Historia bez tytułu, początku i końca (6). Cukierki Pana Bernsteina

9 listopada 1938 roku była środa. Późnym wieczorem tego dnia obie bytomskie synagogi przestały istnieć. To znaczy stały jeszcze ich mury, ale to było wszystko co z nich zostało.

Skoro była to środa, to domyślam się, że śpiew chórów towarzyszących modlitwom szabasowym po raz ostatni wybrzmiał  we wnętrzach bytomskich synagog w piątek 4 listopada 1938 roku. Czy był to tradycyjny Hymn chwały ? Nie wiem.

Nie wiem też (ile tego „nie wiem” w tej historii jeszcze się zdarzy?) jaka była pogoda 4 i 9 listopada 1938 roku w Bytomiu.  Chciałbym wiedzieć jak wyglądał każdy z tych dni, gdy po dekadach istnienia chór synagogalny milkł na zawsze…

Tymczasem trzask płomieni w miejsce śpiewu. Gorąc w listopadowy dzień. Szloch i wyzwiska w miejsce głosu kantora…

Pewnie w ów piątek, 4 listopada, chłopcy z chóru jak zawsze, jak zwykle, „zarobili” po kilka cukierków w sklepie Raphaela Bersteina. Ten bowiem zawsze, jak wspomina Max R. Guttmann, obdarowywał ich kilkoma cukierkami „na łebka”, ilekroć zmierzali w piątkowe wieczory do synagogi. Nie mogli wiedzieć, że to ostatnie takie cukierki. Nie wiedział też pewnie tego mój bohater.  Może wiedząc to doceniliby ich niepowtarzalny smak. Ta historia to ocean domysłów. Takich i innych.

Jest kilka opisów tego, co działo się 9 i 10 listopada 1938 roku w Bytomiu. A w nich historia Nocy kryształowej jako momentu narodzin zła absolutnego i jego upaństwowienia i zinstytucjonalizowania. Uznania przez system jednych za lepszych, a innych za gorszych i niegodnych. Przyzwolenie na nienawiść. To był ten moment, po którym  trudno uwierzyć słowom tych, którzy w 1945 roku powiedzą „nie wiedzieliśmy”. Byliśmy ślepi? Głusi? Nie poczuliśmy swądu spalenizny? Obojętność, co zabija wtedy i dzisiaj.

Każdy z opisów Nocy jest na swój sposób poruszający. Sięgam do mniej znanego, napisanego przez Pana Wernera (znowu ten brak imion!) w liście do córki Suselotte Werner, szczęśliwie przebywającej wówczas w Anglii.

List, znajduje się w kolekcji Instytutu Leo Baecka. Co ciekawe – napisano go w Katowicach, licząc się z tym, że tylko stamtąd będzie możliwa jego wysyłka za granicę.  Powstał 19 listopada 1938 roku. Mimo upływu kilkunastu dni pełen jest emocji, traumy i w istocie poczucia beznadziei.

Gdy dochodzi do opisu zdarzeń z 9 listopada, ojciec Suselotte pisze:

„ Obie synagogi,  jak dom ich opiekuna o nazwisku Totschek spłonęły. Podobnie jak wyposażenie, meble itd. Totschek widząc pożar wyszedł niemal nagi z dozorcówki i został odciągnięty od budynków podobnie jak jego żona. Ta stała jedynie w swojej nocnej koszuli i szlafroku. Strażacy z uwagą obserwowali pożar pilnując, by wszystko się dokładnie spaliło i by ogień nie uszkodził innych domów. Kobiety i mężczyźni zostali dotkliwie pobici, młodzi i starzy. Najbardziej jednak starzy. Znany jest mi przypadek, gdy jedną z kobiet pobito niemal na śmierć. Mógłbym napisać ci dużo, dużo więcej, ale jestem bliski rozchorowania się mając to wszystko przed oczyma i muszę na tym poprzestać. (…) Świat pozna się na tym, ale będzie już za późno (…).”.

Więc gdzie był w tym czasie mój bohater?  Miał niemal dokładnie 17 lat. Przeżył, nie wywieźli do do Buchenwaldu. Czy do jego domu, jak do mieszkania pana Wernera, też wpadli ludzie, bywa że sąsiedzi?

Werner wspomina:  „(…) całe mieszkanie było jedną wielką ruiną. Wszystko co szklane, porcelanowe potłuczone. Mieszanina porozrzucanych talerzy, zastawy, zdjęć, zegarów, dokumentów na podłodze. Fortepian porąbany siekierą, fisharmonia rozbita. Kredens wybebeszony i tez porąbany siekierą, inne meble zniszczone. Krzesła porozbijane na kawałki. Trudno to wszystko opisać.  Oczywiście ta odrobina biżuterii, jaką mieliśmy skradziona. Odłożone 160 marek jakie miałem zapłacić za zdjęcia w sobotę, skradzione. Drobne matki na żywność coś 15 czy 18 marek też. Za co przeżyjemy? Zredukowani zostaliśmy do żebraków. Schowałem się przed napastnikami u wdowy Friedlaender i tam pozostałem do wczoraj [czyli 18 listopada – przyp. L.J.]”. 

Gdzie schował się mój bohater? Jak przeżył  te dni? Powtarzam te pytania bo to,  że przeżył to pewne. Ba, wiem też, że nie wszystko na szczęście spłonęło 9/10 listopada. Gdyby tak było, opowieść ta nie miałaby swej puenty.

Miało być o chórze, a jednak nie jest. A może jest?  Ten inny nieoczekiwany odcinek daje mi czas, by ochłonąć i powrócić do tego, co o chórze wiem.

(cdn)

Gwiazda / Star (Synagoga/Synagogue/Synagoge zum Weissen Storch/pod Białym Bocianem, Wrocław/Breslau)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *