Mrużenie oczu…

Mamie

Ten film był i pozostanie we mnie. „Zmruż oczy”…. objawienie upalnego lata 2003 roku…

Film Andrzeja Jakimowskiego obejrzałem w nieczynnym już dzisiaj kinie „Świteź”w Łagowie.

Kino „Świteź”, było trochę jak to z mojego dzieciństwa, gdy wracam pamięcią do gliwickiego „Mikrusa”. Nie jestem jedynym, który je wspomina. Pamięć o tym miejscu dzielę z Peterem Lachmannem, który w tym kinie, w Gleiwitz, a nie Gliwicach, oglądał sam jeden filmy w dniu urodzin, gdy dziadek (do którego ów bioskop należał) fundował mu taką atrakcję…  Pewnie przy całej swojej siermiężności, było tym samym czym „Cinema Paradiso” w obrazie Giuseppe Tornatore, dla bohatera tamtej opowieści…

W jednym i drugim skrzypiały fotele, na tyle jednak wygodne, że nie przeszkadzały w oglądaniu tego co na ekranie.Panował gwar, wybuchały emocje…

W kinie w Łagowie w lipcu 2003 roku z kątów dolatywał zapach stęchlizny, a może była to tylko wilgoć niewietrzonego i powoli nieumierającego kina? Nie było to istotne. Zapadała ciemność i świat zmieniał się (wtedy i wówczas)  w oka mgnieniu w poza-świat jaki znałem.

Pewnie działo się tak dlatego, że – jak zauważał bohater filmu Tornatore – Życie nie jest takie jak w kinie. Życie… jest dużo cięższe

Pamiętam, że w łagowskim kinie film Jakimowskiego niemal je rozsadził. Temperaturą, wysłonecznieniem kadrów. Jakimś takim odjechanym zupełnie klimatem Polski, którą co prawda znałem, ale którą wreszcie ktoś pokazał na ekranie. Była za oknem, miała swoje odniesienia do tego, co znałem z opustoszałych PGR-ów środkowego wybrzeża. Świat zatopiony między Meksykiem, a Polską B, podlaskim Pełele dokładnie rzecz biorąc gdzie film też kręcono. Tam, gdzie wino Arizona właśnie, a pytanie o jutro gdzieś zawiesza się w upale drżącym od promieni słońca.

Łagów jest dla mnie miejscem szczególnym. Tam właśnie, zupełnie przypadkowo widziałem jeden jedyny raz Jana Himilsbacha i Zdzisława Maklakiewicza. Siedzieli na jakimś pomoście nad miejscowym jeziorem i sączyli coś z kubków. Himilsbach w kraciastej, czerwonej koszuli z flaneli. Maklakiewicz w jakiejś jasnej. Musiał to być czas festiwalu filmowego. Myśląc o tej scenie nie mogę nawet powiedzieć, że dosięgnął mnie i prześladował efekt Presley’a. Nie miałem aparatu fotograficznego, więc i zero rozterek. Mogłem tylko zapamiętać tą scenę i gdy o tym myślę, to coś z tego  niepozornego wspomnienia zostało.

Niebo, no i film „Zmruż oczy” powrócił do mnie, gdy rok temu dotarłem do podlaskiej Krasnogrudy na pograniczu światów, które są i które odchodzą w literackie utrwalanie i zapomnienie. Zachwycałem się wiatrem i nieboskłonem, od którego trudno oderwać wzrok. Jest ogromny i  wisi całym swym ciężarem nad ziemią.

Dzisiaj odbywając spacer, który stał się kilka lat temu moim osobistym rytuałem, trafiłem na dom, pół ruinę. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że zaraz rozlegnie się heksametr  ‚Odysei’, a ja się wzruszę, jak wówczas, gdy otwierając szeroko powieki patrzyłem na  ‚Zmruż oczy’ i nie potrafiłem przestać patrzeć…

Mrużenie oczu (1)

Mrużenie oczu (2)

Mrużenie oczu (3)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *