Historia bez tytułu, początku i końca… (2) Hamburger Hof

Hamburger Hof zdawał się tkwić w tym miejscu od zawsze, ale tak nie było.  Pojawił się pod koniec 19. wieku i wspólnie z nową synagogą dominował nad placem, któremu w 1870 roku nadano nazwę Friedrich Wilhelm Ring.

Hotel Hamburger Hof, gdy patrzę na jego zdjęcia z początku 20. wieku, był skąd inąd charakterystycznym wykwitem architektury epoki. Trochę jak ta kiczowata porcelana (dolno-)śląska, za bogaty i przesadzony. Przykład pogoni za tym co nowe i modne w architekturze. Można odnieść wrażenie patrząc na zdjęcia z początku wieku, że wybór kostiumu architektonicznego, dekoracji przerósł możliwości jego twórcy. A może była to presja inwestora i właściciela hotelu w jednym? Presja, by przepych elewacji (zwłaszcza tej od strony dzisiejszego placu Grunwaldzkiego)  wzbudzał podziw i uznanie u gości odwiedzających hotel? Dla mnie Hamburger Hof jest przypomnieniem elewacji  Kaiserkrone w Gliwicach, w której to restauracji i kawiarni (podobnie jak w bytomskiej) należało bywać i się pokazywać i która, czytając menu i reklamy z tamtego czasu, miała być namiastką berlińskiego (a może i paryskiego) stylu życia.

Dzisiaj, spod obłażących resztek farby i tynku, czy ordynarnie skutych fragmentów elewacji, wychodzi  jasno zielonkawy kolor jakim pierwotnie pomalowane były pseudo kamienne ciosy, późniejsze napisy reklamujące lampy czy siedzibę miejscowej izby przemysłowej.

Do tego co widzę, dodaję obrazy z mojej wyobraźni.

Beże i żółcienie piaskowych detali kamiennych i spatynowany grynszpan hełmu kopuły budynku, po której nic nie zostało. Kute i ażurowe detale z lanego żelaza. Obraz tamtego hotelu, którego już nie ma, dopełniają złote lśnienia mosiężnych klamek i kinkietów zewnętrznego oświetlenia. W czasach, o których jest ta historia, wieczorem okna hotelu wypełniały się jasnością światła elektrycznego. Pewnie jak w Krakowie na przełomie wieków, tak tutaj elektryczność była symbolem nowych czasów, a estetyka żarówki i żarzącego się drucika w szklanej kuli, zachwycała.

Już dwadzieścia lat później elewacje hotelu zatraciły urodę bombonierki. Po części  stało się tak za sprawą mód i lichych materiałów jakich używano w budownictwie 19 w., by udawać luksus i obniżać koszty (skąd my to znamy?) W innych przypadkach było to następstwem zmiany mód, czy dewastacji.

Taką, mocno oczyszczoną z detalu widzimy na zdjęciu z końca lat dwudziestych 20 w.  Na parterze budynku widać nieczytelny szyld rozpoczynający się od słów „Gleiwitzer…”   Co było dalej… nie wiem. Porzucam te dociekania jako nieistotne, choć zrozumiałe dla kogoś, kto jak ja, zawsze i wszędzie na słowo Gliwice i „gliwickie” wyostrza swoją uwagę i zainteresowanie.

Na innej fotografii na parterze budynku widać sklep z rowerami. Porzucam w pewnym momencie ambicję odnalezienia właściciela tego sklepu w książce adresowej z 1937 roku. Nie jest mi ten fakt do niczego potrzebny, chyba, że założymy (całkiem prawdopodobnie), że nasz bohater dojeżdżał na spotkania i koncerty chóru rowerem, właśnie tutaj kupionym. Hmm… pomyślę o tym wariancie.

To co pewne to fakt, że bohater naszej historii systematycznie mijał potężną fasadę hotelu. Nie tylko z powodu modlitw i uroczystości  odbywających się w pobliskiej synagodze. Zakładam, iż bywał w nim dość często, bo Hamburger Hof –  obok synagogi, szkół należących do gminy żydowskiej, siedzib związków i stowarzyszeń społeczności żydowskiej, był jednym z tych miejsc, gdzie koncentrowało się życie  towarzyskie bytomskich, zasymilowanych Żydów. Odbywano tutaj wszelkie uroczystości, organizowano przyjęcia, spotkania biznesowe, odczyty.

Jest wielce prawdopodobne, że tutaj właśnie, w Hamburger Hof, w listopadzie 1934 roku rodzina i zaproszeni goście świętowali bar micwę bohatera tej opowieści, gdy jako trzynastolatek definitywnie wkraczał w dorosłe życie.

Hotel –  i to już nie domysły, a dokumenty i potwierdzone relacje – był miejscem podobnych spotkań Żydów bytomskich. Był w biografii ich gminy do końca. To w końcu w jego oknach odbijały się ognie płonącej 9 listopada 1938 roku synagogi…

Hamburger Hof w interesujący sposób pojawia się w jednej z relacji Willy’ego Cohna, wrocławskiego Żyda i pamiętnikarza,  którego zapiski z lat 1933-1941 wyszły drukiem w 2007 roku (jakiś czas temu przetłumaczono je w sporych fragmentach na j. polski i wydano). Opisuje w nich swój przyjazd do Bytomia w 1937 roku i udział w wykładzie w salach hotelu Hamburger Hof 24 października. W wykładzie  uczestniczył ówczesny i ostatni rabin wspólnoty bytomskiej Prof. Dr Golinski, przybyły do miasta z czeskiego Pilzna.  Spotkanie odbywało się w atmosferze prześladowań Żydów i – po wygaśnięciu konwencji genewskiej –  ich narastającej emigracji za granicę. Willy Cohn tworzy  pierwszą, smutną i nader osobistą  listę bytomskich Żydów, których nie udało mu się już spotkać w mieście.

Cohn ogląda Bytom, którego nie poznaje.

Ludzie są do siebie wrogo nastawieni – konkluduje. Na bytomskim dworcu obserwuje wydzielone, okratowane  miejsca do odpraw dla podróżujących do Polski. Poraża go obraz celników polskich i niemieckich, którzy z zasady nie zamieniają ze sobą ani jednego słowa…

No, ale dość o Hamburger Hof. Czas na opowieść o chórze synagogalnym. To kolejny fragment historii, którą rekonstruuje…

(cdn)

Wtedy i dziś (Bytom, d. Hamburger Hof po lewej stronie na obu zdjęciach)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *