Do trzech razy sztuka? Cricoteka po raz wtóry

Czasami to dobrze, gdy przyjaciel zabierze nas w miejsce, które uznajemy za poznane i obłaskawione. B. zadecydował, że tym razem będzie to MOCAK i CRICOTEKA. No to poszliśmy…

MOCAK, gdyby nie magiczna aura dzieł Nikifora (wystawa „Nikifory…”) i artystów tworzących w manierze sztuki intuicyjnej, to całkowicie rozczarowałby banałem młodej sztuki z Izraela i dość wtórnymi pracami twórców spod znaku Made in Japan. Patrząc na te ostatnie można było odnieść smutne wrażenie, że to wytwór globalnego uniformizmu plastycznego i „japońszyzny” z początku 20. wieku, gdy termin ten w krajach Dalekiego Wschodu był synonimem produkcji nieudolnie naśladującej tę dobrą… Odrzucam i nie polecam.

Wiem, wiem. Sztuka to kategoria definicyjnie od dekad otwarta, ale nie musi to oznaczać  każdorazowej i bezrefleksyjnej akceptacji dla form pustych i jałowych intelektualnie. No, ale dobra wiadomość jest taka, że wystawy już spakowano i… tylko Nikifora może żal… (pozostał jednak katalog i daje dobre pojęcie o tym, czego już nie zobaczycie.)

Bardziej martwi mnie natomiast to, co po raz kolejny zobaczyłem w Cricotece.

Potwierdza to obawy publicystki GW w Krakowie, Martyny Nowackiej, która niedawno  zastanawiała się nad jakością muzealnej prezentacji drugiej już odsłony wystawy stałej poświęconej Tadeuszowi Kantorowi. Wnioski i pytania, jakie znalazłem w jej artykule, okazały się trafne i nie opuściły mnie także po obejrzeniu wystawy. Doszły kolejne wątpliwości i konstatacja, że mój pierwszy wpis na blogu na temat Cricoteki  w pewnym sensie pozostaje  (niestety) aktualny.

Podstawowym problemem jest nadal brak pomysłu na pokazanie twórczości Kantora. Zamierzona jako jedna z czterech mających opowiedzieć i zinterpretować twórczość Kantor, druga odsłona jest zdecydowanie słabsza od swojej pierwszej części. Tamta też rodziła stosunkowo powszechną krytykę i oczekiwanie na… więcej i lepiej w przyszłości. Tak się nie stało. Jest gorzej niż było.

Konstrukcja wystawy (bo trudno tu mówić o jakiejś narracji) zbudowana została wokół tego samego schematu: obiekt (artefakt-teatralno-scenograficzny)obraz na monitorze i wreszcie tekst wyświetlany na ścianie. Ta powtarzalność uzyskuje może logikę nowoczesnej witryny muzealnej (nowoczesnej, bo pozbawionej owej „witryny” i jej dosłowności), ale to wszystko, co można o tym pomyśle powiedzieć dobrego. Możemy w tą witrynę „wkraczać”, ale nie znajdziemy tam teatru Kantora… więc równie szybko i niemal natychmiast ją opuszczamy. Relacja przedmiot – opis mówiony i zilustrowany, jaką nam się proponuje, to za mało we współczesnym wystawiennictwie. Robi się  więc bardzo powierzchownie i tak naprawdę nic się nie dzieje (z widzem i przestrzenią wystawy).

Profesor Jerzy Szacki mógłby mieć pretensje widząc, że zamiast pozwolić przedmiotowi „przemówić” do widza (jak zawsze postulował), autorzy wystawy skazują eksponat na milczenie lub w najlepszym wypadku na wydawanie dźwięków będących dydaktycznym zrzędzeniem i faktografię.

Obiekt, tekst, obraz multimedialny, są niby razem, a jednak …pozostają osobno. Bez synergii poznawczej i będącej następstwem takiej sytuacji potencjalnej szansy na  interakcję ze zwiedzającym. Ten ostatni uczy się co najwyżej szybko czytać… nadal pozostając w kosmicznym oddaleniu od Kantora… (bo to już całe jedno pokolenie wyrosłe po jego śmieci!).

Nie wiem co takiego się dzieje, że twórczość Kantora jest tak właśnie pokazywana? Tak nieatrakcyjnie, schematycznie. Taki teatr i happening bez teatru i dziania się… Scenograficzne rekwizyty zanurzone w półmroku sal wystawowych Cricoteki  i nic  więcej.

Jestem daleki od oczekiwania, że muzeum takie jak to, jest w stanie zastąpić lub kompletnie opisać… dzieło Kantora. Wierzyłem jednak, że dokona jego uwspółcześnionej interpretacji, odpowiadając między innymi na pytanie o to, co Kantor wnosi do naszego odczuwania świata, jak dobrze dzisiaj opisuje fenomen Europy Środkowej i jej lokalnej percepcji,  jej skomplikowania i kultury , która jeszcze niedawno nas fascynowała i – jak można wnosić z wystawy – jest istotna w dotarciu do kantorowskich krain z dzieciństwa? A może w ogóle już nie jest tożsamościowo istotna, ‘spatyniała’  i godząc się na jej umuzealnienie musimy pogodzić się  z tym, że rewolucyjny, awangardowy wymiar teatru Kantora, to coś co przynależy bezpowrotnie do przeszłości?

W ogóle można odnieść wrażenie, że w Cricotece najlepiej czyta się o Kantorze i pisze o nim… Naprawdę dobrze napisane komentarze-didaskalia do wystawy, to w mojej ocenie najlepsza część całego projektu… Obiekty, choć świetne, pozostają nieme.

Mam więc wątpliwości, czy tak ma wyglądać współczesne muzealnictwo? To prezentowane w Cricotece nie jest – w mojej ocenie – poznawczo otwarte, intelektualnie i artystycznie inspirujące.  Czy istotnie taka forma prezentacji Kantora może zapewnić trwanie  fenomenu Kantora wbrew i ponad czasem? Głęboko w to wątpię…

To przecież Kantor mówił, że teatr i twórczość wymaga totalnego zaangażowania myśli , woli i wyobraźni. Dlaczego tego totalizmu nie ma na wystawie???

No i drobiazgi.

Wystawa jest przejmująco skromna. Jej rozmiar sugeruje raczej prezentację prac jakiegoś „sztukmistrza z Wielopola” niż jednej z największych ikon ponowoczesnego teatru drugiej połowy 20. wieku. Prezentowana obecnie druga część wystawy jest zdecydowanie mniejsza od swojej pierwszej Odsłony. To rodzi rozczarowanie.  Jest też zdecydowanie bardziej statyczna od tej pierwszej.

I… postscriptum architektoniczne, czyli sprawa podłogi… na którą uwagę zwrócił mi B.

B. słusznie zauważył, że podłogę techniczną w takich obiektach jak muzea, czy galerie  integruje się z całą architekturą wnętrza, przez co staje się niemal niewidoczna. W Cricotece ktoś tego albo nie wiedział albo zapomniał o tej zasadzie, bo na wystawie podłogę tą widać… i jak wyżyna krakowsko-czestochowska unosi się i rozpościera  po salach wystawowych galerii. Pewnie dlatego architektura, która na zewnątrz porusza i jest przedsmakiem fenomenu teatru Kantora (a którego w środku póki co nie znajdziemy), we wnętrzu rozbija się o takie „drobiazgi”. A my znowu coś tracimy. Szkoda. Kantorowi też pewnie nie byłoby to obojętne. Dbał o każdy szczegół, by nie popadać w banał…

 Haem 2014 (Akihisa Hirata) (fragment ekspozycji w: MOCAK, 2015) "Mój Nikifor" (reprodukcja jednej z prac prezentowanych na wystawie "Nikifory", MOCAK, 2015)

Szafa - interior imaginacji (fragment ekspozycji - "Tadeusz Kantor. Druga odsłona", kwiecień 2015)Koń - szkielet (z Teatru Śmierci, 1985). Fragment ekspozycji (2015)

Mr B. (w Galerii MOCAK)

2 komentarzy do “Do trzech razy sztuka? Cricoteka po raz wtóry

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *