Chorzy z urojenia. Coś o Porozumieniu Zieleniogórskim…

Od jakiegoś czasu nie zabieram głosu w sprawie polityki obecnego rządu, bo mi się nie chce, bo poznałem niską jakość jego zarządzania w dziedzinie kultury, na przykład.

Ale dla jasności. Nie czuję się niczyim zakładnikiem, a z pewnością nie tego rządu właśnie.

Piszę, bo irytująca jest tendencyjność wybranych mediów (np. taki słodki TVN i powtarzająca swoją kwestię jak mantrę red. Anita Werner, która kolejny dzień pyta dlaczego minister jest taki zły, a lekarze tacy dobrzy i biedni), gdy donoszą, jak jest źle w służbie zdrowia, nie usiłując ustalić dlaczego tak jest (poza tezą, że wszyscy tylko nie lekarze są temu winni).

Przede wszystkim irytuje mnie jednak demagogia uprawiana przez związkowe środowiska lekarskie. 20 dni (poza urlopem) płatnego zamknięcia gabinetów lekarskich (tych z POZ), zwiększenie wartości kontraktu do 2 mld złotych. To przemilczane argumenty w wyjaśnieniach, którymi nas karmią zatroskani działacze Porozumienia Zielonogórskiego. Kasa, by to wszystko zmieniła, co tak dzisiaj zażarcie krytykują? System, choć ułomny, gdy lepiej opłacony byłby ze swoimi patologiami lepszy? Ciekawa argumentacja. Brzmi jak recepta na dobry biznes, a nie leczenie chorego.

To zwykłe jaja, skandal i czuje się oburzony takim stawianiem sprawy. Sugeruje zasadniczo, że wszyscy  postradaliśmy zmysły i nadajemy się do… zbiorowego  leczenia. Cierpimy na amnezję tego, jak było i wciąż jest w tych fantastycznych przychodniach, z jakich korzystamy. Przychodniach, w których  rejestracja oznacza czekanie 2-3 dniowe „na swój numerek” i w sumie jest tak, że  jak ktoś chce być chory, to najlepiej by to sobie zaplanował z dwu- lub  trzydniowym wyprzedzeniem…

Śmieszy mnie szermowanie przez lekarzy „interesem chorego” i równoczesne mówienie o ryzyku badania go. O niewystarczalności czasu na przeprowadzenie oceny tego, czy jest zagrożony groźbą choroby nowotworowej. Każdy z nas w wykonywanym przez siebie zawodzie ponosi jakiś rodzaj ryzyka. To miara kompetencji i albo się ją ma albo nie.

Jestem zakładnikiem systemu. Niestety. To wina tego rządu i wcześniejszych. Jak w każdym szantażu, któremu ktoś się poddaje, przychodzi ten moment, że płacić trzeba wciąż więcej i więcej… Z mojego portfela też.

Nie solidaryzuję się jednak z lekarzami, bo z chęcią usłyszę ile wynosi ich średnia pensja (krajowa, nie zamierzam zaglądać nikomu do portfela). Z satysfakcją zobaczę, jak ci sami związkowcy zechcą się zmierzyć z oczywistością praktyki „lekarskiej” w Polsce, gdzie po pracy w przychodni jest praca „na swoim”, a potem bywa że w szpitalu itd, itp. Fakt. W takim systemie „dorabiania”, ryzyko właściwego zbadania  pacjenta zwiększa się, ale może to tymi patologiami zajmą się związkowcy z PZ?

No wiem, fachowcy z PZ nie zrobią tego.

Póki co, chrzanić będą o tym co chcą zrobić, a z czego i tak nie będę korzystać , bo jak większość ludzi  w tym kraju, którzy nie są na głodowych emeryturach i nie są wprost skazani na publiczną służbę zdrowia, gdy złapie mnie to coś (grypa, rak, lub cokolwiek to będzie), lekarzem mojego pierwszego kontaktu będzie komercyjna przychodnia. Bo mój pracodawca nie będzie czekał trzech dni na termin mojej wizyty w przychodni.  Podobnie jak moje gardło i boląca głowa.

Dlaczego to piszę?

Nie wierzę w zasadniczą zmianę. Rząd „pęknie”, bo nie negocjuje się cen węgla zimą, a stawek za leczenie w szczycie sezonu grypowego. Nie wiem jaki idiota lub geniusz negocjowałby w takich okolicznościach. To co może dzisiaj dostać,  to szantaż ze strony środowiska lekarskiego… mówiącego z troską o pacjentach, czyli o mnie (też). Nie wierzę w ich troskę. Nie doświadczałem jej wcześniej, więc co mogło się zmienić?

Każdy z nas ma swoje osobiste doświadczenia z kontaktu ze służbą zdrowia.  Są różne. Zostawiam je na boku. Dobrym momentem weryfikacji tych doświadczeń, niech będzie analiza zeznania podatkowego, w którym każdy z nas może się przekonać, ile władował z tę służbę zdrowia i co, póki zdrowia mu starcza, dostaje w zamian?

Słyszę, że cywilizowany świat zapewnia swoim obywatelom pełną opiekę zdrowotną. Hmm, to bzdura i udawanie – w istocie odkładanie w czasie – tego, że za opiekę zdrowotną będziemy płacić. Wysoki lub niski poziom odpłatności jest nieuniknioną perspektywą, ale wolę to niż fikcję, którą dzisiaj obserwuję i za którą płacę.

W Japonii (tak, może to niewygodny przykład, bo … działa i sprawdza się?), każdy z pacjentów pokrywa 10% wartości badania, służba zdrowia jest otwarta i nie jest zdominowana przez zawodową starszyznę. Skutek? Pacjent ma poziom służby zdrowia na niewyobrażalnym w stosunku do naszego poziomie, dokonuje konsumenckiego wyboru tego kto i gdzie go będzie leczył. Nikt, jak jest to dzisiaj, nie robi mu łaski, że np. zostanie mu wydana JEGO dokumentacja zdrowotna, jako skuteczna i jedyna metoda zatrzymania go przy wybitnym lekarzu domowym. To ten szantaż, który dzisiaj ćwiczą na nas związkowcy z PZ.

Czas na puentę.

Nie popieram tych lekarzy w tym sporze. Dokładanie wciąż więcej i więcej pieniędzy do systemu, który jest chory, jak każde niezdrowe zachowanie, musi prowadzić do patologii i zwyrodnień. Czas im, lekarzom właśnie, w trosce o ich zdrowie tego oszczędzić (i wiadomo, że odnoszę to do tych, którzy dzisiaj pokazują nam zamknięte drzwi swoich przychodni i praktyk, a nie do całego środowiska). Może dzięki temu będzie miał nas kto leczyć? Kiedyś?

Nie uda się, to trudno.

Zaoszczędzoną kasę zużyję na notorycznie zły tryb życia (pozbawiony doradztwa medycznego nie będę miał wyjścia, prawda). A życie choć krótkie, może będzie ciekawsze?

 bez tytułu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *