Historia bez tytułu, początku i końca (10). Fotografia

„Roland Barthes przewraca się w grobie ze zgrozy,

słysząc, jak MIT – wtórny system modelujący –

likwiduje pierwotny sens języka, czyli tej fotografii”

(zasłyszane, dziwnie pasujące)

Susan Sontag pisze o fotografiach, po których obejrzeniu się zmieniamy. Bezpowrotnie. Definitywnie. Tak jest w przypadku i tej historii. Staje się inna, a my z nią, gdy oglądamy postaci z jej kart.

To „oglądanie” jest zresztą pojęciem umownym. Lewczyński by się ucieszył. Nie lubiłem jego archeologii fotografii, bo miała cechy grzebania po intymnych szufladach osób bez imienia. Szufladach co prawda wyrzuconych na śmietnik, ale jednak. Tymczasem praktykuję coś na jej kształt, wczytując się w narrację zdjęcia. Tego i kolejnych. Odtwarzając relacje, sekwencje zdarzeń. Ale zdjęć nie wziąłem bez pytania, więc to chyba nie ta sytuacja… Ulga.

Fotografia (ta i inne) właśnie wylądowały w mojej skrzynce mailowej. Przywędrowały aż spod Tel Awiwu. Obrazy, które ucinają spekulacje. W ich miejsce pojawiają się fakty wciąż nieostre, ale jednak pokazują to co było, a nie to co być mogło.

Dzisiaj już wiem więcej. Historia zatem wypełnia się faktami. Daty, osoby. Pewniki.

Pamiętacie to moje krążenie wokół Nocy Kryształowej? Nie chciałem tego, ale w jakimś sensie musiałem, bo tam się ta historia zaczynała i kończyła (czego wciąż nie wiecie). To miała być taka klamra. Dziś wiem, że nic bardziej mylnego. Złudzenie pielgrzyma, który po dotarciu do celu wędrówki odkrywa, że to nie koniec, a początek właśnie.

Gdy nad listopadowym Bytomiem 1938 roku miast mgieł, unosiły się dymy płonących synagog, w tamtym Beuthen nie było już Samuela Franza Hirscha. Nozdrza drażnił gryzący dym palącej się, lakierowanej stolarki. Wznosiły się ku górze czarne dymy z pokryć dachów mykwy, ubojni i synagog.

Samuel nie poszedł do synagogi w piątkowe popołudnie 4 listopada jak wcześniej myślałem. Od ponad roku był w odległym Jokneam Moshavah  w Palestynie i jego życie całkowicie się zmieniło. Z ucznia gimnazjum stał się osadnikiem. Wgryzał się w ziemię, twardniał, spełniał (jak mówią jego bliscy) swój sen o nowym życiu… rolnika.

Szarzało i oddalało się jego Beuthen. Pisane późnej po hebrajsku jako „Boiten”, pogodzi wszystkie tradycje językowe miejsca. Naziści i to co stało się po 15 lipca 1937 roku, było wspomnieniem. Upiornym, żywym, nie dającym spać, ale jednak dalekim. Topografia zbrodni ma wpływ na intensywność odczuwania.

Cały czas nie wiem, czy wyjeżdżając z Bytomia wiedział, że opuszcza miasto na zawsze. Zostawił tu przecież swojego ojca Martina Hirscha, siostry Miriam i Biankę, starszego brata Josepha. Ten ostatni został w Bytomiu, bo miał jeszcze skończyć średnią szkołę i potem wyjechać… Planowanie w czasach zarazy… A jednak zdążyli.
Gdy Samuel stawał się synem rolnika, w Bytomiu był rok 1938. Nie było go zatem wśród tych, którzy patrzyli na unicestwienie świątyni. Także tej, w której śpiewał w chórze podczas nabożeństw.

Martin Hirsch też nie był tego dnia w pobliżu synagogi. O tym co się stało, dowiedział się z opowieści  jakie do domu przy Kattowitzerstrasse 24 przynieśli jego jego brat i siostra. O dantejskich scenach, o przerażeniu tym co zobaczyli i o tym, że najpierw zniszczona została synagoga reformowana, a potem ta należąca do ortodoksyjnych Żydów. Tak mało i tak wiele. Czy to jednak nie jest interesujące, tak obiektywnie i niejako obok tej historii, dowiedzieć się o tym w jakiej kolejności oba domy modlitw zniknęły z powierzchni ziemi? Historycy znają tę sekwencję? To coś nowego?

Dowiaduję się, że Noc Kryształowa stała się (nie tylko w tej rodzinie) wielopokoleniowym tabu. Nie mówiono o niej. Rozumiem to. To dość typowe, a jednak pytam siebie, dlaczego Martin Hirsch poszedł na zgliszcza obu synagog? Przypędzony na miejsce czy z własnej woli? Jałowe spekulacje. Bo przecież, gdyby tam nie poszedł nie byłoby listu jaki Samuel Hirsch wysłał w 1994 roku i dał początek tej opowieści… I nie wysłałby tego, co na miejscu znalazł jego ojciec Martin Hirsch.  Samuel wyraźnie napisał, że to co wysłał odnalezione zostało pośród zgliszczy synagogi… przez jego ojca Martina. Wierzę mu. Nie miał powodu, by kłamać.

Nikt nie wie, jak było. Irytuje mnie taka świadomość. Znowu czas na domysły i spekulacje.  Bywają niebezpieczne. Wymuszają nawracanie i krążenie.

Gdyby zastosować analogię do sytuacji w nieodległych Gleiwitz, już zapewne od 11 listopada śląc pisma i grożąc władze wymuszały na Żydach porządkowanie terenu synagogi i innych budynków gminy, które zniszczono podczas Nocy. W ślad za tym szły upomnienia od nadzoru budowlanego, policji i straży pożarnej. Wszystko w zgodzie z tamtym (bez)praw(i)em.

Nie zapomnę wrażenia jakie zrobiły na mnie oschłe wersy urzędniczej nowomowy, w których – jak w pismach gliwickiego gestapo – ludność żydowska była zobowiązywana do „natychmiastowego usuwania szkód i zniszczeń zagrażających mieszkańcom miasta”. W ślad za tym konstruowane były tabele i zestawienia  kosztów, jakie gmina żydowska miała uiścić z tytułu zabezpieczenia ruin i pogorzelisk.  Pewnie podobne rozkazy popłynęły z adresu przy Gustav-Freytagstrasse (ul. Oświęcimska) 11 – gdzie mieściło się bytomskie gestapo – do miejscowych Żydów i władz gminy…

Martin Hirsch poszedł tam, bo został zmuszony? A może (cofnijmy się do czasów Wojny Światowej, gdy stacjonował w Alzacji na froncie zachodnim) jego przeszłość wojskowa uchroniła go przed takim aktem pohańbienia. Lub było zupełnie inaczej. Poszedł tam, bo nie mógł tam nie być. Bo chciał być razem z tymi, którzy zostali. I pomimo opowieści rodzeństwa zobaczyć co zostało z synagog…

Obłęd zgadywania, przypuszczeń.

Tak czy inaczej, to coś co wysłał po blisko 60 latach, Samuel Hirsch, syn Martina do kiedyś rodzinnego Bytomia, pochodziło z miejsca, które w te dni jeszcze dymiło, śmierdziało swędem spalenizny. Tyle wiemy.

Teraz już wiecie, dlaczego ta historia tak zmaga się ze swoim początkiem, punktem zero.

Ale, ale. Historie przecież mają alternatywne początki. Niech będzie nim zatem zdjęcie Martina Hirscha. W końcu to on był wówczas w Bytomiu… i tak czy inaczej trafił na zgliszcza synagogi…

Martin Hirsch z córkami Bianka (l.) i Miriam (r.) (żródło: zdjęcie z albumu rodzinnego rodziny Hirsch; wszelkie prawa zastrzeżone)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *