I po Zgodzie

Zacznijmy od faktu bezspornie ważnego.  To dobrze, że powstał film o tym tytule  i odwołujący się do tematu i wydarzeń w Polsce nieznanych lub często zakłamywanych.

Film niestety w jakiejś części pozostaje wierny tej postawie i od początku brnie w pół i „niemal prawdy”. Zaczyna się od napisów wprowadzających do filmu.  Od razu trafiamy na coś więcej niż uproszczenie.

Czytamy na ekranie, że do obozów takich jak ten, jaki za chwilę ujrzymy, trafiali Polacy  i Niemcy, gdyż uznawano ich za wrogów nowego ustroju i przeciwników politycznych.

Irytuje mnie takie ujęcie, bo są podobne do tych made in Hollywood, gdzie niektóre z wojennych historii nie miały większego sensu poza inscenizacją  historyczną. Tacy na przykład piloci dywizjonu 303 w Bitwie o Anglię (1969) lub komandosi brygady generała Stanisława Sosabowskiego (O jeden most za daleko, 1977) traktowani byli jak nie przymierzając małpy w cyrku. Bili się nieco nieskładnie, darli w nieznanym narzeczu , reprezentowali egzotykę Wschodu i wpisywali się w dramaturgie scen marginalnych. Były to zatem filmy niby o historii, ale jakby nie o nią chodziło.

Robienie filmu na temat obozu „Zgoda” i w ogóle komunistycznych obozów funkcjonujących w systemie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego bez sprawdzenia dość podstawowych faktów i źródeł (nawet tak łatwo dostępnych jak doskonała praca Marka Łuszczyny, Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne, Kraków 2017), odbiera filmowi wiarygodność.

Ta jest potrzebna, bo to film pierwszy, a zatem ważny. Przecierający szlak. Oczywiście razi to szczególnie tu na Śląsku, gdzie do obozu trafiało się po prostu za bycie innym. Niemcem, Polakiem, Ślązakiem, czy powstańcem śląskim. I nie byli to w prosty sposób wrogowie ludu i nowego systemu, jak próbują nam to wytłumaczyć autorzy filmu. To często złapani na ulicy i wprost z niej przywiezieni do obozu Ślązacy- Polacy, Ślązacy-Niemcy, Niemcy, Polacy. Ludzie. Był też  jeden Holender (nazywał się van Carlsen). Mówił inaczej niż po polsku. Skończył w obozie.

Innym problemem dla tak niejasno zarysowanej sytuacji wyjściowej w filmie, jest jedno z pierwszych zdań jakie w nim pada. „Tam jest sześć baraków z Polakami” – mówi strażnik (i tyle ich widzimy w filmie), „A ten jest brunatny. Z Niemcami” – dodaje (jeśli wiernie cytuję).  Po czym oglądamy, jak zło dotyka ‘złych’ Niemców lub Niemców po prostu. Inni obcy, pozostają symbolicznie w swoich barakach. Nie prowokują do dalszych pytań, dlaczego tam są.

Myślę, że recepcja tak zaprezentowanej historii więźniów obozu Zgoda zadziała w podobny sposób,  w jaki reagowano  na transporty Górnoślązaków deportowanych na Wschód w 1945 roku. Z wymalowanymi swastykami na ubraniu lub literami „N” (Niemiec), konwojowani jako Niemicy i zdrajcy narodu nie wzbudzali większego współczucia i sympatii, gdy  obrzucani obelgami i złym słowem wiozące ich pociągi mijały dworzec Kraków Główny w swojej podróży na Wschód. Nie podawano im wody, szydzono. Są wspomnienia, materiały źródłowe. Odsyłam. Niemcom z obozu Zgoda współczujemy, oburza nas skala bezprawia. Po ludzku i współcześnie oburza nas okrucieństwo jakie oglądamy na ekranie, ale może to za mało, by zbliżyć się do istoty tragedii.

Nie oglądamy Polaków, Ślązaków  też już nie ma na ekranie. Raz czy dwa będą to strzępy rozmów toczonych po śląsku (w kopalni, na dole), ale zasadniczo można odnieść wrażenie, że Zgoda to opowieść o tym, co działo się  między  Niemcami, którzy trafili do obozu Zgoda, a ich polskimi, polskimi – komunistycznymi (?)  zwyrodniałymi strażnikami.  Są zatem oni (Niemcy) i oni. Polacy.  Ciekawe i nieprawdziwe. Niepełne.

Niemcy (wnosząc po spotkaniu z filmowym Salomonem Morelem) jak jeden mąż trafili tam chyba zasłużenie (jest bowiem m.in. folksdojcz tzw. dwójką, żołnierz, SS-mann, czy dezerter z wojska). Polscy strażnicy, co wymierzają im historyczną sprawiedliwość, to raczej ofiary losu, kombinatorzy. Ludzie z komunistycznego awansu społecznego, lubiący być smagani  batem i sami batożyć. Kiepski materiał ludzki. Ale  raczej wątpliwej jakości komuniści, gdyby się trzymać tej ucieczki od odpowiedzialności państwa polskiego, jaka pokutuje w przekazie historycznym na temat obozów organizowanych przez UB.

Sceny przemocy jakich nie brakuje w filmie i dosięgająca Niemców zemsta ze strony  ich niedoszłych ofiar, można traktować jako swoisty moralitet z pytaniem mocno już wyeksploatowanym przez kino na temat dopuszczalności stosowania odpowiedzialności zbiorowej. To ważny element filmu, ale niestety nie on chyba miał być tutaj najważniejszy. Takie podejście zubaża i film, i historię, o jakiej miałby mówić.

To czy miejscem akcji filmu jest ów niesławny obóz Zgoda w Świętochłowicach nie jest w ogóle oczywiste. A chyba być powinno, prawda?

Scenarzystka pozornie sięgnęła się po fakty zaczerpnięte z relacji  więźniów ( stosowane tortury, bicie się wzajemnie przez więźniów), ale już nakreślona w filmie postać komendanta obozu Salomona Morela, trąci fatalnymi uproszczeniami i „uładzeniami” tej postaci. Jest nieproporcjonalna do dokonanych przez niego okrucieństw i zbrodni. Ten Śląski Amon Göth (Lista Schindlera, 1993) uzyskuje rysy ludzkie i mocno nieprawdziwe. Bo jeśli nawet film jest filmem (czytaj fikcją wpisującą się  w cechy gatunku), a nie opisem faktów, to po co zatem ten wstęp i próba rekonstrukcji, z jaką jednak mamy do czynienia? Jeśli to film opowiadający o miłości (jak chcą autorzy produkcji i podkreślają to w podtytule) , to może by i o niej powiedzieć coś prawdziwego? Sięgnąć do prawdy, a nie symbolicznego zdjęcia trojki młodych ludzi, których wojna (i źli ludzie) zmienia.

Bo oczywiście jest to film o tym, że zło zaraża, że stajemy się jego częścią i nie potrafimy mu się przeciwstawić. Bo zła czynienie daje nam szanse na rewanż za prawdziwe czy urojone krzywdy, perspektywy  władzy, pieniądz (i co z tego, ze ociekający krwią i hańbą). Czasami oferuje po prostu szansę na przeżycie własnego życia, o dzień, godzinę, chwilę.  Ale to chyba za mało. Takie filmy już były i kto widział Syna Szawła (2015), ten wie o czym piszę.

Film im  bardziej rozwija swoją opowieść tym bardziej rzeczy do siebie nie pasują, wykrzywiają obraz  i odbierają mu wiarygodność.

Mamy jakiś filmowy barak niemiecki liczący dziesiątki osób, przemykające gdzieś w przestrzeni obozu pojedyncze postaci. Tymczasem Zgoda to  tysiące więźniów, wygłodzonych, zabijanych, katowanych każdego dnia.

Filmowy obóz ma własny, czysty lazaret (ponownie odsyłam do książki Marka Łuszczyny, by sprawdzić jak było naprawdę). Nie ma tam leku na tyfus, ale jest namiastka normalności… powie widz, patrząc na tę inscenizację. A może jednak, skoro tyle tam okrucieństwa, nie byłoby fałszem pokazać filmowego-prawdziwego lekarza, co leczył tyfus przecinając kozikiem tętnice udowe i patrzył  na ich, chorych powolne umieranie… Taki obraz pozostałby na długo w pamięci.

Morel też nie jest taki zły, powie widz nieprzygotowany do filmu i nie znający faktów. Bo może on i strzela do SS-manna bez sądu i bezrefleksyjnie, ale kto by nie strzelił w porywie zemsty i emocji w 1945 roku, gdy ledwo co wygasły  kominy obozów koncentracyjnych? Barbarzyńskie dzisiaj, wtedy może i były niegodnym oficera zachowaniem, ale w masie zła jakie ciążyło na ludziach i jakiego doświadczyli, czy nie usprawiedliwione? Nie. Morel to zbrodniarz, a nie targany depresją wojenną weteran ludowej partyzantki.

Nie słuchałem co mieli do powiedzenia po projekcji filmu w katowickim kinie Kosmos producenci i reżyser (Maciej Sobieszczański), czy  grający jedną z głównych ról Jakub Gierszał (filmowy Niemiec – Erwin). Film ma swój język, ten zaś i obraz jaki niesie z sobą, oceniam. Może oglądana na DVD wersja z reżyserskim komentarzem, coś by wyjaśniła, ale czy tak się ogląda filmy?

Myślę o innym filmie – Róża (2011; reż. Wojciech Smarzowski) i mam nadzieję, że obrazu o podobnej uczciwości i emocji Śląsk się doczeka. Krok zrobiono. Za mały, niestety.

2 komentarzy do “I po Zgodzie

    1. Doskonałą, by wyjść poza schematy i niewiedzę (elementarną) jaką oferuje film. NIemal idealny obraz szpitala (to jeden z przykładów) w obozie zakrawa na brak podstawowej wiedzy. Książkę M. Łuszczyny dobrze sie czyta (to istotne przy opracowaniach z pogranicza personal story i ogólnego wykładu), buduje jedną z możliwych perspektyw . Lubię wielość interpretacji. To powody dla których tak ja znajduję. Free country as they say:) Dezawuowanie przez owo „gratuluję”, bez sięgnięcia po argumenty nie jest dla mnie drogą do szerszej dyskusji. W schemat dobre (czytać) i złe książki (nie czytać) nie wejdę. Z każdej z zainteresowaniem korzystam. Robię i teraz wyjątek, bo komentarze nie podpisane w jakimś sensie nie mogą być przedmiotem szerszej dyskusji. To zbyt proste, by pozostawać pod / za osłoną nicka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *