Historia bez tytułu, początku i końca (5). Maszyna do pisania doktora Kamma

Nowojorskie Forrest Hills. Jedna z enklaw żydowskich w Nowym Jorku.

Otulone sidingiem, małe pobielone domki. Rezydencjonalna zabudowa z połowy lat sześćdziesiątych, w cieniu ceglanych domów mieszkalnych. Na nie i na pobliską 66. Aleję patrzą zmęczone, a może po prostu stare oczy doktora nauk prawniczych Güntera M. Kamma.

Jest rok 1977. Zimny, bezśnieżny poranek 3. lutego. Emerytowany adwokat Kamm właśnie siedzi przy swoim dębowym biurku. Przed nim walizkowa maszyna do pisania (papier zasłania markę) i arkusze papieru, które staranie wypełniają słowa – wspomnienia z Beuthen, Bytomia. Sporządza je dla archiwum Leo Baecka w Nowym Jorku. By pamiętano i by on nie zapomniał. Dr Kamm ma już 75 lat.

Zaczyna się jak niemal zawsze każda taka opowieść i biografia wygnańca.

„Urodziłem się 9 sierpnia 1905 roku w Bytomiu, na Górnym Śląsku”…

W innym miejscu wspomni o swoim ojcu Isidorze Kamm. Przedsiębiorcy zajmującym się sprzedażą mebli i właścicielem nieruchomości w Bytomiu. Ułanie z okresu I wojny światowej.

„Wiosną 1931 roku jako adwokat, dołączyłem do Kancelarii Prawniczej i Notarialnej w Bytomiu  Mandowsky & Schindler”… pisze w kolejnym zdaniu.

Następne zdania są przypomnieniem świata, który począwszy od owej wiosny 1931 roku, zaczął się radykalnie zmieniać.

Wspomnienie z 1 kwietnia 1933 roku. Dr Kamm spisuje swoje wspomnienia, a ja wiem, że pisze o mieście w którym w 1933 roku mieszka 3 148 Żydów. To dane gminy przygotowane na polecenie policji.

Tego dnia, jak wspomina, otrzymał decyzję o pozbawieniu go prawa do wykonywania zawodu. Niemcy nie chcą obcych. Obcy to zdrajcy, jak chce rządowa propaganda. ”Obcy” dziwią się, że są obcy, ale nikt ich nie słucha. Isidor Kamm walczący na frontach Wojny Światowej zdziwiłby się zapewne że jest obcym, że nie jest patriotą…

Decyzja o zakazie wykonywania zawodu zostaje wkrótce cofnięta w wyniku postępowania przed Ligą Narodów i tzw. Petycji Bernheima. Czytam te słowa i nagle  przechodzą mnie dreszcze, bo to jeden z tych prawników, którzy osobiście otarli się o sprawę, którą zajmowałem się kilka lat temu.

W Bytomiu sprawę Petycji Bernheima prowadził radca Georg Weismann. Dr Kamm znał go, współpracował. To dzięki Petycji Bernheima, Żydzi na Górnym Śląsku mogli podnieść do góry głowę i do czasu obowiązywania konwencji cieszyć się, oficjalnie tolerowani, pełnią praw obywatelskich. Po 15 lipca 1937 roku ich świat runął w niwecz. Praktycznie z dnia na dzień.

Z tych wspomnień dowiaduję się jeszcze, że  Georg Weismann przekazał manuskrypt Petycji do Jewish National Library w Jerozolimie.  Znowu dreszcz emocji. Ona tam jest. Czeka. Kiedyś przeczytam oryginał?

Wątki przeplatają się i plączą. Brak chronologii. Emocje? Widzę – nie widząc postać dra Kamma, gdy w Forrest Hills stuka sprawnie (robił to całe życie) w klawiaturę maszyny.

Obrazy z 10 listopada 1938 roku.

Płonące synagogi.

Splądrowane mieszkanie.

Aresztowanie jego rocznej córki. Do bytomskiego aresztu trafia w dziecięcym wózku. Dr Kamm ląduje w KZ Buchenwald. Wrócił do Bytomia w grudniu 1938 roku. Pięćdziesięciu innych Żydów z tego transportu nie.

Zwolnienie (o czym nie pisze, ale to wiem z losów rodziny Karliner z Pyskowic), zawdzięcza uzyskaniu wizy wyjazdowej z Niemiec. Celem jest Szanghaj. Znajdzie się tam już w marcu 1939 roku. Rodzice i teść trafią do Chin drogą przez Syberię w 1940 roku. Nie wiem co to znaczyło w praktyce. Nie pisze.

Znajduję w maszynopisie kilka słów o synagodze bytomskiej.

Obserwuję prawie dziecięce zauroczenie jej dwoma kopułami.  Wspomina, że mieściła 1500 wiernych. W istocie dr Kamm pisze o dwóch domach modlitwy. Mniejsza była świątynią ortodoksyjną. To chyba jej zdjęcia, gdy płonie oglądałem. I klęczących przed nią, zmuszonych do tego przez siły policyjne, ortodoksyjnie ubranych Żydów.

Na moment wraca jeszcze obraz dużej, drugiej synagogi.

Reformowana, z emporami, organami i chórem. Liczyłem na więcej wspomnień o chórze. To przecież mnie interesuje w tej historii, a tutaj nic.  Ale czy mogę się dziwić, że w tej opowieści zdania o chórze (których tu zabrakło) przegrywają z Nocą kryształową i historiami o rabinie dr  Maxie Kopfstein?

Synagoga choć liberalna, to jednak zachowała podział na część zajmowaną przez mężczyzn i kobiety. Oglądam po raz kolejny jedyne zdjęcie z jej wnętrza i przypomina mi się karniowska synagoga. Są bardzo podobne. Tamta stoi, po wnętrzu bytomskiej jest to jedno, jedyne zdjęcie z połowy lat dwudziestych.

Symboliczne sceny.

1926 rok.

Pogrzeb rabina Kopfsteina. Zamknięte w mieście wszystkie szkoły, większość sklepów. Lampy uliczne okryte kirem. Nad grobem przemawiają burmistrz miasta i proboszcz w miejskim kościele Najświętszej Marii Panny ks. Józef (Josef) Niestrój (Niestroy, jak pisze dr Kamm). W imieniu związku rabinów przemawia Leo Baeck. To dla instytutu jego imienia dr Kamm teraz spisuje swoje wspomnienia.

1938 rok

Inny czas. Następca rabina Kopfsteina nie będzie miał już tyle szczęścia. Dr. H. Golinsky trafia z transportem Żydów bytomskich do Buchenwaldu. Przeżyje.

Zatrzymałem się na tych fragmentach wspomnień, a przecież mam czegoś dowiedzieć się o chórze lub tego co może go pośrednio dotyczyć.

Na szczęście są wspomnienia dotyczące młodości dra Kamma.

Szkoła podstawowa. Choć żydowska to o statusie szkoły miejskiej. Popołudniami i w niedzielę prowadzone są zajęcia z języka hebrajskiego. Te opłaca gmina żydowska. Nauczycieli co do zasady miasto.

Padają nazwiska. Wśród nich pojawia się „wykładowca Rosenthal i równocześnie dyrygent w chóru synagogalnego”. Pojawia się (nazwisko) po raz kolejny. Mam już pewność, choć wciąż nie mam imienia. A może jednak mam? W książce adresowej Bytomia z 1912 roku jest Heinrich Rosenthal, nauczyciel w… szkole podstawowej (niem. Volksschule). Mieszkał przy Lindenstrasse 66.

A zatem to Heinrich Rosenthal… dyrygował chórem synagogi w Bytomiu. To na ruchy jego rąk, na jego spojrzeniu koncentrował się mój bohater dwadzieścia lat później? Chyba. To już mocne chyba.

Wspomnienia dra Kamma przynosi mi nowe ustalenia. Jestem mu za to wdzięczny, choć komplikuje rzeczywistość, którą rekonstruuję.

Były bowiem… dwa chóry. Mniejsza synagoga miała własny. Tym chórem kierował dr Max Gruenewald. Mój bohater śpiewał w chórze dużej synagogi. Ale dobrze wiedzieć, ze były dwa.

Odkładam na bok jego wspomnienia.

Moje poszukiwania nie ustają.

(cdn)

Zdjęcie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *