ODSUN!!! W teatrze o wysiedleniu Niemców sudeckich

Odsun!!!

„Wysiedlenie” (czes. Odsun!!!) to przedstawienie, które po raz pierwszy w czeskiej dramaturgii próbuje scenicznie uporać się z historią wypędzenia Niemców po 1945 roku. Historią „wewnątrzrodzinną”, bo mówi o losach wysiedlonych stąd Niemców, sąsiadów.

Czeska premiera sztuki miała miejsce 22 stycznia w ostrawskim teatrze im. A. Dvořaka i chyba, wnosząc po ciszy i braku szerszych komentarzy, nie wywołała jakieś znaczącej burzy medialnej i debat historycznych.

Autorzy co prawda licząc się z możliwą reakcją krytyki i środowisk politycznych zaznaczyli w programie sztuki, że jest to wyłącznie pewna wizja artystyczna wydarzeń z 1945 roku, a nie relacja historyczna opisująca „jak było”.

Sztuka o Czechach, bo już Niemców nie ma?

Prawdę mówiąc ten rodzaj ciszy wokół „Wysiedlenia” wcale mnie nie dziwi. Gdyby pokusić się o duży skrót interpretacyjny, to Niemcy w tej sztuce i całej historii nie są do niczego nikomu potrzebni i chwilami jest to raczej dramat o współczesnych Czechach i ich kraju, którym są trochę rozczarowani, a w każdym razie dostrzegają złożoność kapitalistycznej i unijnej rzeczywistości w której żyją. To codzienność, w której starzy ludzie są nikomu niepotrzebni, pracy nie ma dla nikogo, a stosunki międzyludzkie i dialog międzypokoleniowy opiera się na pustosłowiu i półsłówkach. Patrząc na to co dzieje się na scenie, można odnieść wrażenie, że Czechom nie pozostaje nic innego w życiu jak samotność i śliwowica (tej ostatniej też nie ma ochoty nikt pić, bo i zdrowie nie to). Wróćmy do „Wysiedlenia”.

Konstrukcja dramatu

Sztuka składa się z ciągu scen, z których większość ma miejsce w domu, w którym kiedyś żyli Niemcy, dokładnie Niemiec Alois ze swoją rodziną, a teraz mieszkają w nim Czesi. Oś narracji rozpięto między rokiem 1935, a 2013? 2014? Niektóre ze scen przywoływane są za pośrednictwem transmisji  telewizyjnych, będących, jak rozumiem, swoistym dokumentem „z czasów”, gdy w budynku miejscowej rady, zapadały decyzje, dotyczące sąsiadów – Niemców. Relacje z tych posiedzeń są filmowane z ręki, sygnał telewizyjny czasami zanika. Obraz jest czarno-biały.

Dom, raz jeszcze

Ten dom, to centrum (wszech)świata w przedstawieniu. Nie tylko dlatego, że jest swoistym miejscem rozrachunku z przeszłością i niemym świadkiem historii. Ma głębszą symbolikę.

Podobnie jak w Polsce, tak samo w Czechach, dopiero powódź 1997 roku i podjęte w jej wyniku remonty i odbudowy domów na terenach poniemieckich, sprawiły, że ich współcześni własciciele poczuli się po raz pierwszy, tak naprawdę u siebie, jak w domu…

Jesteśmy więc w takim właśnie czesko-niemieckim domu, gdzie straszy przeszłość (i współczesność, choć z innych powodów) i gdzie czasami jego mieszkańcy potykają się o przedmioty rodziny pana Aloisa i radiowe  pokrzykiwania Adolfa H. Wymownym rekwizytem i łącznikiem z przeszłością jest porcelanowa waza na zupę, która tak wtedy, jak i współcześnie towarzyszy mieszkańcom domu w trakcie niedzielnych obiadów. Zupa uśmierza konflikty, waza jest użytecznym rekwizytem dla Pani domu, gdy robi się przy stole gorąco.

„Prawo do posiadania domu, jest prawem człowieka” napisali po latach, w 1993 roku, Czesi Niemcom w jednej ze wsi (Lančov), z  której tych ostatnich wypędzono w 1947 roku. Wydaje się, że mieszkańcy i tego domu dobrze o tym prawie wiedzą, ale z różnych powodów nie chcą o tym mówić wprost i na głos. Zwłaszcza przy jedzeniu…

Co prawda, już wiedzą (wcześniej nie było to takie oczywiste), że domu tego nie stracą, ale nadal nie są pewni, co zrobić z przeszłością, która ich po prostu uwiera, jest bolesna i żywa. Myśli o przeszłości nie należą do miłych, a innych niż radosne, zmęczeni własnym życiem mieszkańcy domu nie chcą wysłuchiwać. Ma być „pohoda”. Pamiętacie co to za emocja i jaka czeska predyspozycja? Jeśli nie, odsyłam do książek Szczygła i mojego blogu.

Dlaczego?

Krążąc, od sceny do sceny, próbujemy ustalić dlaczego wypędzono Niemców i kto tak naprawdę, za to odpowiada.

Interesujące jest to, że przynajmniej na samym początku autorzy scenariusza, a za nimi aktorzy, są niejednoznaczni w swoich zachowaniach.

Próbują pokazać brak przyzwolenia Czechów na stosowanie zbiorowej odpowiedzialność w stosunku do czeskich Niemców za zbrodnie III Rzeszy. Chcą chronić i sprawiedliwie potraktować tych, którzy „choć byli Niemcami” zachowali się właśnie przyzwoicie i dobrze.

Cieszy ta próba pokazania, że istniała społeczna niezgoda na drastyczne rozwiązania stojące za polityką i dekretami Beneša, które miały ostatecznie załatwić sprawę Niemców w Czechach (bo tak o losie Niemców m.in na Morawach pisał w 1945 r. Beneš).

Nasz Niemiec, jest lepszy od obcego

W tym poszukiwaniu sprawiedliwości Czesi bardzo przypominają mi nas, Polaków. Sprawiedliwość, jak się szybko okazuje ma dotknąc „naszych Niemców”, „naszego Aloisa”. Tych innych nie-naszych już niekoniecznie. Tamtych „innych Niemców” nie znamy – mówią czescy bohaterowie sztuki – i ani za nich odpowiadać, ani ich bronić nie zamierzają.

Zachowanie to przypomina mi wzruszenie, które w polskiej literaturze potrafii ogarnąć słuchaczy koncertu Jankiela, boć to „nasz Żyd”, podobnie jak pozwolić bohaterowi filmu Agnieszki Holland „W ciemności” powiedzieć, że to są „jego Żydzi” i ich ratować. Nasi są też (lub mogą być) Ślązacy, jeśli polscy, bo gdy nie, to raczej nie nasi… itd. Obłęd.

Czesi mają w tej sztuce podobnie. Ratowanie Niemców przed deportacją, to jak szukanie wyjątków od reguły, kto nasz, a kto nie. Z góry wiadomo, że prowadzi to do nieszczęść i tak naprawdę nic nie zmienia w stosunku do zbiorowosci. Ten „nasz” Niemiec, też w koncu będzie ofiarą takiej czy innej postawy nienawiści.

Teatralny Alois (to dla ciekawych jego losów), ginie zabity strzałem w głowę (sytuacji takich było więcej i nie stanowiły odosobnionych przypadków w Czechosłowacji w tym czasie) przez jakiegoś czeskiego politruka, dla którego jest tylko Niemcem i nie wiedzieć czemu miałby ocaleć…

Władza, jako siła sprawcza

Gdy na scenie pojawia się pytanie dlaczego (wysiedlono, wygnano Niemców), okazuje się, że stała za nią okrutna i bezwzględna władza. „Z nią nikt nie wygra. Nikt jej sie nie przeciwstawi” – mówią bohaterowie. To ona, jak zauważali już wówczas niektórzy Czesi, groziła im upodobnieniem do nazistów (o czym pięknie  i odważnie pisał w 1945 roku publicysta Ferdinand Peroutká) i w dziele odwetu nie czyniła ich lepszymi od ich niedawnych prześladowców.

To co przykuwa uwagę w sztuce, to ciekawie zarysowany proces odchodzenia tych nielicznych sprawiedliwych, od  uczciwego osądu rzeczywistości, zwłaszcza gdy widzą, że w miarę upływu czasu stanowią mniejszość, która albo podporządkuje się większości albo doświadczy tego samego losu, co prześladowani…

Granice milczenia

Wysiedleniu pojawia się trudne pytanie o granicę, do której złu jesteśmy się w stanie przeciwstawić i tego momentu, od którego dylemat ten przestaje mieć znaczenie…

Współuczestnictwo (nawet milczące) jest udziałem w zbrodni, nieprawości, czy nie jest? Znajomo brzmią te pytania. Podobne, do tych które w Polsce padały przy okazji Jedwabnego, czy takich filmów jak „Pokłosie”. Nie stawianych zbyt często lub w ogóle w przypadku losu Górnoślązaków… po 1945 roku. 

Oczywiste odpowiedzi

Myślę, że było do przewidzenia, że w obrębie nararcji dramatycznej, sztuka będzie poszukiwała winnych w bezpiecznych obszarach życia społecznego. Obwiniać komunistów, bliżej niezdefiniowaną władzę (choć padnie w sztuce pytanie „przecież władza to my, prawda?” ), zwyklych i tanich oportunistów, czy wreszcie żądne krwi i rewanżu społeczeństwo. Czasami przewiną się przez scenę postaci po prostu nikczemne, ale – jak w przypadku tego rodzaju dramaturgii rozrachunkowej – stawianie pod ścianą nas samych, nie jest zbyt wygodne. Nikt tego nie lubi. To jasne.

Pytania

No i pojawia się pytanie ‘po co pamiętać’?

Bo przecież wojna była dawno temu. Bo przecież to już nie ma znaczenia, bo to przeszłość, a my żyjemy przyszłością i po to by wszystko było w miarę przyjemne i ‘v klidu’, jak się tu mawia.

Nie jest jednak przyjemnie w ogóle, choć czasami i sami autorzy sztuki mamią nas przekonaniem, że dla Niemców to kwestia zamknięta i nieistotna. Wprowadzają nawet do sztuki postać dość bezmyślnej Niemki, dla której dawny niemiecki kontekst domu jej chłopaka, a później męża, nie ma znaczenia.

W Czechach jest bardzo wiele osób, których nazwiska sugerowały ich długoletni proces asymilacji i przyjścia do świata języka i kultury czeskiej z domeny niemieckojęzycznej. Żydów, Niemców, Austriaków… Weźcie po prostu książkę telefoniczną do ręki, a przekonacie się o czym piszę.

Dla niektorych, ich inność, niemieckość w tej liczbie, to sprawa zamknięta. W latach 1945-1947 zostali narodowościowo zweryfikowani, a potem musieli tylko potwierdzać swoją „czeskość”.

Niektórym jednak jakimś dziwacznym zrządzeniem losu udało się zachować ich tożsamość i po 1989 roku się ujawnili i dzisiaj tworzą, także tutaj w Opawie związki Niemców w Czechach.

Tych ostatnich pytałem o ich stosunek do tego typu literatury rozrachunkowej.

Słysząc i wiedząc o treści przedstawienia, powiedzieli, że nadal nie mają siły, by się z tamtą historią zmierzyć, bo jest zbyt bolesna. Bo każdy człowiek ma prawo do swojego domu, bo to ludzkie prawo, jak już wiedzą miejscowi… A im prawo to odebrano…

Dobrze, że „Wysiedlenie” powstało

Pisząc o tym przedstawieniu z uznaniem należy podkreślić, że do takiej próby rozrachunkowej i podjęcia tematu wypędzenia Niemców doszło.

Należy docenić uczciwą próbę  pokazania społeczności niemieckiej w Czechosłowacji, jako tej którą polityka czechizacji przed 1938 rokiem, przesuwała na margines życia społecznego, pchając ku bezrobociu, frustracji i w stronę mitycznego wodza narodu zasiadającego w Berlinie… To nieco poszerza kontekst pewnych, nieobecnych scenicznie wyborów, przed jakimi Niemcy w Czecho-Słowacji stanęli opowiadając się za III Rzeszą.

Myślę, że inscenizacja ta powinna być w tej czy innej formie pokazana w Polsce, na Górnym Śląsku może w szczególności. Także po to, by zobaczyć jak  tamta rzeczywistość sąsiedzka się naprawdę kształtowała (choć sztuka tę sferę drastycznie spłaszcza) i jak okrutnie przebiegało wypędzenie Niemców (i ile było na nią społecznego przyzwolenia).

Gdy nie ma już sąsiadów

Nawet jeśli te aspekty dramatu nas rozczarują, nadal jest to – jak napisałem na wstępie – ciekawy obraz Czechów jakimi są dzisiaj w roku 2015, gdy ich sąsiadów – Niemców już nie ma, a życie przynosi inne problemy, które muszą sami rozwiązywać. Nowych sąsiadów już nie będzie. Są sami z… sobą.

***

Dramat ODSUN!!! Show must go on, (I. Buraj, M. Pivovar, D. Radová), Národni Divadlo Moravskosleyské, premiera 22 stycznia 2015 r.

Plakat

Komentarz do “ODSUN!!! W teatrze o wysiedleniu Niemców sudeckich

  1. Pisze Pan „Myślę, że inscenizacja ta powinna być w tej czy innej formie pokazana w Polsce, na Górnym Śląsku może w szczególności.” Ja sądzę, że w szczególności sztuka ta powinna być pokazana w Warszawie. Uczestnictwo wszystkich polityków obowiązkowe. Może wtedy zaczną myśleć o naszym Śląsku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *