Mój Nikifor

Dedykowany Mamie

Odejście Krzysztofa Krauze z kilku powodów poruszyło mnie osobiście.

Niedawno swoją walkę z rakiem przegrał mój tato. Wiem więc chyba, jak to jest. To znaczy mogę sobie wyobrazić, co znaczy walczyć z chorobą i tę walkę przegrać. Wyobrazić sobie z punktu widzenia osoby bliskiej, zaangażowanej, którą rak też dotyka. Rak wkracza w życie bliskich bardziej niż się to może wydawać. I oczywiście NFZ nie uwzględnia tego jako jednostki chorobowej. Nie leczy się duszy w sposób zinstytucjonalizowany. To jasne. Ten paradoks jestem mu w stanie wybaczyć. Nie może zajmować się duszą ktoś, kto tak nieporadnie wspiera leczenie chorego…

Czuję kompletną nieadekwatność moich słów w stosunku do tego, co widziałem w tym czasie, a co było codziennym mówieniem rakowi, by się „gonił”, „spadał”, powtarzania, że jest absolutnie niemile widziany. Nie, ten styl tu nie pasuje. Przepraszam. Rak to doświadczenie niewypowiedzianego cierpienia, na które nie ma lekarstwa i dość dobrego słowa poza… miłością.

Piszę to, bo otarłem się o niektóre z wypowiedzi Krzysztofa Krauzego, gdy powtarzał, jak wielkie znaczenie ma determinacja w walce z tą chorobą i powiedzenie sobie, że tak trzeba.

Wiem też już jak ważne jest to, by najbliżsi nie tracili ducha, by tę wiarę osoby chorej wspierali i by jej im nie zabrakło. To trudne. Rak to trud walki, znużenia, cierpienia i zobaczenia, jakie poziomy osiąga człowieczeństwo, praktykowane między powtarzalnością codziennej opieki i uśmiechu, który pojawia się na twarzy chorego. Wciąż obecnej i niemej. Spragnionej oddechu. Tyle o raku, bo to temat zbyt osobisty, jak na blog, w którym wątków osobistych miało nie być.

Chyba też zarozumiale powiem, że rak to ten rodzaj doświadczenia, którego poznanie z drugiej ręki nie ma sensu. Może poza odwiedzeniem hospicjum i zobaczeniem tej dosłownej linii między życiem i śmiercią. I tego jak szybko limes ów jest przekraczany.

Myślałem długo, jak w swojej pamięci zapisać wspomnienie o Krzysztofie Krauze. Z kilku powodów chcę to wspomnienie utrwalić, ten najważniejszy wyjawiłem na wstępie.

Moim wspomnieniem będzie film wpisujący się w biel pejzażu za oknem, bo śniegu w tym filmie i aury około świątecznej  niemało. Jest też wiele obrazów miejsc, w których byłem.

Ale oczywiście nie z tych względów, obrazem tym będzie „Mój Nikifor”, film zrealizowany w 2004 roku.

Mojego Nikifora zobaczyłem kilka razy. Ale najistotniejszy seans miał miejsce w Japonii, w Tokio, w małym studyjnym kinie, ulokowanym w kompleksie handlowym w Ebisu. W Tokio nie pokazuje się zbyt często polskich filmów, choć ulubionym bohaterem dziecięcych animacji był tam do niedawna „Miś Uszatek”…

Mojego Nikifora pokazywano w ramach lokalnego, nieistotnego przeglądu filmów polskich. Jego programu nie odnotowują miejscowe gazety i media, bilety są tanie, a festiwal wpisuje się w pozytywistyczny wysiłek polskiej dyplomacji kulturalnej.

Pójście na niego, zważywszy na bogactwo tego, co ma do zaoferowania Tokio, to rodzaj dziwnego i delikatnie mówiąc kontrowersyjnego wyboru. A mimo to, wiedziałem że muszę i chcę go raz jeszcze obejrzeć. Zobaczyć obraz i posłuchać muzyki (Bartłomieja Gliniaka).

Nie pomyliłem się. Przypomniał mi Polskę za jaką tęskniłem (i której już nie ma) i epokę takich dziwaków jak Nikifor właśnie.

Pozwolił na przeżycie czegoś, co było bezcenne i potrzebne w tym czasie. Dał wzruszenie i rodzaj determinacji, by się nie poddawać. Taka (oczywista?) lekcja pokory i tego, że do pewnych ról dorastamy w czasie…

Bez tytułu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *