…

Magritte jakiego poznaje na tej wystawie to artysta, który – w obrębie awangardy –  okazuje się być skrajnym… postmodernistą. W sumie to wiedziałem o tym, ale dobrze sobie takie rzeczy przypomnieć. Uprawia bardziej awangardę przekazu niż formy. Unika zniekształceń i  abstrakcji na rzecz form realistycznych, lekko uproszczonych. Komponuje świat z przedmiotów. Odrealnia z „realizmu znanego – oczywistego” zastępując go…  nowym. Buduje ten rodzaj surrealistycznego zaskoczenia i poczucia odnajdowania starych przedmiotów w nowych rolach, kontekstach. Zestawione oddziaływują z nową ekspresją. „Rewolta jest oznaką człowieka żyjącego i odczuwającego i żyjącego”, czytam gdzieś jego słowa ponad obrazami. Rewolta oznacza metafizyczne formułowanie wizji świata. Staranne dobieranie obrazów, słów i emocji… które wywołują. Za to właśnie –  jakże to nieprofesjonalnie zabrzmi – po prostu lubię Magritte’a. Pokazuje to, czego nie dostrzegam/-łem. Wprawia w zadziwienie, stany odmienne. Zatrzymuje, oferując chwilę kontemplacji. Sięga do mojego drugiego ja, którego istnienia nie podejrzewałem… lub sądziłem, że jest inne.

Jest naturalnie i mężczyzna w meloniku.

Odnajduję go jednak nie na wystawie (choć jest i na obrazach).

To dziwne miejsce. Jest nim męska toaleta, w której lustro jest wyciętym profilem pana w meloniku. Może właśnie tak jest, że w obrazach Magritte’a możemy się przeglądać i nie zawsze oczywistym jest to co w nich dostrzeżemy… (Poza tym, że to sprawne operowanie konwencją i zabawa nią, by i tam w WC Magritte, nie spuszczał z nas oka – brawo dla muzealnych scenografów…).

Peter Bruegel I, Upadek Ikara / The Fall of Icarus (Bruksela, Królewskie Muzeum Sztuk Pięknych)

Bankier z żoną / Banker and his wife (Q. Metsys; XVI c.; Royal Museum of Fine Arts, Brussels, Belgium) A kto to? / Who's looking? (Autoportret Metsysa / Selfportrait of the painter; close-up of "Banker and his wife" painting)

Śmierć w muzeum / Death in museum (Death of Marat, J.L. David, Brussels)

Magritte jak Witkacy (r.) Podpis / Signature (Brussels, museeMagrittemuseum)

Klucz do zrozumienia / Key painting to understand him, (R. Magritte, "Central story", 1927; painting that opens the permanent exhibition in his museum in Brussels)

Słownik Magritte'a / Magritte's Vocabulary

Plakaty R. Magritte'a / Posters of Magritte Fragment ekspozycji / Part of pernament exhibition (museeMagrittemuseum, Belgium)

 Podróżnik / Traveller (R. Magritte,1932; section from the painting) Pusta strona / Blank Page (R. Magritte, 1967)

Bosch wraca do Lasu…

„Widziałem rzeczy,

których nawet ludzie nie widzieli”

(Łowca androidów)

Prace Hieronima Boscha (alias Joen (Jeroen) van Aken, bo niemal do końca XV wieku, tego oryginalnego imienia i nazwiska używał malarz), symbolicznie powróciły do rodzinnego ‘s-Hertogenbosch. Ktoś mógłby sądzić, pamiętając o etymologii nazwy ‚s-Hertogenbosch (dosł. Książęce Lasy), że to przysłowiowe zawożenie drewna do lasu.. Ale nie tym razem. Ani nie jest to takie oczywiste, ani normalne, że w tak znakomitej liczbie dzieła Boscha pojawiły się na kilka miesięcy w jego rodzinnym mieście. Na ekspozycję złożyły się dokładnie 103 obiekty (z czego ponad połowa to prace Boscha) wystawę „Hieronimus Bosch. Wizje geniusza”.

Bosch jako produkt globalny

To z kilku powodów niezwykły projekt.

Ku autentycznej uciesze współziomków i przybyszy, obrazy i rysunki Boscha stanowią najważniejszy akcent w obchodach  500. rocznicy śmierci malarza. Obchody trwać będą przez cały rok (pod symbolicznym tytułem “Witamy w domu Hieronimie”, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że gdy wystawa opuści s-Hertogenbosch, pozostaną tam jedynie trasy tematyczne powiązane z osobą artysty, menu z czasów Boscha serwowane w niektórych restauracjach (ktoś to je?), no i wszechobecne monstra – wytwory jego fantazji i rzemieślniczego kunsztu malarskiego wypełniające, szyby i okna domów północno-brabanckiego miasteczka… Bez wystawy nie będzie to już to samo (miasto).

Z drugiej strony sama wystawa choć istotnie niezwykła, nie jest aż tak wyjątkowa jak można by przypuszczać. Posiada bowiem swój precedens w przeszłości. Podobną zorganizowano w… 1967 roku, gdy obchodzono 450-lecie śmierci Boscha.

Informacja ta ma swoje praktyczne zastosowanie. Oznacza ni mniej ni więcej, że jeśli ktoś chce poznać Boscha lepiej i niejako „u źródeł” (rezygnując z wędrówek do Wiednia, Londynu, Madrytu, Paryża, Nowego Jorku, czy Waszyngtonu), to powinien się bardzo pośpieszyć, by wystawę obejrzeć.

Po pierwsze wystawa jest otwarta tylko do 8 maja i przedłużona nie będzie (ze swoją drugą, równie istotną dla poznania i przypomnienia twórczości malarza czeka już niecierpliwie madryckie Prado i letni sezon turystyczny, którego będzie absolutną perłą w koronie).

Inną okolicznością, czysto praktyczną (nieznaną polskiemu muzealnictwu w ogóle) jest to, że sprzedaż biletów odbywa się niemal w całości on-line i biiletów, między tych na marzec, już nie ma. Wystawa jest  globalnym produktem oferowanym na światowym rynku muzealnym i także z tej perspektywy jest  projektem nietypowym.

Wystawa w sześciu odsłonach

Patrząc na pokazane prace Boscha (jego obrazy, rysunki, te ostatnie w znakomitej liczbie zgromadzone na wystawie i pochodzące między innymi z gabinetów rycin z Berlina, Londynu czy Wiednia), jestem w ogóle pesymistą, czy świat za pół wieku będzie w stanie pokusić się o podobny projekt. Terroryzm, koszty transportu i ubezpieczenia, wskazania konserwatorskie, czy komercjalizacja sztuki dawnej i kultury w szczególności, nie staną się ograniczeniami nie do pokonania. Już dzisiaj Bosch to obiekt uwielbienia w obrębie kultury masowej i jako produkt będzie tylko drożał. Jego udostępnianie, czy nawet uploading sytuacji nie zmieni.

Obecna wystawa przygotowywana była od 2007 roku i potrwa zaledwie cztery miesiące. Pośrednim efektem tak długiej pracy nad wystawą był towarzyszący jej projekt badawczy  (Bosch Research and Conservation Project), który między innymi na podstawie badań nad obrazami, prześwietleń promieniami rtg i konserwacji podjętych przed wystawą, pozwolił na ujawnienie tego, czego do tej pory o Boschu nie wiedzieliśmy.

Dobrym przykładem jest obraz Ecce Homo z frankfurckiej kolekcji Städel Museum, z około 1475-85 roku (a więc stosunkowo wczesnego okresu w twórczości Boscha), na którym –  w wyniku konserwacji – odkryto i pozostawiono pierwotną kompozycję i zarysowane postaci donatorów.

Osią narracji wystawy nie jest prosta chronologia. Oparto ją na sześciu polach tematycznych. W ich obrębie zgromadzono niemal wszystkie prace ikoniczne dla rozumienia twórczości Boscha (w sensie cezuralnym i potwierdzonej atrybucji). Ich wybór, jak mi się wydaje, odwołuje się do selkcji zaprezentowanej na wystawie w Rotterdamie w 2001 r., choć niektórych wersji obrazów (jeśli istnieją alternatywne) w s-Hwertogenbosch zabrakło. Dzieje się tak między innymi w przypadku tryptyku Wóz z sianem.

Ciąg obrazów i rysunków otwiera obraz Wędrowca, (Rotterdam; 1500-1510) i  Wóz z sianem (wersja z Prado (1510-1516). Zamyka Sąd ostateczny (Brugia, 1495-1505) i poruszające wyobraźnią i nowtorską  ekspresją malarską tablice z wizjami końca świata (4 tablice z Wenecji). Między nimi, w mniejszej liczbie starodruki, grafiki z przełomu wieków XV i XVI, które między innymi kształtowały wątki ikonograficzne,, religijne, intelektualne i cywilizacyjne w okresie współczesnym Boschowi.

Wystawa jest jak zapowiada pierwszy z jej rozdziałów (Życie jest pielgrzymowaniem) wędrówką po świecie wykreowanym przez Hieronima Boscha. Miejscem pełnym meandrów. Rozpostartym między rodzinnym miastem (sekwencja Hieronim Bosch i s-Hertogenbosch) i twórczość religijną (część Życie Chrystusa, Święci).

Potraktowana jako projekt badawczy, ekspozycja (ciekawe filmy porównujące m.in. pierwotną redakcję obrazów z wersją finalną dzieła itd.) dała także asumpt do zaprezentowania Boscha jako wybitnego rzemieślnika, biegłego wyrobnika malarskiego (część wystawy Bosch Rzemieślnikiem), cenionego środowiskowo i przechodzącego głeboką metamorfozę od pracy w zespole swojego ojca Anthoniusa van Aken (czyli pierwszej udokumentowanej obecności w 1475 r.), po moment przeistoczenia sie w  nowatorskiego  twórcę przełomu epok i czasu (część finalna Dni ostatnie).

Artystę schyłku średniowiecza, którego jest malarskim piewcą, pogrążając się w moralizatorskim dyskursie o przemijalności życia, ulotności posiadanych dóbr doczesnych i traktowaniu malarstwa jako medium prowadzącego do symbolicznej opowieści o wielości i nieuniknionym charakterze wyborów, których dokonujemy przez całe życie.

Hieronim Bosch potwierdza swój późnośredniowieczny rodowód, gdy kreuje obraz świata pełnego demonów, wiedźm i oprychów, czy egzotycznych stworów. Jest nim także wtedy, gdy wspina się w redakcji arystycznej Sądu ostatecznego na wyżyny narracji o nieuniknioności kary ze grzechy i czekającej rodzaj ludzki nagrody za życie godziwe i pobożne. Jest w tym dziele na swój sposób niemal naiwny i prymitywnie uczciwy.

Bosch nie jest jednak tak nużąco typowym przedstawicielem  swojego czasu. Wytycza nowe obszary, gdy sięga po współczesną ikonografię, rozwija motywy, odzwierciedlające stan emocji społecznych (proto-reformatorskich) i pozwala sobie na tworzenie niemal obrazoburczych scen potępienia w piekle, umieszczając w nim: królów, biskupów i ludzi społecznie dotąd chronionych przez decorum i konwencję w malarstwie średniowiecznym. Zdradza w tych obrazach (tradycyjnie na desce a nie na płótnie malowanych), niezwykłą wówczas (a tak zachwycającą potem między innymi naszego Herberta) niderlandzką zdolność do przemielania światów: łączenia scen i tematów wysokich (scen biblijnych, apokryficznych) z obrazami z życia Niderlandów końca XV wieku. Ostatni z wymienionych, to świat ludzi nienażartych, świętujących i poddających się rozpuście, kradnących, popadających w grzech opilstwa i lenistwa lub po prostu, jak ów otwierający wystawę Wędrowiec, poszukujących własnej drogi przez życie. I skazanych na błądzenie i nieustające uczenie się bycia lepszym, od tego jakim byłem wczoraj.

Walorem wystawy są naprawdę imponujące zbiory rysunków (Boscha i pochodzące z jego kręgu, czy atrybuowane Boschowi).

Ciemnobrązowe rysunki (powstałe na bazie sadzy drzewnej), podobnie jak ekspresyjne kładzenie farby przez Boscha, wyróżniają jego warsztat malarski, lokując malarza znacznie bliżej tradycji nowożytnej. Bosch staje się w tych przypadkach twórcą tworzącym obrazy jako pewien rodzaj własnego, przemyślanego i doskonalonego projektu artystycznego.

W rysunkach  pojawiają się motywy rozwijane potem w malarstwie tablicowym.

Rysując projektuje obrazy (wł. disegno), dokonuje analizy problemów kompozycji czy rozwija charakterystyczne typy postaci: aniołów, ptasich dziwolągów lub monstrów. Potem w skończonej wersji  odnajdujemy je na deskach jego tryptyków. Tam raz odrealniają i idealizują np scenę Wzniesienia błogosławionych do raju (1505-1513), w innym przypadku dopełniają obraz grozy jak ma to miejsce w Upadku potępionych (1505-1515).

Bosch jakiego poznajemy w Muzeum Połnocnobrabanckim potwierdza, że był twórcą niezwykle nowoczesnym, choć czasami używał w tym celu form i konstrukcji osadzonych w bardzo (bywa że wciąż zbyt) hermetycznym świecie symboli, tekstu Pisma Świętego, czy współczesnych mu mistyków.

Wtedy i dzisiaj obrazy Boscha ożywiają naszą wyobraźnię, są przedmiotem kontemplacji religijnej, ale też niosą elementy narracji społecznie zaangażowanej. Opowiadają o nas samych. Czy nie dlatego właśnie tak chętnie zaglądamy w lustro (lub dzisiaj wykonujemy selfies), by czegoś o nas się dowiedzieć ? Odnaleźć obraz siebie samych po drugiej stronie lustra? Bosch jest twórcą, który obraz naszego świata kreuje i objawia, i (rozwijając prostą myśl literackiego odczytywania sztuki) z rodzajem satysfakcji obserwuje, jak i co z siebie w jego obrazach odnajdujemy.

A obrazy wciąż tam są. Nad rzeką Dommel. I czekają na nas. I Bosch poniekąd też. Jeszcze i wciąż…

***

Co: Wystawa Hieronimus Bosch. Visions of Genius / Jheronimus Bosch – Visioenen van een genie

Gdzie: Noordbrabants Museum, s-Hertogenbosch, Niderlandy

Kiedy: do 8 maja 2016 r.

Katalog: Jest (24,95 euro)
Zdjęcia: całkowity zakaz; oszklenie obrazów pozwala na zbliżanie się na nieprawdopodobnie bliską odległość; osoby z przyklejonymi od szyb nosami są tolerowane

 

Powitanie /Greeting (s-Hertogenbosch wita Boscha/s-Hertogenbosch welcomes H.Bosch)

Znak mistrza / Sign of the master (Muzeum Sztuk Pięknych w Brukseli, fragment tryptyku Kalwaria i postacią donatora)

Bschfever - sceny z wystawy / Scenes from the exhibition (zdjecie zwiedzających na wystawie w Noordbrabants Museum)

Thérèse ma kota….

Balthus (Balthasar Klossowski de Rola) spotkał ją kiedyś w 1936 roku. Było to już dwa lata po sukcesie jego paryskiej wystawy, a maniera jego malarstwa była już utrwalona, rozpoznawalna i pożądana, cokolwiek może znaczyć to słowo w kontekście Balthusa i jego osoby.

Maniera ta była pomieszaniem odświeżonej akademickiej figuracji i stanowiła mikst tradycji malarskich łączących dokonania współczesnych mu kolorystów, surrealistów, czy malarstwa portretowego włoskiego Quattrocenta. Styl ten – tak opisany – nie byłby pełny, gdyby pominąć jego sensualny, rozerotyzowany klimat i bywa, że treści.

Erotyzm skrywany pod maską zainscenizowanej sceny o walorach pozornej prywatności, przesądził o jednoznacznym odbiorze jego obrazów jako dzieł łączących zmodernizowane malarstwo 20. wieku z  przenikającym je klimatem pożądania i bywa, że wyuzdania. Dzisiaj zresztą nie wykluczałbym sytuacji w której obrońcy sztuki tradycyjnej (w najbardziej ograniczonym rozumieniu tego słowa) sprawiliby, że część z jego obrazów zaprowadziłaby samego Balthusa w ręce wymiaru sprawiedliwości i wszelkiej maści stróży moralności. Aura rozbudzonego pożądania, napięcia erotycznego  w połączeniu z faktem, iż  osobami portretowanymi były osoby niepełnoletnie, niechybnie byłaby przyczyną problemów artysty. Podłoże jego twórczości było jednak z gruntu współczesne i bardziej intelektualne.

Na jego szczęście i debiut, i środowisko w którym wyrastał, w żaden sposób nie przypominało współczesnego. Oniryzm, surrealistyczne zadziwienie i kreowanie sytuacji bardziej  fantasmagorycznych i z ducha freudowskich niż realnych, spowodowało że Balthus niemal natychmiast trafił w gusta publiczności, w swój czas, no i jeszcze szybciej do galerii malarskich całego świata (cóż Polska, nie zawsze jest jego częścią). Balthus zresztą, czasami broniąc tego, co inni nazywali wyzywającą treścią jego obrazów, przypominał iż w swoich obrazach jedynie odwoływał się do toposu dzieciństwa i wieku wczesnego dorastania, ucieleśniającego wiek niewinności i nieuświadomionej (?) zmysłowości…

Balthus spotyka zatem Thérèse Blanchard w Paryżu, gdy ta ma zaledwie trzynaście lat. Mieszka w sąsiedztwie pracowni malarza przy 3 Cour de Rohan.

Do 1939 roku namaluje ją dziesięciokrotnie (tyle jest znanych jej portretów). Samą, z bratem. Z kotem lub bez lub w intymistycznej przestrzeni pokoju, gdzie są we troje: on (kot) i ona (Thérèse), no i on (Balthus), choć on po drugiej stronie płótna. Tak jak na portrecie prezentowanym na wystawie monograficznej Balthusa w Rzymie (Portret Thérèse, 1938, Villa Medici), gdzie T. przeciąga się leniwie na prostym szezlongu, a kot (tak często obecny u Balthusa, nazywającego siebie nie bez powodu „King of cats”, gdy w 1921 roku zadebiutował opublikowanym drukiem cyklem przygód kota Mitsou z przedmową R.M. Rilke’go) spokojnie zaspokaja swoje(?) pragnienie, sycąc się mlekiem wypełniającym talerz na podłodze. Kot to kot? A mleko to mleko? No i kim jest Thérèse? Granica między dzieciństwem, a dorosłością toczy swą niewidoczną nić na tym i kolejnych obrazach…

Balthus.  Spotkany w nowojorskim Metropolitan Museum of Art i Thérèse, jak wówczas gdy miała 13 lat…

Thérèse, Balthus, 1938 (olej na płótnie, MET, reproddukcja L. Jodliński)

Thérèse (Blanchard), Balthus (1938, fragment; MET, reprodukcja L. Jodliński)

Przekraczanie Rubikonu (extra). Niezwykłe miejsce

Właściwie nie myślałem w ten sposób o tym miejscu. Do wczoraj.

Neue Galerie w Nowym Jorku, to prywatne, fundacyjne muzeum, które jest instytucją cokolwiek niezwykłą na mapie kulturalnej miasta.

Upowszechnia wiedzę na temat kultury i sztuki Niemiec i Austrii. W swoim programie i w obrębie wystawy stałej jest przypomnieniem tego, co w sztuce obu tych państw było awangardowego na początku 20. wieku, a co z taką precyzją i szowinistycznym nastawieniem ścigały rządy nazistów w jednym i drugim kraju (nawet po to, by potem cynicznie wyprzedawać tę sztukę za granicą…).

To dosyć ważna uwaga, bo w oczywisty sposób pozycjonuje to muzeum i czyni je swoistym azylem niemieckojęzycznych środowisk Nowego Jorku i USA, które przed ponad ośmioma dekadami musiały emigrować z III Rzeszy i Austrii.

Byli to głównie niemieccy i austriaccy Żydzi. Mocno zasymilowani, kulturowo związani z tradycją niemieckojęzyczną, a mimo to w amoku antysemickiej histerii i nienawiści pozbawieni zostali prawa do bycia częścią społeczeństw w obu tych państwach. Emigrowali, czasami ratując nie tylko życie, ale  właśnie sztukę, także tę wynaturzoną (Entartete Kunst) , jak z pogardą o niej mówili i pisali naziści.

Wspomnienie i tego miejsca, o którym pisałem już na moim blogu przy okazji wystawy Metropolis i ludzi, którzy je stworzyli, powróciło po obejrzeniu filmu Złota dama (2014, reż. Simon Curtis).

To krótko przypomnę, historia odzyskania przez Marię Altmann, spadkobierczyni rodziny Bloch-Bauer obrazu „Złota Adele”, który po 1938 roku trafił do galerii wiedeńskiego Belvedere i przebywał tam do 2006 roku. Ikoniczny obraz Gustava Klimta z 1907 roku, był jednym z pięciu zagrabionych przez nazistowskie władze Austrii rodzinie Bloch-Bauer i jednym z dziesiątków tysięcy odebranych prawowitym właścicielom, głównie wywodzącym się ze środowisk Żydów austriackich. Losy i tego procesu (w istocie kilku postępowań) i w ogóle odzyskiwania zagrabionych dóbr kultury, to już dzisiaj pokaźna literatura i materia do przemyśleń na temat tego, że II wojna światowa to proces wciąż niezakończony, a jego bodaj ostatnimi, niemymi ofiarami są nadal nieodzyskane i zagrabione dzieła sztuki, dobra kultury.

Co łączy i film i obraz ze sportretowaną na nim Adelą Bauer, no i wreszcie Neue Galerie, położoną  jak i pozostałe najważniejsze muzea Nowego Jorku przy prestiżowej Museum Mile (części 5th Avenue)?

Tam właśnie, gdy zakończony został już proces o restytucję obrazów, trafiła (kupiona za 135 mln dolarów przez Ronalda Laudera) Złota Adele

Podążając od MET do Guggenheim Museum, warto wpaść do Neue Galerie, by zobaczyć i obraz, i przekonać się, co nie jest takie oczywiste, że czasami sprawiedliwość zwycięża, a Dawid raz jeszcze pokonuje Goliata. I wszystko to za jedyne 20 dolarów. Niewiele, by odzyskać wiarę w człowieka i zaglądać głęboko w oczy Adele…

***

Żrodło reprodukcji obrazu: http://kobietyihistoria.blogspot.com/2015/08/zota-adela-i-zelazna-maria.html

NG

Portret Adeli Bloch-Bauer, Złota Adela, (Gustav Klimt, 1907: Neue Galerie, NYC)

Rozczarowanie

To nie jest rozczarowanie miejscem. Jest wyjątkowe.

To raczej pytanie o jakość tego, co składa się na Przebudzenie, czyli program otwarcia programu Europejskiej Stolicy Kultury – Wrocław 2016.

Jest słabe. Nieco prowincjonalne i przewidywalne.

Może potem będzie lepiej.

Póki co, to przebudzenie, które jak – wystawa Made in Europe – pozostawia widza w letargu. Głębokim.

Klientelizm polityczny, nieliczenie się z potrzebą budowania opowieści. Tapeta schematów zamiast potrzeby ciekawej interpretacji. Taką jest ta wystawa.

Nie imponuje mi sukces takiego projektu w Chinach. Made in Europe często dzisiaj oznacza Made in China but don’t tell that Europeans. I tak właśnie jest w przypadku tego projektu.

***

Wartością jest entuzjazm ludzi spotykanych w galeriach, spontaniczność wolontariuszy.  Ten rodzaj przypadkowych rozmów przybyszy z wielu stron (świata), zatrzymujących się przy dyzajnerskich koksownikach, czy gorącym (choć przepłaconym) grzańcu.

To jednak za mało. Przecież to Wrocław, Breslau, Vratislav, Breslavia. Mikrokosmos niestety zgubiony tym razem na mlecznej drodze Europy…

*

Esej fotograficzny z miejsca (15-16.01.2016 r.)

Zima we Wrocławiu / Winter in Wrocław [Widziane na rynku]

Znaki / Signs (Wrocław) [Dostrzeżone na blacie stołu w jednej ze staromiejskich kawiarni] Cross / Krzyż (Wrocław) [Katedra św. Jana Chrzciciela]

Last Christmas (Wrocław) [ Katedra św. Jana Chrzciciela]

Widok /View (Wrocław) [Zabudowania katedry św. Wincentego widziane z hali targowej] Napięcie / Tensions (Wrocław) [Konstrukcja hali targowej z 1908 r.]

Balon / Ballon (Wrocław) [ Tzw. ulica Lwowska; jeden z projektów plenerowych ESK] Mapping the past (Wrocław) [Wrocławski ratusz w ESK-owej odsłonie]

Szept / Whisper (Eduardo Chillida's exhibition) [Wrocławskie BWA] Made in... Europe [Wystawa w Muzeum Architektury]

City / Miasto (Wrocław) [Uniwersytet]

 Spotkanie / Meeting (Wrocław) [Wyspa Słodowa]

Ogień / Fire (Wrocław) [Pokazy na Wyspie Słodowej w ramach ESK] Oranci / Praying figures (Wrocław) [ Stanowisko informacyjne ESK na Placu Solnym]

Duch / Spirit (Wrocław) [ Rynek, przed inauguracją ESK, sobota] Szukając szczęścia / Looking for happiness? (Wrocław) [Most Tumski]

Lights / Światła (Wrocław) [Most Piaskowy] Motyw / Motif (Wrocław) [Brama kościoła NMP]

Rzeka / River (Wrocław) [ Widok na wieże Archikatedry św. Jana Chrzciciela] Trwanie / Presence (Wrocław) [ Kościól dominikanów]

Gold/Złoto (Wrocław) [Plac Uniwersytecki - miejsce]

Powroty. Bellmer w Katowicach

Bellmer nie stworzył „Bóg wie ile” lalek, jak zwykło się potocznie sądzić. To część naszej (nie)wiedzy na jego temat.

Było ich raptem trzy. Jedną możemy zobaczyć na wystawie, która dobiega właśnie końca w Katowicach. Właściwie to znajdziecie na niej jedną lalkę i pół, bo w  kolejnej z sal zobaczycie prototyp lalki „Ręce” (1971) inspirowany załamanymi w rozpaczy dłońmi Marii z ołtarza z Isenheim autorstwa Mathiasa Grünewalda.

Bellmer na zdjęciu w 1912 roku, choć ma lat zaledwie dziesięć, jest już nie-dzieckiem. Zbuntowany, nieobecny na tym rodzinnym zdjęciu. To znaczy jest na nim, ale koncentruje na sobie całą uwagę fotografa. A może faktycznie go nie ma. Już wymyśla siebie i swoje trzy lalki?

Lalka po japońsku znaczy „istota ludzka”, jak mówił w 2010 roku w Katowicach wielki entuzjasta Bellmera,  Simon Yotsuya. Więc może tworzenie lalek przez Bellmera, to coś więcej niż jungowskie ćwiczenia w zbiorowej wyobraźni? Akt kreacji organicznej, pierwszej?

To dobra wystawa. Odważna, spójna. Wartościowa, gdy ogarnąć materiał (głównie graficzny), jaki na niej zgromadzono. Ale pewnie też tak dobra, bo artysta czuł się nieskrępowany w tym, o czym mówił. Ta prawda i brutalność deklaracji nas dotyka. Nie jesteśmy w stanie obojętnieć.

„Rozbieranie” (1951) jest dobrą metaforą dla opisania artystycznych poszukiwań tego kato – nie – katowiczanina. Schodzenia do trzewi, wyzwalania się z ograniczeń ról, pogrążenia w konflikcie i walce Jego i Jej. Perwersji, śnieniu o niej i ciągłym poszukiwaniem siebie.

 

Wystawa: Bellmer/Visat

Gdzie: Muzeum Historii Katowic

Kuratorki:  Natalia Kruszyna / Katarzyna Łata-Wrona

Czas: Do 17. stycznia 2016 roku.

Bellmer młody (Katowice , 1912)

Autograf (fragment lalki)

Rozbieranie, H. Bellmer (1951) (fragment)

Gry lalki, H.Bellmer (grafika, 1949)

Ręce nieruchome, H. Bellmer (1971) (fragment projektu rzeźby)

Śląskie szarości

Patrzę za okno, gdzie śnieg. Biel poplątana z zapadającym zmrokiem.

Przeplatają się nici tego co białe i co białym już być przestało…

Powracam do widoku z wczoraj, z innego okna w innym miejscu. Na ulicy Jacka (czytać dȝe:ka) 1 widok poszarzał w tak bardzo śląski, miejscowy sposób. Szarości Śląska, gdy wzrasta się tutaj od dzieciństwa, nie dziwią. Mnie uspokajają. Dają poczucie bycia na miejscu i u siebie.

***

Mknę wciąż do Pyskowic. Po drodze śląskie lasy, to co z nich zostało. W głośnikach ‘25’ Adele, a ja postanawiam już nie wierzyć krytykom (który to raz?). Niedawno Monika Małkowska pisała, że to muzyka dla rozgorączkowanych nastolatek, a ja myślę, że się myli. Co do mnie.  Słucham jej (Adele, z MM jest inaczej) z prawdziwą przyjemnością, łowię raz muzykę, a raz słowa. Śnieg prószy za szybą. Świat łagodnieje.  Banalne? Może, widzę w tym jednak więcej prawdy niż w tym, co wpada do mego świata z klauzulą „Z ostatniej chwili”,  czy ‘Breaking news’ … Bo i dla kogo pilne? W czym istotniejsze od tego, co po prostu widzę i czuję, i pozostaje tak bardzo osobiste. I zostanie ze mną na zawsze.  W symbiozie pamiętania i zapominania, powrotów.

Miły prezent taka płyta.

***

A za oknem na Jacka (wiadomo czytamy… dȝe:ka) moja wyobraźnia, w miejsce widzianych obrazów podpowiada mi zupełnie(?) inne.

Patrzę i dostrzegam trzy śląskie kariatydy. Obok kuliste formy z projektów Friedricha Gilly’ego, zawieszone na płonących wstążkach. Dalej lekcja z impresjonistycznego widzenia. Opalizujące błękity kryjące się w bruzdach i zagłębieniach oparcia krzesła. Uczą mnie po raz kolejny, że patrzenie to sposób interpretacji…

Rozmowa dopełnia poczucie tego, że jestem na miejscu.

Nie wiedziałem, że będę tak sobie cenił ten luksus spowolnienia czasu i zdarzeń, by obserwować uważniej, dokładniej i stawiać pytania, o których istnieniu zapomniałem.

U Jacka / Zatrzymanie

Laterna magica

Oczekiwanie / Gropius to zmieni

Kule Gilly'ego

3/4

Okna dwa / Zima za oknem

Śląskie kariatydy

I dlatego wierzę impresjonistom...

Już jest

Już jest.

W tym roku taka.

W kopercie, jak zawsze niepodobnej do innych.

Magia wyzierająca z czerni, bieli i półtonów. Obrazy bliskie i dalekie.

Niosące nadzieję. Tak… może zużyte słowo. Ale w tym czasie mam dość „fricku” i udawania, że święta, te zwłaszcza, to komercyjny piece of cake.

Są w nas i liczą na ocalenie…

  Boże Narodzenie 2015. Rudolf Riedl, (wł. L. Jodliński)